Fot. Agencja Gazeta
Stefan Chwin listopad 2021

Samobójstwo i polska „dziwaczność”

Polska perwersyjna „skłonność do samozniszczenia”, o której czasem się mówi i pisze, znajdowała głównie wyraz w aktach polskiej wyobraźni, spragnionej, jak każda wyobraźnia, mocnych efektów, a nie w rzeczywistych aktach samobójstw altruistycznych.

Artykuł z numeru

Oswajanie samotności

Czytaj także

Marcin Napiórkowski

Powstanie warszawskie, czyli ortografia pamięci

Co jakiś czas w polskich debatach powraca teza o „dziwaczności” polskiej kultury, której dowodem ma być – jak to bywa określane – „perwersyjna forma polskiego patriotyzmu, jego podążanie ku śmierci, samozniszczeniu”, szczególnie widoczna w biorącym się jeszcze z romantyzmu kulcie postaw straceńczych. Teza ta powróciła w dyskusjach nad moją najnowszą książką Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku, tymczasem wbrew narzucającym się pozorom trzeba powiedzieć wyraźnie: w kulturze polskiej nie dominuje żadna mitologia ani praktyka samobójstwa altruistycznego, nigdy też taka mitologia ani praktyka nie była żadną, wybitnie tylko polską specjalnością, która wyróżniałaby nas spośród narodów świata.

Polskie samospalenia

Przeciwnie: mamy w tym zakresie raczej dokonania skromne, np. w porównaniu z kulturą Japonii czy – szerzej – kulturą wschodniej Azji. Słowo „kamikaze” nie jest, niestety, polskiego pochodzenia. Podobnie jak nie byli Polakami mnisi buddyjscy, którzy w latach 60. XX w. za przykładem Thich Quang Duca setkami popełniali samobójstwa altruistyczne, na ulicach miast Wietnamu Południowego, płonąc żywcem w proteście przeciwko prześladowaniu buddyzmu przez katolicki reżim Ngo Dinh Diema. Polakami nie byli także „dziwaczni” czescy chłopcy – Jan Palach, Josef Hlavatý, Evžen Plocek czy Jan Zajíc – którzy w 1969 r. na czeskich placach i ulicach dokonywali publicznych samospaleń przeciwko okupacji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego.

Jeśli chodzi o nasze „osiągnięcia” w tym zakresie, to możemy się poszczycić co najwyżej trzema samobójcami, którzy się podpalili w politycznym proteście – pierwszy to Ryszard Siwiec, protestujący na Stadionie Dziesięciolecia przeciwko udziałowi polskiego wojska w tłumieniu Praskiej Wiosny, drugi to Piotr Szczęsny, który podpalił się przed Pałacem Kultury, protestując przeciwko rządom PiS-u. O trzecim – Walentym Badylaku – który w 1980 r. podpalił się na krakowskim Rynku w proteście przeciwko katyńskiemu kłamstwu komunistów, chyba nie pamięta dzisiaj prawie nikt poza garstką historyków. Żadna z tych osób nie stała się też w Polsce postacią kultową, którą Polacy chcieliby czcić masowo, gdy tymczasem mnichów buddyjskich – także mniszek – płonących na wietnamskich ulicach było ponad sto i otaczano ich kultem, który utrzymuje się do dzisiaj.

Polakami nie byli, niestety, także ani biblijny król Saul, który – jak mówi Biblia – przebił się mieczem po przegranej bitwie pod Gilboa, by nie dopuścić do profanacji królewskiego majestatu Izraela przez zwycięskich Filistynów, ani sławny Samson, który dokonał samobójczego ataku na Filistynów zgromadzonych w świątyni Dagona, zabijając ich parę tysięcy i ginąc przy tym jak nasz Ordon, wysadzający się w powietrze razem ze słynną redutą 54 na warszawskiej Woli.

Nie słyszałem też, by Polakiem był Leonidas, który samobójczo wystawił się na pewną śmierć w wąwozie Termopile, gdzie dopadły go watahy Kserksesa, likwidując jego samego i jego dzielnych towarzyszy.

Leonidasem, którego kult stał się ważnym elementem cywilizacji greckiej, zachwycił się Słowacki i nawet wspomniał o nim w sławnym wierszu, niemniej ów sławny bohater był królem Sparty, nie Mazowsza. Polacy zaś, jeśli o nim słyszeli, zachwycali się nim raczej od czasu do czasu. Polakiem nie był też sławny rycerz Roland, który wolał, by honorowo unicestwili go Saraceni, mimo że trąbieniem w róg mógł wezwać na pomoc przebywające w pobliżu wąwozu Roncevaux wojska Karola Wielkiego, które bez specjalnego trudu uratowałyby go z kłopotów.

Ordon, Rejtan, Wołodyjowski

Liczba samobójców altruistycznych w Polsce jest zawstydzająco skromna, jeśli chodzi o postacie, które przeszły do narodowej legendy i złocą się w panteonie polskiej kultury. Główny zresztą samobójca altruistyczny romantyzmu polskiego – por. Julian Konstanty Ordon – niestety, w rzeczywistości żadnego samobójstwa altruistycznego nie popełnił, tylko zastrzelił się we Florencji jako schorowany, głuchy starzec, bardzo zresztą krytyczny wobec samobójczych zrywów w rodzaju powstania styczniowego. Reytan popełnił samobójstwo w swoim majątku w Hruszówce, gdy przez okno zobaczył żołnierzy rosyjskich zajeżdżających przed jego dwór, ale po pierwsze do dzisiaj mało kto o tym wie, po drugie – prawdopodobnie zabił się w przypływie choroby psychicznej, więc trudno go pomiędzy polskich samobójców altruistycznych policzyć. Jerzy Zawieyski, który bardzo się przejął historią Reytana, niestety, popełnił samobójstwo niepewne, bo część historyków uważa, że mógł zostać w odwecie za swoje marcowe wystąpienie w  Sejmie wyrzucony z balkonu kliniki rządowej przez funkcjonariuszy tajnej policji politycznej, a część skłonna jest uważać, że wypadł z balkonu, bo był w fatalnym stanie po wylewie krwi do mózgu. Reytan jest postacią kultową w Polsce nie dlatego, że perwersyjnie „podążał ku śmierci, samozniszczeniu”, tylko dlatego, że w akcie straceńczej odwagi rzucił się pod nogi targowiczanom, rozdzierając sobie koszulę na piersiach, co sugestywnie przedstawił Jan Matejko na sławnym obrazie.

O  Rajnoldzie Suchodolskim, który podobno rozdarł bandaże na swoich ranach, konając z upływu krwi, gdy 8 września 1831 r. usłyszał, że Warszawa została zdobyta przez Rosjan, dziś prawie się nie słyszy. O  49 oficerach armii Królestwa Kongresowego, którzy odebrali sobie życie w proteście przeciwko publicznemu znieważaniu godności polskiego żołnierza na pl. Saskim w Warszawie przez potwora, wielkiego księcia Konstantego, prawie nikt nie pamięta. O Karolu Levittoux, który się podpalił w  warszawskiej Cytadeli, by nie wydać na torturach swoich towarzyszy, słyszy się może trochę więcej, ale też nie za dużo. Na jego tablicy pamiątkowej nawet nie umieszczono wzmianki, że był samobójcą. Żadnego kultu tych postaci w polskiej kulturze nie ma. Przez parę chwil po jego strasznej śmierci napisano kilka wierszy o Levittoux, i to wszystko. Trochę o nim śpiewał bard Solidarności Przemysław Gintrowski, a potem cisza jak makiem zasiał. Legenda o królowej Wandzie, która zabiła się, by patriotycznie zapobiec niemieckiej inwazji, jest raczej przedmiotem dobrodusznych żartów niż nabożnego podziwu, jak to bywało w wieku XIX.

Zaszczepić kult samobójstwa altruistycznego w polskiej świadomości starali się natomiast bardzo polscy pisarze i artyści, a za nimi polska szkoła, ale  – niestety  – z miernym skutkiem. Jeden Sienkiewicz z panem Wołodyjowskim wiosny nie czyni.

Zresztą większość Polaków nie uważa Wołodyjowskiego za żadnego samobójcę. Pan Michał – jak mówią – nie popełnił, broń Boże, jakiegoś samobójstwa, tylko wysadził się w  powietrze razem z  twierdzą w  Kamieńcu, a to coś zupełnie innego.

Samobójców altruistycznych chciał zrobić z obrońców Westerplatte Gałczyński, zapewniając, że prosto do nieba czwórkami szli, ale jemu także nie wyszło. Major Sucharski na szczęście przypominał Leonidasa i „Hektora kamienieckiego” tylko trochę, bo po siedmiu dniach dzielnej walki rozumnie poddał się Niemcom, za co oni pozwolili mu pójść honorowo do niewoli z  własną szablą oficerską. Nie mamy zatem w naszej narodowej historii XIX i XX w. żadnych prawdziwych Termopil, może z wyjątkiem Wizny, gdzie we wrześniu 1939 r. wysadził się w oblężonym przez Niemców bunkrze kpt. Władysław Raginis.

Trzy tysiące samobójstw

Bolesne statystyki mówią, że w II poł. XX w. na całym świecie dokonano około 3 tys. publicznych samobójstw altruistycznych. Liczba trzech samobójstw polskich – Siwca, Badylaka i Szczęsnego – nie przedstawia się na tym tle imponująco. Podpalali się publicznie nawet Amerykanie, naród protestancko­ -pragmatyczny, raczej daleki od „dziwacznego” żaru Polaków-zapaleńców. Norman Morrison zrobił to w 1965 r. w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie przed samym Pentagonem, za co komunistyczny północny Wietnam uczcił go wydaniem specjalnego znaczka pocztowego, a nawet nazwał jego imieniem ulicę w Hanoi. Tydzień po jego śmierci z tego samego powodu podpalił się Roger Allen LaPorte. Wcześniej w Detroit spłonęła pacyfistka Alice Herz.

Także w Rosji sowieckiej kult samobójstwa altruistycznego był dużo silniejszy niż u  nas, więc nie jest wcale jakąś  – jak to się czasem mówi – „dziwaczną” specjalnością narodów słabych, które po bolesnych klęskach szukają urojonej mocy w  fantazmatach bohaterskiego samozniszczenia. Samobójców altruistycznych chcą mieć także potężne imperia, i to nawet bardzo. Sam pamiętam z dzieciństwa opowieści nauczycieli o czynach żołnierza sowieckiego, który  – niczym rosyjski Winkelried  – w  dniach wielkiej wojny ojczyźnianej własną piersią zasłonił niemieckie gniazdo karabinu maszynowego, żeby jego towarzysze walki mogli skutecznie atakować wroga, co na upartego można by uznać za „perwersyjną formę patriotyzmu, podążania ku śmierci, samozniszczenia”, ale chyba tylko na upartego. Nawet sama Wisława Szymborska na podstawie materiałów propagandowych o  obronie Stalingradu w  1952  r. napisała wiersz o  żołnierzu sowieckim, który  – choć w  rękach wybuchła mu butelka z benzyną – płonąc żywcem, rzucił się na czołg niemiecki i wysadził go w powietrze, z czego – jeśli się zdarzyło naprawdę – trudno zresztą żartować. Ileż to ja się naczytałem o  lotnikach wielu narodowości, którzy w  przypadku trafienia, płonącym samolotem uderzali w obiekty wroga, zamiast wyskoczyć na spadochronie (o  takim sowieckim kamikaze Szymborska napisała wiersz Lotnik myśliwiec – Rogalski z tomu Dlatego żyjemy).

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer