Olga Gitkiewicz (fot. Anna Liminowicz)
Olga Gitkiewicz styczeń 2022

Szatkowanie doby

Trudne doświadczenia matek się pomniejsza albo kwituje wzruszeniem ramion, podobne doświadczenia ojców się wyjaskrawia.

Artykuł z numeru

Osiem lekcji na numer 800.

Słyszałam to pytanie dziesiątki razy na spotkaniach autorskich: jak pani godzi pracę reporterską z życiem domowym? Miałam w głowie wiele mało literackich odpowiedzi, ale szukałam innych, trochę bardziej okrągłych. Moi koledzy reporterzy nie musieli na podobne pytania odpowiadać, więc sama zaczęłam je zadawać, gdy prowadziłam z niektórymi z nich spotkania. Publiczność na ogół się śmiała, może dlatego czułam się, jakbym żartowała. Albo jakbym siliła się na złośliwość.

Pisarki, z którymi rozmowy zebrano w zbiorze Sztuka powieści (antologia wywiadów z „The Paris Review”, w Polsce wydały ją Książkowe Klimaty w tłumaczeniu Adama Pluszki i Dobromiły Jankowskiej), zaznaczają, że ich pisanie było uzależnione od sytuacji macierzyńskiej: Margaret Atwood starała się wykorzystywać czas, kiedy dziecko wychodziło do szkoły, Doris Lessing wspominała, że pisała krótkimi zrywami. Toni Morrison z konieczności siadała do pracy przed świtem, zanim rodzina się obudziła, Alice Munro w czasie drzemek swoich córek.

W bliźniaczym tomie, w którym zebrano rozmowy z pisarzami, doświadczenie ojcostwa czy w ogóle bycia w związku, nie wybrzmiewa. Mężczyźni pytani o sposób pisania skupiają się na technice pisarskiej, kawie, papierosach, cyzelowaniu zdań, zbieraniu materiału. Michel Houellebecq odpowiada: „Piszę, aż mi się odechce”. Jonathan Franzen pisze osiem albo i dziesięć godzin na dobę, tyle, ile potrzebuje.

Pisarki opowiadają, jak szatkują dobę, by znaleźć czas na zanotowanie kilku lub kilkunastu zdań, i jest to w jakimś sensie uniwersalne doświadczenie pracujących kobiet, które mają rodziny.

To również moje doświadczenie, choć zdaję sobie sprawę ze swojego uprzywilejowania: mam dwoje zdrowych dzieci, nie muszę opiekować się innymi zależnymi członkami rodziny, nie doświadczam przemocy, nie jestem samotną matką, nie jestem migrantką, jestem heteroseksualna, wykonuję wolny zawód. Ale nie poprawia mi samopoczucia ta gradacja – świadomość, że inne mają gorzej, to najgorszy możliwy sposób porównywania.

Na początku września 2020 na twitterze ONZ pojawił się wpis: „The #COVID19 pandemic is demonstrating what we all know: millennia of patriarchy have resulted in a male-dominated world with a maledominated culture which damages everyone – women, men, girls and boys”. Tysiącletni patriarchat zafundował nam męskocentryczny świat i szczególnie w pandemii odbija się to na nas wszystkich.

To cytat z wypowiedzi sekretarza generalnego ONZ Antonia Guterresa. O patriarchacie mówi mężczyzna, widzę to wyraźnie, ale jeszcze wyraźniej widzę frazę we all know. We all know, przecież to wiemy. We all know, i po co to drążyć.

Z opublikowanego rok później, a więc wiosną tego roku, raportu Komisji Europejskiej wynika, że pandemia najsilniej uderzyła w kobiety: to one traciły pracę, to one doświadczały przemocy, one częściej chorowały na COVID, bo zajmowały się osobami chorymi i zależnymi, to one zostawały w domu z dziećmi.

Decyzja o tym, kto zostaje w domu, nie jest przecież zresztą wyłącznie światopoglądowa, nie zależy od ogólnego oświecenia i progresywnego nastawienia. Po prostu on zwykle zarabia więcej i ma bardziej stabilną umowę.

Sytuacja, kiedy to kobieta zarabia na rodzinę, a mężczyzna zajmuje się domem, jest w moim środowisku zauważalna i nie zamierzam wymazywać tych doświadczeń, ale nie będę też udawać, że wielu znanych mi mężczyzn powtarza z dumą: „Żona bardzo pomaga mi w domu i przy dzieciach”. Tę frazę „pomaga mi w domu” wypowiadają raczej kobiety i ma ona definiować partnerstwo. Tylko że pomaganie to ułatwianie komuś jakiejś czynności – to określenie zakłada pewien brak symetrii. Jest w tej relacji ktoś, kto pomocy potrzebuje, i ktoś, kto jej udziela.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Partnerstwa nie da się budować indywidualnie i w systemowej próżni, to się nie udało nawet w czasach przedpandemicznych. Wiedzą o tym kraje skandynawskie. Finlandia, ze swoim sfeminizowanym rządem, zmieniła w tym roku prawo dotyczące urlopów rodzicielskich – urlop ojcowski zrównał się z macierzyńskim. Każde z rodziców ma prawo do prawie siedmiu miesięcy płatnego urlopu rodzicielskiego. W Finlandii już wcześniej urlopy ojcowskie były jak na Europę dość długie (matki miały ponad cztery, a ojcowie ponad dwa miesiące urlopu, do tego rodzice dostawali kolejnych sześć miesięcy do podziału), a jednak tylko jeden na czterech ojców decydował się z tego dłuższego urlopu skorzystać. Tradycyjny podział ról nie tylko w Polsce trzyma się mocno, dlatego fińskie polityczki chcą kształtować partnerskie relacje, używając prawa.

W Polsce opieka nad dziećmi jest postrzegana jako indywidualny problem, nie jako systemowe wyzwanie. Jest prozaiczna i prywatna, obwarowana dodatkowymi wymaganiami: matki powinny być elastyczne, wielozadaniowe, godzić pracę zawodową z życiem domowym, wszystko móc, prócz publicznego karmienia piersią, wtedy tak, system wbija im pieczątkę do paszportu i pozwala na duldung, pobyt tolerowany.

Kup numer