70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Słowo Boże nie ma wyznania

Słowo Boże jest darem dla wszystkich ludzi. Natomiast wyznanie, którym człowiek odpowiada na to Słowo, jest naszym przywilejem i wyborem.

Czy w 10 tygodni można przetłumaczyć Nowy Testament?

Dzisiaj pewnie nikt by się na to nie porwał i osobiście nie wydaje mi się to możliwe. Przekaz o przetłumaczeniu Nowego Testamentu przez Lutra jest zaskakująco zbieżny z historią powstania Septuaginty. Myślę, że w ten sposób próbowano uwiarygodnić nowo powstałe tłumaczenie. Musimy także pamiętać, że sam Luter tłumaczył obszerne fragmenty Pisma Świętego już wcześniej. Dokonanie Lutra polega też na konwersji autorytetu – w miejsce klasycznych wartości, takich jak autorytet rodzica, przełożonego, Kościoła i tradycji, mnich z Wittenbergi postawił Pismo Święte jako nadrzędny imperatyw chrześcijanina.

Mimo upływu wieków w krajach niemieckojęzycznych przekład ten wciąż uznawany jest za dobry. Jak to możliwe?

Tłumaczenie, o którym mówimy, to z jednej strony przekład, a z drugiej strony jego kulturowe umiejscowienie w społeczeństwie. Luter nie chciał stworzyć odpowiednika łaciny, ale tłumaczenie zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Szukając właściwych słów, mówił, że „trzeba pytać dookoła siebie, matkę w domu, dzieci na ulicy, patrzeć, jak mówią, i według tego tłumaczyć”, należy, dosłownie, patrzeć człowiekowi „na gębę”. Dlatego zaproponowane przez Lutra zwroty były świadectwem żywego języka, który nie występował jeszcze w tamtym czasie w literaturze, a za sprawą przekładu został wprowadzony w obieg. Tłumaczenie objęło swym zasięgiem cały obszar językowy i w zależności od regionu kształtowało kulturę językową jeszcze przez kolejne 200, a nawet 300 lat. Zachowane egzemplarze Biblii z czasów Lutra są całkowicie „sczytane”, mają poobrywane kartki, zużyte okładki – przez wieki służyły w protestanckich domach jako elementarze do nauki czytania.

Wprawdzie Testament wrześniowy z 1522 r., jak nazwano wydanie Lutra, nie był pierwszą edycją Biblii w języku niemieckim, ale pierwszą kompletną, czyli zawierającą cały Nowy Testament, ogłoszoną drukiem i szeroko rozpowszechnianą. A to wszystko działo się poza kościelną hierarchią, finansowane ze świeckich środków księcia Filipa.

W XVI w. Biblia nie była jeszcze powszechnie dostępna. Wiemy, że Luter pierwszy egzemplarz Pisma Świętego otrzymał dopiero w zakonie augustianów. Po Wulgatę mogli sięgać jedynie patres, czyli ojcowie, a i ci w trakcie studiów nad Pismem posługiwali się wypróbowanymi, uznanymi komentarzami. Bracia, fratres, w ogóle nie korzystali z kompletnych wydań Pisma Świętego. Jeśli chodzi o lud, było jeszcze gorzej. Szerzej dostępne były jedynie wyjątki z ewangelii i z listów apostolskich. Nie posiadano wydań całościowych. A te przełożone na niemiecki spisane zostały w ówczesnym odpowiedniku łaciny, czyli w języku wysokoniemieckim. Luter uznawał Słowo Boże za rzecz o znaczeniu fundamentalnym dla każdego chrześcijanina, ponieważ to właśnie ono jest rzeczywistością, za pomocą której możemy doświadczyć zmartwychwstałego Jezusa. Dlatego dobry, tzn. bliski człowiekowi, posługujący się językiem codziennej egzystencji przekład był dla niego tak ważny. W jednym z pism Luter mówi nawet o sakramentalnym znaczeniu Słowa Bożego. Nie możemy też zapominać, że celem Lutra nie była reformacja rozumiana jako przewrót, rozłam czy rewolta w Kościele, lecz reforma poprzez dialog oparty na fundamencie Pisma Świętego. Wynalazek druku stwarzał nowe możliwości osiągania tego celu. Pierwszą wydaną drukiem książką była Wulgata. W roku 1516, a zatem kilka lat przed wydaniem Testamentu wrześniowego, ukazało się drukiem greckie wydanie Nowego Testamentu przygotowane przez Erazma z Rotterdamu. Testament wrześniowy jest zatem owocem dynamicznego stulecia druku i naturalną konsekwencją wcześniejszych wydarzeń.

Erazm z Rotterdamu potrzebował „aż” 10 miesięcy na przygotowanie greckiego wydania Nowego Testamentu. Jak to możliwe, że Marcinowi Lutrowi wystarczyło zaledwie 10 tygodni na przełożenie całego Nowego Testamentu z greki na niemiecki?

Część tekstów Luter tłumaczył już wcześniej, np. do Postylli domowej i kościelnej oraz komentarza do Magnificat. Przez wiele lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, a jednocześnie studiował grekę i hebrajski. Na rok przed przystąpieniem do przekładu Nowego Testamentu zanotował: „Przez cały dzień siedzę tutaj jak człek próżniaczy i godzien litości, czytam grecką i hebrajską Biblię”. Nad samym przekładem pracował w dość osobliwych okolicznościach, w całkowitym odosobnieniu, odcięty od świata w zamku Wartburg, gdzie spędził niecały rok. Jest to czas, gdy Luter przebywa pod opieką księcia Fryderyka, w Niemczech trwają rozruchy, a sam reformator jest banitą. Widzimy tu mnicha w przebraniu szlachcica, przemykającego zamkowymi korytarzami. Bez wątpienia to najtrudniejszy okres w życiu Lutra. Dlatego ucieka od rzeczywistości w świat Objawienia, próbując zrozumieć otaczający go świat i skomunikować te dwie rzeczywistości za pomocą języka. Pobyt na Wartburgu spowodowany był wystąpieniem Lutra na sejmie w Wormacji, gdzie zamiast odwołać swe nauki, żądał otwartej dysputy teologicznej. Skoro nie doszło do dialogu, podejmuje on dialog wewnętrzny ze Słowem Bożym przez studia nad językiem hebrajskim i greckim, przekłada psalmy, pisze traktaty i pracuje nad wspomnianym już tłumaczeniem. Skoro Kościół nie rozumie Lutra, to Luter postanawia zrozumieć siebie za pomocą Objawienia. W przyszłości zasada ta stanie się podstawą współczesnej hermeneutyki Wilhelma Diltheya, Martina Heideggera, Hansa- -Georga Gadamera i Paula Ricoeura. Wracając do Lutra na Wartburgu, to 10 tygodni, czyli 70 dni, w symboliczny sposób odnosi nas do historii powstania Septuaginty. Zgodnie z przekazem zawartym w Liście Arysteasza, na zaproszenie Ptolemeusza II Filadelfa do Aleksandrii przybyło 70 uczonych żydowskich, aby dokonać przekładu Tory na grekę. Mieli oni pracować osobno, a po zakończeniu własnych przekładów wspólnie ustalić ostateczną wersję dzieła. Prace ukończyli po 70 dniach. Wówczas okazało się, że poszczególne teksty tłumaczenia są identyczne, co odebrano jako znak od Boga. Zachwycony dziełem król nabrał wielkiego szacunku do Biblii. Protestanci mają duży dystans do podobnych historii. Można powiedzieć, że ważniejsza jest dla nich recepcja niż sama historia powstania. Podobnie ma się rzecz z 95 tezami Lutra z 1517 r. oraz z Wyznaniem augsburskim z 1530 r., autorstwa Filipa Melanchtona – oryginały obydwu najważniejszych tekstów reformacji nie zachowały się – co świadczy o tym, że znaczenie ma nie tyle jednostkowe wydarzenie, ile powszechny dostęp do sformułowanych prawd wiary oraz ich recepcja. Zarówno Wyznanie augsburskie jak i 95 tez znamy z ich pierwszego wydania drukiem, stąd wartość ma nie tyle manuskrypt, ile właśnie editio princeps.

Jest jeszcze jeden ważny szczegół. Mimo iż Testament trafiał do zwykłych ludzi, Luter dbał o poziom edytorski wydań.

Ogromną wagę przywiązywał do jakości druku, kroju czcionki, typografii. Zachowały się jego zapiski na temat jednej z edycji: „wydrukowane brudno, niedbale, nieporządnie, złe czcionki, pomieszane gatunki papieru, bezmyślne, wieczne niechlujstwo”. Wspomniane już pierwsze wydanie z września 1522 r. zaopatrzone zostało przez warsztat Lucasa Cranacha w 21 dużych drzeworytów – co świadczy o atencji Lutra do ikonograficznych przedstawień treści Objawienia. Ostatecznie całość za sprawą drukarza Melchiora Rottera została wykonana z ogromną starannością i, co ciekawe, errata do Nowego Testamentu zawierała tylko osiem poprawek. W późniejszych edycjach tekst ten był wielokrotnie rewidowany, również przez samego Lutra. Ostatnie wydanie, nad którym pracował osobiście, ukazało się w roku jego śmierci, czyli w 1546. Wtedy używano już wszystkich dostępnych manuskryptów, a nie jedynie wydania Erazma, jak podczas tych 10 tygodni. Odwoływano się również do komentarzy Ojców Kościoła i komentarzy rabinicznych. To ostatnie jest szczególnie ciekawe: Luter wysoko cenił judaizm za to, że niesie w sobie żywą tradycję rozumienia Jezusa-Żyda. Jednak mimo późniejszych rewizji w swych podstawach przekład Lutra okazał się na tyle rewolucyjny, że w Kościołach niemieckojęzycznych wydania te są wciąż używane.

Przekłady Lutra nie tylko ukształtowały język niemiecki, ale i luterańską teologię: noszą one ślady teologicznych przekonań Lutra. Poglądy te są zresztą wyłożone wprost w komentarzach poprzedzających listy św. Jakuba, Judy, w Liście do Hebrajczyków oraz w Apokalipsie. Dlaczego do tych ksiąg podchodził z większą powściągliwością?

Luter nigdy nie pokusił się o to, żeby zrezygnować z którejś z 27 ksiąg Nowego Testamentu. W księgach wyznaniowych luteranizmu, które kształtowały się do roku 1570, w ogóle nie ma wskazań odnośnie do kanonu Starego i Nowego Testamentu. Tak więc nie istnieje coś takiego jak kanon protestancki Pisma Świętego. Zresztą w oficjalny sposób kanon w Kościele zachodnim został ustalony dopiero podczas soboru trydenckiego. Reformacja przyjmowała więc zastany kanon z dobrodziejstwem inwentarza. Jeszcze w XVII-wiecznym przekładzie Biblii gdańskiej Pismo Święte Starego Testamentu zawiera księgi deuterokanoniczne. Dopiero Biblia warszawska z roku 1975 lokuje te księgi w formie dodatku na końcu Starego Testamentu. Obecnie w niektórych wydaniach księgi te w ogóle są pomijane, co moim zdaniem jest błędem, ponieważ należą do tradycji teologicznej Kościoła. Nie wiemy, czy ich hebrajski lub aramejski tekst nie zachował się, czy też nigdy nie były spisane w tych językach, ale na pewno są one świadectwem hellenistycznej myśli w judaizmie. Dlatego, mimo iż na ich podstawie nie formułujemy dogmatów, stanowią one ważną część dziedzictwa Kościoła.

Jeśli zaś chodzi o powściągliwość wobec wymienionych tekstów, to faktycznie wynika ona z racji teologicznych. Już w 95 tezach Luter dochodzi do przekonania, że zbawienie to dzieło własne Boga w Jezusie, które jest dokonane poza człowiekiem i jego wolą. U Lutra próżno szukać synergizmu, współdziałania człowieka w dziele zbawienia. Jest on niesłychanie radykalny w tym, aby w procesie usprawiedliwienia przywrócić Chrystusowi suwerenne miejsce Boga. W 95 tezach nie neguje odpustu jako narzędzia kościelnej karności, krytykuje natomiast nadużycia polegające na umniejszaniu objawionej w Chrystusie łaski oraz zbawczej roli Słowa i sakramentów. Apeluje o właściwe rozumienie pokuty, nie jako uczynku, ale stanu, w którym chrześcijanin jako człowiek grzeszny aspiruje do tego, żeby za sprawą łaski zostać usprawiedliwionym. Oczywiście ta myśl jest przedluterańska. Pojawia się zarówno u Husa, jak i Wiklefa, a także u Ojców Kościoła, szczególnie u św. Augustyna. Nie bez znaczenia jest fakt, że Marcin Luter wybrał dla siebie właśnie zakon żebraczy augustianów, co obrazuje jego radykalne pojmowanie pokuty i łaski w późniejszym czasie.

Ważne oparcie dla tezy o usprawiedliwieniu stanowi 3. rozdział Listu do Rzymian św. Pawła, w którym mówi się o tym, że człowiek jest usprawiedliwiany za darmo, z łaski, bez uczynku. Luter szukał tego wątku również i w pozostałych księgach. Pracując nad przekładem Listu do Hebrajczyków, który wedle tradycji przypisywany był Pawłowi, zobaczył, że nie wpisuje się on w charakter językowy pozostałych jego pism. Dlatego doszedł do wniosku, że autorem tego tekstu musiał być któryś z uczniów Pawła, a nie sam Paweł. Dziś wiemy, że jest to pismo judeochrześcijańskie, zaadoptowane do potrzeb wczesnego Kościoła z tradycji judaistycznej. Można by powiedzieć, że Luter wykazał się niezwykłym zmysłem teologicznym, że tłumacząc ten tekst, rozpoznał, iż nie jest on dziełem Pawła. Podobnie w Liście św. Jakuba, poświęconym kwestii uczynków, Luter nie znajdował nauki o usprawiedliwieniu. Dlatego mówił, że nie ma w nim ziarna, „tylko słoma”. Z kolei jego powściągliwy stosunek do Apokalipsy wynikał z faktu, iż tekst ten opisuje widzenia, nie jest zaś przekazem Słowa niosącego zbawienie. Dziś zresztą wiemy, że wczesny Kościół dołączył Objawienie św. Jana jako ostatnią księgę kanonu Nowego Testamentu. Luter mimo krytycznego stosunku do niektórych ksiąg nigdy nie posunął się do tego, aby tak jak w prawosławiu w ogóle wyłączyć Apokalipsę z czytań liturgicznych. Świadczy to jedynie o jego umiejętności dostrzeżenia pierwiastka ludzkiego w Objawieniu – można powiedzieć, że był to początek krytycznej analizy tekstu Pisma Świętego.

Jak Ksiądz ocenia znaczenie Wspólnej deklaracji w sprawie nauki o usprawiedliwieniu, przyjętej przez Kościoły luterańskie i Kościół rzymski? Czy stanowi ona świadectwo zbliżenia się Kościołów w rozumieniu tej prawdy, która dla reformacji luterańskiej XVI stulecia miała centralne znaczenie.

Wspólna deklaracja… zaakceptowana przez katolików i luteran, po oficjalnej prezentacji, a jeszcze przed jej podpisaniem jesienią 1999 r., budziła wiele emocji i ujawniła środowiska konserwatywne po obydwu stronach. Mimo tej krytyki pozostaje ona milowym krokiem w procesie pojednania. Temat usprawiedliwienia przestał być tym, co nas dzieli, dziś jest to wspólny głos potwierdzony deklaracją. Kolejnym krokiem może być wypracowanie wspólnego stanowiska na temat tradycji, kapłaństwa i senioratu w Kościele, w których to obszarach teologowie XVI-wieczni wykazywali znacznie większą elastyczność.

Praca nad przekładem Biblii ostatecznie doprowadziła do sformułowania odrębnego wyznania, czyli Konfesji augsburskiej.

Ani Marcin Luter, ani Filip Melanchton nigdy nie przestali być katolikami. To nie jest tak, że w pewnym momencie podjęli oni decyzję o powołaniu nowego Kościoła czy wyznania. Ono zrodziło się pod wpływem zewnętrznych okoliczności i konieczności chwili. W pewnym momencie parafie, miasta, księstwa zaczęły się organizować wokół wyznaniowości Lutra opartej na Ewangelii – stąd nazwa „ewangelicy”. Nie towarzyszyła temu myśl, że oto powstaje nowy Kościół – sam ewangelicyzm kształtował się jeszcze przez wiele lat po śmierci Lutra i Melanchtona, przechodził wiele przemian i nawet dziś nie jest homogeniczny.

Poza tym, formalnie rzecz biorąc, Luter jest autorem przekładu Nowego Testamentu, ale nie treści Wyznania augsburskiego. W 1530 r. na sejmie Rzeszy w Augsburgu, podczas którego trzeba było złożyć wyznanie wiary, Luter nie może sam tego uczynić – jest przecież banitą, więc wysyła Filipa Melanchtona, swego najbliższego współpracownika i przyjaciela. Choć w treści konfesji widać ewidentny wpływ jego pism, za jej ostateczny kształt odpowiada sam Melanchton. Już w 1540 r. Melanchton drukuje wersję poprawioną, w której pojawiają się dialogiczne z katolicyzmem elementy synergizmu – wyraźniej akcentuje ona te fragmenty Nowego Testamentu, w których mowa jest o współdziałaniu człowieka i Boga w dziele zbawienia. Zresztą Melanchton pracował nad Konfesją augsburską do końca swego życia. Przed śmiercią, czyli w roku 1560, zdążył jeszcze wysłać grecki przekład Wyznania augsburskiego do patriarchy Konstantynopola. W ten sposób nawiązany został dialog luterańsko-prawosławny, który odnowiony w latach 50. XX w., trwa po dzień dzisiejszy.

A jak dziś możemy postrzegać relację między Słowem a wyznaniem?

Przekazowi Słowa Bożego i budowaniu wspólnoty najlepiej służy polifonia. Przekład Lutra wpisuje się w ducha epoki, kiedy to powstają liczne tłumaczenia Pisma na języki narodowe – Bóg przemawia wielogłosem, tak jak w dniu Zielonych Świąt. Dziś umiemy już ze sobą rozmawiać o tekstach obciążonych dogmatycznie bez sięgania po instrumenty apologetyczne, ponieważ posługujemy się tymi samymi narzędziami hermeneutycznymi i bazujemy na tym samym naukowo opracowanym tekście greckim i hebrajskim. Na pewno pomaga w tym emancypacja teologii, szczególnie biblistyki, jako nauki akademickiej, uprawianej na uniwersytetach, a nie jedynie w murach kościelnych. Z jej osiągnięć korzysta dziś w równym stopniu każdy Kościół. Kilka lat temu uczestniczyłem na KUL-u w kongresie eucharystycznym – jakież to było wspaniałe doświadczenie. Czas, abyśmy teologię przestali traktować stricte dogmatycznie i uwolnili nasze myślenie do dialogu nie tylko międzywyznaniowego.

Powiedział Ksiądz, że te wypowiedzi dotyczące Eucharystii były bliskie Księdza doświadczeniom i treści ewangelickiego wyznania. Z drugiej jednak strony, podkreśla Ksiądz, że to właśnie Słowo, w którym spotykamy zmartwychwstałego Chrystusa, ma znaczenie fundamentalne. To znajduje potwierdzenie w pięciu zasadach teologii protestanckiej: sola scriptura (tylko Pismo), sola fide (tylko wiara), sola gratia (tylko łaska), solus Christus (tylko Chrystus), soli Deo gloria (tylko Bogu chwała). Wśród nich nie ma obecności Boga w Eucharystii.

Obecność Chrystusa w Eucharystii nigdy nie była dla luteran sprawą dyskusyjną, ale jedynie możliwością każdorazowego przyjmowania komunii przez wiernych pod dwiema postaciami. Realna obecność Chrystusa „w”, „z” i „pod” postacią chleba i wina wynika bezpośrednio ze Słowa. Jezus mówi „to jest ciało moje – to jest krew moja”. Skoro Jezus tak mówi, to nie jest kwestia intelektualnej interpretacji, tylko wiara w Słowo Jezusa, że tak jest. Teologia eucharystyczna daje zrozumienie samego procesu głoszenia Słowa, które jest sakramentem par excellence, czyli widzialnym znakiem Jezusa. Luterańskie księgi wyznaniowe mówią jednoznacznie: Słowo oraz sakrament są środkami łaski, przez które objawia się i działa Duch Święty. Czyli chrzest, Eucharystia i Słowo Boże muszą być traktowane jako równie ważne. U Lutra można też spotkać triadę sakramentów: chrzest, pokuta i Eucharystia, ale w tym kontekście spowiedź wiąże się z Eucharystią, i sprawowana jest w obrębie jednego rytu. Ważne zatem, kto może sprawować sakrament Słowa. Konfesja augsburska w jednym z artykułów definiuje posługę Słowa i sakramentu za pomocą odpowiedniego powołania i należytych kompetencji. Kapłaństwo w luteranizmie jest oparte na wspólnocie chrztu, ma zatem charakter płciowo inkluzywny, dzięki czemu część Kościołów wyświęca na urząd duchowny zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Gdyby zastosować zasadę hermeneutyki nieuwarunkowanej zdogmatyzowaną tradycją, można powiedzieć, że nakaz Jezusa, który znajduje się w Ewangelii według św. Mateusza w 28. rozdziale: idźcie i oznajmijcie braciom, że poprzedzam ich w drodze do Galilei; powinno się czytać jako powołanie kobiet do zwiastowania zmartwychwstania. Moim zdaniem Kościół nie powinien w tak oczywisty sposób rezygnować z 50% świadectwa o Jezusie. Prawdopodobnie dlatego większość luteran przyjmuje kapłaństwo kobiet i mężczyzn za równoważne. Mimo że luterańskie księgi wyznaniowe nie rezerwują urzędu prezbitera wyłącznie dla mężczyzn, luteranie w Polsce ordynują kobiety jedynie na urząd diakona. Jak przewrotna w tym względzie jest tradycja, może świadczyć fragment Listu do Rzymian 16, 7, gdzie w zależności od przekładu mamy Junię lub Junijasza. Przykład ten pokazuje, że Słowo, w tym aspekcie, w którym nie jest wprost Słowem zbawczym, bywa różnie interpretowane i wykorzystywane w sposób kulturotwórczy. Każdy przekład jest już teologią samą w sobie. Każdy jest już jakąś interpretacją, wyborem tej, a nie innej drogi rozumienia. W tradycji nie mamy nawet czegoś takiego jak jeden kodeks Pisma Świętego. Dziś za podstawę tłumaczenia Nowego Testamentu bierzemy edycję krytyczną Nestle- -Aland i Hebraica Stuttgartensia, jeśli chodzi o przekład Starego Testamentu. Na poziomie greki, hebrajskiego i aramejskiego jesteśmy jednomyślni. Nawet w protestantyzmie panuje takie przekonanie, że tylko ten tekst jest natchniony przez Ducha Świętego, pozostałe teksty to przekłady, a więc i interpretacje.

Ma Ksiądz doświadczenie udziału w akcjach ewangelizacyjnych prowadzonych wspólnie z kapłanami Kościoła rzymskokatolickiego. Ewangelizacja zaczyna się od wspólnego głoszenia Słowa. Dopiero przyjęcie Słowa może doprowadzić do kolejnych sakramentów: chrztu, pokuty i Eucharystii, a zatem również do przyjęcia wyznania.

Dzisiaj Słowo łączy. Samo Słowo Boże nie ma swojego wyznania. Ono jest darem dla każdego człowieka. Natomiast wyznanie, którym człowiek odpowiada na Słowo, to nasz przywilej, wybór i odpowiedzialność. Dzisiaj nie jesteśmy już skrępowani gorsetem wyznaniowej poprawności – mamy papieży, którzy odwiedzają synagogi i meczety, nikogo nie dziwi różnorodność podczas ekumenicznego nabożeństwa, do którego sami czujemy się zaproszeni. Kerygmat jest darem, którym cieszymy się wspólnie. On jest ten sam dla wszystkich. Osiągnęliśmy dziś taką dojrzałość, że potrafimy ten kerygmat opowiadać i ubierać w różne słowa osobistego doświadczenia, i to nie niszczy poczucia dogmatycznej jedności na tym podstawowym poziomie. Jakiś czas temu zostałem poproszony przez portal Deon.pl o napisanie kilku rozważań wielkopostnych. To było bardzo ciekawe doświadczenie dialogu z czytelnikami, opowiadali oni o swoim przeżywaniu wiary i w komentarzach dopisywali się do wspólnoty Słowa. Nie sądzę, aby Ewangelia mogła dzielić. Myślę, że jest najlepszą z możliwych platform ekumenicznego dialogu. Szczerze powiedziawszy, w obecnych przekładach Pisma Świętego nie widzę piętna wyznaniowości. Biblia Tysiąclecia ma np. bogaty komentarz, który opisuje tradycję rozumienia danego fragmentu – spotykam protestantów, którzy sobie to bardzo cenią. Każdy z Kościołów posługuje się na co dzień wieloma różnymi przekładami. Najlepszą rzeczą, która dziś mogłaby się nam przytrafić, byłoby przyjęcie do użytku liturgicznego przekładu ekumenicznego. Mamy już Nowy Testament i psalmy, których język najbardziej przemawia do współczesnych realiów. W ramach corocznego święta Biblii krakowski oddział Polskiej Rady Ekumenicznej wspólnie z Instytutem Ekumenii i Dialogu Uniwersytetu Papieskiego organizują maraton biblijny – lektorzy czytają krótkie 10-minutowe fragmenty. Uczestnictwo w tym wydarzeniu jest zawsze wyjątkowym przeżyciem, wielu ludzi doświadcza odpowiedzi na modlitwy i dylematy, z którymi przychodzi poprzez usłyszane lub przeczytane Słowo. W wyniku takich doświadczeń jestem skłonny uznać, że przekład Nowego Testamentu w 10 tygodni jest możliwy.

.

ks. ROMAN PRACKI – duchowny Kościoła ewangelicko- -augsburskiego, absolwent Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie i Instytutu Ekumenicznego KUL, na stałe współpracuje z Instytutem Liturgicznym UJPII w Krakowie, gdzie prowadzi zajęcia z liturgiki protestanckiej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata