70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powszechny znaczy katolicki. Stulecie urodzin Jerzego Turowicza

W dorobku publicystycznym Jerzego Turowicza znajdujemy ogromną liczbę tekstów o Kościele i katolicyzmie rozumianym jako droga i życiowy wybór. Bo tajemnica Kościoła stanowiła jedną z największych jego fascynacji

Artykuł ten stanowi pierwszą część cyklu poświęconego Jerzemu Turowiczowi. Przedstawia on redaktora naczelnego „Tygodnika” jako człowieka wierzącego; tematami dwóch kolejnych części będą: Turowicz jako obywatel i jako twórca kultury.
Redakcja

O Jerzym Turowiczu można powiedzieć, że był katolikiem integralnym. Kimś, dla kogo wiara jest elementem koniecznym do życia. Po prostu: jego warunkiem sine qua non.

Takie pojmowanie wiary wyniósł z domu rodzinnego, który opisywał jako „tradycyjny i bardzo religijny”, związany z Kościołem. Trudno się temu dziwić, jeśli się wie i pamięta, że z Turowiczami mieszkała ciotka, była wizytka, która ze względu na słabe zdrowie musiała zrezygnować z życia zakonnego. Z kolei ojciec Jerzego, sędzia August Turowicz, działał w Akcji Katolickiej, przyjaźnił się z wieloma księżmi i – również jako publicysta – ściśle współpracował z diecezjalnym tygodnikiem „Dzwon Niedzielny”. Atmosfera panująca w domu Turowiczów miała więc zapewne wpływ na późniejsze przekonania i wybory życiowe Jerzego i jego licznego rodzeństwa, zwłaszcza obu braci, którzy odkryli w sobie powołanie kapłańskie.

Rzeczą całkowicie naturalną była w tej rodzinie przynależność młodych do Sodalicji Mariańskiej. Organizacja ta – założona w Polsce przez ks. Józefa Winkowskiego – wydawała w Zakopanem własne pismo „Pod Znakiem Marii”. To właśnie tutaj Jerzy Turowicz, jako uczeń VI klasy gimnazjum, opublikował swój pierwszy w życiu artykuł.

Przyszły redaktor „Tygodnika Powszechnego” nie miał chyba nigdy wygórowanych ambicji teologicznych, choć teologów (zwłaszcza współczesnych) znał i namiętnie czytywał. Jego wiara, pojęta jako odpowiedź na katolickie Credo, ukształtowała się już w latach młodzieńczych (co nie znaczy, oczywiście, że potem – w wieku dojrzałym – nie nastąpił proces jej pogłębiania). On sam, pytany o to, w co i jak wierzy, z pewną powściągliwością odpowiadał, że nie przeżywał wątpliwości ani też nie przechodził kryzysów religijnych, co jednak – dodawał – wcale nie musi być zasługą, może bowiem świadczyć o katolicyzmie „łatwym”, a w każdym razie łatwiejszym aniżeli droga tych, którzy wątpią, kwestionują dobroć bądź mądrość Bożą i chadzają „nad przepaściami wiary”.

Turowicz wprawdzie wątpienia w istnienie, dobroć i wszechmoc Boga nie doświadczał, jednak dobrze je rozumiał. Zarówno jego samego, jak i formację, którą w ramach polskiego katolicyzmu współtworzył, cechowała przecież otwartość na pytania ludzi poszukujących. Czy to paradoks? „Myślę, że nie – komentował przed laty tę postawę Jarosław Gowin. – Trzeba [bowiem] niezachwianej wiary, (…) żeby z uwagą przyjmować argumenty tych, którzy wsłuchując się w »muzykę sfer«, słyszą lament nieodkupionego cierpienia, a nie dziękczynną harmonię”.

Wiara Turowicza chyba rzeczywiście była niezachwiana. Co ciekawe, spośród jego tekstów trudno wyłuskać artykuły poświęcone np. Trójcy Świętej, zmartwychwstaniu Jezusa czy nadziei na życie wieczne, czyli centralnym prawdom chrześcijaństwa. Takich tematów Turowicz starał się nie poruszać: znał bowiem granice swojej kompetencji, nie pozwalała mu też na to wrodzona dyskrecja, a poza tym wiedział, że – przy jego „dziecięcej” wierze i wrażliwości religijnej – tego rodzaju teksty przypominałyby jedynie streszczenie katechizmu. On zaś uważał, że lepiej sięgać do źródeł (w tym wypadku do samego katechizmu) aniżeli do najlepszych nawet omówień.

W dorobku publicystycznym Jerzego Turowicza znajdujemy za to ogromną liczbę tekstów o Kościele i katolicyzmie rozumianym jako droga i życiowy wybór. Bo tajemnica Kościoła (i katolickości, która oznacza powszechność) stanowiła jedną z największych jego fascynacji. Zaczęła się ona już w domu, między innymi dzięki prenumeracie i lekturze francuskich pism katolickich, została natomiast znacznie pogłębiona, kiedy Jerzy znalazł się na studiach we Lwowie (na Politechnice Lwowskiej), a potem w Krakowie (UJ). Młody Turowicz zaangażował się wówczas w działalność Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. To w tym właśnie czasie przeczytał, przemyślał i przedyskutował znakomitą – jak mówił – Istotę katolicyzmu Karla Adama. Wiele lat później, dodawał, „w tajemnicę Kościoła – jego funkcji w świecie nie tylko jako wspólnoty wierzących i drogi zbawienia dusz, ale także jako współtwórcy historii – wprowadziła go równie znakomita książka o. de Lubaca Katolicyzm”.
„Odrodzenie” było świetną szkołą chrześcijaństwa: uczyło młodych niedoświadczanego dotąd czynnego uczestnictwa w liturgii, stwarzało okazję do pracy charytatywnej oraz porządkowało świat i życie, dając podstawy filozofii tomistycznej. Symbolu tego całożyciowego uporządkowania można upatrywać w tytule lwowskiego pisma, którego publicystą i redaktorem naczelnym został wkrótce Turowicz: „Dyszel w głowie”. Autorem szczególnie dla niego ważnym był już wtedy Jacques Maritain, francuski filozof, odnowiciel tomizmu, myśliciel, który wywarł ogromny wpływ na Kościół powszechny.

Wróćmy jednak do „Odrodzenia”. Ci, którzy nim kierowali, pokazywali młodym, iż „wiara bez uczynków jest martwa”, „nie każdy, kto mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego”, zaś ten, „kto powiada, że miłuje Boga, a brata swego nienawidzi, jest kłamcą” (z czego wynikała m.in. szczególna wrażliwość tego środowiska na grzech antysemityzmu). Członkowie „Odrodzenia” wiele czasu poświęcali też na poznawanie katolickiej nauki społecznej i lekturę papieskich encyklik: Rerum novarum i Quadragesimo anno, co – jak podejrzewam – już na całe życie ukierunkowało duchowy rozwój Jerzego Turowicza. To chyba właśnie wówczas ugruntowało się w nim powołanie do społecznego zaangażowania i umocniła świadomość, iż ma ono swój korzeń w Ewangelii.

„Fałszywym jest pogląd, że katolicyzm nie interesuje się porządkiem doczesnym, światem, człowiekiem i więzią łączącą go ze zbiorowością ludzką” – pisał Turowicz w programowym tekście W stronę uspołecznienia, opublikowanym w pierwszym numerze miesięcznika „Znak” (1946). Warto wiedzieć, że wtedy już od ponad roku istniał „Tygodnik Powszechny”, którego redaktorzy – na pierwszej stronie, w podtytule – z dumą informowali, iż wydają „katolickie pismo społeczno-kulturalne”, to znaczy takie, które interesuje się szeroko pojmowanym światem (zwłaszcza zaś życiem społecznym i kulturą), zachowując przy tym katolicką tożsamość. Więcej jeszcze, namysł nad rzeczywistością i dobro, które realizujemy – zdawała się mówić kierowana przez Jerzego Turowicza redakcja „TP” − nie są z pobożnością sprzeczne ani też jej obojętne; przeciwnie: one z niej wypływają.

To była genialna formuła, która nie ograniczała religijności wyłącznie do kruchty, ale angażowała ludzkie serce, sumienie i rozum. Także i na tym bowiem – na zwróceniu się do całego człowieka, a nie tylko do jego przekonań religijnych – miała polegać Tygodnikowa „powszechność”, która jest (powinna być!) synonimem katolickości.

W Turowiczu te dwa pojęcia – powszechność (uniwersalizm) i katolickość – idealnie się ze sobą pokrywały. Trzeba pamiętać, że było tak na długo przed II Soborem Watykańskim, który wiele Turowiczowych przeświadczeń i przeczuć odkrył, uzasadnił i usankcjonował. Dotyczyło to zwłaszcza obecności Kościoła w świecie. Już po Soborze pisał redaktor naczelny „TP”, że Kościół nie jest – nie może być – „łodzią podwodną”, gdyż „łódź podwodna jest całkowicie zanurzona w morzu, ale nic nie jest bardziej oddzielone od morza niż ona. Natomiast rybak na swojej łodzi jest naprawdę na morzu. Często Kościół pośród ludzi jest jak łódź podwodna, nietknięta falami. Tymczasem trzeba, by był on jak łódź Piotrowa, która w czasie burzy napełniała się wodą”. Zachowując, rzecz jasna, wszelkie proporcje, myśl ową czytać można również jako interpretację misji „Tygodnika” – pisma niemal całkowicie zanurzonego w otaczającej go rzeczywistości, a jednocześnie takiego, które mieszkańcom PRL przypominało o tym, co najważniejsze, i pomagało przetrwać.

Jerzemu Turowiczowi, dodajmy (choć to przecież oczywiste), obca była wizja Kościoła jako oblężonej twierdzy albo instytucji nawołującej do krucjaty przeciwko światu. Głęboko wierzył bowiem w Kościół, który – jak ewangeliczny zaczyn – jest wszędzie obecny i „od wewnątrz, powolną pracą, przemienia kształt świata”. Niezwykle istotna była dlań zwłaszcza kategoria „otwartości”. „Postawa otwarta – pisał – oznacza, że nie świat jest dla Kościoła, lecz Kościół dla świata. Kościół nie jest niewzruszonym monolitem, strażnikiem niezmiennej prawdy, który czeka, żeby świat do niego przyszedł po tę prawdę, żeby mu się podporządkował”. To on powinien iść ku światu, ku człowiekowi…

I dalej: „Źródłem postawy otwartej w Kościele nie jest poczucie zagrożenia Kościoła, lecz poczucie zagrożenia świata. Zagrożenia przez rosnącą niewiarę, dechrystianizację”. To niesamowite stwierdzenie – komentuje ten tekst Turowicza bp Grzegorz Ryś. „Kiedy bowiem w świecie rośnie niewiara, dechrystianizacja, to zagrożony jest świat, nie Kościół. W tej obserwacji zawiera się rzeczywiste rozumienie tego, po co Kościół jest. Bo Kościół nie ma się bać świata, on ma się bać o świat. I nie ma się bać człowieka, ale o człowieka – tym bardziej ma się o niego bać, kiedy ten człowiek jest zdechrystianizowany. W ostateczności przecież wszystkie problemy świata i człowieka są pochodną kryzysu duchowego – rodzą się (najgłębiej rzecz ujmując) na poziomie ducha. A kto – jeśli nie Kościół – ma zejść z człowiekiem i światem na ten właśnie poziom, z odpowiednim do niego lekarstwem?” .
Nie sposób wymienić tu wszystkich ważnych tekstów o Kościele, jakie napisał Jerzy Turowicz, i które dziś jeszcze – blisko 14 lat po jego śmierci – wciąż zachowują aktualność, stanowiąc wezwanie do namysłu dla tych, którym wspólnota ta nie jest obojętna. Zgoda, Turowicz bywał wobec niej krytyczny i, niczym prorok, wytykał jej błędy – niemniej była to zawsze krytyka konstruktywna, płynąca z troski o Kościół. Taka właśnie krytyka – mówił – „ma prawo, a nawet obowiązek ujawniać zło, demaskować je, wykazywać, że nie ma ono nic wspólnego z tym, czym Kościół jest naprawdę. Tylko tą drogą można owo zło eliminować i odsłaniać blask dobra. (…) Krytyka tego, co złe w Kościele, nie jest atakiem na Kościół. Jest służbą Kościołowi, jej celem jest ukazanie, że misją Kościoła jest niesienie światu Ewangelii”.

Nie przypadkiem za jedno z najważniejszych dokonań Jana Pawła II, którego przyjaźnią do końca życia się cieszył, uważał dokonany przezeń w roku 2000 jubileuszowy rachunek sumienia Kościoła. Bo przecież świadomość błędów i gotowość przyznania się do nich „w żadnym stopniu nie zmniejsza prestiżu i autorytetu Kościoła, przeciwnie: zwiększa jego wiarygodność”, zaś Kościół pokutujący staje się bliższy Ewangelii, albowiem „polega nie na własnych siłach, ale na pomocy Boga”.

I o tej pomocy Boga i Jego obecności we wspólnocie kościelnej (a nie o grzechach Kościoła) Pan Jerzy lubił pisać chyba najbardziej. Obszerną i ważną część jego publicystyki stanowią bowiem artykuły o świadectwie składanym przez ludzi świętych – i to tych współczesnych, których osobiście znał i podziwiał, takich jak matka Teresa, mała siostra Magdalena, Dorothy Day czy ks. Jan Zieja.

Oni pokazywali światu piękną twarz Kościoła, zaś Turowicz próbował nam o tej ich i swojej fascynacji Kościołem opowiedzieć i nas (katolików w większości letnich) nią zarazić.
Bo przecież „nie zapala się światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu” (Mt 5, 15).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata