Dominika Kozłowska luty 2020

Co dalej z prawem aborcyjnym w Polsce?

Obawiam się, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego przygotowuje grunt pod dalsze zaostrzanie prawa aborcyjnego. Podążając za logiką obecnego składu Trybunału, jedynie zagrożenie życia kobiety można uznać za powód do przerwania ciąży.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

Dominika Kozłowska

Porzućmy wadliwe prawo

W rozstrzygnięciu z października 2020 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis dopuszczający przerwanie ciąży w sytuacji ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu jest niezgodny z Konstytucją RP. Decyzje podjęto w składzie, co do którego bezstronności i niezależności istnieją uzasadnione wątpliwości. W składzie orzekającym byli trzej tzw. sędziowie dublerzy, osoby nieuprawnione do rozpoznawania spraw, a przewodnicząca składu Julia Przyłębska została powołana na stanowisko prezes Trybunału w procedurze obarczonej poważnymi naruszeniami przepisów prawa.

Niezależnie od tych zastrzeżeń natury formalnoprawnej rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego rodzi również poważne wątpliwości merytoryczne i nie dało kompetentnej i wyczerpującej analizy badanej kwestii. Chodzi mianowicie o zgodność wspomnianej już przesłanki z art. 30 i 38 konstytucji. Odwołują się one do zapisów mówiących o „przyrodzonej i niezbywalnej godności człowieka” oraz o „zapewnieniu każdemu człowiekowi prawnej ochrony życia”

Trybunał nie ogłosił uzasadnienia do wyroku. Nie znamy również treści dwóch zdań odrębnych, które zgłosili Piotr Pszczółkowski oraz Leon Kieres (to jedyny z sędziów powołany do Trybunału przed rządami PiS). Na podstawie sentencji wiemy jednak, że Trybunał powołuje się na wcześniejsze rozstrzygnięcie z 1997 r., wskazując, że życie ludzkie podlega ochronie od momentu poczęcia. Sędziowie badali wówczas zgodność z konstytucją niektórych zapisów zaproponowanej w 1996 r. nowelizacji ustawy. Nowelizacja wprowadzała dodatkową przesłankę, w myśl której przerwanie ciąży mogło być dokonane również w przypadku, gdy kobieta znajdowała się w ciężkich warunkach życiowych lub trudnej sytuacji osobistej, a ciąża nie trwała dłużej niż 12 tygodni. Trybunał obradujący wówczas pod przewodnictwem prof. Andrzeja Zolla uznał, że życie ludzkie jest najcenniejszym dobrem, „które w demokratycznym państwie prawa musi pozostawać pod ochroną konstytucyjną w każdym stadium jego rozwoju”, a także że „od momentu powstania życie ludzkie staje się (…) wartością chronioną konstytucyjnie. Dotyczy to także fazy prenatalnej”.

Warto jednak podkreślić, że omawiane orzeczenie oceniało zgodność nowelizacji z konstytucją z 1952 r. oraz z tzw. Małą Konstytucją z 1992 r., w których wśród chronionych konstytucyjnie praw obywatela nie wymieniono w ogóle prawa do życia. Trybunał Konstytucyjny nie zdecydował się wówczas zaczekać z rozstrzygnięciem sprawy na wejście w życie nowej konstytucji, a swoje orzeczenie wywiódł z zasady demokratycznego państwa prawa. Już wówczas sędzia Wojciech Sokolewicz w zdaniu odrębnym podkreślał, że dopiero konstytucja z 1997 r. w przywoływanym już art. 38 mówi o prawnej ochronie życia. Dodawał, że interpretacja tego przepisu będzie stanowiła przedmiot dyskusji, zmierzającej do wyjaśnienia tożsamości pojęć „człowiek” i „płód ludzki”. Zwłaszcza że również międzynarodowe deklaracje i konwencje dotyczące praw człowieka – które mają moc wiążącą państwo polskie – gwarantujące przyrodzone („naturalne”) prawa człowieka, zachowują milczenie w kwestii statusu ludzkiego płodu. Większość państw, które ratyfikowały te akty, dopuszcza legalne przerywanie ciąży, zwłaszcza w jej pierwszym trymestrze. Ślad sporów toczonych wokół dookreślenia sensu słowa „człowiek” odnajdujemy m.in. w Ustawie o rzeczniku praw dziecka. Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, zwrócił uwagę, że próby doprecyzowania przepisów konstytucji podjęto poprzez zapisy ustawowe, tj. wpisanie do ustawy definicji mówiącej o tym, że „dzieckiem jest każda istota ludzka od poczęcia do osiągnięcia pełnoletności”.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W najnowszym orzeczeniu Trybunału nie ma śladu refleksji nad zarysowanymi w 1997 r. problemami. Trybunał podkreślał wówczas: „Stwierdzenie, że życie człowieka w każdej fazie jego rozwoju stanowi wartość konstytucyjną podlegającą ochronie, nie oznacza, że intensywność tej ochrony w każdej fazie życia i w każdych okolicznościach ma być taka sama”. Intensywność tej ochrony z pewnością jest inna w sytuacji, gdy mamy do czynienia z zygotą, inna w sytuacji, gdy mamy do czynienia z zarodkiem, a inna w przypadku płodu. Obowiązująca w Polsce konstytucja w art. 31 ust. 3 wyraźnie dopuszcza także „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw”, gdy są konieczne „w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób”. Sytuacja taka musi być „konieczna”. Również i ta fundamentalna kwestia nie została poddana analizie.

Trybunał po prostu stwierdził, że nie znajduje analogicznego i proporcjonalnego dobra po stronie kobiety, które mogłoby służyć za uzasadnienie legalizacji przerwania ciąży z przyczyn embriopatologicznych. Sędziowie TK nie uznali, że takim dobrem może być przyrodzona godność kobiety, prawo do ochrony jej życia prywatnego oraz prawo do ochrony jej zdrowia (których zabezpieczenie jest wymogiem konstytucyjnym). Nie uznali także, że przymus urodzenia dziecka z ciężkimi i nieodwracalnymi wadami jest przejawem nieludzkiego traktowania.

Mam poważne wątpliwości, czy ten wyrok Trybunału i proponowane uzasadnienie nie przygotowuje gruntu również pod podważenie przesłanek dopuszczających przerwanie ciąży w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety albo gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego. Wszak, podążając za logiką obecnego składu Trybunału (a przede wszystkim za logiką zwolenników całkowitego zakazu aborcji, którzy stoją za tym wyrokiem), jedynie utrata życia przez kobietę może być uznana za analogiczną i proporcjonalną sytuację do utraty życia przez zarodek lub płód.

Legitymizacja społeczna

Ostatnie orzeczenie Trybunału przyczyniło się do pogłębienia kryzysu związanego z praworządnością w Polsce, potwierdzając, że ta instytucja pozostaje całkowicie do politycznej dyspozycji rządzącej koalicji. Pokazało również, że najwyższe organy w państwie nie są w stanie inicjować poważnych debat w gronie ekspertów i w odpowiedni sposób korzystać z ich wyników w dyskusji nad niezwykle skomplikowanymi zagadnieniami dotyczącymi ochrony życia.

W poprzedniej kadencji parlamentu Zjednoczona Prawica dysponowała większością, która wielokrotnie pozwalała decyzje polityczne kierownictwa partii przekuwać w prawo. Dlaczego zatem ani Jarosław Kaczyński, ani Zbigniew Ziobro nie zdecydowali się wcześniej na zmianę obowiązującego prawa aborcyjnego, lecz odpowiedzialność za nią przerzucili na TK, który nie ma społecznej legitymizacji i którego funkcją nie jest stanowienie prawa? Nasuwają mi się dwie odpowiedzi.

Z jednej strony skierowanie wniosku do Trybunału pozwalało obozowi prawicy na zablokowanie przyszłych zmian i prób przywrócenia przesłanki embriopatologicznej. Jeżeli bowiem obowiązywałoby orzeczenie wskazujące na niezgodność z konstytucją zapisów dopuszczających przerwanie ciąży w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, przyszłe zmiany w prawie aborcyjnym musiałyby mierzyć się z rangą ustawy zasadniczej.

Jeżeli taki w istocie był zamiar rządzących, nie udało się go zrealizować. Zamęt prawny, który wywołało to orzeczenie, jest bowiem związany nie tylko z wadami samego składu orzekającego w Trybunale i omawianymi już wątpliwościami natury merytorycznej, ale również faktem nieopublikowania (do czasu wysłania tego artykułu do druku) wyroku w Dzienniku Ustaw. Wprawdzie mamy wyrok, jednak nadal zgodnie z prawem można wykonywać zabiegi przerwania ciąży również w przypadku ciężkich i nieodwracalnych zmian płodu. Biorąc pod uwagę, jak mocno w minionych latach PiS i organizacje pro-life utrudniały kobietom możliwość przeprowadzenia legalnej aborcji, w obecnej sytuacji dochodzenie praw może być już całkowicie fikcją. Z pewnością taka sytuacja nie buduje ani szacunku do prawa, ani zaufania do instytucji państwa i polityków.

Z drugiej jednak strony można twierdzić, że rezygnacja z podstawowej ścieżki ustawodawczej, na której powinny być podejmowane tego typu rozstrzygnięcia, wynikała ze strachu przed opinią publiczną, w większości niechętnej zmianom w obowiązującym prawie. Siła „czarnych protestów” z końca 2016 r., które wybuchły w reakcji na projekt ustawy napisanej przez Ordo Iuris, zmierzającej do niemalże całkowitego zakazu aborcji w Polsce (a nawet karania kobiet za jej przeprowadzenie), sprawiła, że Zjednoczona Prawica wycofała się z prób zmian w prawie. Pozbawienie rodziców możliwości decyzji w kwestii tak zasadniczej jak urodzenie dziecka z bardzo poważnymi wadami słusznie uznano za zamach zarówno na ich godność, jak i na elementarną wolność wyboru. Tak ocenia to wiele osób nawet w gronie tych, którzy co do zasady są przeciwni aborcji.

Wśród uczestników jesiennych manifestacji byli zwolennicy zarówno liberalizacji obecnych przepisów, jak i utrzymania dotychczasowych rozwiązań. Podobnie zróżnicowani byli również uczestnicy „czarnych protestów” z 2016 r. W obydwu przypadkach manifestacje z pewnością nie byłyby tak masowe, gdyby nie groźba zmiany prawa. Katalog trzech przesłanek pozwalających na przerwanie ciąży, gdy zagraża ona życiu matki, gdy doszło do niej w wyniku czynu zabronionego oraz w związku ze wspomnianymi już ciężkimi wadami płodu, utrwalił się w społecznej świadomości, mimo że obowiązujące rozwiązanie nie jest już satysfakcjonujące dla żadnej ze stron sporu.

W demokratycznym społeczeństwie proces stanowienia prawa powinien przebiegać dwuetapowo: najpierw debata publiczna, a następnie proces legislacyjny prowadzony przez parlament. Osoby sprawujące władzę i odpowiedzialne za kształtowanie życia obywatelskiego powinny dbać o to, aby debata dotycząca spraw najbardziej złożonych mogła się toczyć w duchu wolności, w sposób wolny od przemocy i aby na poziomie rozwiązań nie ulegać pokusie fundamentalizmu i uproszczeń.

Kształtowanie podejścia do tak skomplikowanych i zawsze spornych obszarów jak np. aborcja trzeba pozostawić w pierwszej mierze kulturze, nauce, religii, wychowaniu, a dopiero następnie – prawu i orzecznictwu.

Moralność, tak jak ją rozumiemy współcześnie, jest rzeczywistością dynamiczną, a zatem do pewnego stopnia również zmienną w czasie. Nie trzeba pogłębionych studiów historycznych, aby się przekonać, że czyny i postawy niegdyś uznawane za akceptowalne, dziś uznajemy za złe i haniebne: np. niewolnictwo, rasizm, tortury czy kary cielesne. Jak czytamy w preambule naszej konstytucji, dla jednych źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna jest Bóg, podczas gdy inni odwołują się raczej do rozumu, natury ludzkiej, metafizycznego zmysłu. Mimo że ludzie wywodzą prawo moralne z różnych źródeł, cywilizacja Zachodu wypracowała umiejętność formułowania uniwersalnych praw, zasad i odwołania do wspólnych wartości, które stały się podstawą najważniejszych aktów prawnych.

Prawo stanowione nie zastępuje jednak prawa moralnego. A w sprawach, gdzie trudno o jednoznaczne rozstrzygnięcia i gdzie jesteśmy narażeni na konflikt najwyższych dóbr, prawo powinno pozostawiać pewną dozę wolności i otwartości w interpretowaniu zapisów.

Jaki wpływ na prawo aborcyjne powinien mieć Kościół?

Instytucjonalny Kościół był przez długi czas uznawany za element stabilizujący obowiązujące w Polsce rozwiązania prawne dotyczące ochrony życia, kwestii reprodukcyjnych czy kształtu rodziny. Wiązało się to jednak z tym, że obowiązujące w Polsce standardy – w porównaniu z rozwiązaniami obowiązującymi w krajach Europy Zachodniej – są niezwykle zachowawcze.

Do 2015 r., kiedy to nastał okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, obowiązywał w Polsce chwiejny i mocno krytykowany, ale jednak rzeczywisty konsensus w relacjach państwo–Kościół. Konsensus ten, ukształtowany w latach 90., obowiązywał również w okresie rządów PO, gdy krytyka Kościoła zaczynała przybierać na sile. Ostatecznie jednak, gdy PO było u władzy, wymienione powyżej kwestie włączane były w debatę publiczną w taki sposób, że to głos instytucjonalnego Kościoła (nawet jeśli wypowiadany ustami polityków powołujących się na stanowisko biskupów) decydował o kształcie dyskutowanych rozwiązań. Tak było np. w przypadku próby inauguracji dyskusji o ramach prawnych dla związków partnerskich, która zakończyła się fiaskiem i doprowadziła do głęboko demagogicznego sporu o gender.

Kompromis aborcyjny został przez Kościół w pewien sposób zaaprobowany. Wprawdzie biskupi podkreślali, że celem prawa powinna być pełna ochrona życia poczętego, ale dopiero w ostatnich latach zaczęli tak wyraźnie wspierać inicjatywy mające na celu zaostrzenie obowiązujących przepisów. Przypomnijmy, że po 1997 r., kiedy to – o czym pisałam wcześniej – Trybunał uznał, że życie ludzkie podlega prawnej ochronie od poczęcia, Kościół hierarchiczny nie dążył do dalszych zmian zaostrzających jeszcze bardziej prawo aborcyjne. Z kolei, gdy w 2007 r. Liga Polskich Rodzin wraz z marszałkiem Markiem Jurkiem i częścią PiS, chcieli ochronę życia od poczęcia wpisać do konstytucji, episkopat milczał, a niektórzy hierarchowie, jak abp Tadeusz Gocłowski czy abp Józef Życiński, dali do zrozumienia, że taka zmiana byłaby nieroztropna. Dziś nie ma śladu po tej dawnej – można by rzec – powściągliwości. Obecnie biskupi jednoznacznie stanęli po stronie altprawicowych ruchów.

Odnotowywana w badaniach społecznych CBOS-u i IBRiS-u utrata przez Kościół zaufania publicznego sprawia, że w najbliższej przyszłości nie będzie on już pełnił społecznie i politycznie tej roli, którą odgrywał w pierwszych dekadach III RP, a zwłaszcza do 2005 r, czyli do śmierci Jana Pawła II. Obecny kryzys związany z nadużyciami seksualnymi duchownych wobec nieletnich oraz z uwikłaniem niektórych biskupów w przestępstwa seksualne lub krycie ich sprawców przyczynia się do osłabienia skostniałych struktur klerykalnej kultury. W oczach wielu wierzących biskupi w Polsce utracili wiarygodność, a Kościół jako instytucja dał dowód na to, że nie umie już być publicznym autorytetem.

Utrata zaufania ma również głębsze korzenie i w znacznej części wynika z drogi, którą polski episkopat wybrał po 1989 r. Historycznie nazywamy tę drogę mianem sojuszu tronu i ołtarza, lecz Zbigniew Nosowski określił go niedawno nawet dobitniej jako „konkubinat”. W każdym razie nigdy po 1993 r. spadek zaufania do Kościoła nie był aż tak silny.

Musimy pamiętać, że ostatnie protesty przynajmniej po części skierowane były również przeciwko Kościołowi, który w obliczu społecznego konfliktu wywołanego przez sprawujący władzę obóz stanął wyraźnie po jego stronie. Współczesny Kościół w Polsce nie zbudował również więzi z najmłodszym pokoleniem, które urodziło się na początku lat 90. i które niedawno weszło w dorosłe życie. Dla tego pokolenia Kościół nie jest punktem odniesienia w zakresie moralności publicznej. Nie pamięta ono również historycznych zasług Kościoła w okresie kształtowania się opozycji demokratycznej w PRL-u.

Dla katolików głos Kościoła w kwestiach wiary i moralności, zwłaszcza gdy jest to głos papieża przemawiającego ex cathedra, jest ważny. Jednak nawet w obszarze wiary religijnej indywidualne sumienie jest ostateczną instancją, którą winien kierować się człowiek. Doświadczenie wskazuje, że nauczanie Kościoła bywa niewystarczające, a z jego historii znamy przypadki rehabilitacji osób będących wcześniej w konflikcie z orzeczeniami Magisterium. Za błędną i szkodliwą dla życia obywatelskiego uznaję praktykę kierowania się przez państwo orzeczeniami Kościoła rzymskokatolickiego i kształtowaniu na podstawie tych orzeczeń prawa. Oczywiście nie chodzi mi o to, by odbierać biskupom czy innym osobom duchownym możliwość uczestniczenia w debacie publicznej, również uczestniczenia w tej specjalnej i uprzywilejowanej roli, która przyznawana jest rozmaitym autorytetom (czy to z obszaru nauki, czy filozofii, czy moralności). Idzie mi raczej o skończenie z przekonaniem, że ich głos jest automatycznie ważniejszy niż głos ludzi o innej wrażliwości moralnej. Z pewnością zmiana roli Kościoła w Polsce i kryzys jego autorytetu będą miały wpływ na przyszły kształt debaty aborcyjnej.

Pat aborcyjny przełamie tylko społeczne porozumienie

Okres ciąży stawia nas wobec skomplikowanych pytań o wolność kobiety do decydowania o samej sobie i swoim ciele, o konflikt rozmaitych wartości i dóbr, które przynależą tak kobiecie, jak i życiu rozwijającemu się w jej łonie. Staram się zrozumieć argumenty tych, którzy uważają, że zarodek lub nawet jeszcze zygota to taki sam człowiek jak ten, który chodzi po ulicy, i że w zasadzie te byty istotowo niczym się nie różnią. I dlatego mniemają, że również prawo powinno tę kwestię jednoznacznie dookreślać. Mnie taka postawa nie przekonuje, choć próbuję racjonalnie sobie perswadować, że jeżeli ktoś w to głęboko wierzy, to będzie jej bronił. Niepewność poznawcza jest wpisana w ludzkie życie i nawet najbardziej uczciwie dokonywane rozstrzygnięcia w obszarze pytań o początki życia ludzkiego obciążone są jakąś niewiadomą. Niezależnie od tego prawo musi w jakimś stopniu chronić życie ludzkie również w tych stadiach, które poprzedzają narodziny. Jednak nawet Trybunał Konstytucyjny – o czym już wspominałam – podkreślił, że intensywność tej ochrony nie musi być w każdym okresie taka sama. Co to może oznaczać w praktyce? Z jaką intensywnością należy chronić życie zygoty tuż po zapłodnieniu, z jaką zarodka, a z jaką płodu? Kiedy decyzja może pozostać wyłącznie przy kobiecie, a kiedy zakres możliwości działania powinnien być regulowany przez ustawę? I jak szerokie pole do różnych możliwych interpretacji tych kwestii powinno pozostawiać prawo? To są z pewnością pytania, które powinny stać się przedmiotem poważnej debaty społecznej oraz dyskusji w gronie ekspertów.

Sądzę, że powinniśmy na problem ochrony życia i aborcji nauczyć się patrzeć z szerszej perspektywy aniżeli wyłącznie pytań o kształt prawa. Czyż bowiem nasza – zarówno osób wierzących, że już od chwili poczęcia mamy do czynienia z pełnoprawnym człowiekiem, jak i tych podkreślających stopniowalność tego procesu nabywania praw – odpowiedzialność społeczna i polityczna nie powinna polegać na zbudowaniu systemu rzeczywistej, a nie deklaratywnej ochrony życia?

Czy prawo stanowione powinno abstrahować od wymiaru praktycznego? Zamykać oczy na fakt, że u naszych sąsiadów obowiązują inne przepisy aborcyjne, w związku z czym zamożniejsze Polki mogą w legalny sposób dokonać zabiegu przerwania ciąży do 12. tygodnia w Niemczech lub na Słowacji?

Albo czyż Polki nie są przez państwo nieludzko traktowane, skoro uniemożliwia się im lub wyraźnie utrudnia dostęp do legalnego zabiegu przerwania ciąży? Do dziś np. państwo nie wprowadziło przepisów ustalających, kto ma obowiązek wskazać pacjentce miejsca, gdzie może dokonać aborcji, jeżeli lekarz powoła się na klauzulę sumienia.

Rzeczywista ochrona życia musi brać pod uwagę, że kształt ustawy aborcyjnej jest jednym zaledwie aspektem ochrony życia, która obejmować musi znacznie szerszą liczbę działań z rozmaitych obszarów. Obowiązkiem i zadaniem państwa jest nie tylko zapewnić kobiecie dostęp do bezpłatnej i powszechnej opieki zdrowotnej szczególnie w trakcie ciąży i w okresie okołoporodowym, na którą składa się m.in. dostęp do najnowszych badań pozwalających obrazować stan płodu i przebieg ciąży, oraz wsparcie psychologiczne. Ochrona życia obejmuje również rozwój neonatologii pozwalającej leczyć i operować wady płodu tam, gdzie to możliwe, oraz dawać szansę na przeżycie dzieci urodzonych przedwcześnie (bez stosowania uporczywej terapii). Równie ważnym aspektem ochrony życia jest także przeciwdziałanie przemocy w rodzinie, dostępność rzetelnej i opartej na wiedzy edukacji na temat ludzkiej płodności, zdrowia reprodukcyjnego (w tym chorób przenoszonych drogą płciową) oraz rozwoju ludzkiej seksualności. Potrzebne są programy socjalne wspierające m.in. kobiety, które decydują się na samodzielne macierzyństwo, i rodziny wielodzietne. A także programy aktywizacji zawodowej dla osób powracających na rynek pracy po urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Są to niektóre tylko przykłady działań, które powinno podejmować państwo, a które mają na celu rzeczywistą ochronę życia. Kwestia aborcji jest tylko jednym z elementów tego szerszego zagadnienia.

Spór o aborcję jest jedną z ważniejszych debat toczących się we współczesnych społeczeństwach. Jak zatem może wyglądać nowe porozumienie społeczne w kwestii aborcji? Systemy demokratyczne mają doświadczenie związane z prowadzeniem dyskusji społecznej wokół spraw trudnych i kontrowersyjnych. Są to chociażby panele obywatelskie albo pokrewne metody pracy w ramach tzw. eksperymentalnej przestrzeni publicznej. To formy demokracji deliberatywnej, służące rozstrzygnięciu jakiejś kwestii na poziomie lokalnym, krajowym lub międzynarodowym, z perspektywy dobra wspólnego społeczności. Założeniem panelu obywatelskiego jest podejmowanie decyzji na podstawie jak najpełniejszej wiedzy oraz po zapoznaniu się ze stanowiskami wszystkich zainteresowanych tematem stron. Jeden z podstawowych elementów panelu obywatelskiego stanowi dyskusja na temat aspektów danej sprawy w gronie panelistów, rozważanie różnych rozwiązań, racji, stanowisk za i przeciw. Ważną częścią takiej deliberacji jest również wypracowanie języka, który w sposób pozbawiony ideologicznego zacietrzewienia pozwala opisać możliwe stanowiska i wyartykułować różnice między nimi. Propozycję taką formułuje i wspiera Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich. Proponuje, aby na wzór Irlandii stworzyć w Polsce panel obywatelski, który pozwoliłby na rozważenie w kwestii aborcji wszystkich racji naukowych, prawnych i społecznych. Panel oddałby głos osobom reprezentującym wszystkich członków i członkinie społeczeństwa. W Irlandii Panel Obywatelski (Citizen’s Assembly) działał w latach 2016–2017 i doprowadził do powszechnego zrozumienia tej trudnej problematyki, a następnie do referendum w sprawie zmiany konstytucji. To dobry wzór dla Polski.

Sprawą kluczową jest wzmacnianie poczucia sprawstwa i odpowiedzialności za życie publiczne wśród obywatelek i obywateli. Tworzenie przestrzeni do debaty wolnej od przemocy, demagogii i ideologii, w których do głosu na równych prawach dochodzą rozmaite przekonania, argumenty i światopoglądy, formułowane w sposób możliwie uniwersalny. Nawet nasza polska etniczna homogeniczność nie chroni nas przed głębokimi różnicami światopoglądowymi. Dlatego musimy je zaakceptować, uznać za niezbywalną część życia publicznego i budować taką kulturę publiczną, w której różnica nie prowadzi do konfliktu.

Przed nami najprawdopodobniej jeszcze co najmniej kilka lat rządów Zjednoczonej Prawicy, która konflikt uznaje za esencję polityki. Siłą i łamaniem prawa PiS odstąpił nie tylko od restrykcyjnego kompromisu aborcyjnego, ale i odmówił brania pod uwagę jakichkolwiek innych racji niż te, które wyrażają coraz bardziej radykalne w swoich metodach działania i języku ruchy pro-life, dążące do całkowitego zakazu aborcji. Nie bacząc na narastający dramat kobiet, nie licząc się z konsekwencjami konfliktu społecznego ani nie bacząc na zagrożenia związane z pandemią koronawirusa, kiedy możliwość korzystania z praw i wolności obywatelskich (jak np. wolność zgromadzeń) jest znacząco ograniczona.

Wyjście z kryzysu i zmiana przepisów powinny zostać poprzedzone szeroką debatą publiczną prowadzącą do nowego porozumienia. Warto jednak już „dziś” podejmować próby myślenia o tym, w jaki sposób „jutro” poukładamy sobie w Polsce te jakże ważne z poziomu życia obywatelek i obywateli naszego kraju kwestie, np. stosunek do aborcji, metod sztucznego zapłodnienia czy związków partnerskich.

Kup numer