70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ten obcy, ten nasz

Jesteśmy społeczeństwem, które ma olbrzymie doświadczenia migracyjne. Od uchodźstwa politycznego do emigracji zarobkowej. Bolesnym paradoksem jest to, że doświadczenia te nie wpływają na nasze postawy.

Nie jest Pan już zmęczony pytaniami o swoją tożsamość? To rzecz intymna, a w Pańskim przypadku stała się przedmiotem publicznej dyskusji.

Trudna kwestia. Owszem, byłem nią nieco zmęczony, kiedy w 2011 r. zostawałem dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku.

Radni Prawa i Sprawiedliwości z sejmiku pomorskiego protestowali przeciwko tej decyzji, twierdząc, że będzie się Pan kierował nie polską, lecz niemiecką racją stanu.

Obie strony debaty wybierały to, co im pasuje z mojej biografii. Krytycy zarzucali, że dyrektorem zostaje „Niemiec”, a nie „prawdziwy Polak”. Zwolennicy podkreślali moją europejskość, kosmopolityzm. Z tą etykietą też czułem się nieswojo. Chętnie byłbym kosmopolitą, ale kosmopolityzm jest postawą, której nie nabywa się raz na zawsze. To są kompetencje kulturowe i postawa tolerancji wymagające ciągłej pielęgnacji. Europa jest tak różnorodna, że trudno powiedzieć o sobie: dobrze ją znam, jestem Europejczykiem. Mogę tak powiedzieć o kilku obszarach: o Polsce i Niemczech, w których mieszkam od lat, czy o Francji, Włoszech i Ukrainie, które mnie żywo interesują. Poprzez spotkania z kilkoma pokoleniami imigrantów w Niemczech również kultury południowej Europy nie są mi obce. Czy to jednak wystarczy, by powiedzieć, że mam europejską perspektywę?

Teraz pytania o moją tożsamość pojawiają się rzadziej. Liczy się jakość mojej pracy i jakość instytucji, za którą odpowiadam. Mojemu zespołowi udało się zbudować w Gdańsku w Europejskim Centrum Solidarności otwartą instytucję, w której spotykają się różne biografie, różne wrażliwości historyczne. Nasza stała wystawa na temat Solidarności, powojennej historii Polski i rewolucji europejskich lat 1980–1991 cieszy się dużą akceptacją. Przychodzą do nas nie tylko obcokrajowcy, ale i całe polskie rodziny, które opowiadają sobie swoje historie. Mam wrażenie, że sukces ECS zakończył debatę na temat mojej tożsamości, choć pytania o nią mogą jeszcze powrócić. 

Urodził się Pan w 1969 r. w Gdańsku. Pana ojciec był irakijskim lekarzem, matka polską fizjoterapeutką. Dzieciństwo spędził Pan między Polską a Irakiem, by w 1979 r. zamieszkać wraz z rodzicami w Berlinie Zachodnim, gdzie chodził Pan do szkoły i ukończył studia. Od lat 90. krąży Pan między Polską a Niemcami, pisząc o kulturze i polityce obu państw. To dość szczególna wielokulturowa perspektywa.

Myślę, że coraz powszechniejsza, również w Polsce. Z pewnością u wielu osób z rodzin żyjących na pograniczu kultur – w tym u mnie – rodzi się specyficzna obsesja tożsamościowa wokół pytania: „Kim jestem, jakie doświadczenia zbiorowe i historie w sobie łączę?”.

W moim przypadku ta ciekawość kultur, które są we mnie obecne, wyraziła się w dotychczasowej drodze zawodowej. Wraz z wieloma ambitnymi, dobrze wykształconymi migrantami mojej generacji stawialiśmy sobie pod koniec lat 80. w Niemczech pytanie, jak bardzo być widzialnym w sferze publicznej. Czy podjąć pracę urzędnika, dziennikarza, publicysty, gdzie twoja obcość staje się przedmiotem zainteresowania? Czy raczej obrać drogę kompletnej niezależności od sfery publicznej – zająć się biznesem, założyć sklep, zostać lekarzem albo inżynierem? Rodzice zalecali mi ten drugi wybór.

W Niemczech od dawna ceniono np. perskich lekarzy, ale długo trudno było sobie wyobrazić, aby Turek, Pers czy Polak był oficerem policji, parlamentarzystą albo redaktorem publicznych mediów. 

Postanowił Pan sprostać własnej „obsesji tożsamościowej” poprzez działalność publiczną?

Myślę czasem, że jest w tym nawet coś lekko narcystycznego – zajmuję się w końcu często własną biografią, własną wielokulturowością i własnymi dylematami.

Ta obsesja jest doświadczeniem szerszym, mam wrażenie, że dotyczy całego naszego regionu. Stanowi doświadczenie wielu mieszkańców, którzy przyjechali do Gdańska po wojnie i musieli pogodzić się z utratą dotychczasowej ojczyzny oraz zmierzyć się z niemieckim dziedzictwem miasta. Tak było choćby z rodziną mojej matki, która przyjechała ze Lwowa. To napięcie tożsamościowe do dzisiaj tworzy energię zarówno Gdańska, jak i Berlina.

Moje doświadczenie jest o tyle szczególne, że jako dziecko kilka razy przeżyłem szok kulturowy. Pierwsze lata życia mieszkałem w Polsce, z niej mam pierwsze wspomnienia. Gdy wyjechałem z rodzicami na wakacje do Iraku, zostaliśmy tam zatrzymani. Ojciec jako lekarz nie mógł opuścić kraju i, co więcej, został wysłany na front wojny iracko-kurdyjskiej. Musieliśmy więc zostać w Iraku. To było trudne przeżycie dla kilkuletniego dziecka – zmiana klimatyczna, nieobecność ojca, konieczność nauczenia się nowego języka.

Zna Pan wciąż język arabski?

Dzisiaj już bardzo słabo. Chciałbym jednak do niego wrócić, bo to język mojego dzieciństwa.

Kilka lat jeździłem z mamą między Polską a Irakiem; byłem dwukulturowy. W końcu mojemu ojcu udało się dostać wizę i uciec do Gdańska pod pozorem wyjazdu do rodziny żony. Już nigdy nie wrócił do miejsca swojego urodzenia. A ja przeżyłem kolejny szok kulturowy, bo musiałem iść do polskiej szkoły, z powrotem nauczyć się języka polskiego i zaadoptować się w nowej klasie. Początki były bardzo trudne, bo poziom rasizmu w PRL-u był niesłychanie wysoki. Dzieci krzyczały za mną: „Arab, Arab!”. Kiedy przyjechałem do Gdańska, aby zostać dyrektorem ECS, miałem wrażenie podróży w czasie: kiedyś krzyczano „Arab”, teraz „Niemiec”.

Po pół roku w szkole byłem już jednak integralną częścią klasy. To było ciekawe doświadczenie polskiego społeczeństwa: od początkowej niechęci do zupełnej akceptacji. Podobnie jest chyba – mimo istnienia merytorycznych sporów – z moją dzisiejszą sytuacją w Europejskim Centrum Solidarności.

Potem przyszedł trzeci szok kulturowy – wyjazd do Berlina Zachodniego. Inne społeczeństwo, nowy język, kolejna szkoła…

I znów to samo, kłopoty z porozumieniem i niechęć do migranta, do innego.

Niechęć do Polaka czy do Irakijczyka?

Nie miało to znaczenia. Czy się było Polakiem czy Irakijczykiem, nie można było liczyć na przychylność. Nie jesteśmy Szwajcarami ani Szwedami. I Polska, i Irak mogą być traktowane jako kraje obce i biedne, a nawet jako zagrożenie dla cywilizacji zachodniej.

Muszę podkreślić, że nie byłem ofiarą działań rasistowskich ani przemocy. Chodzi o coś innego – o uporczywe poczucie obcości, o posiadanie innych doświadczeń i innych rodzinnych biografii.

Trafiłem do Berlina wraz z rodzicami, w czasie kiedy Niemcy Zachodnie miały już niemałe doświadczenia w przyjmowaniu migrantów, ale broniły się przed staniem się społeczeństwem wielokulturowym.

Na czym polega różnica między społeczeństwem z dużą liczbą imigrantów a społeczeństwem wielokulturowym?

Chodzi o szereg kwestii prawnych, uczenie języków mniejszości w szkołach czy dopuszczenie migrantów do pełnienia ważnych funkcji publicznych.

Początkowo migranci byli jedynie siłą roboczą, która po czasie miała wrócić do siebie. Niemcy miały długą tradycję Fremdarbeiterów, ściągania pracowników z państw ościennych, którzy pracowali na gorszych warunkach niż miejscowi. Nie mieli oni szans na obywatelstwo i na stanie się integralną częścią społeczeństwa. Musieli po prostu pracować.

W latach 80. stawało się jasne, że Grecy, Włosi, Hiszpanie i Turcy, którzy od lat 50. byli ściągani do Niemiec i mają tam dzieci, zostaną już na stałe. Cały system prawny i edukacyjny nie był na to przygotowany.

Przeszkodą w stworzeniu społeczeństwa wielokulturowego było niemieckie rozumienie państwa jako wspólnoty etnicznej, a nie wspólnoty politycznej. Kto miał niemieckojęzycznych przodków, od razu otrzymywał legalizację pobytu, kursy językowe, wsparcie finansowe, uznawano jego dyplomy. Nikt jednak nie pytał, kim byli ci przodkowie – może byli niemieckojęzycznymi Polakami? Wyobrażenie, że w Europie Środkowej można tak łatwo podzielić ludzi według kryteriów etnicznych, jest groźnym złudzeniem.

Dzisiaj przestrzegam w Polsce przed tą drogą – owszem, wspierajmy Polonię i etnicznych Polaków za granicą poprzez Kartę Polaka, chrońmy ich przed autorytaryzmem we wschodniej Europie, ale pamiętajmy także o innych perspektywach przyjmowania ludzi.

Moja rodzina, dlatego że – by nieco złośliwie rzec – nie miała dziadka z Wehrmachtu, początkowo nie mogła  żywić nadziei na szybką regulację prawną pobytu. Uratował nas w końcu stan wojenny w grudniu 1981 r., który – jak się wydawało – odciął nam możliwość powrotu. Władze RFN nie mogły już nas wydalić, a ojciec nieco wcześniej jako Irakijczyk uzyskał azyl polityczny i zezwolenie na pracę.

Jak pod tym względem zmieniły się Niemcy w ostatnich dekadach?

Sytuacja nie jest idealna, ale ważne zmiany następują od II połowy lat 90., kiedy rząd federalny, koalicja socjaldemokratów i Zielonych, zaczął otwarcie mówić o Niemczech jako państwie

wielokulturowym, państwie przyjmującym migrantów. Na scenę polityczną weszła generacja dzieci pierwszych Gastarbeiterów. Wówczas rozpoczęto reformę prawa obywatelskiego, rozszerzono definicję narodu o pojęcie polityczne. Dziś Niemcem jest również ten obywatel, który nie ma niemieckich przodków, częściej akceptuje się podwójne obywatelstwo. To była polityczna i kulturowa rewolucja. Obserwuję też zmiany w programie edukacji, coraz bardziej dostosowywanym do wielokulturowej historii Niemiec. Sam byłem i jestem jako publicysta, redaktor naczelny „Magazynu Polsko-Niemieckiego DIALOG” i działacz towarzystw niemiecko-polskich w ten proces zaangażowany, apelując o więcej treści związanych z historią polsko-niemiecką czy historią całej Europy Środkowej w programie szkół, o wprowadzenie nauki języka polskiego.

Często zapominamy, że wielokulturowość to nie tylko otwarcie na kultury pozaeuropejskie, ale także na kulturę państw sąsiednich – dla Niemców jest to choćby nowe spojrzenie na Polskę.

Oczywiście, w końcu Niemcy to kraj, w którym żyje około 2 mln obywateli polskich i kulturowo z Polską związanych. W interesie państwa niemieckiego powinno być zachowanie tych kompetencji kulturowych. W Berlinie to już częściowo zrozumiano, mój młodszy syn chodzi do szkoły, w której można wybrać język polski jako trzeci język. Historia Europy Środkowej coraz częściej pojawia się w programach szkolnych, ale to dopiero początek.

W innych placówkach obecny jest oczywiście język turecki, włoski, hiszpański, języki tych narodów, które stanowią duże grupy migrantów. W niektórych landach, w ramach lekcji religii, można wybrać zajęcia o islamie. Jestem ich wielkim zwolennikiem, bo wiem, że takie lekcje prowadzone w szkole mogą rozwijać horyzonty młodych muzułmanów, uczyć ich indywidualnego odczytywania treści wiary i pokazywać pluralizm świata islamu.

Widzimy też, że imigranci i ich dzieci w Niemczech, Wielkiej Brytanii i we Francji wchodzą coraz śmielej do instytucji państwowych i do sfery publicznej, stając się pisarzami, aktorami, dziennikarzami i politykami. Domagają się akceptacji i prawa do własnego głosu. Chcą, żeby dobrze wymawiano ich nazwiska. W Niemczech wielu dziennikarzy i intelektualistów czuje są zobowiązanych do tego, żeby orientować się w historii i współczesnej sytuacji Europy Środkowej, w tym Polski, ale także południa Europy, Turcji. Nie znaczy to oczywiście, że mają pochwalać wszystko, co się dzieje np. we współczesnej Turcji – mają mieć jednak podstawowe kompetencje kulturowe.

Widać w tych krajach bardzo twórcze napięcie kulturowe. W Niemczech obecny jest w kulturze, mediach i polityce silny głos osób pochodzenia imigranckiego, które już tam się urodziły, świetnie posługują się niemieckim i zaznaczają mocno swoją obecność. Takim przykładem jest lider partii Zielonych Cem Özdemir, wiceprezydent Berlina Dilek Kolat czy reżyser filmowy Fatih Akin i pisarze Ilja Trojanow i Navid Kermani. Tak jak ponad 100 lat temu asymilowani Żydzi, gdy wyszli z zamkniętej grupy kulturowej i językowej, stając się awangardą niemieckiej kultury, dziś wzbogacają ją te osoby, rozszerzając jej horyzonty i czyniąc ją bardziej uniwersalną.

Dziś Niemcy wydają się wręcz wzorem w otwartości na nowych przybyszy. Z czego wynika ta postawa?

Jesteśmy dopiero na początku tego procesu – procesu otwarcia kulturowego, budowania wielokulturowego i tolerancyjnego wobec innych narodu niemieckiego. Za wcześnie, aby mówić już o pozytywnym modelu niemieckim. Ten proces wywołuje także protesty, jak chociażby ksenofobiczny, antyislamski ruch PEGIDA, paradoksalnie, silny szczególnie tam, gdzie nie ma obcokrajowców: w Saksonii, w landach wschodnich. Niemniej jednak warto dostrzec pozytywne aspekty rozwoju kultury politycznej – dzisiejsza fala solidarności z uchodźcami z Południa przypomina masowe  wsparcie dla Solidarności w latach 80. Nie jest to efekt naiwnej politycznej poprawności ani, jak często w Polsce pisano, „wyrzutów sumienia z powodu zbrodni niemieckich czasów III Rzeszy” lecz efekt doświadczenia. Uchodźcy, migranci nie są fantomami, tylko sąsiadami, i to od dekad. Niemcy zebrali dobre doświadczenia z migrantami, nawet tymi z obcych kultur. My, Polacy, prowadzimy teraz absurdalną debatę o zagrożeniach wynikających z migracji, np. muzułmanów, mimo że ich nie znamy, nie są naszymi sąsiadami. Nasze obawy nie wynikają z bezpośredniego doświadczenia. Nie dostrzegamy np., że muzułmanie z Syrii uciekają przed radykalnym islamizmem, że zdecydowana część świata islamskiego potępia Państwo Islamskie, które jest ruchem nie religijnym, lecz totalitarnym, faszystowskim. Niemcy potrafią odróżnić islam od radykalizmu politycznego, ponieważ żyją od dekad ze zwykłymi muzułmanami. Wielokulturowość jest pozytywną codziennością w Niemczech.

Czym się różnią rozmaite wersje europejskiego multikulturalizmu?

Społeczeństwa zachodnioeuropejskie nie mają takiej samej polityki integracyjnej, żadne nie jest zupełnie otwarte na przybyszy. Niemcy dopiero powoli rozstają się z modelem wspólnoty krwi i języka. Francja zawsze określała się jako naród polityczny, więc czysto prawna integracja obywateli była stosunkowo prosta. Jednocześnie obecne są w niej tradycje nacjonalizmu, kolonializmu i rasizmu, które utrudniają np. czarnoskórym mieszkańcom objęcie ważnych i elitarnych stanowisk. Szwajcaria jest wielokulturowa i wielojęzyczna, ale jednocześnie bardzo zamknięta – chętnie przyjmuje klientów, inwestorów, nie migrantów. Wielokulturowość nie oznacza zawsze otwartości.

Nie ma w Europie takiego kraju jak Kanada czy Stany Zjednoczone, które określałoby siebie jako państwo wieloetniczne i wielokulturowe i które permanentnie przyjmowałoby migrantów. A wiemy przecież dobrze, że USA – które wybudowały mur na granicy z Meksykiem czy utrzymują wizy dla Polaków – nie przyjmują chętnie wszelkich gości. Pamiętam osobistą historię, którą opowiedział mi mój przyjaciel Arno Lustiger, nieżyjący już świadek Holokaustu, Żyd z Będzina, wybitny historyk, kuzyn słynnego francuskiego kard. Jean- -Marie Lustigera. Udało mu się przeżyć Auschwitz wraz z siostrami i matką. Z obozu dla uchodźców we Frankfurcie nad Menem złożył wizę o wyjazd do USA, chciał oddalić od siebie dramat Holokaustu. Okazało się, że znów trafił na selekcję: on i jego zdrowa siostra wizy otrzymali, schorowana matka i druga siostra – już nie. Amerykanie nie przyjmowali każdego uciekiniera, ale siłę roboczą. Arno pozostał zatem jako tzw. dipis w Niemczech, nie wyemigrował do Stanów.

W ostatnich miesiącach stajemy przed dramatem tysięcy uchodźców z Afryki Północnej i Środkowej oraz z Syrii – symbolem ich losu stały się włoska wyspa Lampedusa czy budapesztański dworzec Keleti. Odnoszę wrażenie, że mamy ewidentne kłopoty z podstawowymi terminami. Po pierwsze, rzadko rozróżniamy uchodźców – uciekających przed wojną i przemocą – od migrantów zarobkowych. Po drugie, nie potrafimy znaleźć przekonującego języka dla opisu tych zjawisk. Z jednej strony, to humanistyczny i chrześcijański język troski o Obcego, z drugiej – wyraźne sygnały niechęci do przyjmowania migrantów. Jednak konieczne jest także uwzględnienie politycznych kalkulacji, koncentrujących się na tym, ile osób możemy przyjąć. Rozumiem dramat selekcji opisanej przez Pana historii Arno Lustigera, ale mogę też żywić uzasadnione przekonanie, że z powodów społecznych, ekonomicznych i kulturowych nie można przyjąć wszystkich, którzy chcą zamieszkać w Europie – politycy i urzędnicy muszą za mnie dokonać wyboru. Jak rozwiązać ten dylemat?

To jest bardzo trudne pytanie, nad którym często się zastanawiam. W życiu, w polityce i w biznesie bardzo łatwo podejmować decyzje bez bezpośredniego kontaktu z ludźmi, o których losie decydujemy. Zdecydowana większość Europejczyków, żyjących w stabilnych społeczeństwach, nie będzie w stanie zrozumieć uciekinierów, a debata publiczna będzie zdominowana przez pytanie: ilu ludzi możemy przyjąć? Jakie mechanizmy przy tym zastosować? Cieszę się, że nie jestem politykiem i nie muszę na te pytania odpowiadać.

Moja perspektywa jest nieco inna.

Ze względu na moją biografię, losy mojej rodziny zawsze będę po stronie uchodźców. Gdybym nie uciekł z moimi rodzicami z Iraku, a zatem gdybym nie był uciekinierem, to dziś prawdopodobnie bym już nie żył.

Irak doświadczył przez ostatnie 30 lat kilku wojen, które stałyby się moim bezpośrednim doświadczeniem. Dlatego upieram się, żeby nie tylko patrzeć z perspektywy państw przyjmujących i ich możliwości, ale przyjrzeć się również drugiemu biegunowi – kim są migranci? Skąd do nas przychodzą? Wielu ludziom dramatycznie brakuje wiedzy i długofalowej perspektywy. Integracja zawsze się udaje, jeśli chcemy uchodźców zintegrować, jeśli ich wspieramy. Szybko stają się częścią naszego społeczeństwa, przyczyniają się do dobrobytu, a ich dzieci są naturalnymi obywatelami narodu, który przyjął migrantów. Taka jest dominująca dynamika. Warto jednak pamiętać, że warunkiem udanej integracji jest dobra wola i otwartość społeczeństw, narodów przyjmujących.

Kim są zatem ludzie, którzy w ostatnich miesiącach poszukiwali schronienia w Europie?

Warto najpierw zauważyć, że nadal jesteśmy kontynentem, który w małej części partycypuje w dynamicznych procesach migracyjnych. Migracje są tam, gdzie rozpadają się państwa i toczą się wojny – na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Ameryce Południowej. Dziś 90% uchodźców z Syrii przyjęły państwa sąsiednie – Liban, Jordania i Turcja. W Turcji jest ok. 2 mln uchodźców z Syrii, setki tysięcy uciekło także do Libanu i Jordanii, tylko część z nich stara się iść dalej do Europy. Proszę sobie wyobrazić, jakie to są wyzwania dla Turcji czy Libanu, gdy my w Polsce długo zastanawialiśmy się, czy przyjąć 2 tys. uchodźców.

Strategią przeżycia większości ludzi jest pozostanie w miejscu, w którym się urodzili. To antropologiczna stała – mało kto marzy o oddaleniu się od miejsca, w którym się wychował, którego klimat i język dobrze zna. Dlatego ci, którzy do nas docierają, byli często ofiarami wojen, polityki autorytarnej czy katastrof klimatycznych. Są to też bardzo mobilni ludzie, wykształceni, którzy zebrali środki finansowe na taką podróż. To nie jest fala przypadkowych Arabów i Afrykańczyków, która nas zalewa, ale grupa ludzi najczęściej młodych i zdolnych do odbycia dalekiej i niebezpiecznej podróży. Ci ludzie reprezentują ciekawy potencjał wiedzy, kompetencji.

Dla Unii Europejskiej istnieją obecnie cztery źródła fal migracyjnych. Pierwsze to Afryka Północna i Środkowa, w której doszło do połączenia różnych czynników – wojen klimatycznych, etnicznych i religijnych – skutkujących upadkiem państw. Ważna jest częściowa klęska rewolucji arabskich (poza Tunezją, gdzie otworzyła ona drogę do transformacji), która doprowadziła do poważnych niepokojów np. w Libii.

Drugie źródło to Bliski Wschód, gdzie kompletnym zaskoczeniem jest liczba ofiar wojny domowej w Syrii. Bardzo istotna okazuje się również erozja państwa irackiego i działania Państwa Islamskiego, które prowadzą do podejmowania prób ucieczki z regionu. Afryka i Bliski Wschód są miejscem dzisiejszego kryzysu uchodźczego.

Trzecie źródło to sytuacja na Ukrainie. Jak dotychczas silne fale migracyjne mają miejsce w obrębie Ukrainy, w której samorządy innych regionów organizują pobyt Ukraińców ze wschodu. Jeśli sytuacja ulegnie destabilizacji, to może dojść do migracji na zachód.

Mam wrażenie, że wielkim katalizatorem niepokojów nie jest problem uchodźców i osób uciekających przed konfliktami. Ludzie dość empatycznie reagują na uciekinierów. Inaczej jest z czwartym źródłem migracji, czyli wędrówkami wewnątrz Europy – ze Wschodu (również z Polski) i Południa do najbogatszych krajów Unii Europejskiej – Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwecji. Ta europejska fala, szczególnie migracje socjalne, zarobkowe, stanowi duże wyzwanie dla państw europejskich, ponieważ staje się siłą napędzająca ksenofobię. W efekcie wielu zachodnich Europejczyków marzy o nowych żelaznych kurtynach na naszym kontynencie, a system Schengen i europejska kultura otwartości granic jest zagrożona.

To istotny kontekst dla naszej rozmowy o gościnności wobec obcych. W ciągu ostatnich 10 lat wyemigrowało z Polski blisko 2 mln ludzi. Czyli część naszych rodaków niechętnych migrantom zakłada, że jak Polacy wyjeżdżają do bogatszych krajów, aby tam żyć i pracować, to jest dobrze, a jak inni chcą przyjechać do nas, to jest źle.

Dla Niemców, Brytyjczyków i Francuzów szokiem był przyjazd tysięcy ludzi z biedniejszych społeczeństw europejskich. Choć gdy patrzymy na liczby, to jest tu więcej histerii niż obiektywnej oceny. Musimy pamiętać i przypominać zachodnim Europejczykom, że swoboda podróżowania po Europie jest naszą wspólną utopią, marzeniem, które chcieliśmy zrealizować.

Dziwi mnie i smuci nasza postawa. Jesteśmy społeczeństwem, które ma olbrzymie doświadczenia migracyjne. Od uchodźstwa politycznego do emigracji zarobkowej. Wielu Polaków doświadczało biedy, poniżenia, rasizmu, słyszało Polish jokes. Bolesnym paradoksem jest to, że doświadczenia te nie wpływają na nasze postawy, na empatię wobec dzisiejszych obcych. Uprawiamy politykę pamięci, upamiętniamy losy naszych emigrantów, a nie potrafimy przekazać naszych uchodźczych doświadczeń młodym Polakom, żyjącym w niepodległej Rzeczypospolitej. Sam dobrze pamiętam nie tylko politycznych uchodźców na Zachodzie, ale także fale Polaków masowo przyjeżdżających do Berlina w 1989 r., ubogich, robiących drobne interesy które były czasami początkiem dużych karier biznesowych. Mam wrażenie, że wielu z nas już o tym zapomniało lub nie chce pamiętać. Polacy byli tym narodem, który przypomniał Europejczykom siłę pojęcia „solidarność”, a dziś wielu z nas nie potrafi wykorzystać tego dziedzictwa w obliczu nowych wyzwań.

Przedstawiamy rozmaite argumenty na rzecz przyjmowania przybyszy. Z jednej strony są to argumenty humanitarne odnoszące się do uchodźców – należy pomóc ofiarom wojny i prześladowań, oraz te odnoszące się do zasady wzajemności: jeśli my chcemy żyć i pracować w innych krajach, sami także przyjmujmy obcych. Z drugiej strony są również argumenty pragmatyczne dotyczące migrantów zarobkowych: będą przyjeżdżać ludzie młodzi i mobilni, którzy w dobie kryzysu demograficznego przysłużą się gospodarce i systemowi emerytalnemu. Może brakuje jednak w opowieściach osób przychylnych migracjom większej uwagi przykładanej do problemów i realnych konfliktów kulturowych, które one wywołują?

Z pewnością istnieje zjawisko stresu adaptacyjnego, który jest nie tylko efektem migracji, ale także przemian, jakie niesie rewolucja komunikacyjna i globalizacja. Ta dynamika adaptacji, presja ustosunkowania się do Nowego czy Innego najlepiej jest widoczna w przypadku zmian kulturowych. Stresu doświadczają zarówno przybysze, jak i mieszkańcy regionów, w których pojawia się nagle wielu obcych. On jest zjawiskiem naturalnym i zrozumiałym. Niestety, dotąd zbyt często był wykorzystywany przez ugrupowania skrajnie prawicowe – PEGIDĘ w Niemczech, Front Narodowy we Francji czy ugrupowanie Geerta Wildersa w Holandii. Momentami dochodzi do absurdów jak wtedy, gdy PEGIDA na protestach przeciwko islamizacji kraju najwięcej ludzi zebrała w styczniu tego roku w Dreźnie, gdzie w ogóle nie ma muzułmanów. Ale pamiętam też reakcje na książkę Thilo Sarrazina Deutschland schafft sich ab (Niemcy likwidują się same) z 2010 r. Według mnie to koszmarna i nieuczciwa intelektualnie książka o skutkach imigracji i islamie. Jednocześnie jednak poruszała tematy ważne dla ludzi; wielu z nich – dalekich od prawicy – przychodziło na spotkania autorskie i była bardzo wdzięczna autorowi za jego pracę.

Z pewnością nie możemy ignorować tego zjawiska. Łatwo jest powiedzieć komuś: „Otwórz się na Innego”. A przecież inaczej reagujemy na takie zmiany w wieku 20 lat, a inaczej w wieku lat 55. Intelektualiści muszą chcieć zrozumieć, skąd biorą się te lęki. Poprzez dialog i informowanie ludzi dojść do tych, którzy mogą stać się ofiarami Sarrazina, Wildersa i Le Pena.

A jak wytłumaczyć istnienie lęków przed islamem w Polsce, kraju niemal bez muzułmanów?

Współczesna Polska, która jest efektem wojennych i powojennych rozstrzygnięć, stała się państwem niemal homogenicznym etnicznie i religijnie. Zerwała w ten sposób z całą tradycją wielokulturowej Rzeczypospolitej, zastępując ją dziwaczną syntezą endeckiej utopii etnicznej czystości i komunistycznej decyzji o porzuceniu idei kosmopolitycznych na rzecz kultu „Polski piastowskiej”.

Mimo że od czasów II wojny światowej nie jesteśmy państwem wielokulturowym, to od kilku lat część naszych intelektualistów postrzega Europę jako kontynent, którego wartości i tożsamość zagrożone są przez otwartość na inne kultury i religie, jesteśmy częścią nowego europejskiego kulturkampfu. Dokonujemy pewnych ćwiczeń intelektualnych, nie stając jeszcze przed takimi dylematami jak kraje zachodnie. Myślę, że duży wpływ miała książka Samuela Huntingtona Zderzenie cywilizacji z 1996 r., która zawładnęła naszą katolicką wyobraźnią, pokazując, że religie, kultury muszą być źródłem konfliktów.

Zawładnęła nią dużo bardziej niż Jan Paweł II i jego wizja dialogu międzyreligijnego.

Według mnie wizja Huntingtona jest po prostu nieprawdziwa. Tak naprawdę więcej konfliktów ma miejsce nie między cywilizacjami, lecz między częściami tej samej cywilizacji: np. między sunnitami i szyitami.

Brakuje mi dziś ekumenizmu Jana Pawła II, jego otwartości na dialog między religiami i kulturami. Szkoda, że o tym pięknym dziedzictwie wielu z nas nie chce pamiętać.

Sądzę, że w polskich mediach jest też dużo uproszczeń na temat muzułmanów. Choć oczywiście mamy również w pamięci obrazy 11 września i innych zamachów terrorystycznych; nie posiadamy prostych odpowiedzi na problem radykalizacji polityczno-religijnej w islamie.

Odnoszę też wrażenie, że Polacy mimo podróży po Europie nie zdołali sobie przyswoić niektórych fenomenów kulturowych. Gdy jesteśmy za granicą, w kontaktach z obcymi możemy obrać dwojaką postawę. Czasem łatwiej porozumieć się z ludźmi, którzy też nie są miejscowi, przebyli podobną drogę. Mnie w Berlinie na początku łatwiej było porozumieć się z Turkiem niż z rodowitym Niemcem. Ale jest też drugi biegun – zamknięcie się na emigracji w swoim polskim kościele albo w swoim meczecie. Wyjeżdżamy jako ludzie otwarci na świat, a za granicą powracamy do tradycji, nagle odkrywamy wartość naszych korzeni, ale interpretujemy je w sposób bardzo dogmatyczny.

Samo spotkanie z inną kulturą nie czyni nas tolerancyjnymi.

A co Pan myśli o pomysłach prowadzenia polityki migracyjnej koncentrującej się na osobach, które wydają się bliższe kulturowo – np. zachęca do przyjmowania Ukraińców, a nie mieszkańców Bliskiego Wschodu? Czy takie działanie jest dopuszczalne?

Pamiętajmy o perspektywie migrantów. Uciekający będzie szukał nie tylko państwa zamożnego i z dobrym systemem opieki, ale także państw i miast, gdzie spotka podobnych sobie ludzi – z tego samego kraju. Też na początku poruszałem się wraz z moimi rodzicami w kręgu polskich i irackich uchodźców. Z tej perspektywy Polska nie jest bardzo atrakcyjna dla mieszkańców Bliskiego Wschodu choćby dlatego, że jest monokulturowa.

Również w propozycji Komisji Europejskiej dla Polski był zawarty wymiar subiektywny. O liczbie przyjmowanych uchodźców ma decydować nie tylko wielkość i bogactwo kraju, ale i doświadczenia z przyjmowania migrantów. Niemcy rozważali przyjęcie w tym roku nawet 800 tys. uchodźców. Myślę, że Polskę stać w geście solidarności na przyjęcie więcej niż pierwotnie deklarowane 2 tys.

Jak zatem powinniśmy działać, by budować wspólnotę przyjaźniejszą przybyszom?

Mam wrażenie, że zawęża się pojęcie solidarności europejskiej. 25 lat temu zburzono mur berliński, zlikwidowano na Węgrzech żelazną kurtynę, a dziś rząd węgierski stawia nowe mury. Polacy też zapominają o solidarności w kwestii uchodźców, domagając się jednocześnie solidarności z Ukrainą, w stosunkach z Rosją czy przy tworzeniu unii energetycznej.

Zadaniem intelektualistów jest niezamykanie oczu zarówno na dramat uchodźców, jak i na stres adaptacyjny zachodnich społeczeństw i niebezpieczny dyskurs radykalnych sił politycznych. Budowanie społeczeństwa otwartego to syzyfowa praca. Mnie jednak Syzyf jako postać z eseju Alberta Camusa był zawsze bliski. W interpretacji Camusa to szczęśliwy człowiek, który, nie ufając żadnej ideologii i nie oddając się żadnej wierze, toczenie głazów uczynił swym codziennym doświadczeniem. Bohater daleki od nadziei i zwątpienia, ktoś, kto nigdy się nie poddaje.

Mam wrażenie, że jest też w naszej podświadomości element, o którym niechętnie rozmawiamy. To pewna konieczność kategoryzowania, która może być formą delikatnego rasizmu. Objawia się w banalnym pytaniu wypowiadanym z uśmiechem, które często słyszę: „Kim pan jest, panie Kerski? Kim pan jest – Niemcem, Polakiem, Irakijczykiem?”. Trudno mi na nie w prosty sposób odpowiedzieć. Coraz mniej zresztą czuję potrzebę jednowymiarowego określenia swojej tożsamości. Często podkreślam, że jestem Polakiem, bo trudno wykreślić mnie i podobnych ludzi z historii polskiego narodu. Ale jako ktoś, kto mieszkał kilkadziesiąt lat w Berlinie, kogo synowie tam urodzili się i żyją, mogę też powiedzieć, że jestem berlińczykiem i częścią Republiki Federalnej, szczególnie powstałej po upadku komunizmu Republiki Berlińskiej. A tragiczny los Iraku odbił się także na losie mojej rodziny. Mam wielki szacunek dla ludzi Bliskiego Wschodu. Zastanawiam się czasem, czy nie moglibyśmy się uwolnić już od tych zbyt prostych, jednowymiarowych pojęć związanych jedynie z naszą tożsamością narodową i religijną.


BASIL KERSKI – Redaktor, menedżer kultury, politolog, działacz społeczny; od 2011 r. dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, redaktor naczelny dwujęzycznego kwartalnika „Magazyn Polsko-Niemiecki DIALOG”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata