70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Stracona szansa

Książkę Romanowskiego można widzieć jako próbę zainicjowania debaty o środowisku Znaku i jego roli w budowaniu III RP. Trzeba jednak od razu dodać: punkt wyjścia do tej debaty jest radykalny, sprowadza się bowiem do oskarżenia tegoż właśnie środowiska o zdradę ideałów poprzedników  zdradę centrum.

Choć uczestnicy spotkania promującego książkę Andrzeja Romanowskiego pt. Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” oraz inne szkice solidarnie podkreślali, że nie jest ona, wbrew temu, co sugeruje tytuł, poświęcona wyłącznie „Tygodnikowi”, to właśnie o nim mówiono tego wieczoru najczęściej. Na sali było sporo osób zgodnych w swych diagnozach: czasy wielkości „Tygodnika” przeminęły wraz z odejściem lub usunięciem się na bok ludzi, którzy tworzyli moralny i ideowy etos środowiska Znaku. Trzeba bowiem wyjaśnić, że Romanowski przygląda się nie tyle samemu pismu, co historii całego środowiska, którego wkład w polską drogę do wolności należy oceniać zarówno w wymiarze pracy intelektualnej i moralnej, jak i aktywności społecznej oraz politycznej. Na środowisko Znaku składały się bowiem zarówno pisma: „Tygodnik Powszechny”, miesięczniki „Znak” i „Więź” oraz działalność wydawnicza SIW Znak, jak i Kluby Inteligencji Katolickiej, wreszcie Koło Poselskie Znak.

Realizm, umiar, rozwaga i odpowiedzialność pozwalały przezwyciężać różnice wynikające z odmiennych dróg życiowych, którymi szli bohaterowie szkiców Romanowskiego. Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Tadeusz Mazowiecki, Krzysztof Kozłowski, Józefa Hennelowa – o nich opowiada w swej książce Romanowski najwięcej i najlepiej. Dla tych właśnie rozdziałów warto ją było napisać. Podkreślam słowo „napisać”, bo choć, patrząc na rzecz od strony formalnej, Wielkość i upadek „Tygodnika” jest zbiorem szkiców ukazujących się od 2003 r. głównie, choć nie wyłącznie, w „Gazecie Wyborczej”, to zebrane w jednym tomie ułożyły się w spójną i z wyczuciem utkaną historię środowiska, które w trudnym okresie PRL-u było nie tylko prawdziwą przestrzenią wolności – nie jedynym wszakże w historii polskiej niewoli przykładem takiej przestrzeni – ale przede wszystkim szkołą politycznego realizmu, który okazał się skuteczną drogą do niepodległości. Szkołą – dodajmy od razu – która choć skupiała znakomitych nauczycieli, nie wychowała zdaniem Romanowskiego uczniów zdolnych do kontynuowania drogi swych mistrzów.

Ubogie środki

Jesienią 1946 r., w trzecim numerze „Znaku” ukazał się słynny tekst Stanisława Stommy pt. Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików. Zarysowany został w nim program, któremu Stomma pozostał wierny do końca: „Maksymalizm szuka efektów natychmiastowych, sprawdzalnych i żeby tak powiedzieć syntetycznych. Pozorny »minimalizm« idzie drogą okrężną, przez odrodzenie kultury jednostki do przetrwania form społecznych”. „Mądrość etapu” polega więc na stawianiu sobie tylko takich celów, które w danym okresie są osiągalne, nie zdradzając przy tym imponderabiliów. Neopozytywizm Stommy był bardzo mocno osadzony w doświadczeniach wileńskich: w trudnej rzeczywistości pograniczy, w sytuacji wydziedziczenia, konieczności szukania politycznej ugody. Trzeba bowiem pamiętać, że gdy w lipcu 1944 r. Stomma opuszczał na zawsze Wilno, miał prawie 37 lat, był więc człowiekiem w pełni ukształtowanym. To właśnie historia Litwy była dla niego potwierdzeniem słuszności polityki ugody, którą z czasem docenili – jak pisze Romanowski – nawet emigracyjni „niezłomni”, jak chociażby Kazimierz Papée, który przyznał: „Znak, choć bezpośrednio wychodzi z przesłanek ugodowych, przyczynia się pośrednio do odzyskania niepodległości” (s. 73). Szkice historyczne, w których Romanowski ukazuje paralele i różnice między postawami ugodowymi czy tzw. lojalistycznymi na wileńszczyźnie czasu zaborów – na przykładzie chociażby Kazimierza Platera czy Aleksandra Meysztowicza – a koncepcjami politycznymi Stommy, należą do najciekawszych i najbardziej inspirujących momentów książki.

Siła środowiska polegała również i na tym, że organiczna praca u podstaw prowadzona była w każdym z możliwych obszarów. Dzięki temu po 1976 r., gdy wiadomo już było, że nie da się, nie zdradzając – jak mówił Stomma – imponderabiliów, dalej iść drogą opozycji parlamentarnej, szansą na kontynuowanie marszu do celu stała się współpraca z opozycją pozaparlamentarną. Jak pisze Andrzej Romanowski, nawet przeciwnicy Stommy, jak prof. Wiesław Chrzanowski, nie mogli wówczas nie uznać, że z pozoru mało efektowna metoda realizacji celów minimalnych, na dłuższą metę okazała się skuteczna: „Byłbym niesprawiedliwy, mówiąc, że ten minimalizm – wyznał prof. Chrzanowski – nie przyniósł efektów, bo gdy już później powstała Solidarność, to w pierwszej chwili posłużyła jej baza organizacyjna stworzona dzięki KIK-om” (s. 90).

Nie można jednak rozpatrywać programu minimalizmu i ugody w oderwaniu od głębszego podłoża ideowego ludzi Znaku. Składały się na nie: wizja człowieka mająca oparcie w filozofii personalizmu Emmanuela Mouniera oraz Kościoła wyrastająca z soborowego aggiornamento. Wierność i ortodoksyjność w sprawach dotyczących zasadniczych treści wiary w połączeniu z dialogiczną otwartością na drugiego i postawą szukania możliwych punktów wspólnych powalały w warunkach powszechnego zniewolenia budować kulturę chrześcijańską. Ludzie Znaku mieli bowiem świadomość, że przetrwanie katolicyzmu w PRL-owskiej rzeczywistości będzie zależeć od tego, czy uda się stworzyć przestrzeń działania i myślenia dla katolików nastawionych na pogłębianie religijności i budowę kultury dialogu. Postawa ta odróżniała ich zarówno od tych, którzy w zniewolonym świecie zachowywali całkowitą bierność, jak i tych katolików, dla których główną miarą wielkości Kościoła był jego triumf ilościowy i polityczny. W przeciwieństwie do tych ostatnich, ludzie Znaku szukali odrodzenia katolicyzmu raczej w Maritainowskich środkach ubogich i czystych, a nie w masowych manifestacjach przywiązania do wiary. Dlatego część z nich, jak chociażby Stanisław Stomma, również i po roku 1989 była wierna przekonaniu o konieczności radykalnego odcięcia się Kościoła od polityki, zwłaszcza od korzystania z przywilejów przyznawanych mu przez świecką władzę, a także trzymania religii z dala od pokus życia publicznego.

Ten sposób myślenia o Kościele i człowieku miał także kontynuację w refleksji na temat Polski. Tu znów, podobnie jak w kwestiach dotyczących wiary, górę brało głębokie poczucie ciągłości i zakorzenienia, postawa tworzenia kultury, w której mogą współistnieć różne tradycje i wartości. W artykule W dziesięciolecie pisał Tadeusz Mazowiecki: „Chrześcijanin, który angażuje się w życie zbiorowe w oparciu o stanowisko personalistyczne, stawia na szansę spotkania i współdziałania z ludźmi innych poglądów (…) w oparciu o pewne ludzkie wartości, o których wie, że mogą, bez zdrady wyznawanej wiary, stać się wspólne” (s. 111). Dlatego do publikowania w „Więzi” – jak pisze Romanowski – zapraszani byli ludzie stojący z dala od Kościoła: zbuntowani marksiści, innowiercy, ateiści.

Diagnoza czy rozrachunek?

Budowanie kultury dialogu wyrażało się również w szukaniu politycznego i społecznego centrum, które mogłoby spajać różne nurty istniejące w środowiskach opozycyjnych. Symbolem tego po roku 1989 stała się Unia Demokratyczna, w której mieściła się zarówno frakcja prawicowa, skupiająca np. Aleksandra Halla, jak i lewicowa, której twarzą była m.in. Zofia Kuratowska.

Historia III RP, o czym Romanowski pisze z dużą mocą, jest jednak opowieścią o zaniku tego centrum zdolnego do budowania porozumień ponad podziałami. W miejsce dialogu coraz wyraźniej wchodziła retoryka partykularyzmu, czy też – jak mówił Romanowski podczas spotkania – dyskursu bezalternatywnego. W miejsce realizmu, umiaru, rozwagi i poczucia odpowiedzialności za losy Polski w III RP pojawiały się różne formy radykalizmu politycznego i moralnego wyrażające się m.in. w działaniach podejmowanych przez Instytut Pamięci Narodowej, w polityce historycznej czy w projekcie IV RP. Ostrze krytyki wymierzone jest przede wszystkim w osoby z dawnej Solidarności. Najsilniej uderza ono jednak nie w radykałów, lecz w ludzi niegdyś tworzących centrum.

Bezpośrednim impulsem do napisania Wielkości i upadku była reakcja „Tygodnika Powszechnego” na publikację Ceny przetrwania Romana Graczyka. Podczas spotkania Romanowski powtórzył za prof. Andrzejem Friszke [chodzi o wypowiedź Profesora., która ukazała się w styczniowym numerze miesięcznika „Znak” – przyp. red.]: „Mam żal do »Tygodnika Powszechnego«, który moim zdaniem nie zdał egzaminu w sporze o ostatnią książkę Romana Graczyka. W tej sytuacji należało zająć pryncypialne stanowisko, pociągnąć zasadniczą debatę o katolicyzmie i Kościele, a także roli »Tygodnika Powszechnego« na przestrzeni dziesięcioleci”. Książkę Romanowskiego można zatem widzieć jako próbę zainicjowania takiej debaty o środowisku i jego roli w budowaniu III RP. Trzeba jednak od razu dodać: punkt wyjścia do tej debaty jest radykalny, sprowadza się bowiem do oskarżenia tegoż właśnie środowiska o zdradę ideałów poprzedników – zdradę centrum: „Trwający przez dwie dekady proces wypłukiwania sensów był dla mnie wyjątkowo bolesny: dotknął przecież środowisko, które uważałem za własne. W zdradzie centrum [podkr. – D. K.] nikt nie jest bez winy (…). Dodajmy więc, że i piszący te słowa zbyt długo – jak dziś widzi – służył sprawie, która przestawała być dobrą. (…) I to właśnie zdrada centrum, ugięcie się tysięcy przyzwoitych ludzi przed demagogią, nadało prawo obywatelstwa postawom kontestującym demokrację, niszczącym polską tradycję, manipulującym pamięcią, depczącym ludzką godność…” (s. 12). Zgadzam się z autorem, że osłabienie centrum zdolnego do budowania kultury dialogu pogłębiło podziały polityczne i społeczne powstałe po roku 1989. Z drugiej jednak strony próżno szukać w jego szkicach alternatywnych propozycji postaw wobec przeszłości komunistycznej, a co za tym idzie, odpowiedzi na pytanie, jak − już na poziomie konkretnych rozstrzygnięć − można było rozwiązać np. problemy lustracyjne.

Mimo że Andrzej Romanowski podkreślał podczas spotkania, że książka jest diagnozą, a nie rozrachunkiem, to jednak spotkanie jej poświęcone było dość smutnym potwierdzeniem faktu, że przez część dawnego środowiska została ona odebrana jednak jako rozrachunek. Na promocję nie przyszedł nikt z „Tygodnika Powszechnego”. Nieliczni młodzi ludzie umknęli zaraz po zakończeniu dyskusji. W kawiarni Klubu Dziennikarzy „Pod Gruszką” pozostali sami znajomi, dobrze pamiętający atmosferę lat 70., 80. i 90., okresu wielkości „Tygodnika”. Wszystko wskazuje zatem na to, że również i ta okazja stała się kolejną, po publikacji książki Graczyka, straconą szansą na podjęcie poważnej i uczciwej dyskusji na temat roli środowiska. Być może prawdziwe okaże się powiedzenie „do trzech razy sztuka” i przypadająca na koniec tego roku setna rocznica urodzin Turowicza stanie się wreszcie okazją do podjęcia tej trudnej rozmowy.

Andrzej Romanowski
Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” oraz inne szkice
Universitas, Kraków 2011, s. 312

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata