(fot. Anna Liminowicz / archiwum własne Filipa Springera)
Olga Gitkiewicz, Filip Springer 2022

Tutaj nie powinno być żadnych słów

Czy wiesz, jak zrobić koktajl Mołotowa, Filipie? Mój syn, dwunastolatek, wie.

Czytaj także

Oksana Zabużko

Planeta Piołun

W szkole nie mówią im prawie nic o wojnie, ale na przerwie kolega pokazał mu wideo z YouTube’a. Ja też już wiem, widziałam film na stronie BBC: kobiety upychały w butelkach styropian, rozkruszony, rozdrobniony, wyglądał jak śnieg.

Chcą coś robić, tłumaczyły dziennikarce, instrukcję wzięły może ze strony ukraińskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Przeczytałam ją: potrzebna jest benzyna i olej silnikowy, do tego styropian rozpuszczony w rozpuszczalniku, na przykład w acetonie. Mieszankę wlewa się do butelki z grubego szkła, do dwóch trzecich objętości. Jako korka najlepiej użyć paska tkaniny bawełnianej, pół metra wystarczy, trzeba ciasno zwinąć i poczekać, aż dobrze nasiąknie. Styropian jest potrzebny, bo sprawia, że taka ciecz dłużej się pali. Nie, nie ciecz, przepraszam. Czołg, na który się ją wyleje, dłużej się pali.

Dzisiaj na Facebooku pod zdjęciem warszawskiej Syreny owiniętej w ukraińską flagę ludzie wpisywali pytania, czy taki gest to nie przesada. Wspieram, ale. Rozumiem, że wojna, ale. Po „ale” było wiele podobnych bezdusznych zdań: że jesteśmy w Polsce, że nasza flaga jest biało-czerwona. Sto ripost przyszło mi do głowy, ale każdy komentarz skasowałam. Wszystkie słowa mi się wydawały głupie, nieprzystające, dydaktyzujące albo zbędne. I tutaj też nie powinno być żadnych słów, to powinna być pusta kartka.

Nie chcę pisać tego felietonu.

Słowa coraz częściej przestają mieć znaczenie i nieść znaczenie. Kryzys. Inwazja. Sankcja. Duma. Męstwo. Chwała. Polegli. To są wszystko określenia, których się używa, żeby bardziej atrakcyjnie opisać śmierć i wojnę. Tylko jak opisać wojnę? Jak pisać o osobach, które nocą budzi huk pocisków? Jak pytać o te doświadczenia? Nie mam takiego języka, nie chcę go nawet szukać. Nie chcę pisać tego felietonu.

O czym napiszesz swój?

Podobno Amerykanie zaproponowali Wołodymyrowi Zełenskiemu ewakuację z Kijowa. Odpowiedział: „Potrzebuję amunicji, nie podwózki”. Podoba mi się ta odpowiedź. Ale nie chcę takiego bohaterstwa.

Witalij Skakun, saper ochotnik, wysadził most, ale nie zdążył z niego zejść. Prezydent przyznał mu tytuł Bohatera Ukrainy.

Obrońcy Wyspy Węży odmówili Rosjanom poddania się. Ich dowódca powiedział: „Rosyjski pancerniku, idź na chuj”. Podoba mi się ta fraza, wiele osób ją teraz pożycza. Ale nie chcę takiego bohaterstwa, idźcie z nim na chuj.

O wiele częściej niż o żołnierzach myślę zresztą o kobietach, dziewczynach, Ukrainkach. O żołnierkach, które mają prawo walczyć na stanowiskach bojowych ledwie od paru lat, od 2016 r. Wcześniej mogły na rzecz wojska wykonywać prace wspomagające, być pielęgniarkami, kucharkami, pracowniczkami biurowymi. Teraz w ukraińskich siłach zbrojnych jest kilkanaście procent kobiet, może już nawet jedna piąta, z dnia na dzień zaciąga się ich więcej. To świetnie. Ale nie takiego chcę równouprawnienia.

Zresztą w wojnie nie ma żadnego równouprawnienia, raczej utrwalone podziały: to mężczyźni, którzy byli za granicą, wracają do Ukrainy. Żeby walczyć, zostawiają studia, pracę, życie. To kobiety stoją w wielokilometrowych kolejkach na granicy, żeby przez nią przeprowadzić osoby, które mają pod opieką. Zostawiają studia, pracę, życie. To kobiety sprowadzają dzieci do metra i ukrywają zwierzaki pod kurtkami.

Myślę o tym, oglądając wojnę w internecie.

Wyszukuję filmy, na których Ukrainki rugają rosyjskich żołnierzy. „Nie pokażę wam paszportu – krzyczy blondynka, wysiadając z samochodu, na tylnym siedzeniu wiezie dwoje dzieci. – Na jakiej podstawie, ja kieruję się Konstytucją Ukrainy! Pokażcie twarze, czemu się ukrywacie. Wyście tutaj przyszli, do mnie, na moją ziemię, czemu ja mam paszport pokazywać?”

To są wspaniałe historie, z takich budujemy opowieści o wojnie. O poświęceniu, odwadze. Ale nie chcę takich opowieści.

W wojnie nie ma nic atrakcyjnego, tak myślę, ale może jestem w błędzie, bo przecież tweetujemy o wojnie. Komentujemy wojnę, hakujemy wojnę. Żartujemy z wojny, robimy o niej memy, dziś widziałam taki, który naprawdę mnie rozśmieszył: wielki rosyjski niedźwiedź kroczący wprost na klocek lego zrobiony z dwóch części, na górze niebieska, na dole żółta. Okazuje się, że wojna może też powodować chichot. Ale nie chcę, żeby mnie to bawiło.

Nie chcę butelek z benzyną i zapór przeciwczołgowych na torach.

Serce mi od tych obrazków rośnie tylko na moment.

W wojnie nie ma nic podnoszącego na duchu. Nawet jeśli przez chwilę śmieję się z kolejnego mema.

Wierzysz jeszcze w słowa, Filipie?


Cześć, Olgo! Właśnie miałem do Ciebie dzwonić, gdy przyszedł Twój e-mail.

Redakcja ciśnie, żeby już wysyłać felieton, więc od tygodnia budzę się każdego ranka, aby go w końcu sklecić. To mój sprawdzony sposób na teksty pisane w ostatniej chwili – wstać okrutnie wcześnie, choćby o czwartej, na pewno na długo przed świtem, zrobić kawę i usiąść przed pustym ekranem. Słowa same się wtedy pojawią. Najlepsze swoje rzeczy tak napisałem.

Teraz ten sposób nie działa.

Mam takiego sąsiada z bloku naprzeciwko. Nie wiem, czym się zajmuje, ale on też wstaje tak wcześnie jak ja. Często w takie poranki widzę go, jak siedzi przed swoim komputerem w świetle małej lampki. On mnie też pewnie kojarzy. Czasem podnosi wzrok znad ekranu, gdy zapalam światło w kuchni. Nie, nie machamy sobie, nie błyskamy światełkiem. Co najwyżej wymienimy się „dzień dobry” na osiedlu.

Ten sąsiad jest Ukraińcem. Od wybuchu wojny jego okno jest ciemne.

I teraz każdego ranka zamiast pisać swój felieton, który musi być o wojnie na Ukrainie, bo o czym innym miałby być, wpatruję się w to okno. O wiele łatwiej jest mi odpowiedzieć na Twoje pierwsze pytanie: nie, nie umiem robić koktajli Mołotowa i bardzo nie chcę się tego uczyć.

A to drugie?

Każdy felietonista ma w swoim dorobku felieton o tym, że nie udało mu się znaleźć tematu na felieton. Że siedzi nad pustą kartką, zegar tyka, redakcja ciągle dzwoni. Nosowska ma o tym piosenkę. Tę z muchą. Nawet Daniel Passent kiedyś taki felieton napisał – wiem, bo czytałem, tylko teraz nie mogę znaleźć.

Teraz już wiem, że są to najwyraźniej problemy czasów pokoju.

Zupełnie nową sytuacją jest ta, gdy jest o czym pisać, ale brakuje słów. Nie ma żadnych odpowiednich.

Łudzę się, że kiedyś łatwiej było milczeć. Dziś przecież wszystko gada. Mamy relacje live z frontu i to podobno sprawia, że jesteśmy lepiej poinformowani. Jesteśmy? Czy odświeżając co chwila stronę i patrząc niemalże w czasie rzeczywistym na bombardowanie Charkowa, wiemy coś więcej? Ja chyba nie. I tak, oglądając te materiały, nie mogę oderwać wzroku od porcelanowego słonika stojącego na parapecie okna, przy którym ktoś przez firankę filmuje spadające na miasto rakiety. Obok tego słonika leży niedokończona krzyżówka i długopis. Te wybuchy widzę kątem oka i potem muszę kliknąć „odtwórz ponownie”, bo mam wyrzuty sumienia, że nie patrzyłem na to, co ważne.

I gdy oglądam to drugi raz, mam wrażenie, że te bomby drugi raz spadają na te same miejsca. Porcelanowy słonik, niedokończona krzyżówka i długopis nie są ważne. Nie dla nich ktoś podszedł do okna w czasie ostrzału.

Przestałem odświeżać te strony z relacjami. Okej – może nie przestałem, lecz bardzo staram się nie robić tego kompulsywnie. Po całym dniu pracy sprawdzam tylko w jednym miejscu, co się wydarzyło. Jakkolwiek by to zabrzmiało, jednak wolę być tu, zamiast ciągle tam, choćby to miało być takie bezbolesne, bezpieczne bycie online. Tutaj jest przecież wystarczająco dużo do zrobienia, nie będę w tym robieniu bardziej skuteczny po obejrzeniu kolejnego ostrzału przedszkola.

Odtwórz ponownie – bo na zasypanej gruzem i odłamkami podłodze leżał miś, zupełnie podobny do tego, który stoi na półce w pokoju mojego syna.

Ale to nie jest łatwe, bo przecież wszędzie aż się kotłuje od słów i obrazów. Te potrzebne i pomocne giną w potoku takich, jakich naprawdę mogłoby nie być. Dwadzieścia lat temu zapytałbym: gdzie jest jakiś moderator tego forum? Ale nie ma żadnego moderatora. Jest już tylko algorytm zasilany emocjami. Będzie nas tym katował aż do wyczerpania zapasów antydepresantów w aptekach.

I tu trzeba sobie powiedzieć jasno: Ty i ja, jesteśmy częścią tego problemu. Pisząc, dokładamy się do tej nadprodukcji i zaciemniamy obraz. Możemy sobie tłumaczyć, że staramy się być odpowiedzialni. Nie oszukujmy się jednak – trzeba niemałego narcyzmu, żeby usiąść dziś przed komputerem, by napisać tekst.

Dwie puste kartki w „Znaku” co miesiąc czekają jednak na nasze słowa i bardzo będzie niegrzecznie, jeśli zostawimy te kartki pustymi. To by było może nawet i kuszące – zrobić taki performance. Może by nawet tam, w redakcji, na to poszli. Jednak to by był już wcześniej ograny ruch.

Czytaj także

Planeta Piołun

I wiesz co? – to by też była kapitulacja wobec tego pokurcza, który siedzi w bunkrze na Uralu.

Bo ja nie wiem, czy wierzę w słowa. Na pewno wierzę w ciszę między nimi i to, co się w tej ciszy wydarza. Ale bez nich jej nie ma.


To wyjątkowy, wspólny felieton Olgi Gitkiewicz i Filipa Springera. Ukaże się również w kwietniowym numerze Miesięcznika, jako redakcja zdecydowaliśmy się opublikować go z wyprzedzeniem.