fot. Anna Liminiowicz
Olga Gitkiewicz maj 2021

Trochę bardziej u siebie

Moja babka chodziła na rynek, ja po wielu latach mieszkania w mieście, w którym rynkiem był centralny miejski plac, chodzę na targ. Ale w moim mieście wszyscy mówią na targowisko „rynek”, bo innego nie mamy.

Artykuł z numeru

Za wyborem i życiem

Czytaj także

Olga Gitkiewicz

Proszę siadać

Na studiach pracowałam dorywczo w budce­-piekarni na Rynku Bałuckim w Łodzi. Osy cięły mnie po rękach, gdy sięgałam po pączki, w plecach mi strzelało, gdy przesuwałam skrzynki, by podać komuś chleb – nie, nie ten, tamten taki bardziej wypieczony proszę.

Może powinna mi po tym zostać bazarowa trauma, ale tylko wzmocniła się we mnie bazarowa miłość.

W marketach i sklepach spożywczych więdnę, bo w skrzynkach są najczęściej „jabłka polskie”, a pochodzę ze stolicy nauk sadowniczych, to zobowiązuje. Rozpoznaję gatunki jabłek z odległości dwóch metrów i tylko na bazarku mam tych gatunków więcej niż trzy najbardziej popularne.

Dlatego często chodzę na targ – gdy widzę rząd straganów i parasoli, czuję się trochę bardziej u siebie. Przez szpaler rozstawionych niezbyt gęsto stoisk mieszanych, przez pordzewiałą bramę przechodzę pod tablicą „Targowisko miejskie w Żyrardowie. Od 1924” i zaraz jestem w świecie w pigułce.

To labirynt uliczek i wyboru, dmuchane piłki i plastikowe karabiny zaczepiają o swetry i legginsy, jajka i mleko sąsiadują z chemią z Niemiec i pączkami, na obrzeżach alei skarpetek i majtek są planty ziemniaków i kiszonek. Tylko tutaj daję się naciągać dzieciom na napoje w kolorach pierwiastków, których nikt jeszcze nie odkrył.

Po prawej są jatki, czasem zdarza mi się tam zabłądzić, potrafię się wtedy zagapić na witrynę wypakowaną od góry do dołu kurzymi łapkami. Dla kogoś, kto od trzydziestu lat nie jada mięsa, jest w niej coś niepokojąco hiponotyzującego: setki posiniałych łapek sąsiadują z wciśniętymi w szybę korpusami z indyka, tylko 2,99 za kilogram, nad nimi wisi koronkowa firaneczka.

Tuż obok odzież patriotyczna, koszulki z hasłami OD URODZENIA DUMNY Z POCHODZENIA i CZOŁEM WIELKIEJ POLSCE, nad stoiskiem unosi się flaga biało-czerwona i kiedy tamtędy przechodzę, zawsze nucę O głowie Klausa Mitffocha: „Kolor górny jest kolorem białym! Kolor dolny to kolor czerwony!” Naprzeciwko, na stoisku z rajstopami i skarpetkami, można kupić maseczki z logiem Strajku Kobiet.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Lubię też chodzić po tym placu, gdy zapada zmierzch. Gdy już wszyscy sprzedawcy się popakują i pojadą do domów, gdy budki są pozamykane, znikają dostawczaki, krzesła wędkarskie i polowe łóżka, są tylko betonowe płyty, a na nich rozjechane pomidory i liście od kalafiora, których nigdy nikt nie chce. Obite jabłko. Urwana rączka od radia. A czasem całkiem jędrne papryki, kiść kropkowanych bananów w kartonie opartym o kiosk – nie sprzedały się, zostały dla kogoś, kto potrzebuje.

Rok temu targowisko zostało zamknięte z powodu pandemii i ta decyzja wywołała gorętsze reakcje niż zamknięcie centrów handlowych. Na profilu miasta bardzo szybko pojawiła się mapka targowiska, na której sprzedający mogli zaznaczyć swoje dotychczasowe stanowiska i podać kontakt do siebie, gdyby ktoś chciał zamówić warzywa i owoce z dowozem, na osiedlach rozwieszano informacyjne plakaty, w ciągu kilku dni powstała też lokalna grupa na Facebooku. Mieszkańcy zamieszczali tam ujmujące posty: „Palemki 5 zł. Robiła je starsza Pani na rynek i nie ma teraz gdzie sprzedać”, „Poszukiwany Pan od miodu, stoi przy wyjściu pod koniec, podaję orientacyjnie”, „Poszukuję p. z żółtego busa, która sprzedaje pycha ogórki i kapustę kiszoną”. „Szukam kontaktu do Pani, która sprzedaje jajka, obok Pana z pieczarkami”. „Kochani, a może ktoś ma numer do starszego pana, który sprzedaje jabłka. Stoi praktycznie w wejściu, na środku alejki”.

Czytaj także

Proszę siadać

Bo funkcje społeczne są w tym miejscu nie mniej ważne niż handlowe: ktoś komuś popilnuje stoiska, ktoś rozmieni pieniądze, ktoś przyniesie długą na metr zapiekankę z budki, mieszają się różne grupy wiekowe, jeśli się jest w nastroju, można chwilę pogadać, spróbować, czy śliwki nie za miękkie, czy ogórki należycie ukwaszone. Nigdzie też nie spotykam tylu znajomych osób.

I chociaż w opiniach w serwisie Google niektórzy narzekają, że „Ciasno, deszcz pada na głowę. Swojej parasolki nie mogę otworzyć, bo przeszkadzają parasole sprzedających”, więcej jest pozytywnych komentarzy: „Można tu kupić tanio owoce i warzywa, a także prawdziwe mięso”, „Mam ulubioną Panią z ogórkami, do której chodzę od lat”, „Pozdrawiam Pana od kapusty kiszonej, u którego zawsze jest kolejka”.

Możliwe, że magistrat, do którego należy plac, wsłuchał się w głosy tych, którym deszcz padał na głowę, bo od kilku miesięcy trwa modernizacja targowiska. Część placu została wydzielona, mają tam stanąć zabudowane pawilony. Przykłady z innych polskich miast pokazują, że takie zmiany na targowiskach niekoniecznie przekładają się na wzrost satysfakcji kupujących, ale niektórzy sprzedawcy pewnie się tam przeniosą – ci, których będzie na to stać. Wielu zostanie jednak przy swoim łóżku polowym, krzesełku, skrzynce. Będę ich odwiedzać.

Kup numer