70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Anna Liminowicz

Żeńską końcówką

Mężczyźni wykonujący zawody tradycyjnie kojarzące się z płcią żeńską automatycznie szukają sobie nazw brzmiących bardziej po męsku. Nie przejmują przyjętych w języku nazw żeńskich i nikogo to nie dziwi. Kobiety, które nie chcą być socjologami, architektami, ministrami, posłami, nadal są narażone na co najmniej kpinę.

Brałam kiedyś udział w dyskusji o mansplainingu w zróżnicowanym płciowo gronie. Mansplaining można tłumaczyć jako męsplikację – protekcjonalny ton mężczyzn rozmawiających z kobietami. W pewnym momencie jeden z mężczyzn zaczął objaśniać wszystkim świat, dyskusja zeszła na mityczny feminizm kończący się na progu, przez który trzeba przenieść lodówkę, oraz na męskie i kobiece zawody. Inny powiedział, że nie wierzy w dyskryminację płacową ze względu na płeć, bo pielęgniarze i przedszkolankowie też są kiepsko wynagradzani. To prawda, ale pielęgniarze i przedszkolankowie mają przynajmniej własne końcówki.

Mężczyźni wykonujący zawody tradycyjnie kojarzące się z płcią żeńską automatycznie szukają sobie nazw brzmiących bardziej po męsku. Nie przejmują przyjętych w języku nazw żeńskich i nikogo to nie dziwi.

Kobiety, które nie chcą być socjologami, architektami, ministrami, posłami, nadal są narażone na co najmniej kpinę.

Na jednym ze spotkań ktoś mnie całkiem niedawno przedstawił:
– Olga jest dziennikar-ką, redaktor-ką, socjoloż-ką, hehe, tak lubisz się przedstawiać, tak?

Tak. Tak się przedstawiam. Bez hehe.

Jedna z moich przyjaciółek opowiedziała mi, że kiedy zamawiała dla siebie redakcyjne wizytówki, zapisała w zleceniu formę „Imię, nazwisko, dziennikarka”. Szef długo przekonywał ją, żeby użyła formy „dziennikarz”, bardziej jego zdaniem profesjonalnej.

Z kolei znajoma, która na wizytówce jest podpisana jako „główny księgowy”, wytłumaczyła mi, że „główna księgowa” fatalnie się kojarzy: z pańcią, która na niczym się nie zna i pije kawę ze szklanki.

Dwie litery, tyle obrazowych skojarzeń.

Krajowa Rada Języka Polskiego już w 2012 r. z pewną ostrożnością zaznaczyła, że żeńskie formy nazw zawodów i tytułów są dopuszczalne – w propozycjach żeńskich końcówek wykorzystuje się możliwości słowotwórcze polszczyzny, a to prowadzi do utworzenia nazw zgodnych z systemem językowym. RJP zaznaczyła w komunikacie, że jeżeli feminatywy nie są jeszcze powszechnie używane, to dlatego, że budzą negatywne reakcje większości osób mówiących po polsku. A to można zmienić, jeśli przekona się ludzi, że „formy żeńskie wspomnianych nazw są potrzebne, a ich używanie będzie świadczyć o równouprawnieniu kobiet w zakresie wykonywania zawodów i piastowania funkcji”.

Osiem lat później w Sejmie niemożliwym okazało się zapisanie na niektórych tabliczkach słowa „posłanka” zamiast „poseł”.

Język się zmienia i większość z nas na co dzień nie ma z tym kłopotu. Akceptujemy zapożyczenia, anglicyzmy, przymykamy oko na drobne niezręczności i kolokwializmy.

Na jednym z moich ulubionych forów językowych nikt nie zakłada wielowątkowych dyskusji o używaniu form „wziąść” albo „poszłem”. Za to ledwie pojawi się pytanie o poprawność form, takich jak ministra, profesorka albo pilotka dziesiątki ludzi wytaczają najcięższe działa ironii i sarkazmu, komentarzy przybywa w niewiarygodnym tempie.

Do tłumaczenia, dlaczego żeńskie końcówki są złe, zaprzęga się nie tylko normy językowe – bo te przecież zdaniem językoznawców nie zostają naruszone. Argumenty są więc różne. Dotyczą profesjonalizmu. Wygody. Zwyczajów. Uniwersalności męskich końcówek.

Żeńskie końcówki są złe, bo budzą fatalne skojarzenia.

Są niewymawialne.

Są śmieszne.

Taka na przykład pilotka. Żadna to kobieta za sterem samolotu, bardziej czapka.

Posłanka głupio brzmi, przywodzi na myśl oczywiście posłanie.

Ta skłonność do wynajdywania dziwacznych synonimów uruchamia się wyłącznie przy żeńskich nazwach zawodów, bo pilot jakoś nikomu nie kojarzy się z urządzeniem do sterowania telewizorem, a grafik z tygodniowym czy miesięcznym rozkładem zajęć.

*

Od ponad stu lat w marcu obchodzimy Dzień Kobiet. Niektóre z nas dostają z tej okazji kwiaty, mniej lub bardziej drobne prezenty. Ale wciąż zarabiamy mniej niż mężczyźni. Rzadziej pełnimy funkcje publiczne. Częściej cierpimy na syndrom oszustki (ten syndrom akurat ma niekwestionowaną żeńską końcówkę). Próbujemy przebijać szklany sufit, ale wciąż musimy wysłuchiwać tej samej historii o przenoszeniu lodówki. I wciąż odbiera nam się prawo dodania sobie kilku liter na wizytówce.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter