70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Praca czy zawód?

Premier zarabia ok. 20 tys. zł, pensja minimalna wynosi ok. 1600, a średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw – około 4 tys. zł. Zarobki w Polsce, mimo iż są zróżnicowane, nie wyjaśniają więc przyczyn faktycznych nierówności w dochodach. Gdzie zatem leży źródło tego zjawiska?

W okresie PRL-u blisko połowa społeczeństwa zatrudniona była w przemyśle. Dlaczego rok 1989 stał się początkiem końca epoki robotniczej?

Globalne trendy nałożyły się na lokalne procesy transformacji ekonomicznej. Kiedy zaczęły padać wielkie zakłady przemysłowe, okazało się, że ludzie są nieprzygotowani do zmiany zawodu. W PRL-u pozycja społeczna robotnika, dostęp do dóbr zależały nie tyle od kwalifikacji formalnych, takich jak wykształcenie, doświadczenie zawodowe, ile od usytuowania w gałęzi gospodarki. Jeżeli byłeś szczęściarzem i pracowałeś w tych branżach, które były politycznie preferowane – energetyce, przemyśle ciężkim, górnictwie – miałeś znacznie lepszą sytuację niż ludzie zatrudnieni np. w fabryce włókienniczej w Łodzi. Zasadnicze szkoły dobrze wywiązywały się z zadania kształcenia w wąskim profilu zawodowym, ale nie uczyły samodzielnego nabywania innych kwalifikacji. To jest umiejętność, którą daje liceum lub technikum. Oczywiście robotnicy Warszawy, Trójmiasta czy Górnego Śląska byli w o wiele lepszej sytuacji niż pracownicy mniejszych ośrodków, patrząc jednak na te przemiany w skali makro, można powiedzieć, że cała ta klasa zapłaciła koszty zmian. W okresie PRL-u robotnicy stanowili ok. 40% populacji, dzisiaj jest to znacznie mniej. Rewolucja pożarła własne dzieci.

Co w dobie transformacji decydowało o sukcesie? Jakie znaczenie miały czynniki demograficzne, a jakie indywidualny kapitał wyniesiony z domu?

Na początku lat 90. jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać małe zakłady. Wbrew temu, co się czasami mówi, nie tworzyła ich żadna nomenklatura, tylko klasa robotnicza. Nomenklatura uwłaszczała się gdzie indziej, np. przejmując małe i średnie zakłady przemysłowe i instytucje finansowe. Pierwsi mikroprzedsiębiorcy wywodzili się z klasy robotniczej. Co decydowało, że jeden robotnik przez 20 lat pił wódkę, a drugi rozwijał w tym czasie własną firmę? Tutaj wchodzimy już na poziom cech indywidualnych, szerzej rozumianego kapitału ludzkiego i rodzinnego. Czy miał na tyle dużą wiedzę ogólną, aby zrozumieć kwestionariusz podatkowy albo umiał podjąć ryzyko? Kiedy przeanalizujemy indywidualne historie, okaże się, że decydujące znaczenie miały: z jednej strony struktura gospodarstwa rodzinnego, z drugiej – wykształcenie, z trzeciej – usytuowanie geograficzne. Jeżeli miała Pani czworo dzieci i mieszkała w Braniewie, to po zamknięciu jedynego zakładu przemysłowego zostawała Pani bez środków do życia. Bo jak tu wyjechać z czwórką dzieciaków i mieszkaniem komunalnym, którego nie da się sprzedać? To jest moim zdaniem ogromnie niedoceniony czynnik: przecież my w PRL-u byliśmy niczym chłopi pańszczyźniani, przypisani do mieszkania. Kawaler czy panna mogli coś pokombinować, byli bardziej mobilni. Jednak dla większości ludzi brak rynku mieszkaniowego był strukturalnym czynnikiem uniemożliwiającym zmianę. PRL-owska propaganda wmawiała nam, że w komunistycznym ustroju wszyscy mamy takie same szanse rozwoju. I myśmy w to uwierzyli. Tymczasem jest to absolutna nieprawda i nic się pod tym względem przez ostatnie 25 lat nie zmieniło. Lepsze wyposażenie procentuje i wyjaśnia zróżnicowanie dochodów i pozycję społeczną. Niedawno robiłem badania wśród mieszkańców kilku powiatów. Liderzy tych lokalnych społeczności mają w swoich biografiach coś, co wyróżnia ich spośród ogółu społeczeństwa. Ludzie ci, poza cechami indywidualnymi, na ogół mieli o wiele lepszy punkt startu przygotowany przez dom. Ojciec jednego z przedsiębiorców pełnił funkcję sołtysa. Mimo iż człowiek ten nie miał wyższego wykształcenia, był osobą niezwykle szanowaną, zaangażowaną w sprawy wsi i dzięki temu przekazał swojemu synowi duży kapitał społeczny.

Jaki wpływ na polskie przemiany miały globalne trendy?

W ostatnim trzydziestoleciu notujemy systematyczny spadek liczby pracowników zaliczanych do klasy robotniczej (working class). Proces ten jest obserwowany na całym świecie, choć w gospodarkach o dłuższych od naszej tradycjach wolnorynkowych rozpoczął się wcześniej, po kryzysie naftowym pierwszej połowy lat 70. Zatrudnienie w wielkim przemyśle, szczególnie w tradycyjnych branżach, stale maleje. Wzrasta natomiast w małych i średnich firmach oraz w usługach. Osłabieniu ulegają także klasyczne, związkowe formy reprezentacji pracowniczej. Mimo iż niektórzy twierdzą, że pojęcie „zawód” traci dziś swój tradycyjny sens, opisy społeczne wciąż odwołują się do struktury społeczno-zawodowej, bo na razie nic lepszego nie wymyśliliśmy. Dawniej zawód kojarzył się z dyplomem, był powiązany z wykształceniem. Dziś coraz częściej pytamy o pracę. To rozróżnienie świetnie widać w języku angielskim. Mało kto zagaduje: What’s your occupation? (Jaki jest twój zawód?), zwykle pada pytanie: What’s your job? (Jaka jest twoja praca?). Stare podziały klasowe oparte na zawodach rozmywają się. W PRL-u operator maszyn należał do zawodów wykwalifikowanych. Dzisiaj prawie każdy potrafi prowadzić samochód. A jeżeli tak, to ile czasu trzeba, aby nauczyć się obsługiwać koparkę? Dwa tygodnie? Niegdyś miejsce w społecznej hierarchii wyznaczało urodzenie, dziś podobnie jak w PRL-u wciąż jest to zawód, przede wszystkim dlatego, że określa on inne ważne z punktu widzenia społecznej hierarchii elementy, np. dochody czy wykształcenie. Rynek pracy zaczyna się dzielić z jednej strony na pracowników wysoko płatnych i posiadających stałe zatrudnienie, do grupy tej zalicza się szeroko rozumiany management, średnią kadrę kierowniczą, specjalistów, małych i średnich przedsiębiorców, z drugiej – na pracowników peryferii, którzy są słabo opłacani, zatrudniani na krótkotrwałe umowy, niepewni swego losu.

Ci pierwsi to nowa klasa średnia?

Kiedyś najzamożniejszą warstwę tworzyli posiadacze wielkiego kapitału, klasa średnia skupiała właścicieli sklepów, drobną manufakturę. Niżej byli pracownicy najemni. Ten podział wciąż ma zastosowanie, ale w ostatnim czasie powstała warstwa, którą określamy mianem nowej klasy średniej. Swoją niezależność zyskuje ona nie za sprawą własności, ale dzięki wiedzy i wysokim kwalifikacjom. A zatem warstwa ta jest dziś szeroka i zróżnicowana, również pod względem wysokości dochodów. Jak więc określić jej status materialny? Najprościej mówiąc, są to ludzie, którzy nie mają trosk materialnych. Nie chodzi o to, że są bogaci, część z nich żyje skromnie, ale ludzie ci nie muszą liczyć, czy starczy im do pierwszego. Nie żyją w lęku przed utratą pracy, bo – w normalnych warunkach rynkowych – mogą mieć pewność, że prędzej czy później znajdą nową.

Do tej drugiej grupy osób pracujących należą natomiast pracujący ubodzy (working poor). Czy Pana zdaniem jest to nowe zjawisko, właściwe dla ustroju wolnorynkowego?

Według oficjalnych danych w Polsce ok. 6% gospodarstw domowych znajduje się w głębokiej biedzie, czyli ich dochody są poniżej minimum egzystencji. Sfera ubóstwa (zagrożenia biedą) jest oczywiście większa. Te 6% trzeba interpretować jako co najwyżej 6%, gdyż jakaś część biednych ma ukrywane dochody (np. z szarej strefy) i de facto znajduje się w lepszej sytuacji, niż to przedstawia. Niemniej znaczący obszar biedy i jeszcze większy obszar niedostatku to powód do zbiorowego wstydu. Nie chodzi tu o brak środków, choć nie mamy ich w nadmiarze, lecz o to, że nie mamy strategii, jak z biedą walczyć. Wszyscy się zgadzają, że nasz system wspierania i niesienia pomocy jest źle pomyślany, że mamy elementy tzw. kultury ubóstwa: osoby żyjące w biedzie wytworzyły swój własny, częściowo spatologizowany mikroświat, który jest transferowany na następne pokolenia; a mimo to wciąż nic się nie zmienia. Muszę przy tej okazji podkreślić jedną rzecz, bo to akurat nie jest akcentowane. Otóż w Polsce dokonała się nietypowa rewolucja: w wymiarze politycznym rewolucja polegała na przejściu od komuny do demokracji, w wymiarze gospodarczym – od upaństwowionej, centralnie kierowanej gospodarki do kapitalizmu. Nie dokonała się natomiast trzecia rewolucja – rewolucja społeczna. W klasycznych rewolucjach zmienia się społeczna hierarchia: ci, którzy byli na górze, lądują na dole, a ci, którzy byli na dole, są na górze. Ani w Polsce, ani w innych krajach bloku sowieckiego niczego takiego nie obserwowaliśmy. Kto miał źle w PRL-u, ma źle dzisiaj, kto miał dobrze w PRL-u, ma dobrze również i dzisiaj. Prof. Elżbieta Tarkowska obala mit, że w PRL-u nie było biedy. Ona była, ale ukryta. Jeżeli bezdomny był przyłapany na grzebaniu po śmietnikach, to milicja natychmiast wsadzała go na dołek. Po 1989 r. bieda stała się widoczna. Zmieniła się społeczna świadomość.

Czy omówione przez Pana podziały na rynku pracy pogłębiają rozwarstwienie naszego społeczeństwa?

Często słyszymy, że w Polsce mamy efekt św. Mateusza: bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Żadne dane tego nie potwierdzają! Od co najmniej 10 lat nie obserwujemy w Polsce wzrostu nierówności. Wahania są na poziomie drugiego miejsca po przecinku. Owszem, utrzymywanie się nierówności nie jest dobre, ale nie wmawiajmy ludziom, że one się pogłębiają. Druga rzecz: czy nierówności są wielkie czy nie? Najbardziej znanym miernikiem jest współczynnik Giniego, który mierzy zróżnicowanie dochodów. Jeżeli współczynnik ten równa się 0, oznacza to, że wszyscy mają jednakowe dochody. Jeżeli wynosi on 1, oznacza to, iż jedna osoba ma wszystkie dochody, a reszta 0. Najniższy wskaźnik, czyli najniższe zróżnicowanie dochodów, występuje w krajach skandynawskich. Mieszczą się one w granicach 0,24‒0,25. Dla porównania, w Rosji współczynnik ten wynosi 0,42, a w Niemczech 0,27. Przyjmuje się, że jeżeli jest on poniżej 0,30, nie ma powodów do niepokoju: różnice w dochodach mimo iż występują, nie osłabiają więzi społecznych. Nawet ludzie o niskich dochodach akceptują fakt, iż lekarz zarabia więcej niż np. operator koparki. Pytanie, o ile więcej. Otóż w Polsce od 2000 r. współczynnik ten oscyluje na poziomie 0,33‒0,34. To za dużo, powinniśmy dążyć do jego obniżenia, ale na pewno nie mamy do czynienia z katastrofą.

Skąd biorą się różnice w dochodach?

One wcale nie biorą się z zarobków rozumianych jako płaca z podstawowego miejsca pracy. Jeśli weźmiemy oficjalne dane dotyczące wynagrodzeń w Polsce, to zobaczymy, że różnice nie są wielkie: premier zarabia ok. 20 tys. zł, pensja minimalna wynosi ok. 1600, a średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw – około 4 tys. zł. Zarobki w Polsce, mimo iż są zróżnicowane, nie wyjaśniają więc przyczyn faktycznych nierówności w dochodach. Gdzie zatem leży źródło tego zjawiska? Otóż ludzie, którym powodzi się lepiej, mają dodatkowe źródła dochodów, czy to wynikające z tytułu własności, czy dodatkowych zleceń, etatów. Tutaj znów wchodzimy na poziom zasobów ludzkich. Jeden ma kilka źródeł dochodów, bo pozwalają mu na to jego kwalifikacje, cechy osobowości, bo nie boi się ryzyka, bo jest zaradny, a drugi – ma jedną, marnie płatną pracę. Uważam jednak, że na tle innych państw nie mamy powodów do narzekań. Transformacja przebiega u nas dobrze. Według Bertelsmann Transformation Index, określającym pozycję krajów transformujących się, od lat plasujemy się w ścisłej czołówce. Indeks ten ujmuje 129 krajów świata. Nie ma tam stabilnych i „starych” demokracji (USA, Japonii czy Niemiec), tylko kraje doświadczające w ostatnich dekadach głębokich przekształceń i kraje rozwijające się. Otóż pod względem postępów w sferze demokracji i gospodarki rynkowej jesteśmy na 5. miejscu, a postępów w dziedzinie zarządzania transformacją (jakości rządzenia) na 6. miejscu. Naprawdę więc nie mamy się czego wstydzić, przeciwnie, powinniśmy być dumni. Przykładowo, Rosja jest sklasyfikowana, odpowiednio, na 77. i 104. i miejscu, Węgry obsunęły się na 16. i 65. My cały czas jesteśmy w czołówce. Na świecie postrzegają nas znacznie lepiej, niż sami siebie postrzegamy.

Wspomniał Pan, że po 1989 r. uaktywniły się zasoby indywidualnej przedsiębiorczości. Dlaczego do głosu nie doszły zasoby związane z umiejętnością współpracy, budowania relacji opartych na zaufaniu, które pozwalałyby rozwijać przedsiębiorstwa ekonomii społecznej, bliskie ideałom pierwszej Solidarności?

Mnie się wydaje, że społeczna gospodarka rynkowa to były obietnice bez pokrycia. Niech Pani popatrzy na publikacje sprzed 1989 r. – tam w ogóle nie pada słowo „kapitalizm”. Nikt nam nie obiecywał „kapitalizmu”, lecz co najwyżej „socjalizm z ludzką twarzą”, „socjalizm obywatelski”. Ekonomia społeczna była wtedy utopijną wizją kapitalizmu bez kapitalistów. Kapitalizmu, który miał być ograniczony celami społecznymi. Kiedy jednak przyszło do realizacji tych postulatów, okazało się, że trzeba wybierać między socjalizmem a kapitalizmem. Silny samorząd pracowniczy, wybierany przez załogę dyrektor, to w jakimś wymiarze mogło być realizowane pod kuratelą państwa komunistycznego, ale nie w warunkach wolnorynkowych. Jeżeli państwo zaczęłoby ograniczać działanie rynku, nakładać na przedsiębiorców obowiązek realizacji przede wszystkim celów społecznych, to gdzie znalazłoby kapitalistów chętnych, aby zainwestować własne pieniądze na cele, które określałby ktoś inny? To nie miałoby sensu i chwała Bogu, że Balcerowicz nie poszedł taką drogą. Jakie miejsce w polskim myśleniu zajmuje współpraca, kooperacja? „W spółki lepiej nie wchodzić!” – oto co usłyszałaby Pani wtedy w odpowiedzi na takie propozycje.

Co się zmieniło przez 25 lat?

Sporo, ale musiało upłynąć ćwierć wieku, aby w umysłach Polaków zaczęły zachodzić mentalne zmiany. Moim zdaniem w pierwszych dekadach musieliśmy zrobić mniej więcej to, co zostało zrobione. Nie mówię, że nie popełniono przy tym błędów, ale te wolnorynkowe doświadczenia były konieczne, aby teraz, kiedy już należymy do średnich gospodarek UE, ludzie zaczęli dostrzegać potrzebę wspólnotowych działań. I PSL-owcy, i cały resort rolnictwa nagle odkryli, że spółdzielnie producenckie są bardzo dobrym sposobem konkurowania na rynku rolno-spożywczym. Ale niech by tak Pani spróbowała 20 lat temu powiedzieć rolnikowi, aby ten wszedł w spółkę z sąsiadem. Pogoniłby Panią kosą. Wymagało czasu, aby rolnicy zrozumieli, że jeśli nie wystąpią o dotację razem, to zginą. Mentalnych zmian nie da się przyspieszyć. To stara zasada: nasza kultura, nasza świadomość, nasz system wartości na zmiany reagują z opóźnieniem. Dla młodych wolnorynkowe zasady są jasne i zrozumiałe. To znak zmiany mentalności.

Jak zatem tłumaczy Pan fenomen młodych lewicowych środowisk, podejmujących krytykę rozwiązań wolnorynkowych i kultury konsumpcji?

Po pierwsze, nie mylmy dwóch rzeczy: zrozumienia i ogólnej akceptacji mechanizmów rynkowych z aprobatą dla konkretnej realizacji tych mechanizmów. Jest wiele kapitalizmów i każdy ma różne oblicza: ładne, brzydkie i wręcz odrażające. Po drugie, ilu jest tych młodych wolnorynkowych kontestatorów? Garstka, dosłownie garstka, skupiona wokół SLD-UP, Krytyki Politycznej, Ikonowicza, być może kilku innych niszowych środowisk. Nie oni wyrażają dominujące postawy młodych ludzi wobec wolnego rynku. Osobną natomiast i bardzo ważną sprawą jest krytyczne podejście młodzieży (i nie tylko młodzieży) do kultury konsumpcji. Ale to temat na osobną rozmowę.

Jaką rolę w tych procesach społecznych zmian odegrały nowe pokolenia, które dojrzewały w III RP?

Widzę ogromne różnice między osobami, które w dorosłe życie wchodziły w II połowie lat 90., a tymi, którzy w momencie transformacji byli już w pełni ukształtowani. Wprawdzie ci pierwsi zostali uformowani przez schyłkowy PRL, ale dorosłość realizowali już w nowym systemie. Jeszcze większą różnicę dostrzegam jednak pomiędzy tym pokoleniem a następnym, które PRL zna jedynie z książek. Kto dziś podnosi te lamenty nad wyzyskiem, którego źródłem są umowy śmieciowe? Niech Pani zapyta młodych. Oni tego nie rozumieją. Nie mają większego problemu z elastycznym zatrudnieniem, częstą zmianą miejsca pracy czy zamieszkania, różnorodnością wykonywanych zadań. Zdają sobie sprawę, że dziś trudno jest przewidzieć swoją drogę zawodową. Kiedyś wszystko było jasne: jeżeli skończyłaś pedagogikę, wiadomo było, że obejmiesz etat nauczyciela i jako nauczyciel będziesz pracować aż do emerytury. Skończyłeś zawodową szkołę mechaniczną, byłeś kierowcą. Ale młodzi nie znają tamtego świata. Studenci wiedzą, że jeżeli podłapali pracę w jakiejś dobrej agencji marketingowej, to na początku muszą robić wszystko: i parzyć kawę, i gonić z teczką za szefem, i siedzieć po nocach nad projektami. Muszą kombinować na tych śmieciowych umowach, aby w przyszłości zapewnić sobie dobrą pracę. W PRL-u usłyszelibyśmy pewnie: „Jak to? Pan magister ma takie podrzędne rzeczy robić? Nie daj Boże!”.

Z jednej strony, ponad ¾ studentów uważa, że studia zwiększają szanse na rynku pracy, z drugiej, bezrobocie wśród młodych ludzi cały czas rośnie. Nie wszyscy młodzi ludzie radzą więc sobie na rynku pracy.

W Polsce bezrobocie praktycznie nie występuje jedynie wśród wyższej i średniej kadry kierowniczej, specjalistów i techników. Jednak nawet te grupy pogodzone są z przerwami w zatrudnieniu. Powtarzające się cykle „zajęcie–brak zajęcia”, szczególnie dla młodych, nie są tożsame z cyklem „praca–bezrobocie”. Jeżeli już mówimy tu o bezrobociu, to o bezrobociu frykcyjnym, polegającym na stosunkowo krótkim, trwającym ok. trzech miesięcy, okresie pozostawania bez zajęcia, poświęconym na znalezienie nowego pracodawcy. Narastający w ostatnich latach krytycyzm wobec systemu edukacyjnego nie jest pozbawiony podstaw. Znacząca grupa młodych, wykształconych osób swoje doświadczenia zawodowe zaczyna od statusu bezrobotnego. Wydaje mi się jednak, że negatywne oceny szkolnictwa wyższego są nieco przesadne. Wprawdzie ukończenie studiów, szczególnie na kierunkach humanistycznych, nie gwarantuje już pracy, ale w porównaniu z innymi typami wykształcenia wciąż jest to najlepsza droga do aktywności zawodowej.

.

JACEK WASILEWSKI – prof. dr hab., kierownik Katedry Socjologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej i redaktor naczelny kwartalnika „Studia Socjologiczne”. Zajmuje się transformacją społeczeństwa polskiego, mobilnością społeczną, zróżnicowaniem i nierównościami społecznymi oraz elitami politycznymi. Ostatnio opublikował książkę Świadomość zmian globalizacyjnych na polskiej prowincji, będącą empirycznym studium globalizacyjnych wpływów i wyzwań oraz radzenia sobie z nimi przez osoby młode i w średnim wieku, zamieszkujące polską prowincję.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata