70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Religia zastępcza

Im bardziej stajemy się świeccy, tym nasze dyskusje o religii są niższej jakości. Nie mamy bowiem informacji, których potrzebujemy. Wielu Europejczykom grozi religijny analfabetyzm.

Michał Jędrzejek: Czy Bóg powrócił?
Grace Davie: Niektórzy badacze, teoretycy polityki, ale też czynni politycy odpowiadają, że tak, i wskazują na powrót religii do sfery publicznej. Inni twierdzą, że nie, bo nigdy nie odszedł.

Dwóch dziennikarzy „The Economist” napisało bestsellerową książkę Powrót Boga. Jak globalne ożywienie wiary zmienia świat. Co sprawiło, że w ostatnich dekadach nastąpił religijny renesans na całym świecie?
Musimy odróżnić zmieniającą się rzeczywistość od zmieniającej się percepcji tej rzeczywistości. Moim zdaniem zmiana dotyczy obydwu sfer. Dawniej wydawało się, że religia zupełnie zniknie, teraz – że staje się wszechobecna. Obie skrajności są niepoprawne.

Zmianę, do jakiej doszło w tym aspekcie, wskazują daty: 1979, 1989 i 11 września 2001. Rok 1979 to rok rewolucji irańskiej, będącej kompletnym zaskoczeniem dla większości ludzi z Zachodu. Szach był ich marionetką i z wielu powodów nie cieszył się popularnością w Iranie. Jednak szok komentatorów związany był ze zwycięstwem frakcji konserwatywnego islamu. W tym samym czasie papieżem został Jan Paweł II, którego pontyfikat miał doniosłe znaczenie dla historycznych przemian w Europie Wschodniej.

Rok 1989 to kres niezmiernie ważnej świeckiej narracji – marksizmu. Mimo obecności w Chinach, marksizm jako filozofia działania czy niezależny porządek polityczny zdaje się być dzisiaj martwy. Pamiętam, że jako studentka w latach 60. nie uwierzyłabym, że marksizm tak szybko będzie mieć swój finał. Obie te daty łączy postać Jana Pawła II. Mam w pamięci jego pogrzeb w 2005 r. Zatrzymał się wówczas cały świat. W Wielkiej Brytanii miało odbyć się wesele w rodzinie królewskiej, jednak ślub księcia Karola został przełożony – co nigdy wcześniej nie miało miejsca – a książę, premier Tony Blair i arcybiskup Canterbury udali się wówczas do Watykanu. Wśród żałobników byli też czterej amerykańscy prezydenci. Najbardziej znaczący politycy świata stawili się na placu św. Piotra, by pożegnać przywódcę religijnego.
11 września wyznacza nieco inny obszar. Zamach terrorystyczny na World Trade Center, dokonany przez muzułmańskich ekstremistów, wstrząsnął świeckim, racjonalnym Zachodem.

„Powrót Boga” to również rozwój wielu ruchów religijnych.
Wzrost popularności konserwatywnych religii jest uderzający. Dotyczy nie tylko islamu, ale też środowisk ewangelikalnych, zwłaszcza ruchu zielonoświątkowego, przedostającego się zarówno do Chin, jak i Ameryki Łacińskiej czy Afryki subsaharyjskiej. Socjolodzy byli przekonani, że religie, które przetrwają w XXI w., będą zaangażowane w teologię liberalną i dostrojone do nowoczesności. Okazuje się, że potężniejsze i bardziej wpływowe są formy konserwatywne i odwołujące się do emocji. Chrześcijańskie, muzułmańskie czy żydowskie.

Jednak socjologiczne wskaźniki wiary w Europie pozostają bardzo niskie. Według badań zamieszczonych w Atlas of European Values z 2008 r. mniej niż 5% Szwedów, Duńczyków i Finów co najmniej raz w tygodniu uczestniczy w nabożeństwach. Brytyjczycy i Francuzi bierze w nich udział niewiele częściej. Czyżby Europa Zachodnia była świeckim wyjątkiem na religijnej mapie świata?
Takie przekonanie jest rozpowszechnione wśród socjologów. Znalazło również wyraz w mojej książce Europe. The Exceptional Case. Problem polega na tym, że duża część myśli socjologicznej wychodzi właśnie od europejskiego wyjątku i proponuje globalne teorie (np. teorię sekularyzacji) zbudowane na grupie założeń, ograniczonych w swej ważności do naszej części świata. Interesujące wnioski przynoszą badania Norris i Ingleharta: istnieją związki między rozwojem socjoekonomicznym i wysokim poziomem edukacji a byciem osobą bardziej świecką. Jednak wśród ludzi zeświecczonych dzietność jest niższa niż wśród ludzi religijnych, a więc jest to grupa samoograniczająca się. Przy czym związek między poziomem religijności a liczbą dzieci to część większej debaty.

Wygląda więc na to, że Europę czeka wkrótce powrót religijności.
Ludzie religijni mają więcej dzieci, ale niebezpieczna byłaby prosta ekstrapolacja w przyszłość, gdyż należałoby założyć, że wszystkie inne rzeczy pozostaną takie same. A przecież tak się nie stanie.

Większość Europejczyków deklaruje wiarę w Boga lub porządek nadprzyrodzony (tylko w Czechach, Estonii i wschodnich Niemczech niewierzący dominują nad wierzącymi), ale nie uczestniczy w praktykach religijnych. Na przykład w niepraktykującej Finlandii trzy czwarte obywateli przynależy do jakiegoś wyznania. Dla opisania tej sytuacji zaproponowała Pani nowy termin vicarious religion (religia zastępcza): mniejszość społeczeństwa praktykuje w imieniu większości, która przynajmniej implicite akceptuje jej działania. Tylko po co?
Pomyślmy o vicarious religion w kategoriach języka angielskiego. Vicar to powszechne słowo na określenie księży w Kościele anglikańskim. Działają oni w imieniu biskupa, są jego przedstawicielami w parafii. Podobnie papież to wikariusz Chrystusa, Jego zastępca na Ziemi. Vicarious to słowo używane na co dzień, a tak silnie naznaczone teologicznie. W mojej koncepcji religia rozumiana jest jako instytucja użyteczności publicznej. W systemie parafialnym ludzie mają świadomość, iż określona świątynia jest właśnie dla nich. Kiedy z powodu braku pieniędzy świątynia zostaje zamknięta albo odchodzi z niej pastor, mieszkańcy protestują – również ci, którzy nigdy nie chodzą do kościoła. Religia ukazuje swoje znaczenie także wtedy, kiedy społeczność konfrontuje się z dramatycznymi wydarzeniami. Religijna mniejszość musi praktykować w zastępstwie większości, aby instytucja przetrwała i pełniła swoje usługi na czarną godzinę.

Koncepcja religii zastępczej wyrasta z innej Pani formuły. „Wiara bez przynależności” to opis różnicy między wysokim poziomem deklaracji wierzeń religijnych a niewielką liczbą praktykujących. W Europie narasta teraz zjawisko odwrotne, „przynależność bez wiary”: obywatele płacą podatek kościelny, ale nie są wierzący. Czemu więc płacą?
Niektórzy pozostają bierni religijnie, gdyż sprzymierzają religię z tożsamością narodową: bycie Polakiem czy Włochem musi łączyć się według nich z katolicyzmem, a bycie Grekiem oznacza przynależność do prawosławia. Ciekawe są wyniki badań nad reakcjami Europejczyków na zjawisko rosnącej imigracji: ludzie zeświecczeni są bardziej tolerancyjni niż ludzie religijni. Spośród religijnych jednak to osoby aktywnie religijnie są bardziej tolerancyjne niż osoby bierne. Te drugie są skłonne do wykluczania mniejszości religijnych. Dla czynnych wyznawców wiara związana z chrześcijańską etyką zobowiązuje do pomocy obcemu. To interesująca trwała zależność, jaką możemy dostrzec w Europie.

Czy religia zastępcza pozostaje tylko koncepcją teoretyczną, czy ma swoje rzeczywiste obrazy?
Gdy w 1994 r. na Morzu Bałtyckim zatonął szwedzko-estoński prom, zeświecczeni Szwedzi przeżywali żałobę w kościołach: palili świece, modlili się czy rozmyślali w ciszy. Podobnie było w Anglii po śmierci księżnej Diany. W innym wymiarze było to widać na przykładzie Jade Goody. Brytyjska celebrytka, młoda i prowokująca, gdy dowiedziała się, że choruje na śmiertelny nowotwór, przyjęła chrzest i ochrzciła dwoje swoich dzieci. Uregulowała także relację ze swoim partnerem, będącym wówczas w więzieniu, i wzięła z nim ślub w szpitalu. Po śmierci otrzymała chrześcijański pogrzeb.
Zachodnich badaczy nurtuje to pytanie: dlaczego ludzie wciąż wracają do kościołów? Vicarious religion to moja odpowiedź. Mechanizm pokazany na tych publicznych przykładach stosuje się tak samo do sfery prywatnej. Duża część Europejczyków w obliczu poważnych trudności i dramatów zwraca się w stronę religii.

To dlatego, gdy w Polsce doszło do katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, Kościół katolicki miał monopol na zarządzanie żałobą? Ludzie gromadzili się w kościołach, a przeżywanie żałoby w przestrzeni publicznej odbywało się w konwencji religijnej.
A więc Kościół w Polsce, potężniejszy niż na Zachodzie, ma wciąż moc jednoczenia i pocieszania ludzi. Gdy podróżuję po Europie z wykładami o religii zastępczej, słuchacze świetnie rozumieją tę koncepcję, znajdują odpowiednie słowa, wskazują lokalne przykłady. Jednak wśród Amerykanów nie spotykam się ze zrozumieniem – aż tak różni nas rozumienie roli państwa i religii w życiu publicznym.

Stany Zjednoczone, podobnie jak Europa Zachodnia, to bogaty i rozwinięty gospodarczo obszar, w którym mamy jednak do czynienia z nieporównywalnie wyższą witalnością religijną. Według niektórych socjologów wynika ona z pluralizmu i rynkowej rywalizacji między wyznaniami. Czy istnieje możliwość importu do Europy owego modelu pluralizmu, choćby w związku z rosnącą liczbą imigrantów?
Przypuśćmy, że europejska religijność stanie się bardziej zróżnicowana, również ze względu na imigrację. Czy to pobudzi religię do wzrostu, a ludzi do refleksji nad tym, co religijność oznacza? Teoretycy racjonalnego wyboru badający religijną Amerykę twierdzą, że tak. Osobiście – wątpię. Europa będzie się zmieniać, ale nie stanie się drugą Ameryką.
Sama obecność rynku nie wystarczy do stymulacji wzrostu. Amerykański model ma własną historię: bez kościołów państwowych, dominujących czy uprzywilejowanych. Dla Stanów Zjednoczonych charakterystyczny jest rynek, na którym, aby przetrwać, należało „generować” członków, będących w stanie opłacić utrzymanie wspólnoty. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do historycznie dominujących kościołów. Czy myśli Pan, że można by przekonać Polaków, iż katolicyzm nie jest w pewien sposób wyjątkowy? Za oceanem istnieje też bardzo silny ruch polityczny, odwołujący się do religii – tzw. Nowa Chrześcijańska Prawica. W Europie nie mamy jej odpowiednika.

Warto jednak rozważyć przykład Ameryki Łacińskiej jako przypadku pośredniego między Europą a Ameryką. Ameryka Łacińska jest towarem eksportowym łacińskiej Europy. W pewnym momencie Kościół katolicki stał się niezdolny do kontrolowania całego kontynentu i na jego miejsce pojawiła się nowa forma religijności – ruchy zielonoświątkowe. Rozwinęły się one bardzo szybko. Przemawiały do jednostek, dając im moc i wizję, a jednocześnie budowały więzi społeczne: rodziny i sąsiedzi tworzyli wspólnoty dające schronienie swoim członkom wobec bezrobocia i choroby, politycznej i ekonomicznej chwiejności.

Czy istnienie państwa opiekuńczego jest zatem przeszkodą dla rozwoju zielonoświątkowców i innych nowych ruchów religijnych w Europie?
Ruch zielonoświątkowy w Ameryce Łacińskiej wypełnił lukę, która jedynie w małym stopniu jest obecna w Europie. Na naszym kontynencie rozwija się on jednak w społeczności romskiej, odczuwającej podobną chwiejność i wykluczenie.
Jestem ostrożna wobec mówienia o podobnych przemianach na naszym kontynencie. Powstaje wiele ciekawych studiów na temat zmieniającej się Europy. Nie sądzę jednak, by zmiany miały ostatecznie ten sam charakter, co w Ameryce Południowej, wciąż zdominowanej przez katolicyzm.

Czy częścią europejskiej wyjątkowości jest także europejski sekularyzm?
Europejski sekularyzm jest specyficzny, gdyż jest lustrzanym odbiciem europejskiej religii. Wywodzi się on z greckiego racjonalizmu i z oświecenia. Przy czym francuskie oświecenie, choć nie było koniecznie antyreligijne, mocno przeciwstawiało się Kościołowi katolickiemu, podczas gdy w Anglii, Niemczech czy krajach skandynawskich miało łagodniejszy charakter. Francuskie oświecenie walczyło w imię „wolności od wiary”, podczas gdy amerykańskie definiowało problem odwrotnie, zabiegając o „wolność do wiary”. Francuskie postulaty były realizowane przez świeckie państwo i jego lewicowych polityków; amerykańskie – przez różnorodne protestanckie denominacje.

David Martin w swojej pracy o sekularyzacji pokazał, że w miejscach zdominowanych przez Kościół katolicki każda forma buntu była tłumiona. Brutalnie uciszano i tłamszono herezje. Protestantyzm w północnej Europie również stał się dominującą religią – reformacja doprowadziła jednak do deklerykalizacji wewnątrz Kościoła. Francuski socjalizm jest głęboko antyklerykalny, a skandynawski nie – właśnie dlatego, że nie ma wokół siebie nic klerykalnego. Bardzo duże znaczenie mają zmiany w samym Kościele. We Francji, gdzie to, co niekatolickie było stłumione, sprzeciw wyszedł w końcu ze strony sekularyzmu. A więc im silniejszy Kościół – tym silniejsza reakcja.

Jak więc mogą potoczyć się losy polskiej religijności?
W Polsce w XIX w. Kościół był niezwykle ważnym czynnikiem zachowania polskiej tożsamości w okresie zaborów. Dla większości Polaków będzie to mieć duże znaczenie i wpływać na ich przywiązanie do instytucji. Fascynuje mnie jednak fakt, że Kościół, który przetrwał epokę komunizmu, nie był w stanie podporządkować się demokracji – chciał wciąż dominować. Sprowokował w ten sposób frustrację i złość wielu ludzi. Wspomniane pragnienie dominacji można jednak zrozumieć w świetle niezwykle heroicznego oporu polskiego Kościoła katolickiego w okresie komunizmu. Zwróćmy uwagę na załamanie się ościołów w Estonii albo w NRD. Były w nich oczywiście bohaterskie jednostki, które sprzeciwiały się komunizmowi i zapłaciły za to swoim życiem. Jednak, mówiąc ogólnie, kościoły w tych krajach poniosły porażkę.
Większość badaczy twierdzi, że paralelny do Polski jest przykład Irlandii. Irlandia w ostatnich latach zmieniła się dramatycznie, również w kwestiach religijnych, w wyniku imigracji czy kryzysu ekonomicznego. Jednym z powodów było ujawnienie przypadków seksualnego molestowania dzieci przez księży. Trudno jednak stwierdzić, czy Polska podzieli jej los.

A jak wygląda doświadczenie bardziej liberalnego Kościoła anglikańskiego i konsekwencje „zwrotu konserwatywnego” dokonanego przez Benedykta XVI?
Nie jestem katoliczką, przyglądam się sytuacji z zewnątrz. Sądzę, że Benedykt XVI jest przywódcą, który bardziej niż uczynić wszystkich Europejczyków katolikami, chce zadbać o tych już do swej wiary przekonanych. Inni, jeśli uznają katolicyzm za atrakcyjny, zostaną przyjęci z zadowoleniem. Nawet Kościół katolicki odchodzi od prób wpływania na wszystkich.

Kościół Anglii jest bardzo skomplikowaną organizacją, będącą częścią światowej Wspólnoty Anglikańskiej. Stoi on przed dwoma pytaniami. Czy może dalej pozwolić sobie na pełnienie funkcji instytucji użyteczności publicznej w Anglii – być wszędzie obecnym i mieć księdza w każdej parafii – kiedy kościelne dochody są coraz mniejsze. Pojawia się też pytanie moralne: czy ktoś zaangażowany w relację homoseksualną może otrzymać święcenia oraz czy kobiety mogą być biskupami? Związki homoseksualne są na Zachodzie w coraz większym stopniu akceptowane, ale nie w krajach Wspólnoty Anglikańskiej. Nie jest możliwe, aby arcybiskup Canterbury usatysfakcjonował wszystkich. Jeśli poprze święcenia homoseksualistów – wywoła złość globalnego Południa. Jeśli stawi im opór – narazi się wiernym ze swojego Kościoła. Ciężko tu o kompromis, ponieważ w państwach globalnej Północy Kościół ma pieniądze, władzę i wiedzę, ale to Kościół na Południu ma ludzi. Jak zrównoważyć siłę ekonomiczną Północy i siłę demograficzną Południa? Arcybiskup gra na zwłokę, ale to nie może być jego strategią, ponieważ nie ma autorytetu papieża, lecz jego głos jest jednym z wielu głosów.

Problem Kościoła Anglii związany jest z jego globalnym oddziaływaniem. Czy zgadza się Pani z opinią mówiącą, że religia pozostaje atrakcyjna, gdy stoi w opozycji wobec „świata” i jego porządku?
Kościół Anglii jest podzielony na trzy nurty: konserwatywny – anglokatolicki, charyzmatyczny – ewangelicki oraz liberalny. Każdy z nich miał okresy rozwoju i upadku. Obecnie wierni ewangelikalni rosną w siłę, a liberałowie słabną. Jeśli jednak moje przekonanie o znaczeniu emocjonalnych form religii jest prawdziwe, to nakierowany na przeżycia anglokatolicyzm może okazać się atrakcyjny.

W chrześcijańskiej teologii głęboko zakorzenione jest pytanie o profetyczną rolę Kościoła, o stawianie wyzwań władzom tego świata. Te wyzwania mogą być jednak różne. Myśliciele liberalni i ewangelikalni kwestionują porządek ekonomiczny, a historycznie rzecz biorąc, stawiają go pod znakiem zapytania także anglokatolicy, którzy w XIX w. szczególnie troszczyli się o biednych ludzi Londynu i innych wielkich miast. Nie sądzę, aby któremukolwiek z tych nurtów brakowało profetycznego głosu, choć inaczej go wyrażają. Liberalna teologia oznacza większe zaangażowanie w bieżące sprawy świata, jak np. wówczas, gdy arcybiskup Canterbury ostro sprzeciwiał się wojnie w Iraku.

Kryzys teorii sekularyzacji jako przekonania o nieuchronnym związku między rozwojem ekonomicznym a rosnącym zeświecczeniem pokazuje, że socjolodzy nie są nieomylni. Czy jednak ma Pani jakieś przewidywania dotyczące religijnej przyszłości Europy Zachodniej?
Muszę być ostrożna, ponieważ wszelkie przewidywania najczęściej okazują się nietrafione. Religia z pewnością nie zniknie. Będzie bardziej urynkowiona. Jednak sposoby angażowania się w rynek będą różniły się w zależności od kraju i narodowych tradycji: Polacy będą wybierać inaczej niż Francuzi – nie tylko pomiędzy różnymi religiami, także pomiędzy stylami i grupami w obrębie katolicyzmu. Znaczenie religii w sferze publicznej pozostanie wysokie, gdyż Europejczycy nie będą odizolowani od wpływów zewnętrznych.

Niestety im bardziej stajemy się świeccy, tym nasze dyskusje o religii są niższej jakości – nie mamy bowiem informacji, których potrzebujemy. Wielu Europejczykom grozi religijny analfabetyzm. Stawiamy sobie teraz pytanie, jak wychowywać dzieci, aby odzyskały religijną „piśmienność” – nie żeby stały się religijne, ale żeby potrafiły lepiej rozumieć religię.

Co się wydarzy na Zachodzie? Europa będzie bardziej świecka, bardziej religijnie zróżnicowana i urynkowiona. W ciągu mojego życia miały jednak miejsce rzeczy, które były po prostu nie do pomyślenia, gdy miałam 20 lat! Niespodzianki mogą na nas czekać także teraz.

GRACE DAVIE – socjolożka religii, profesor Uniwersytetu Exeter w Wielkiej Brytanii. W swoich badaniach skupia się na modelach religijności w Europie Zachodniej. W języku polskim ukazał się podręcznik jej autorstwa Socjologia religii (Kraków 2010)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata