70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Anna Liminiowicz

Kiedy stoję, patrzę w okno, krótka chwila

Coś mnie obudziło. Prawdopodobnie śniła mi się wojna, bo teraz codziennie śni mi się wojna. Wysokie budynki bez okien, strome klatki schodowe, potykam się, ukrywam, przeprowadzam kogoś przez pełne ruin miasto. Może jednak uciekam? Nie, zaraz sprowadzam sen na właściwie tory.

Budzę się usatysfakcjonowana, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Wykazałam się, uratowałam kogoś, może nawet siebie.

Ale tamtego poranka obudził mnie jakiś dźwięk, niezbyt głośny odgłos uderzenia.

Wstałam. Na balkonie leżał martwy bażant.

Martwy bażant na wysokości pierwszego piętra, na betonowym peerelowskim osiedlu, to nie jest rzecz powszednia. To raczej ciąg dalszy snu o wojnie albo pierwsza scena filmu „postapo”.

Co się robi z martwym bażantem w czasach pandemii? Najpierw się na niego długo patrzy. Ogląda się jego wypukłości, równo ułożone pióra, niebieskawą szyję. Bo bażant nawet po śmierci nie traci uroku.

Potem się myśli, że może on wstanie, otrzepie pióra i poleci. Później czyta się przepisy na bażanta w limonkach, podsyłane przez rozbawionych znajomych. Potem się myśli, że może spadł z któregoś z balkonów wyżej, może tam kruszał przed świętami. Aż w końcu bierze się telefon i dzwoni się do powiatowego inspektoratu weterynaryjnego. Ja tak zrobiłam.

– Pani poczeka, z szefem połączę, bo to dzikie zwierzę – usłyszałam. A zatem na balkonie miałam martwe dzikie zwierzę.

Ktoś po nie przyjechał pół godziny później – sympatyczny człowiek w gumowych rękawiczkach i z czarnym workiem w ręce. Był to pierwszy gość od dobrych kilku dni, bałam się go wpuścić i szczerze mu o tym powiedziałam. Pakowaniem bażanta do worka zajął się więc mój mąż, a my przez uchylone drzwi, zachowując bezpieczny dystans dwóch metrów, rozmawialiśmy o tym, że bażanty takie właśnie są: spłoszone, lecą na oślep, nisko, lotem koszącym. Ten nasz mógł nie zauważyć rozjaśnionej słońcem ścianki balkonu.

Ja na tę ściankę patrzę codziennie, tuż za nią rośnie wierzba, z dnia na dzień zieleńsza.

W czasach kiedy lepiej nie wychodzić i nie przyjmować wizyt, balkon łączy mnie ze światem, a wierzba odmierza czas.

Codziennie budzę się ze snów o wojnie i wyglądam przez okno. Codziennie na dole jeżdżą samochody Ochotniczej Straży Pożarnej i policji, nadając komunikaty o konieczności pozostania w domu i niekontaktowania się z nikim.

*

Mam pracę, która polega na rozmowach z ludźmi, na interakcjach, na spotkaniach. Teraz obserwuję ich tylko przez okno. Ludzi z psami i robotników na budowie naprzeciwko. Sprzedawczynię, która co rano idzie do pracy w sklepiku za rogiem, pracowników zakładu oczyszczania miasta w rękawiczkach i maskach, kierowcę autobusu, który zawsze zawraca w zatoczce nieopodal mojego bloku. Kurierów i pocztowców, pracownika spółdzielni, który przycina zeschnięte krzaki.

Czytam w internecie, ile osób pomaga. Migranci wożą przygotowane przez siebie obiady do szpitali. Za darmo. Wietnamska społeczność przekazała polskim szpitalom kilka tysięcy testów na obecność koronawirusa. Nastolatki robią zakupy potrzebującym. Taksówkarze wożą za darmo ratowników i pracowników szpitali. Wolontariusze Zupy na Plantach i Mobilnego Punktu Poradnictwa pomagają osobom w kryzysie bezdomności. Emerytki i emeryci szyją maseczki. A ja nie umiem nawet szyć.

Odważna jestem tylko we śnie.

Kiedy wyglądam przez okno, kolejne mniejsze i większe biznesy ogłaszają niewypłacalność, a znajomi piszą mi, że dostali wypowiedzenie.

Czuję się zażenowana tym, że po prostu zapisuję codzienność w czasach, które tak wiele osób określa jako dziwne i straszne. Że mam ten komfort i mogę pracować w domu, ograniczyć kontakty.

Tylko że bez mojej pracy świat się nie zawali. Mój zawód jest kompletnie nieprzydatny społecznie – jestem już tego prawie pewna, gdy 17. dnia izolacji wyglądam przez okno.

I wtedy dzwoni mój przyjaciel.

– Rozumiem cię, ale kompletnie się z tobą nie zgadzam. W takich czasach ludzie bardziej niż kiedykolwiek potrzebują opowieści – mówi zdecydowanie.

Usiłuję mu wierzyć. Rozmawiamy potem o tym, że francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire chce dopisać księgarnie do listy obiektów, które powinny być otwarte w czasach pandemii. Jego zdaniem zwłaszcza teraz ludzie muszą mieć dostęp do książek.

Nie wiem, czy to prawda, nie mogę tego jednoznacznie zweryfikować, internet pęka przecież od fake newsów. Na razie francuskie księgarnie są zamknięte. Ale to byłaby ładna historia do opowiedzenia. Dobra scena do szczęśliwego zakończenia filmu „postapo”.

 

Tytuł to fragment utworu Nowa Aleksandria zespołu Siekiera


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter