70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

A jeśli sprawiedliwość nie jest z tego świata?

Twierdzenie, że żyjemy w epoce „postprawdy”, może rodzić optymizm.

Jeśli poznanie samej prawdy przekracza ludzkie możliwości, to powstaje potrzeba samoograniczenia: w tych dziedzinach, w których nasza wiedza przemieszana jest z błędem, a pewność z niepewnością, należy zachować daleko idącą ostrożność i unikać dogmatycznych rozstrzygnięć. Ale czy taka postawa nie pozostaje w sprzeczności z potrzebą uzasadnienia autorytetu władzy, która ma moc organizacji wspólnot i zarządzania zbiorowościami i która powinna się legitymizować dostępem do prawdy? To modne określenie może jednak równie dobrze być wyrazem ironii – tak niektórzy interpretują osławione pytanie Piłata: „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38). Także i to podejście ma swoje konsekwencje polityczne, ironię i cynizm rozdziela bowiem cienka granica.

Jeszcze kilka lat temu zamiast o epoce „postprawdy” mowa była o „postpolityce”. Krytycy zarzucali temu określeniu naiwną wiarę w możliwość uprawiania polityki opartej na wiedzy i administrowaniu wolnemu od sporów ideologicznych. Optymiści wierzyli w postęp, siłę demokracji i międzynarodowych instytucji stojących na straży bezpieczeństwa, równości i dystrybucji owoców cywilizacyjnego postępu.

Zdziwienie budzić może fakt, że podobnej popularności jak termin „postprawda” nie zyskuje dziś pojęcie „postdemokracja”. Któż bowiem w czasach cyberszpiegostwa i globalnej wojny z terroryzmem (w imię której doszło do renegocjowania ram społecznych kontraktów odnośnie do prywatności i granic ingerencji państwa w życie jednostek, sukcesu partii populistycznych i polityki opartej na cynicznym stosunku do prawdy) ma jasność, do kogo należy władza i w czyich rękach znajdują się narzędzia jej kontroli? Któż z całą pewnością mógłby potwierdzić, że nie ma cienia wątpliwości, czy żyjemy jeszcze w demokracji?

Przeciwieństwem „postpolityki” nie jest – jak chcieliby krytycy tego terminu – ideologiczny spór, lecz polityka jako świeckie wcielenie teologii. Wiedza o Bogu to tylko jedno ze znaczeń teologii. Teologia skrywa w sobie także wizję Królestwa Bożego na ziemi. Siła teologii politycznej bierze się z przekonania o możliwości zbudowania sprawiedliwego ustroju, nie poprzez przemianę ludzkich serc, ale takie rządy, które wytworzą wolne od jakiejkolwiek patologii struktury.

Czy sprawiedliwość jest możliwa do osiągnięcia w wymiarze politycznym? Królestwo sprawiedliwości – jak mówi Jezus w rozmowie z Piłatem – nie jest z tego świata. Moralne życie jako podstawa ustroju politycznego jest ideałem niemożliwym do zrealizowania. „Żadne prawodawstwo – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego – nie jest w stanie samo przez się usunąć niepokojów, uprzedzeń oraz postaw egoizmu i pychy, stojących na przeszkodzie ustanowieniu prawdziwie braterskich społeczności. Postawy te przezwycięża jedynie miłość, która w każdym człowieku dostrzega »bliźniego«, brata” (KKK, 1931). Tak rozumiana sprawiedliwość, będąca owocem przemiany serca jest pojęciem chrześcijańskim, a jej najpełniejszy wyraz stanowi zbawienie.

W marcowym numerze miesięcznika „Znak” w Temacie Miesiąca stawiamy pytania o związek sprawiedliwości, prawdy i polityki. Mamy świadomość głębokich, wielowiekowych i wielowymiarowych zależności, które sprawiają, że splot tych trzech pojęć opisujących ludzką rzeczywistość jest niemożliwy do rozsupłania. Nie oznacza to jednak, że rekonstrukcja genealogii tych terminów i ich wzajemnego uwikłania nie ma sensu. Wręcz przeciwnie, w epoce, w której ponownie organizuje się życie zbiorowości w imię prawdy i sprawiedliwości, tylko zrozumienie procesów, w których uczestniczymy, pozwala odzyskać zdolność rozumnego działania w świecie ścierających się nierzadko ślepych sił.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata