(fot. Kenny Orr / Unsplash)
Olga Gitkiewicz listopad 2021

Historie z lastryko

Chodzisz po tych cmentarzach jak po jakimś osiedlu, powiedział mi ktoś kiedyś z niezrozumiałym wyrzutem.

Artykuł z numeru

Oswajanie samotności

Czytaj także

z Barbarą Imiołczyk i Tadeuszem Jackiem Zielińskim rozmawia Dominika Klimek

Cmentarz to dalszy ciąg życia

Lubię ten czas przed 1 listopada, gdy na cmentarzach słychać szelest odgarnianych liści, a w powietrzu unosi się zapach pasty do czyszczenia nagrobków. Ale wolę ten czas po pierwszym, gdy dopalają się znicze, a uliczki między nagrobkami pustoszeją.

Lubię cmentarze codzienne, nieodświętne. Siadam na cudzych ławkach i przy cudzych grobach, czytam cudze kondolencje na obcych wieńcach. Studiuję tablice, analizuję relacje między osobami leżącymi w jednej mogile, bo przecież czasem na jednej płycie są różne nazwiska, różne epoki, różne możliwości. Szukam czcionek właściwych dla danych czasów, charakterystycznych zwrotów, kształtów i materiałów popularnych 5, 30, 100 lat temu.

Chodzisz po tych cmentarzach jak po jakimś osiedlu, powiedział mi ktoś kiedyś z niezrozumiałym wyrzutem.

Och, cmentarze przypominają osiedla, ten w mojej okolicy jest jak miasto. Ma sektory i dzielnice, główną aleję, najbardziej reprezentacyjną, zadrzewioną, zapełnioną grobowcami wznoszącymi się ponad inne. Są też koszary, gdzie wieczny odpoczynek znaleźli żołnierze różnych armii. Jest dzielnica dzieci, pełna małych, pobielonych grobów, na których imiona są zdrobnione, a w znicze wczepiają się przemarznięte miśki. I dla kontrastu tuż obok nieco zaniedbana dzielnica prostych mogił otoczonych plastikowym płotkiem, w każdej po dwie, trzy osoby. To ludzie grzebani na koszt miasta. Jest też sektor obcokrajowców, kiedyś cmentarz ewangelicki, coraz bardziej spolonizowany, bo stare, często zabytkowe nagrobki zapadają się i znikają, szwabachę zastępują złote polskie czcionki. Znikają zresztą pod warstwami granitu i kwarcytu w Kaliszu, we Wrocławiu i w Cieszynie, w miejscu ziemnych albo kamiennych mogił z przetrąconymi aniołami wyrastają błyszczące, gładkie tablice z kolorowymi zdjęciami niedawno zmarłych osób. Mało kto dba o to, by zostawić jakiś ślad po poprzednich lokatorach tej kwatery, dać znać, że w tej ziemi są jeszcze inne szczątki.

We Wrocławiu na rędzińskim cmentarzu prawie już nie ma nagrobków z niemieckimi nazwiskami, za to gdzieniegdzie jeszcze przebijają daty śmierci: 1945, 1946 wraz z końcówkami nazwisk zakończonych na -ska i -wicz. Zawsze, kiedy tam jestem, myślę o ludziach, którzy tu przyjechali po wojnie z Kresów i z całej Polski i nie zdążyli się nawet rozgościć, a już trzeba ich było grzebać w całkiem obcej ziemi.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Na cmentarzach, mimo rozpychania się nowych nagrobków w miejsce tych starych, wciąż jeszcze widać warstwy miast i ich historię. Gdybym jej uczyła w szkole, pewnie zabierałabym na cmentarz uczniów i uczennice.

Ale i tak cmentarze czasem przydają mi się w pracy. To na nagrobkach, wzorem Małgorzaty Szejnert, nieraz zostawiałam kartki z wiadomościami do bliskich osób, o których chciałam napisać. Szejnert w ten sposób pod koniec lat 80. poszukiwała grobów więźniów politycznych straconych w warszawskim więzieniu na Rakowieckiej. Trzydzieści lat później wciąż wierzę w tę analogową metodę i w obcych miastach zostawiam pod zniczami kartki z wiadomościami dla ludzi, z którymi chcę pomówić. Rodzinny grób jest często łatwiej znaleźć niż żyjące osoby, a ja nawet po obcych cmentarzach nawiguję jak po dobrze znanym osiedlu.

Może to dlatego, że byłam starym dzieckiem. Spędzałam dużo czasu z babcią i jej koleżankami, a one lubiły umieranie. Rozmawiały o ubraniach do trumny, o różańcach, o tym, gdzie i z kim będą pogrzebane, a przede wszystkim o tym, na czyj pogrzeb trzeba pójść. I może moja babcia nie czytała zbyt dużo, ale codziennie czytała klepsydry. Trumny przewożono wtedy jeszcze, pamiętam, w powozach podobnych do karet, ze szklanymi ściankami. Kiedy jechał pogrzeb, wszyscy lecieli przez podwórko i przystawali przy krawężniku. Do dziś pamiętam te emocje, do dziś uwielbiam czytać nekrologi.

Całkiem niedawno przejrzałam się w bohaterce książki Łukasza Barysa Kości, które nosisz w kieszeni: „ludzie nie przepadali za cmentarzami, bo kojarzyły im się z grzebaniem bliskich i płaczem. Wybierali angielski, tenisa i pianino – ale ja miałam swoich ulubionych zmarłych i groby, które uwielbiałam odwiedzać. Wolałam cmentarz od najpiękniejszego nawet parku – zresztą niektóre ogrodzone place wokół nagrobków przypominały mi ogrody, bo rosły tam piękne drzewa, świeża trawa i soczyste kwiaty. Nie potrzebowałam innych ogrodów. Cały dzień mogłam spędzić wśród pomników, wsuwając sobie do ust świętą atmosferę umierania, pukając w kamienne tablice i nasłuchując, czy ktoś się do mnie łaskawie odezwie”.

Może siedzenie wśród pomników to jakaś metoda oswajania śmierci. A może chodzi raczej o to, że cmentarze są pełne liter, a litery zawsze tworzą jakieś historie, ciągle nowe opowieści. Nawet jeśli historie z lastryko znikają pod warstwami gładkiego kwarcytu.

Kup numer