Mrówka pracowała całe lato, a konik polny spędził je, śpiewając. Gdy nadeszła zima, konik zwrócił się o pomoc do mrówki, lecz ta szorstko odpowiedziała, że powinien o tym myśleć wcześniej, teraz niech dalej sobie tańczy i śpiewa – w morderczym chłodzie. Oto, można by rzec, bajka arcymieszczańska, mimo iż autorstwa Ezopa, afirmująca cnoty zapobiegliwości i oszczędności. Przyznam, że – choć bez okrucieństwa wobec biednego konika polnego – te cnoty były mi też zaszczepiane w przekazie rodzinnym, zwłaszcza w przywoływaniu negatywnych przykładów życia ponad stan czy konsumpcji na kredyt.
Być może właśnie ta mieszczańska przezorność była dla mnie jednym z impulsów do tworzenia prywatnych futurologii, to jest prób zastanowienia się, jak będzie wyglądało moje życie za rok, za 5, za 10 lat. Ale czy takie ćwiczenia wyobraźni mają jakiś większy sens?
Otóż wydaje się, że tak. Amerykański psycholog Hal Hershfield w książce Your Future Self przywołuje badania, z których wynika, że ludzie mający silniejsze poczucie związku ze swoim przyszłym „ja” (które, co ciekawe, mamy skłonność traktować niczym zupełnie obcą osobę), potrafią lepiej zadbać o swoje zdrowie i sytuację finansową, a nawet wyróżniają się postawą moralną – bo mają silniejszą świadomość konsekwencji, które zły czyn może pociągać za sobą w przyszłości. Psycholog zaleca w związku z tym rozmaite techniki, które mają wzmocnić naszą więź ze swoim przyszłym „ja”: korzystanie z postarzających naszą twarz aplikacji AI albo pisanie listów do siebie z przyszłości (a jeszcze lepiej: pisanie listów od swojego przyszłego „ja” do „ja” dzisiejszego z komunikatami typu: „zacznij ćwiczyć, weź się za siebie!”).
Poza takimi motywacyjnymi sygnałami, które możemy sobie wysyłać (zasadniczo słusznymi, choć też nieco banalnymi), można widzieć w rozmyślaniach o przyszłości także rodzaj ćwiczenia duchowego. Próbę przybliżenia sobie, ile jeszcze czasu (np. ile wspólnie przeżywanych świąt) zostało nam ze starzejącymi się rodzicami i dziadkami, ile czasu z dziećmi, zanim te wyruszą w świat. Przywoływana w myślach świadomość skończoności zachęca, by ukochać jeszcze mocniej to, co tak kruche.
A jaki sens ma rozmyślanie o przyszłości w wymiarze ogólniejszym, w wymiarze ponadindywidualnych losów? Mam słabość do czytania rozmaitych futurologicznych scenariuszy, które sięgają np. 2070 r., czyli mniej więcej przewidywanej dla mnie – mężczyzny urodzonego u progu III RP – długości życia.
Czytaj także
Bukareszt ’26
Obraz to ambiwalentny: będę dożywał starości w kraju dość zasobnym, który przeszedł transformację energetyczną i cieszy się czystym powietrzem, ale zarazem w społeczeństwie starzejącym się, ze stosunkowo niskimi emeryturami, dotkniętym suszami i niestabilnością klimatu. Do tego dochodzą wielkie niewiadome geopolityki i rozwoju technologicznego.


