fot. Anna Liminowicz
Olga Gitkiewicz luty 2021

Parking mój widzę ogromny

Najbardziej popularna gra planszowa w Polsce jest też grą miejską. To uniwersalna strategiczna gra interaktywna przeznaczona dla jednej osoby albo dla wielu. Gram w nią czasem, niechętnie, mam słabe wyniki.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

z Janem Rylkem rozmawia Katarzyna Pawlicka

Powalczmy o naszą okolicę

Mechanika rozgrywki jest prosta, chodzi o to, żeby zająć pole na planszy – umownie nazywa się je miejscem postojowym. Teoretycznie to pole wyznaczone, służące do odstawienia pojazdu, w praktyce obszar wyznaczony wzrokiem i potrzebą chwili.

A  gra nazywa się „parking” i  grają w  nią wszyscy, dorośli i dzieci, młodzi i starsi, również ci, którzy nie mają i nie chcą mieć samochodu.

Jest w moim mieście ulica dla wszystkich, którzy grają w tę grę na serio. Widzę ją z okna, wygląda tak, jak się nazywa: Parkingowa. Nie ma tu chodników, żeby osoby piesze nie nabrały bezsensownych złudzeń. Są parkingi pod blokami. Wzdłuż ulic. Wzdłuż garaży. Jest nawet parking strzeżony, choć jego dni są policzone. Miasto zdecydowało się sprzedać teren, na którym prywatny przedsiębiorca zorganizował kilkadziesiąt płatnych miejsc postojowych. Parking ulega likwidacji.

Mieszkańcy mówią, że to skandal, że błąd popełniono już na etapie projektowania osiedla: nie przewidziano wystarczającej liczby miejsc parkingowych. Projektant wyznaczył ok. 30 miejsc parkingowych obok budynku, w którym jest 60 mieszkań. Na forum lokalnej gazety ktoś napisał: „Nic ludziom w zamian nie zaoferowano”. Ktoś inny dodał: „Likwiduje się jedyny cywilizowany parking w okolicy i ludziom nie zapewnia się żadnej alternatywy”. Ta cywilizacja to pordzewiała siatka, klepisko i pordzewiała budka strażnicza. Alternatywą miałyby być nowe miejsca postojowe.

Tymczasem wiele amerykańskich miast zwalnia deweloperów z obowiązku zapewniania mieszkańcom miejsc parkingowych. W zamian oferują sprawny transport publiczny i wygodne chodniki. Miasta stają się bardziej zielone, ludzie więcej chodzą, a ceny mieszkań spadają.

Amsterdam postanowił systematycznie zmniejszać liczbę miejsc parkingowych, o przynajmniej 1,5 tys. rocznie, żeby do 2025 r. zlikwidować 10 tys. miejsc postojowych. Na uzyskanej dzięki temu przestrzeni mają być poszerzane chodniki, pojawią się skwerki, trawniki i ławki. W Tokio zanim kupi się samochód, trzeba udowodnić, że ma się dla niego miejsce parkingowe. To nie jest podejście, które skutkuje rozrostem parkingów, tylko ograniczeniem liczby aut.

Kraków też stawia na zmniejszenie ruchu samochodów i zwiększenie udziału pieszych w przestrzeni. Urzędnicy uważają, że nadmiar parkingów szkodzi tkance miejskiej.

Pytanie, jak zdefiniować nadmiar.

Instytut Rozwoju Miast oszacował, że w Warszawie parkingi zajmują 20% miejskiej przestrzeni. To dużo, jedna piąta powierzchni, na której muszą się jeszcze zmieścić budynki mieszkalne i usługowe, chodniki i ulice, parki i inne tereny zielone. W tych obliczeniach pominięte zostały wszystkie dzikie miejsca postojowe. Bo przecież parking jest też grą pasożytniczą, żywi się chodnikiem, jezdnią, ścieżką rowerową. Przejściem dla pieszych. Czyimś podjazdem. Placem zabaw. Trawnikiem.

W Skierniewicach, moim rodzinnym mieście, spróbowano połączyć trawnik z parkingiem. W centrum powstał parking zielony. Pamiętam tę okolicę z dzieciństwa: nieduży skwerek sąsiadujący z kościołem i zabytkowym cmentarzem, drzewa, trawnik, przedept. Lata temu kierowcy zorganizowali tam sobie dziki parking, magistrat postanowił więc rzecz ucywilizować.

Konserwator się zgodził, pod warunkiem że zostaną przeprowadzone ekshumacje na terenie zabytkowego cmentarza i że parking pozostanie trawnikiem. Trochę to kosztowało, wizualizacje były obiecujące, praktyka przyniosła rozczarowanie: ładny trawnik z rolki szybko zamienił się w grząskie bagienko i stał się przedmiotem kpin. Oraz agresji, bo podtopiło się kilkadziesiąt tak potrzebnych miejsc parkingowych, a samochody toną w błocie. Mało kto pamięta, że ostatecznie miał to również być skwerek.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Nikt nie płacze po zieleni, gdy trzeba gdzieś zaparkować. Słowo „trzeba” może się wydawać wątpliwe, ale w dowolnej chwili dnia po polskich miastach krążą kierowcy, którzy usiłują gdzieś zaparkować. Badania ruchu wskazują, że statystyczny miejski samochód spędza ok. 95% czasu na jakimś miejscu parkingowym, w ruchu znajduje się przez 5% swojego życia. Mamy więc samochody nie po to, żeby nimi jeździć, tylko po to, żeby móc je postawić na miejskiej planszy, nie zawsze w miejscu do tego przeznaczonym.

Wiele miast zwłaszcza w czasie pandemii myśli o tym, by jak najwięcej terenów zamieniać w skwery i parki, ale polska średnia jest inna. Miasta wciąż służą nam do tego, żeby je zamieniać w parkingi.

Twórcy dystopijnych wizji przyszłości wymyślili wodny świat, świat pustynię, świat strefę skażoną. Nie przyszedł im do głowy świat zamieniony w parking. A to chyba najbardziej dojmujące wcielenie myśli miasto-masa-maszyna

Kup numer