70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ciało w harmonii z duszą

Trzeba sobie uświadomić, że nasze ciało funkcjonuje w polu grawitacyjnym i podczas wykonywania podstawowych czynności i ruchów, które każdy nas ma zautomatyzowane (wykonywanie ich nie wymaga od nas żadnego udziału uwagi), podlega ono przeciążeniom, stopniowo się zużywając.

Dominika Kozłowska: Często uznajemy, że ciało jest czymś, co podlega rozporządzeniu duszy i jej maksymalistycznym oczekiwaniom. Ono samo z siebie nie ma nic do powiedzenia, nie jest to zatem układ partnerski. Z pewnością takie widzenie relacji między ciałem i duszą zakłada ostry podział między obiema sferami.

Katarzyna Pilorz: Naginamy nasze ciała do naszych wyobrażeń, ponieważ zakładamy, że skoro istnieją ku temu środki – możemy w dowolny sposób je przekształcać zgodnie z naszą wolą. Taka właśnie jest nasza kultura w pewnym sensie ufundowana na modelu dualistycznym. Przyzwyczailiśmy się do tego, że sfera psychiczna jest ważniejsza od cielesnej, że nasz intelekt jest wyemancypowany ze sfery fizycznej. Większość ludzi przyswoiła wiedzę, że naszym procesom myślowym, stanom emocjonalnym, duchowym odpowiadają pobudzenia kory mózgowej, ale to, że to w istotny sposób zależy także od tych niżej zorganizowanych w hierarchii systemów składających się na nasze ciało, jest już rzeczą trudną do przyjęcia. Dla mnie ciekawe jest obserwowanie zmian w myśleniu o relacji umysłu i ciała.

Skąd wiesz, że je widać?

Zauważ, jaki był kontekst naszego spotkania. Poznałyśmy się na jodze. Sama zwróciłaś uwagę na to, że w ofercie zajęć ruchowych pojawia się coraz więcej propozycji typu mind-body i warto potraktować to jako punkt wyjścia rozmowy. Czasy, gdy body building był podstawową formą fitnessu, są już za nami: wyrzeźbić mięśnie, a gdy się nie da albo się nie chce – zrobić operację plastyczną lub zastąpić wadliwą kończynę lepszą. Oczywiście formy ruchu oferowane w nurcie fitness wciąż zmierzają do kształtowania sylwetki. Jednakowoż pojawia się coraz więcej takich form zajęć fitness, które z jednej strony utrzymują nas w dobrej formie, a z drugiej – poszerzają świadomość ciała. A sam fitness przekształca się w wellness, czyli nurt, który jednakowo ceni ogólne samopoczucie i formę fizyczną. Odrębnym pytaniem jest to, w jakiej mierze ta przemiana w naszej kulturze i tym jej fragmencie, jakim jest kultura fizyczna, jest odbiciem zmian w naszej racjonalności – w jakiej mierze jest zależna od zmiany modelu rzeczywistości, o którym mówiłam wcześniej, czy też z nią powiązana. Zaryzykuję twierdzenie, że ta zmiana w naszym stylu życia jest refleksem tego pryzmatu, przez który patrzymy na świat, integrując w spójny obraz dane napływające ze świata nauki. Bo też ów dość enigmatycznie zarysowany przeze mnie model alternatywny jest dyskutowaną przez filozofów nauki propozycją ujęcia w jedną ramę pojęciową teorii i modeli wyjaśniających fenomeny z dziedzin różnych nauk. Współczesne media co jakiś czas donoszą o tym lub innym „odkryciu naukowym”. Te nowinki nierzadko dotyczą wpływu różnych czynników na nasze zdrowie i samopoczucie. Stąd w świadomości społecznej twarda granica między wyemancypowaną duszą a ciałem zaczyna mięknąć – tworzy się przestrzeń dla wielowymiarowego i nieco bardziej skomplikowanego modelu relacji miedzy tymi sferami.

Techniki pracy z ciałem takie jak joga poszerzają pole naszej świadomości. Dzięki nim uczymy się widzieć i interpretować komunikaty płynące z ciała. Ale z drugiej strony joga to także wysiłek fizyczny, który wzmacnia nasze mięśnie, rozciąga ciało, wydłuża kończyny, poszerza nasze możliwości ruchowe.

Kiedy rozpatrujemy praktykę asan w kontekście oddziaływania na ciało, widzimy, że joga niewątpliwie je harmonizuje. Prawidłowa praktyka asan wzmacnia miejsca, w których jest ono osłabione, rozciąga mięśnie i ścięgna tam, gdzie są one za bardzo skrócone. Doprowadza do równowagi, która na tym podstawowym poziomie ma służyć temu, żeby funkcjonując w naszym polu grawitacyjnym, układ kostny był w optymalny sposób obciążony, aby ruch odbywający się w opozycji do działania siły grawitacji wyrządzał jak najmniej szkody układowi kostno-stawowemu i samemu ciału. Oczywiście, jeżeli ktoś ma ambicje, aby zwijać się w tę czy w tamtą stronę albo skręcać dookoła, to w dłuższej perspektywie to również przynosi takie rezultaty.

Jednak twoim zdaniem nie to jest istotą jogi?

W rzeczy samej – nie to jest jej istotą, ponieważ joga jest metodą systematycznego rozwoju świadomości zmierzającego do ściśle określonego celu, jakim jest samadhi. Kontekst naszej rozmowy i przykładowa metoda jogi, o której tu mówimy – zawężają nasz dyskurs do świadomości w kontakcie z ciałem. Wracając do tych efektów fizycznych praktyki asan – rozciąganie i fizyczne wzmacnianie pewnych partii ciała nie muszą pociągać za sobą poszerzania świadomości ciała i ruchu. Ba, nawet w pewnych warunkach działają znieczulająco na świadomość ruchu.

Dlatego obecnie w metodzie Iyengara rezygnuje się z bardziej zaawansowanych, wymagających większego zakresu ruchu asan, które sprawiają, że człowiek, wyginając się w tył, sięga do własnej nogi albo zakłada sobie nogę za głowę. W zamian za to wprowadza się ciało w asany, które są dużo bliższe naturalnemu ułożeniu ciała, co daje możliwość świadomej kontroli ruchu. Ruch ten w pozycji statycznej, jaką jest asana, staje się subtelny – polega na izometrycznej pracy mięśni i tym samym nie uruchamia tych obronnych mechanizmów opisanych wyżej, pozwalając na poszerzanie się świadomości ciała.

Co nam to poszerzanie świadomości ciała daje, oczywiście poza optymalizacją ruchu, dzięki której unikamy bólu kręgosłupa, kontuzji, nie obciążamy zanadto naszego organizmu?

Trzeba sobie uświadomić, że nasze ciało funkcjonuje w polu grawitacyjnym i podczas wykonywania podstawowych czynności i ruchów, które każdy nas ma zautomatyzowane (wykonywanie ich nie wymaga od nas żadnego udziału uwagi), podlega ono przeciążeniom, stopniowo się zużywając. Po osiemdziesięciu latach wykonywania czynności, które powtarzamy setki, a nawet miliony razy, jest bardzo duża różnica pomiędzy osobami, które posługiwały się swoim ciałem w sposób optymalny, a osobami, które przeciążały je nadmiernie.

Tutaj jednak z pomocą przychodzi nam medycyna i zdobycze współczesnej nauki. Możemy przecież wstawić sobie sztuczne biodro, usprawnić kończyny.

Owszem. Zróbmy eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie hipotetyczne siostry – jednojajowe bliźniaczki, z których jedna w swoim dorosłym życiu podjęła wysiłek pracy z ciałem, praktykując, dajmy na to jogę, a druga funkcjonowała motorycznie bez większej refleksji nad tym, jak to wykonuje. W pewnym wieku z uwagi na zwyrodnienia, załóżmy w stawie biodrowym, będące efektem przeciążeń (na przykład asymetrycznego chodu) ta druga mogłaby się poddać operacji wszczepienia endoprotezy. Tymczasem biodro pierwszej byłoby jeszcze całkiem sprawne, umożliwiając jej swobodne poruszanie się. I zapewne wiele osób widzi tu koniec historii. Chore biodro zostało wymienione na endoprotezę i problem mamy z głowy, po co więc przez lata inwestować swoją energię w poszerzanie świadomości ruchu?

Zróbmy teraz zoom na drugą siostrę.

Po wyjściu ze szpitala – powinna przejść okres rekonwalescencji – organizm musi otoczyć sztuczne biodro na powrót tkankami, muszą się one zabliźnić. Kiedy ten proces dobiegnie końca, czeka ją długa rehabilitacja – czyli uruchamianie sztucznego biodra – nie tylko po to aby przywrócić więzadłom stawowym i mięśniom odpowiednią sprężystość, ale też po to aby nauczyć na powrót system nerwowy obsługi nowego stawu. Potrzeba będzie sporo czasu, zanim nasza bohaterka nabierze swobody w obsłudze swojej nowej kończyny – a ściśle jej fragmentu. Co ważne, ten czas będzie tym dłuższy i efekt tym słabszy, im mniejszą świadomością ciała ona dysponuje. Jednak najpoważniejszą konsekwencją przeszczepu biodra jest ograniczenie jego ruchomości. Sztuczne biodro nie jest wierną rekonstrukcją naturalnego – jest jego uproszczonym modelem, który ma umożliwiać motoryczne funkcjonowanie w podstawowym wymiarze. Dla większości osób, które z własnego zaniedbania dorobiły się endoprotezy, nie będzie to mieć większego znaczenia, bo one i tak wcześniej wykorzystywały możliwości tego stawu w niewielkim procencie. Jednak wprowadzając sztuczną część – wprowadzamy ograniczenia w funkcji. Trzeba mieć tego świadomość. Pomijam to, że taka endoproteza ma żywotność około piętnastu lat, a potem trzeba ją wymienić, i w pewnym wieku z uwagi na ubytki w masie kostnej nie da się jej ponownie wszczepić.

Mówienie o zastępowalności części ciała sztucznymi odpowiednikami, zakładając, że jest to wymiana równoważna lub dająca większe możliwości – na obecnym etapie rozwoju medycyny – wynika z niskiej świadomości realiów. Ponadto opiera się na przesłance o funkcjonalnej równoważności naturalnej i sztucznej – dajmy na to – kończyny. A że diabeł tkwi w szczegółach – trzeba zbadać, jak rozumie się tu funkcję. Jeśli w dużym uproszczeniu – teleologicznie jako osiągnięcie celu: czyli funkcją kończyny dolnej jest lokomocja – mamy na myśli przemieszczanie się, to zachodzi tu równoważność, bo endoproteza jest ruchoma w zakresie umożliwiającym chód. Natomiast jeśli pojmiemy funkcję bardziej precyzyjnie – procesualnie – jako sposób na osiąganie jakiegoś celu, to równoważność tu nie zachodzi. Statystyczny posiadacz sztucznego biodra w sprawności i swobodzie chodzenia, jego efektywności z użyciem minimalnej siły nie dorówna posiadaczowi biodra zdrowego. U osoby ze sztucznym biodrem pojawia się bardzo wiele kompensacji ruchowych wynikających z asymetrycznego układu miednicy po przeszczepie. Cierpią potem na tych kompensacjach motorycznie powiązane z biodrem części ciała: kręgosłup, kolana.

W pewnym sensie joga pokazuje więc, że jedynie w zdrowym ciele może tkwić zdrowy duch, że nie można rozwijać ducha w oderwaniu od ciała. To jest zupełnie inne podejście do człowieka aniżeli podejście zachodnie, które w jakimś stopniu zakłada, że ciało to jedynie skorupa, w której przez jakiś czas mieszka ludzki duch.

Zarówno efekty fizyczne równoważące ciało, jak i ogólnie rewitalizujący wpływ praktyki asan umożliwiają dalszy rozwój – jakkolwiek go będziemy rozpatrywać – psychologiczny, poznawczy, duchowy. Założenie, z którego się tu wychodzi, jest bardzo pragmatyczne: należy najpierw usunąć przeszkody na drodze dalszego rozwoju – przede wszystkim te natury fizycznej, czyli zdrowotnej. W końcu chore ciało, które jest na przykład toczone przez jakiś proces zapalny, jest zwyczajnie słabe i wszelkie swoje zasoby angażuje w proces usuwania przyczyny tego stanu. Właściwa średniowiecznemu chrześcijaństwu idea umartwiania ciała, skazywania go na ból, w pewnym sensie unicestwiania jest temu sposobowi postrzegania ciała i człowieka – jako jedności psychofizycznej – zupełnie obca.

Wróćmy jednak do pytania o korzyści z pracy nad świadomością ciała.

Przede wszystkim mamy efekt psychologiczny: budzenie emocji, wytrącanie z pewnej – nazwijmy ją – emocjonalnej rutyny. Nasze reakcje emocjonalne wywołują określone reakcje w naszym organizmie. Jeśli są to negatywne emocje takie jak lęk – powodują one napięcie mięśni. Jeżeli dzięki jodze lub innej metodzie pracy z ciałem odnajdujemy ten spięty fragment ciała i zaczynamy nim poruszać, a on się rozluźni, to stanowi to zwrotną reakcję emocjonalną.

Jak działa ten mechanizm?

Lęk jest podstawową emocją, która pełniła i nadal pełni ważną funkcję – obrony przez niebezpieczeństwem.

Kiedy obawiamy się czegoś, to wywołuje stres w organizmie, stres ten dotyka szczególnie określonych części ciała. Jedną z nich jest mięsień kapturowy, który napinając się, unosi ramiona, co jest odruchem chroniącym niezwykle ważną z perspektywy przetrwania część ciała – głowę (narządy zmysłów, mózg). Sytuacja lękowa zatem – czyli taka, w której czujemy się zagrożeni – wywołuje napięcie tego mięśnia po to, aby chronić głowę. To bardzo dobry odruch ewolucyjny, jednak w naszym wyjątkowo bezpiecznym środowisku pojawianie się tego odruchu w dłuższej perspektywie wywołuje dolegliwości fizyczne: migreny, ból szyi, sztywność karku, ograniczenia w ruchu barkiem. Dlaczego w naszym „sterylnym środowisku” czujemy się zagrożeni? To jest pytanie do psychologów i psychoterapeutów. Jakaś przykra sytuacja w dzieciństwie zaważyła na negatywnej reakcji na jakąś część świata, czy też na jakiś rodzaj sytuacji, i ciało tę obronną reakcję odtwarza za każdym razem, kiedy stykamy się z czymś, co przywodzi na myśl stare doświadczenie. Oczywiście samo to bolesne doświadczenie zostaje zapomniane. Upraszczając sprawę, można powiedzieć, że „lokujemy je” w ten sposób niejako w ciele.

Jednak kiedy ciało nie jest w stanie dłużej dźwigać tego brzemienia i dolegliwości fizyczne są poważne, nie ma innej rady jak je „odbarczyć” (oczywiście można też zrobić operację kręgosłupa szyjnego). Różnymi technikami powoduje się zmniejszanie napięcia w mięśniu kapturowym. Jak reaguje na to nasz system? Pancerz opadł. Jeżeli nie wykonaliśmy pracy, aby rozbroić emocje – te dotyczące swoich doświadczeń z przeszłości – lub też zmienić schemat reakcji na pewne sytuacje, które wywołują napięcie tych mięśni, to może się okazać, że system wpadnie w panikę: poczuje się bezbronny wobec wciąż odczuwanego zagrożenia. Bardzo często zmiana w ciele doprowadza ludzi do konfrontacji z tą sytuacją psychologiczną, która wywoływała lęk, lub zmusza do rewizji swojej postawy – nawykowych reakcji na pewne stresujące nas sytuacje.

Chcesz powiedzieć, że rozluźnienie mięśnia powoduje zmianę w całym systemie emocjonalnym? Na przykład rozluźnienie szczęki, dłoni, uniesienie głowy wpływają na nasz stan emocjonalny?

Między ciałem i psychiką zachodzi nieustanna interakcja. W tym sensie jest to model hierarchiczny. Bez dolnych poziomów nie byłoby poziomów wyższych. Nasza świadomość zależy od naszej fizjologii i fizyki. Jednak ta struktura jest dynamiczna, wielopoziomowa, często trudno ustalić hierarchię. Bywa i tak, że czyjaś świadomość nie dopuszcza do siebie tego, że dzieje się coś nowego. Wiele osób nagle przestaje chodzić na zajęcia. Część osób akceptuje to, co się z nimi dzieje, część zaś wymaga przewodnika, z którym może o tym porozmawiać. Na co dzień w praktyce nauczyciela obserwuję, że praca fizyczna prowadzi do zmiany psychicznej.

Twierdzisz, że te korzyści psychologiczne są ważniejsze aniżeli fizyczne aspekty ćwiczenia jogi, na przykład umiejętność wiązania butów bez zginania kolan?

W sensie funkcjonalnym nie daje mi to żadnej przewagi, ponieważ w życiu codziennym głównie chodzimy, wstajemy, siadamy, sięgamy po coś, schylamy się, skręcamy. Na co dzień w zasadzie nie korzystamy z tak ekstremalnego skłonu. Wszystko co, chcemy osiągnąć, wykonując taki skłon, swobodnie możemy uzyskać za pomocą funkcjonalnie równoważnego mu ruchu. Przyjmując zasadę minimum energetycznego, aby zużywać energię na to, co jest życiowo przydatne, co może zaprocentować w przyszłości, musimy dostrzec, że ruchy tego rodzaju, które wykonujemy w czasie zajęć jogi, nie są w życiu przydatne. Zawsze przecież możesz kucnąć, możesz znaleźć taki sposób schylania się i sięgania, w którym prostowanie nóg nie jest konieczne. Przykładowo – ja akurat mam długie tyły nóg. Zawdzięczam to nie tylko jodze, lecz również predyspozycjom genetycznym. Pamiętam, że moja babcia zawsze plewiła chwasty w ogródku, mając wyprostowane nogi, a mnie także nigdy doprostowanie nóg nie sprawiało większych problemów. Innym ludziom przychodzi to z trudem. Oczywiście niezależnie od konstytucji fizycznej można te tyły nóg rozciągnąć. Można też wypracować sobie sposób korzystania z tej zdolności w codziennych sytuacjach takich jak wiązanie butów. Jednak chciałam powiedzieć, że nie jest to jedyny i chyba nawet nie najlepszy sposób radzenia sobie z sytuacjami życiowymi wymagającymi schylania się.

Owo silne przekonanie, że musimy wzmacniać mięśnie, rozciągać je, żeby potem komfortowo funkcjonować w życiu codziennym, legło u podstaw naszego podejścia do kultury fizycznej, na przykład zdecydowanej większości metod rehabilitacji. Podejście Feldenkraisa jest zupełnie inne. Wzmacnianie mięśni za pomocą specjalnego treningu wcale nie jest konieczne, ponieważ one wzmacniają się same, gdy wykonujemy wszelkie wymagające ich aktywności czynności życiowe, działając w polu grawitacyjnym. Trzeba natomiast ćwiczyć system, który je obsługuje, a jeśli wzmacniać, to w sposób angażujący również system nerwowy. Sprawą do dyskusji jest to, w jakiej mierze współcześnie wystarczająco aktywizujemy nasz układ motoryczny, oddając się jedynie czynnościom dnia codziennego. Poza tym, że nasze środowisko, jest wyjątkowo bezpieczne, nie stymuluje nas prawie w ogóle motorycznie. Tryb życia przeciętnego mieszkańca dużego miasta nie stawia przed jego motoryką prawie żadnych wyzwań. Jeszcze mniej niż za życia Feldenkraisa (zmarł w latach osiemdziesiątych).

Z siłownią i całym wspominanym wcześniej trendem body building jest właśnie ten problem, że są one treningiem mięśni w czystej postaci. Z perspektywy kory mózgowej odpowiedzialnej za motorykę podnoszenie ciężarów nie wnosi nic nowego.

Zgoda, jednak jeżeli ktoś ma dużą nadwagę, to każdy lekarz powie: jeśli chcesz, aby przestał cię boleć kręgosłup, musisz przede wszystkim schudnąć.

Oczywiście tak. Monstrualna nadwaga jest przeszkodą do harmonijnego funkcjonowania ruchowego. Jednak sam Feldenkrais był na starość osobą otyłą. Oczywiście nie patologicznie otyłą, ale na pewno ważył ze sto kilogramów. Poza tym nie miał więzadeł w kolanach. Wszystkie uległy zniszczeniu na skutek tego, że w młodości uprawiał wyczynowo sport, a przy tym prowadził dość awanturniczy tryb życia. Kolana miał więc poważnie uszkodzone, a pod koniec życia nadwagę, ale nie miał najmniejszych problemów z codziennym funkcjonowaniem. On po prostu znalazł sposób na chodzenie, siadanie i wszystkie te czynności, które powodują przenoszenie ciężaru ciała na zgięte kolana. Nasze ciało naprawdę stwarza niesamowite możliwości, ale my nie chcemy go poznawać. Jesteśmy od niego odcięci. Wciąż pokutuje w nas przekonanie: ciało to mój sługa, z którym nie muszę się liczyć ani poświęcać mu szczególnej uwagi.

W metodzie Feldenkraisa rozwijanie świadomości ciała jest fundamentalne. W czasie lekcji wykonuje się bardzo małe, proste ruchy. Przy minimalnym ruchu nie osiągamy maksymalnego zakresu. Fizycznie nie naciąga to mięśni ani ich nie wzmacnia. Stwarza natomiast doskonałe warunki do śledzenia przebiegu ruchu i jego reperkusji w innych częściach ciała. Pozwala przestudiować, skąd ten ruch się bierze, jaki ma korzeń w ciele, co porusza poza częścią uruchomioną intencjonalnie. Praca tego rodzaju obserwatorowi z zewnątrz może się wydawać nudna. Niemniej jej efekt jest tym silniejszy, im więcej uwagi zaangażujemy w wykonywanie tych prostych ruchów. Wymaga zatem pochylenia się nad ciałem – obdarzenia go uwagą.

Podobnie jak w metodzie Iyengara – w jej dojrzałej formie – język instrukcji, którymi dysponuje prowadzący, znajduje odniesienie w wewnętrznym, prywatnym sposobie odczuwania ciała i przebiegu ruchu.

Myślę, że jeden warsztat to za mało, by uzyskać trwałe efekty. Potrzebne jest nieustanne korygowanie ruchu. Jeśli zaprzestaniemy, ciało powróci do starego wzorca ruchowego.

Nie do końca jest tak, jak mówisz. Jakiś rezultat wynosisz już po jednej lekcji, choć oczywiście utrwali się on i wzmocni, jeżeli będziesz ćwiczyć systematycznie. Biorąc udział w lekcji Feldenkraisa, przecierasz szlak w mózgu. Wzbudzanie tego szlaku jest oczywiście wskazane, aby tworzące go połączenia wzmocnić i tym samym utrwalić nowy wzorzec ruchowy.

Wzorce ruchowe, którymi się posługujemy, są silnie utrwalonymi szlakami nerwowymi w naszym mózgu. Częściowo przebiegają one w korze mózgowej, która jak wiadomo jest strukturą plastyczną – poddającą się modyfikacjom. Do powstania tych połączeń dochodzi na drodze rozwoju motorycznego. Rozwój ten trwa dość długo, od narodzin dziecka, a nawet przebiega już w okresie prenatalnym. O tych faktach każdy rodzic, zwłaszcza świeżo upieczony, dobrze wie. W początkowej fazie dziecko uczy się współdziałania z siłą grawitacji, której nie czuło w łonie matki. Najpierw leży potem obraca się na brzuch, próbuje się unosić, stawać na czworakach, raczkować, po to aby na końcu tego mozolnego procesu stanąć w pozycji pionowej i zacząć naukę chodzenia. Kiedy zacznie się faza eksploracji świata, dziecko poznaje swoje granice, a potem automatyzuje podstawowe ruchy codzienne, na przykład wkładanie łyżki do buzi. Kiedy cały proces nauki funkcjonowania motorycznego się zakończy, wypracowane w dzieciństwie szlaki w naszym mózgu się utrwalają poprzez wielokrotne i systematyczne powtarzanie.

Tym sposobem wchodzimy w rutynę ruchową. W życiu dorosłym jest niewiele okazji, które mogą nas z niej wytrącić. Chyba że na skutek jakiegoś urazu kręgosłupa lub innego wypadku zaczynamy poruszać się inaczej, co wywołuje ból w częściach ciała przejmujących kompensację ruchową i skłania nas do poszukiwania nowego wzorca ruchowego, który będzie oszczędzał obie części – urażoną i te kompensującą. Innym sposobem  jest stworzenie warunków do wzbudzenia ciekawości – eksploracji mapy motorycznej naszego ciała. Kładzie się człowieka na macie i mówi mu się: „śledź, w jaki sposób ten ruch przebiega”. Jeśli nasz uczeń dostrzeże, leżąc na tej macie, że ruch może przebiegać też inną trasą, to tak jakby odkrył nową drogę na tej mapie. Będzie to na początku wąska ścieżka i jest mało prawdopodobne, aby zautomatyzowane czynności życiowe nagle zaczęły tą ścieżką przebiegać, mając do dyspozycji autostrady. Niemniej w niestandardowej sytuacji wymagającej większej kreatywności od naszego systemu ta ścieżka może zostać użyta ponownie. Im więcej takich sytuacji, tym większe prawdopodobieństwo, że to alternatywne połączenie wejdzie do stałego repertuaru wzorców ruchowych.

A zatem u Feldenkraisa ruch jest narzędziem, za pomocą którego rozszerzamy świadomość ciała, aby usprawnić jego funkcjonowanie. W metodzie Iyengara za pomocą praktyki asan również kierujemy świadomość na ciało i dzięki temu uzyskujemy efekt usprawnienia, jednak tu jest to efekt uboczny rozwoju świadomości zmierzającego do osiągnięcia stanu samadhi.

Ciało jednak się w końcu i tak się starzeje…

A czy nasz umysł się nie starzeje? Nasz umysł z wiekiem zmienia się tak samo jak ciało. Zmieniają się funkcje poznawcze, sposób postrzegania czasu, emocje, cała sfera psychiczna się zmienia, nasza samoświadomość. Niezmienna dusza jest bytem hipotetycznym. Dualistyczna wizja świata promuje ideę nieśmiertelnej i niepodlegającej zmianom podobnym do zmian jakie dotyczą ciała – duszy. Jeśli dusza jest też naszym umysłem – fakty falsyfikują tę koncepcję.


KATARZYNA PILORZ, nauczyciel jogi metodą Iyengara, posiada dyplom Instytutu Iyengara w Punie (Indie) stopnia Senior. Jest prezesem Polskiego Stowarzyszenia Jogi Iyengara zrzeszającego nauczycieli tej metody jogi. Od 2004 roku prowadzi w Krakowie własne Studio Jogi, gdzie m.in. kształci młodych nauczycieli. Od lat popularyzuje wiedzę na temat jogi oraz innych technik poszerzających świadomosć ciała. Z wykształcenia magister filozofii – absolwentka UJ.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter