fot. Anna Liminowicz
Olga Gitkiewicz wrzesień 2020

Ten stolik jest mało stabilny

Kawiarnie stały się nowymi biurami, tu się nie gada, tylko pracuje.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

Olga Gitkiewicz

Wkręceni w pracę

Coraz częściej mam wyrzuty sumienia, gdy podchodzę do znajomych w kawiarni. Podnoszą na mnie wzrok znad laptopów, po chwili rozmowy dają znać, że muszą wracać do pracy. Nie, nie wychodzą – sięgają po notatki, po myszkę, włączają uśpiony laptop.

Kawiarnie stały się nowymi biurami, tu się nie gada, tylko pracuje. Byłam już świadkiem kawiarnianych rozmów kwalifikacyjnych, wywiadów, negocjacji, narad kilkuosobowych zespołów, a nawet próby do niskobudżetowego filmu.

Słyszałam skierowane do personelu prośby o ściszenie muzyki. Słyszałam, jak ludzie pracy uciszali innych, którzy do kawiarni przyszli po prostu towarzysko, pośmiać się i poplotkować.

– To nie jest już miejsce goszczenia się, proszę zobaczyć, nie liczą się z nikim i z żadnymi reakcjami – powiedział mi znajomy psycholog w jednym z sieciowych lokali. Rozmawialiśmy o tym, jak zmienia się świat pracy. – Ci ludzie przychodzą w miejsca publiczne tworzyć strukturę zaborczą.

Można to obśmiać, można przywoływać stereotypowe obrazki z kobietami i mężczyznami pochylonymi nad sojową latte, ale ja wolę myśleć o zmianach, które stoją za tymi obrazkami.

Jeszcze niedawno, 10, 20 lat temu człowieka należało do pracy przyjąć, zapoznać z firmowymi zasadami i z topografią, poznać z zespołem, dokonać adaptacji – dziś te rytuały życia pracowniczego stają się jeśli nie zbędne, to nieaktualne. Umowa o pracę i wszystko, co z nią przychodzi, przestała być oczywistością.

Gdy po covidowym zamknięciu kawiarnie zaczęły znowu parzyć espresso nie tylko na wynos, przy stolikach najszybciej zasiedli nie turyści, nie zwolennicy przyjacielskich pogawędek przy kawie, lecz ludzie pracy, przedstawiciele wolnych zawodów. A właściwie prekariusze, osoby pozbawione nie tylko umów o pracę, stabilnych dochodów i praw pracowniczych, ale także biur i biurek.

Sporo osób mówi, że kawiarnie są idealnym miejscem pracy, i nie chodzi wcale o wizerunek twórczego freelance’u. Kawiarnie dają wszystko, co wielu jest potrzebne do pracy – kawałek stołu i dostęp do sieci.

Można też w nich zwalczyć poczucie odizolowania, bo praca to przecież także relacje społeczne – kiedy nie ma miejsca pracy, tych relacji brak.

Wbrew pozorom praca w takim miejscu przynosi również jakąś formę kontroli. Jest się wśród ludzi, można się poczuć, jakby naprawdę ktoś obserwował, co się robi: przez chwilę porozmawiałaś czy porozmawiałeś z kimś znajomym, ale teraz patrz już w laptop i skup się na robocie.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Przychodzenie do ulubionej kawiarni daje też pewne ramy, trochę rutyny, która kojarzy się z pracowniczym życiem. Ktoś powie: a hałas? Izolują od niego słuchawki, niektórzy zresztą nie potrzebują się izolować. Poza tym z badań wynika, że kawiarniany gwar czy muzyka dekoncentrują mniej niż domowe rozpraszacze: zmywanie, pranie, remonty za ścianą, płacz dzieci. Sprawdziłam to zresztą wielokrotnie na własnej skórze.

Trzeba płacić, coś zamówić, owszem, to boli, zwłaszcza przy nieregularnych zarobkach. Ale jeśli się przeliczy – uśredniając, jedna, dwie kawy dziennie, trzy razy w tygodniu, czasem jakieś ciastko lub kanapka… w miesiącu takie „biuro” może kosztować na przykład 300, 400 zł, choć i mniej – barmani i barmanki mówią, że zdarzają się klienci, którzy siedzą kilka godzin nad szklanką wody.

Kawiarnie mają zresztą różne strategie. Niektóre zakrywają gniazdka sieciowe, sygnalizują, że co dwie godziny warto coś zamówić, wymagają cyklicznego logowania się do wifi hasłem podawanym przy barze – domyślnie klient, który pójdzie do obsługi po nowe hasło, coś zamówi. Inne lokale wprost reklamują się jako miejsca pracy przy kawie, wydzielają przestrzeń dla gości z komputerem.

Czytaj także

Wkręceni w pracę

Niektórym jednak praca w kawiarni nie odpowiada, potrzebują bardziej biurowych warunków. To dla mnie jeszcze inna odsłona zmian w świecie pracy: chodzi o biura co-workingowe, czyli biurka wynajmowane na godziny. To wciąż jeszcze perspektywa większych miast, jednak i w moim niespełna czterdziestotysięcznym otwiera się właśnie co-working.

Wielu i wiele z nas tak często w ostatnich latach słyszało, że stabilność zatrudnienia, stabilność w pracy jest czymś, czego nie warto oczekiwać, że cenna jest elastyczność – dziś właściwie nie oczekujemy tej stabilności. Niektórzy już nawet nie wyobrażają sobie etatu, stałości, sztywnych reguł. Dlatego pozbawieni miejsc pracy nie generują kosztów pracowniczych, za to kolonizują kawiarnie i biura współdzielone. Oswajają te strategie i nawet zaczynają je lubić. Ludzie pozbawieni umowy o pracę, składek, ubezpieczenia, stabilnych dochodów i stanowiska pracy przychodzą do kogoś i płacą, żeby to stanowisko na kilka godzin zdobyć.

Wczoraj za ścianą miałam wiertarkę udarową, więc wzięłam komputer pod pachę i poszłam szukać wolnego stolika w kawiarni.

Przy jednym ze stolików siedział duch kapitalizmu i chichotał: a więc wychodzą z domu, żeby w kawiarniach stylizowanych na wnętrza domowe oddawać się pracy.

Kup numer