70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie trzeba się bać zmiany

Nie wykluczajmy kategorycznie pojęcia czasu przemienionego z życia przyszłego świata. Teologowie nazywają go czasem Bożym, czasem eschatologicznym, czasem radości i święta z Bogiem, w którym możliwy jest ciągły rozwój.

Jak się Księdzu podoba papież Franciszek?

Błogosławiony człowiek. Akurat na ten czas, jaki jest teraz. Jeżeli coś jest potrzebne dzisiaj Kościołowi, to odwaga uczenia się, uczenia się od wielu środowisk i ludzi. Między Franciszkiem a Benedyktem widoczny jest kontrast: pierwszy jest duszpasterzem, drugi – uczonym. Benedykt był naukowcem, w wywiadach solidnie argumentował, publicznie dialogował z wielkimi filozofami, np. z Jürgenem Habermasem. Franciszek podjął dialog z założycielem „La Repubblica”, lewicowym dziennikarzem Eugenio Scalfarim. Papież Franciszek mówi językiem prostym. Język Benedykta nie był tak przystępny. Myślę, że w tej zmianie jest jakiś palec Boży: oto bowiem dokonał się przełom w pojmowaniu papiestwa, pewnego rodzaju demistyfikacja. Benedykt miał odwagę zrobić to, czego nie uczynił Jan Paweł II, który nie chciał zstąpić ze swojego krzyża. Benedykt, widząc skandale w Kościele, zrozumiał, że trzeba człowieka o świeżym spojrzeniu, silnego duchem, który będzie umiał znaleźć nowe drogi i sposoby działania, będzie wychodził tam, gdzie dotychczas jako Kościół nie wychodziliśmy. Nie trzeba się bać poruszenia i zmiany w Kościele. To nie jest rzeczywistość immobilna i nieskłonna do poszukiwania. Novum w Kościele może być błogosławieństwem.

„Wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody, przywiązania do własnego bezpieczeństwa” – to słowa papieża Franciszka.

Tak, on mówi językiem obrazowym, skrzydlatym, zapadającym w pamięć. Wskazują na to choćby dwa wybrane numery – szósty i dziesiąty – z adhortacji Evangelii gaudium. „Są chrześcijanie, którzy wydają się przyjmować klimat Wielkiego Postu bez Wielkanocy” (w poprawionym, oficjalnym przekładzie opublikowanym w Watykanie: „Istnieją chrześcijanie, którzy zdają się żyć Wielkim Postem bez Wielkanocy”). W języku angielskim przełożono to zdanie tak: „Są chrześcijanie, których życie jawi się jak Wielki Post bez Wielkanocy”. I numer 10: „Ewangelizator nie powinien mieć cały czas grobowej miny” (w wersji poprawionej zmieniono „cały czas” na „nieustannie”). Wersja angielska: „Ewangelizator nie powinien nigdy wyglądać na kogoś, kto dopiero co wrócił z pogrzebu”. Ten Franciszkowy język bardzo mi odpowiada, on trafia do ludzi.

Z Evangelii gaudium właściwie przeziera cały jego program. Znajdziemy tam mnóstwo ważnych refleksji nad ekumenizmem i dialogiem z innymi religiami, nauką społeczną, nauczaniem moralnym i wychowaniem chrześcijańskim, a także praktyczne pouczenia dla duchownych, jak głosić homilie.

Gdy czytaliśmy tę adhortację, ogromne wrażenie zrobiły na nas liczne cytaty z listów biskupów z całego świata… Wyraźny znak jakiejś decentralizacji.

Najwięcej jest odwołań do Ewangelii. Był czas, że chrześcijaństwo bardzo chciało naśladować Chrystusa cierpiącego. Franciszek woła: „Nie uciekajmy od Zmartwychwstania!”. Jak uciekniemy, to zostanie nam cierpiętnictwo. A tego trzeba się bać, ponieważ wówczas pojawi się ponuractwo, mina pogrzebowa, brak nadziei. Gdy w naszym myśleniu pójdziemy jedynie za św. Faustyną, to cofniemy się do Augustyna, który uczył, że większość ludzkości zostanie potępiona (massa damnata). Nawiasem mówiąc, augustynikiem jest Benedykt XVI, w encyklice Spe salvi ten papież napisał: „Mogą być ludzie, którzy całkowicie zniszczyli w sobie pragnienie prawdy i gotowość do kochania. Ludzie, w których wszystko stało się kłamstwem; ludzie, którzy żyli w nienawiści i podeptali w sobie miłość. Jest to straszna perspektywa (…). Takich ludzi już nie można uleczyć, a zniszczenie dobra jest nieodwołalne: to jest to, na co wskazuje słowo piekło”. W polskim przekładzie encykliki zamiast „Mogą być ludzie” (Es kann Menschen geben…) sens wyostrzono: „Są ludzie…”.

Jak odnaleźć radość, gdy człowiek wierzy, że wydarzy się kiedyś coś tak strasznego i nieodwracalnego? Nie mógłbym być szczęśliwy, gdyby osoba, z którą bodaj raz piłem kiedyś herbatę, miała być zatracona na zawsze. Jan Paweł II w Przekroczyć próg nadziei przypomniał o tych, którzy głosili apokastasis – od Orygenesa, Grzegorza z Nyssy aż do Hansa Ursa von Balthasara. Zachęcił teologów („Problem jednak pozostał”!) do konfrontowania się z tradycją, która przyjęła się jako dominująca w Kościele, w odwołaniu do innych tradycji, także tej głoszącej nadzieję zbawienia dla wszystkich.

W jednej z porannych homilii Franciszek komentował przypowieść o sądzie nad narodami. Nie mówił o ostatecznym rozdzieleniu dobrych i złych. Skupił się na ukazaniu miłosierdzia. To jego klucz: Bóg się nie męczy, przebaczając, tylko my się męczymy, nie prosząc Go, aby nam przebaczył. To jest jego podejście pedagogiczne. Szukajmy nowych dróg, o których mówi wielka tradycja alternatywna. Nie czepiajmy się Orygenesa, zgoła niesłusznie potępionego 300 lat po śmierci. Rosyjski filozof Mikołaj Bierdiajew pisał nie bez powodu, że ten wielki myśliciel został potępiony „przez przedstawicieli ortodoksyjnego sadyzmu”. Słuchajmy tradycji wywodzącej się od takich wielkich świętych jak Grzegorz z Nyssy czy Izaak Syryjczyk.

Wśród wielu katolików zdaje się dominować przekonanie, że większość już tu, na ziemi, zasługuje na potępienie. I jest nam z tą myślą dobrze. To boli.

Jak można się cieszyć, skoro Kościół ciągle uczy, że niektórzy będą potępieni, i to może być twoja siostra, brat, żona, dzieci? Są tacy teologowie, zwolennicy wiecznego piekła (nazywam ich infernalistami), którzy twierdzą, żeBóg potrafi dokonać swoistej lobotomii mózgu i wtedy nie będzie się w ogóle pamiętało nawet o najbliższych. Będziemy cieszyć się Bogiem, nie czując bólu związanego z nieobecnością tych, których za życia kochaliśmy. Życie wieczne uważamy za coś niezmiennego, a przecież to jest przede wszystkim życie i prawo wzrastania. To nie zastój. Tam będziemy, jak pisał św. Paweł, „odzwierciedlać chwałę Pana (…) od chwały ku chwale” (2 Kor 3, 18).

Nie wykluczajmy kategorycznie pojęcia czasu przemienionego z życia przyszłego świata. Teologowie nazywają go czasem Bożym, czasem eschatologicznym, czasem radości i święta z Bogiem, w którym możliwy jest ciągły rozwój.

Fascynuje mnie teologia wschodnia. Wybitny prawosławny teolog rosyjski Sergiusz Bułgakow (zm. 1944) śmiało pytał: dlaczego z życia wiecznego zrobiliśmy skamielinę? To nie jest bezruch – tam jest rozwój ku nieskończonej pełni, której nigdy nie wyczerpiemy. Bóg jest tak niepojęty, że nigdy nie może nastąpić zastój w miłości, poznawaniu oraz w tym, co będziemy od drugich otrzymywać. Infernaliści twierdzą, że powinien być ścisły paralelizm między wiecznym życiem a wieczną męką. To błędne myślenie.

Wracając do adhortacji Evangelii gaudium, czy nie odnosi Ksiądz wrażenia, że bliżej nam często do postrzegania chrześcijaństwa w kluczu ascetycznym? Smakowanie życia wydaje się wtedy nie na miejscu.

Smakować życie, cieszyć się… A czy to wypada? Jezus tak cierpiał dla naszego zbawienia, a my będziemy się rozkoszować dobrym posiłkiem? Znam ludzi, którzy mówią: jak mam szczęśliwy czas, to boję się, że zaraz przyjdzie coś bolesnego. Lęk przed radością. Cała nasza edukacja, duchowość wymagają stałego trudu przemiany, innego paradygmatu. Nikt nie przeczy, że istnieje cierpienie. Nie wolno jednak zapominać o pięknie życia i potrzebie radości. Już w Pierwszym Przymierzu powiedziano: „Nie bądźcie smutni (…). Nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją” (Ne 8, 9. 10). Jeśli ostoją, to siłą, zdolnością przetrwania nawet trudnych chwil i sytuacji.

Ksiądz mówi, że trzeba się uczyć od innych, być otwartym, ale znajdą się katolicy, którzy powiedzą, że to niebezpieczne. Na tym świecie wszystko jest niebezpieczne.

Każdego daru Bożego można nadużyć albo wspaniale go rozwijać. Wiem, że w jakiejś mierze bezpieczniejsza może się wydawać pedagogia lęku i strachu. Ona przez wieki dominowała, ale czy przemieniła ludzi? Czy ocaliliśmy ludzi od odchodzenia od wiary? Czy ustrzegliśmy ich przed ateizmem? Polecam lekturę niedawno wydanej książki Anny Connolly: Toksyczni święci, czyli o kulcie cierpienia w chrześcijaństwie (Warszawa 2013).

Powiada Ksiądz Profesor, że nie ustrzegliśmy ludzi przed ateizmem. Polemiści odpowiedzą Księdzu, że to owoc oświecenia, owoc II Soboru Watykańskiego…

Wiem, że tak powiedzą. Idę któregoś dnia ulicą, z naprzeciwka idzie dziewczyna, niemalże mijamy się, a ona mówi mi prosto w twarz: „Niech będzie przeklęty II Sobór Watykański!”. Tacy ludzie, pouczeni przez fundamentalistów, uważają, że Sobór wprowadził zbyt dużo zmian, zamieszał w głowach, obudził podejrzliwość wobec tradycyjnej doktryny. Często słyszymy pytanie o hermeneutykę ciągłości czy zerwania. Sądzę, że nie może być mowy o pełnej ciągłości.

Czyżby Ksiądz Profesor sugerował, że w pewnych okolicznościach można mówić wręcz o „zerwaniu”?

„Zerwanie” rozumiem jako brak ciągłości (discontinuity), a więc jako zdecydowane odejście od pewnych głoszonych przez wieki poglądów. Wystarczy, jeśli się przyjrzymy, czego przez wieki Kościół nauczał choćby o wolności religijnej, o innych wyznaniach i religiach, o możliwości zbawienia. Sobór we Florencji głosił: możesz krew przelać dla Chrystusa, rozdać mienie swoje ubogim, ale jeżeli przed śmiercią nie znajdziesz się w Kościele rzymskokatolickim, nie możesz być zbawiony. Jaką odwagę mieli ci ludzie, żeby całe społeczności posyłać do piekła!

Niektórzy na ten wywód odpowiedzą, że wolą mieć za sobą 1900 lat niezmiennego (i nieomylnego) nauczania Kościoła niż 50 lat jakiegoś podejrzanego modernizmu.

Dlaczego zatem w dokumentach soborowych jest cytowanych tyle tekstów Ojców Kościoła? To wskazuje na pewną ciągłość, ale uwzględniającą błędy popełniane w ciągu wieków. Było ich wiele, o czym świadczą przeprosiny i rozliczenie z przeszłością dokonane przez Jana Pawła II w Roku Jubileuszowym. Trzeba uczyć się na własnych błędach i umieć się do nich przyznawać, ale niestety, Kościół rzadko to robił, dopiero w ostatnich latach możemy dostrzec jakąś zmianę. Już Paweł VI skłaniał się do przyznania, że Galileusz został niesłusznie potępiony, ale dopiero Jan Paweł II doprowadził sprawę do tzw. rehabilitacji, przygotowanej przez Papieską Radę ds. Kultury. W swojej deklaracji (1992) wyraził żal za błędy popełnione przez trybunał kościelny w ocenie astronomicznych poglądów Galileusza. Jan Paweł II uznał również, że Kościół przyczyniał się do prześladowania Żydów. Benedykt XVI przepraszał za nadużycia seksualne duchownych.

Podczas spotkań ekumenicznych często się mówi o learning community of Churches, „uczącej się wspólnocie Kościołów”. Czy, nawiązując do proroków, Jezus nie przypomniał, że wszyscy będą ludźmi „pouczonymi przez Boga”, didaktoì Theoū (J 6, 45) – uczniami Boga, stale przez Niego pouczanymi? Status bycia uczniem – czy to nie jest najbardziej odpowiednia kategoria myślenia? Dlaczego mamy się bać tych, którzy przewodzą nam w Kościołach? Oni też są nie tylko nauczycielami, ale także uczniami.

Wiemy, że jest Ksiądz Profesor jednym z sygnatariuszy deklaracji katolickich uczonych w sprawie władzy w Kościele. Czytamy tam m.in., że władza ta powinna być sprawowana w sposób „uczciwy i wiarygodny, że ma być inspirowana przez pokorę i służbę, zajęta troską o ludzi, a nie regułami i dyscypliną”. Czym się Ksiądz kierował, składając pod tym tekstem swój podpis? Jest w Księdzu nadzieja na jakąś zmianę?

Kierowało mną podobne przekonanie jak to, które zostało wyrażone w deklaracji. Zostałem powiadomiony, że Sekretariat Stanu oficjalnie potwierdził, iż papież Franciszek otrzymał jej tekst wraz z listą ponad 200 sygnatariuszy. Liczę na życzliwe rozpatrzenie przynajmniej niektórych ważnych „desiderata” w niej zawartych. Czy nie jest np. słuszny postulat, że „Kongregacja Nauki Wiary powinna być wspomagana przez międzynarodowe komisje ekspertów, którzy zostali niezależnie wybrani ze względu na ich kompetencje zawodowe”? Pytam: dlaczego teologowie mają bać się wyroków ferowanych przez tę Kongregację? Czy teolog musi bać się również swego przełożonego lub biskupa?

Biskup jest strażnikiem ortodoksji, tym, który prowadzi do prawdy…

O nie, to przede wszystkim Duch Święty będzie nas prowadzić. Czy mentalność strachu nie paraliżuje? Czy nie zamyka pewnych dróg w rozumieniu Ewangelii? Ewangelia, i to czterokształtna, jest swoistym cudem. Nie jedna percepcja, nie jedne oczy widziały Jezusa. Ewangelia uczy, że trzeba być stale otwartym na inspirację, która pochodzi od kogoś innego, kto zdołał uchwycić Prawdę od innej strony, może lepiej niż my. Ludzkie poznanie jest selektywne, zawsze z konkretnej perspektywy, z morza wydarzeń zapamiętujemy to, co akurat nas dotyczy. Jedni ewangeliści zapamiętywali pewne pouczenia i fakty, inni co innego. Trzeba się uczyć. Ewangelia jest cudem bycia uczniem. A czy to nie jest najważniejsze w Kościele? Być uczniem Jezusa to być uczniem wielokształtnej Ewangelii.

Jezus mówi: „Ja jestem drogą i prawdą” (J 14, 6). Prawda i droga tuż obok siebie. Droga do prawdy musi pozostać właśnie drogą. Jesteśmy tylko uczniami. Uczeń musi być pokorny i umieć poprawiać się. To zupełnie zmienia paradygmat naszego podejścia do prawdy. Dlaczego teraz papież Franciszek tak chętnie nawiązuje do synodalności, do prawosławia? Bo synodalność to jest coś więcej niż kolegialność biskupów. Syn odos – droga razem z innymi. Razem do prawdy. Prawda jest symfoniczna, nie można zobaczyć jej jednym okiem, a nawet parą oczu, trzeba wielu par, żeby zobaczyć lepiej i mieć odwagę korygować jednostronności. Taka jest nasza droga do Boga. Stale będziemy ludźmi w drodze. Dlaczego pojęcie pielgrzymującego Ludu Bożego pojawia się w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium? Dlaczego kategoria pielgrzymowania jest taka ważna? Dlaczego ci wszyscy, którzy krzyczą, że Sobór wprowadził tyle błędów w Kościele, nie zastanawiają się nad tym, iż jesteśmy tylko pielgrzymami? Czy nie byli mądrzejsi ci średniowieczni mędrcy, którzy mówili, że artykuł wiary jest „percepcją prawdy zdążającą do niej samej?”. To jeszcze nie jest pełna rzeczywistość prawdy. Trzeba mieć odwagę stale się uczyć. Tymczasem często, jak ktoś trafnie zauważył, bardziej respektujemy nie Christianity, chrześcijaństwo, ale churchianity. Nie wiem, jak to wyrażenie przetłumaczyć na polski. Może „kościelniaństwo”, rozumiane jako rozrost instytucji kościelnych? Bardziej czcimy te instytucje niż to, co jest samym rdzeniem Ewangelii Chrystusa, której stale musimy się uczyć. I to uczyć się także od tych, którzy Chrystusa poszukują. Intelektualna uczciwość jest bardzo potrzebna Kościołowi.

To bardzo piękne, co Ksiądz mówi, ale wyobraźmy sobie księdza, który ujmie się za ks. prof. Hryniewiczem – i już ma kłopot. Zechce na sympozjum naukowe zaprosić kogoś, kto nie jest mile widziany przez biskupa – i znów ma kłopot. Powie coś w telewizji, w mediach − i od razu grozi mu zakaz wypowiadania się albo przynajmniej niechęć części społeczności Kościoła. Gdzie ta wolność?

„Chrystus wyzwolił nas ku wolności” – jakże ważne słowa apostoła Pawła (Ga 5, 1). To jest pewien dar Boga, wywodzący się z Jego własnej wolności. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Za mało bierzemy pod uwagę ten ikoniczny wymiar każdego człowieka. To jest ta iskra Boga, o której mówili chasydzi. Wolność jest czymś z Boga. Oczywiście tej wolności można nadużyć. Można podejmować decyzje, które prowadzą w złym kierunku. Ale jest to dar, który trzeba trzymać w rękach i z pewnym drżeniem zastanawiać się, co ja mogę z nim zrobić. Do wolności trzeba wychowywać, trzeba się jej uczyć. Ks. Józef Tischner pisał o „nieszczęsnym darze wolności”. Jestem skłonny mówić raczej o „szczęsnym darze” wolności. To szczęsny dar, tylko trudny. Gdyby Bóg uważał, że to jest dar nieszczęśliwy, nie odważyłby się nam go dać.

Jeżeli ktoś ma władzę, to jego wolność wydaje mu się niemalże równa Boskiej wolności. Znam hierarchów, którzy potrafili powiedzieć: „Ja mogę księdza wdeptać w ziemię”. Albo: „Ksiądz wie, że mam długie ręce, które sięgają daleko?”. Kiedy jeden z teologów ujął się przed laty za mną publicznie w pewnym piśmie, to go biskup wezwał i zapytał: „Księże, czy ksiądz chce sobie zepsuć karierę?”.

Papież sam przyznaje, że jako prowincjał jezuitów bywał czasem apodyktyczny, postępował niekolegialnie. Dziś mówi: „Ja także jestem grzesznikiem”. Trzeba nam zacząć posługiwać się takim językiem. Myślę, że w Kościele jest za dużo udawanej lojalności. A co papież Franciszek robi z karierą? Uderza w kościelne karierowiczostwo. W rozmowie z Eugenio Scalfarim przyznaje: jest w Kościele narcyzm. Czym jest dworactwo w Kościele? Z urzędnika w kurii trzeba koniecznie zrobić biskupa i arcybiskupa? A po co? Czy nie mogliby tam być zwyczajni ludzie? Kobiety i mężczyźni?

Wolność można zastraszyć. Ona ma różne rejestry… Co jest jej granicą? Jak daleko można się posunąć? Jak być posłusznym? Kiedy miałem kłopoty z Kongregacją Nauki Wiary, pewien wysoko postawiony duchowny dowodził, że najwyższą cnotą w Kościele jest posłuszeństwo.

Najlepiej, żeby było ślepe.

To jest nieszczęście. I to, że potem przełożeni nabierają atrybutów boskich, potrafią człowieka w imieniu Pana Boga poniżyć, rozdeptać, zniszczyć, zdruzgotać. Ja wtedy pytam: czy Ewangelia postawiła posłuszeństwo na pierwszym miejscu? Owszem, Jezus jest posłuszny Ojcu. Tylko On był Mu tak bezgranicznie posłuszny. Bóg nikogo nie skrzywdzi.

W Kościele słyszy się często, że przez przełożonego przemawia Bóg…

Ale czy on sam posłuchał Pana Boga do końca? Czy jest pewny, że przez niego przemawia Bóg? Czy to jest tylko jego własna percepcja w danej chwili, w danej sytuacji? Mówię wtedy: słuchajmy Ewangelii. Wiem, że Jezus jest dla nas przykładem posłuszeństwa, uległości Ojcu. Ale to jest posłuszeństwo radosne, mimo że Jego los będzie tak trudny. On musi pójść do końca, jak Dobry Pasterz oddać swoje życie „za owce” (J 10, 15). Po co? Ojciec każe Mu spełnić zbawczą misję, aby uzdrowić ludzkość. Tu dochodzimy do wolności. Całe rozumienie odkupienia, ocalenia, zbawienia ma przeobrazić ludzką wolność, a nie zdruzgotać i zniszczyć. Bóg nie posługuje się przemocą. On przyciąga, zaprasza, pociąga na różne sposoby, aby przez to wolność wychować, przemienić i ją ocalić, żebyśmy nie podejmowali tragicznych decyzji, które zniszczą nas samych i innych. To nie obrażony Bóg Ojciec wydał Jezusa na śmierć, aby dać się w ten sposób, za cenę krwi, przebłagać. Jezus nie jest ofiarą dla zadośćuczynienia Bogu za grzechy świata. Jeżeli już chcemy posługiwać się kategorią ofiary, powiedzmy na odwrót: to On, Jezus, jest ofiarą złożoną przez Boga Ojca „dla nas i dla naszego zbawienia” (słowa z Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego).

Owszem, są w historycznych księgach Starego Testamentu teksty okrutne i przerażające. Wiele z nich mówi o nakazie Boga, aby Izraelici wytępili podbijane ludy Kanaanu, zabijając przede wszystkim mężczyzn. Czasem był to nakaz oszczędzenia jedynie kobiet, dzieci i trzód, traktowanych jako łup wojenny (zob. Pwt 2, 31–34; Joz 7, 16; 10, 40; 20, 13–14). Lepszy już los kamienia, drzewa lub zwierzęcia niż człowieka! Za nieposłuszeństwo trzeba było ponieść karę (zob. 1 Sm 15, 3. 10–26). Bibliści wyjaśniają, że są to jedynie późniejsze interpretacje, inspirowane prymitywną jeszcze wizją Boga plemiennego. Trzeba tego rodzaju teksty właściwie rozumieć jako pewien bohaterski epos stworzony przez człowieka. Orygenes pisał: „Wstydzę się [erubesco!] powiedzieć i przyznać, że Bóg nadał takie prawa. Bo wtedy bardziej szlachetne i bardziej rozumne są prawa ludzkie, na przykład Rzymian, Ateńczyków, Lacedemończyków” (In Leviticum VII, 5).

Pewien mądry ksiądz powiedział kiedyś, że wprawdzie przełożony bywa czasem głupi, ale w perspektywie ostatecznej ma zawsze rację, jest głosem Boga. Znamy ludzi, którzy poradziliby Księdzu Profesorowi: włóż swoje poglądy do kieszeni, poczekaj 500 lat, jeśli one są prawdziwe, to wypłyną.

Tylu ludzi już czekało tych 500 lat i więcej. Św. Teresa z Àvila, kiedy ją zapytano, kogo należy słuchać: świątobliwego spowiednika czy dobrego teologa, odpowiedziała: dobrego teologa. Pobożność jest dobra, ale można być pobożnym głupio. Można zniszczyć samego siebie taką pobożnością i doprowadzić się do choroby psychicznej. Posłuszeństwo powinno się kierować dialogiem. Posłuszeństwo w dialogu – to posłuszeństwo naszych czasów, gdzie jest respekt dla osoby ludzkiej, gdzie szanuje się prawa człowieka. Czy z niektórymi przełożonymi da się dialogować?

Gdy otrzymałem upomnienie od Kongregacji Nauki Wiary, to najpierw mój polski prowincjał zalecał mi, abym wycofał się ze swoich wypowiedzi. Posłuszeństwo kazałoby mi to zrobić i zamilknąć. Powiedziałem: nie. Nie nalegał. Musiałbym wówczas przekreślić swoich 40 lat w służbie ekumenii.

To samo dotyczy mojej nadziei powszechnego zbawienia. Mam wyrzec się wolności wyboru i pójścia za świętymi Grzegorzem z Nyssy, Izaakiem Syryjczykiem oraz innymi wielkimi postaciami w dziejach chrześcijaństwa? Święci Wschodu i Zachodu miewali zresztą różne poglądy. Ich nauka nie jest bynajmniej monolitem. Jedni głosili wieczność piekła, drudzy nadzieję na powszechne zbawienie. Można z łatwością przeciwstawić jednych drugim. Istnieje w tradycji chrześcijańskiej wyraźny konflikt interpretacji.

W Apokalipsie siedmiokrotnie powtarza się wołanie: „Ten, kto ma uszy, niech usłyszy, co Duch mówi do Kościołów” (Ap 2–3). Czy rzeczywiście słuchamy, co On mówi do Kościołów dzisiaj, tutaj i teraz? Jezus zapewniał, że to Boży Duch, „Ten-Przywoływany- na-Pomoc” (Paráklitos) jest naszym Orędownikiem, Wspomożycielem i Obrońcą: „On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat co do grzechu, sprawiedliwości i sądu” (J 16, 8). Zapewniał również, że poprosi Ojca, a On „da wam innego Orędownika” (J 14, 16). „Innego”, a więc sam także jest takim Parakletem, Orędownikiem i Wspomożycielem. Nie bez powodu tradycja wschodnia nazywa Jezusa Miłośnikiem ludzi (philánthropos, čelovekolubiec). Pomniejszył samego siebie po to, żeby pociągnąć i przeobrazić ludzką wolność. To jest niesłychany paradoks przekraczający prawa ludzkiej logiki. Wzór postępowania na wszystkie czasy. Kim my jesteśmy w obliczu tych wielkich spraw, jeśli nie uczniami tylko? Uczmy się! Jeśli biskup jest uczniem, to jest również uczniem swojej wspólnoty.

Papież Franciszek w Evangelii gaudium przypomina o istnieniu ekumenicznej idei „hierarchii prawd” (Dekret o ekumenizmie, 11). Zważajcie na to, co jest najważniejsze, a co mniej ważne; co jest rdzeniem naszej wiary, a co jest peryferyjne. Nie wolno tych rzeczy stawiać na tym samym poziomie. W przeciwnym razie łatwo zniekształcić samą istotę chrześcijaństwa.

Zgoda, pytanie jednak, jak ta hierarchia wygląda. Które prawdy są w centrum, a które na peryferiach?

Opisują ją wczesne dogmaty o Chrystusie i Trójcy Świętej. Sam rdzeń jest więc chrystologiczno-trynitarny. Taka jest też podstawa przynależności do Światowej Rady Kościołów – wiara w Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela i wiara w Boga, który jest Trójcą Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego. To tajemnica nieprzenikniona dla ludzkiego umysłu. Pewnie do końca dziejów toczyć się będzie na ten temat trudny dialog chrześcijan z judaizmem oraz islamem.

Istnieje hierarchia prawd dogmatycznych, ale i ewangelicznych. Co jest najważniejszą życiową prawdą Ewangelii? Przykazanie miłości, „nowe przykazanie” (J 13, 34). Spójrzmy w świetle tego przykazania na dzieje chrześcijaństwa. Czy widziano bliźniego w oponencie, także w heretyku? Niszczono heretyków i schizmatyków, palono, topiono w morzu. Czy trzeba było aż tak? Czy to jest właściwa droga? Wierzę w to, że dojrzewa powoli nurt większej mądrości w Kościele. Boży Duch wyzwala ze zniewoleń i prowadzi do prawdy. Wciąż popełniamy błędy. Stąd soborowe hasło ustawicznej reformy w Kościele: Ecclesia semper reformanda. Ileż razy zaczynano już reformę od góry! Najczęściej były to wysiłki bezskuteczne, niezakorzenione w mądrości Ewangelii. Nie sięgały one w głąb świadomości chrześcijańskiej.

Dzisiaj słyszymy wołanie o zreformowanie niewydolnych struktur kościelnych. Chwała papieżowi Franciszkowi, że piętnuje ceremoniał dworski i karierowiczostwo. Chce słuchać głosu wszystkich kontynentów. Mówi o sobie jako o „biskupie Rzymu”. Nie szafuje słowem „papież”. Zdaje sobie sprawę z tego, że Kościół rzymskokatolicki stał się w ciągu wieków jednym wielkim scentralizowanym patriarchatem zachodnim, w przeciwieństwie do patriarchatów wschodnich. Czy nie można pomyśleć o innych strukturach kościelnych w postaci wielu patriarchatów?

Byłby to krok wielce znaczący także dla pojednania chrześcijan. Chrześcijaństwo jest rozbite na tysiące Kościołów i wspólnot chrześcijańskich. Światowa Rada Kościołów już liczy ponad 350 Kościołów. Czy nauczanie papieża Franciszka będzie pomocne także dla innych Kościołów? Razem szukajmy lepszego jutra chrześcijaństwa. Tylko dialog jest drogą, choć to droga trudna i wymagająca nawrócenia Kościołów ku sobie nawzajem. Franciszek mówi w Evangelii gaudium o „nawróceniu papiestwa”.

Do refleksji skłania niedawna wypowiedź kard. Kurta Kocha, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan, że dzisiaj widać mniejszą bliskość między Kościołami niż w początkach ruchu ekumenicznego, a nawet niż 50 lat temu, przed II Soborem Watykańskim. Dzielą nas coraz bardziej zagadnienia bioetyczne, problem święcenia kobiet oraz ich awansu do posługi biskupiej, kwestia homoseksualizmu i błogosławienia par homoseksualnych. Jakże to trudna sytuacja!

Wróćmy jeszcze do papieża Franciszka. Jak Ksiądz sądzi, co on zmieni w Kościele?

Prawdę pojmuje się i rozumem, i sercem. Chodzi o poznanie serdeczne. Myślę, że papież Franciszek ma w sobie dużo poznania serdecznego. Zdradza to jego cały styl bycia, pełen ludzkiego ciepła i spontanicznej serdeczności. To widać na jego twarzy. Jego przyjazne i życzliwe gesty nie są wymuszone. Nie bez powodu „Time” ogłosił go Człowiekiem Roku.

Słuchanie głosu Bożego Ducha to również słuchanie innych ludzi, także niewierzących. Dobrze, że Franciszek słucha artystów, naukowców i zwykłych ludzi. Słucha też głosu kobiet. Jak już o tym wspomniałem, udzielił wywiadu niewierzącemu dziennikarzowi Eugenio Scalfariemu. Błogosławię Cię, Franciszku, za to, że dialogujesz z niewierzącymi.

Rozmowa ze Scalfarim jest serdeczna. Jeden drugiego nie chce nawracać, ale głębiej poznawać siebie i świat. Franciszek uczy rozmawiać z niewierzącymi w ludzki, ciepły i przyjazny sposób. Scalfari na koniec wywiadu wyznaje: „Wasza Świątobliwość, jesteś naprawdę osobą wielkiej wiary. Osobą dotkniętą przez łaskę, inspirowaną pragnieniem ożywienia pastoralnego i misyjnego nastawienia Kościoła – Kościoła odrodzonego, a nie pogrążonego w doczesności [una Chiesa pastorale, missionaria, rigenerata e non temporalistica]. Ale po sposobie, w jaki przemawiasz, i z tego, co rozumiem, jesteś i będziesz papieżem rewolucyjnym. W połowie jezuita, w połowie »człowiek Franciszka« – połączenie, jakiego chyba nigdy dotąd nie widziano!”.

I jeszcze cytat z wywiadu Franciszka dla „La Civiltà Cattolica”. To odpowiedź na pytanie, czy w świecie pogrążonym w kryzysie powinniśmy być optymistami: „Nie lubię używać słowa »optymizm«, ponieważ mówi o pewnym zachowaniu psychologicznym. Lubię natomiast używać słowa »nadzieja«, o której można przeczytać w (…) 11 rozdziale Listu do Hebrajczyków. (…) [Nadzieja] Jest cnotą teologiczną, a więc z definicji darem Boga, którego nie można zredukować tylko do ludzkiego optymizmu. Bóg nie defrauduje nadziei, nie może zanegować samego siebie. Bóg cały jest obietnicą”.

Dobrze, papieżu Franciszku! Niech Cię błogosławi Najwyższy Pan dziejów, idź tą drogą! To jest droga ewangeliczna, szczery duch profetyzmu. Nie sprawdzimy namacalnie, że to Duch Święty przemawia przez człowieka. Pokażą to dobre owoce.

Okazji do prawdziwie ekumenicznego dialogu będzie w najbliższym czasie wiele. W 2014 r. minie 1000 lat od usankcjonowania przez Benedykta VIII zachodniego dodatku Filioque w Credo. Jeżeli papieżowi Franciszkowi nie zabraknie odwagi, to wrócilibyśmy do pierwotnego tekstu Credo bez Filioque. To byłby krok milowy w dialogu z prawosławiem. Czy podejmie takie ryzyko? Nie wiem. Za dwa lata przypada 600-lecie spalenia na stosie Jana Husa w czasie soboru w Konstancji (6 lipca 1415). Czy ze strony Papieża pojawi się jakiś gest, który przybliży chrześcijan do rehabilitacji tego reformatora? W 2017 r. minie 500 lat od początku reformacji Marcina Lutra.

Przed nami wielkie dziejowe rocznice. Co będzie? Nie wiem. Może nie oczekujmy od razu zbyt wiele.

WACŁAW HRYNIEWICZ OMI – teolog katolicki, ekumenista, em. prof. KUL, b. dyr. Instytutu Ekumenicznego, wieloletni członek Międzynarodowej Komisji ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem katolickim i Kościołem prawosławnym. Wydał m.in.: trzytomowy Zarys chrześcijańskiej teologii paschalnej (Lublin 1982–1991), Chrześcijaństwo nadziei. Przyszłość wiary i duchowości chrześcijańskiej (Kraków 2002), Świadkowie wielkiej nadziei. Zbawienie powszechne w myśli wczesnochrześcijańskiej (Warszawa 2009), Ekumenia żyje nadzieją. Medytacje ekumeniczne (Poznań 2011), God’s Spirit in the World: Ecumenical and Cultural Essays (Waszyngton 2012), Oczekuję życia w przyszłym świecie. Wydarzenia ostateczne w dialogu chrześcijan (Poznań 2013)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata