Doireann Ní Ghríofa
Pośród nektarynek
Całą zimę to dziecko
we mnie śni
o nektarynkach,
spragniona jest
ich zmarszczek, szparek, pąsów
na skórce, słodyczy rwanego miąższu.
Po każdym jej drgnięciu
myślę o matce
mojej babki, o tej nieznanej mi
dziewczynie, która przebyła ocean,
by podkładać baseny
i szorować mosiądze,
która urzeczona wróciła
w starej czerwonej spódnicy
i w nowym jak hełm kapeluszu,
śniąc, że wrócą wraz z nią utracone
owoce. Nie nasze ulęgałki,
papierówki, nie,
marzyła o jagodach
i o nektarynkach,
marzyła o mango.
Stoję wśród nich
i nadgryzam skórkę –
odporny ładunek,
jak klin między jutrem
i przeszłością – a wewnątrz
nasionko. Całą zimę śni.
tłum. Jerzy Jarniewicz
W listopadzie łatwiej docenić słońce. Gdy miasto kilka dni z rzędu tonie we mgle i smogu, pojawienie się jego światła jest niczym małe święto. Późną jesienią dobrze jest sięgnąć do poezji, która pomaga dostrzegać jasność nawet w największej ciemności. Tak właśnie działa tom Skry na mrok irlandzkiej poetki Doireann Ní Ghríofy.
Autorka osadza swoje wiersze w przestrzeni codzienności: publicznej pralni, miejskim ogrodzie, autobusie, pubie, parkingowej windzie, szpitalu położniczym, butiku vintage.
Spogląda na te miejsca przez pryzmat kobiecego doświadczenia. W cyklu siedmiu utworów mówiących o trudnym porodzie i rozdzieleniu z nowo narodzonym dzieckiem, które musiało przebywać na oddziale intensywnej terapii, podkreśla: „Słowem, które słyszę najczęściej, jest krew”. I rzeczywiście krew powraca jeszcze w kilku momentach, np. wtedy gdy poetka opisuje mierzenie płaszcza w sklepie i jednocześnie opowiada o miesiączkowaniu („ciężar czerwieni, czekanie czerwieni, / którą dzielimy”). Choć doświadczanie kobiecości bywa trudne, na co Ní Ghríofa zwraca uwagę, mówiąc o macierzyństwie czy w ogóle pracy opiekuńczej, dostrzega w nim także momenty jasności, jak chociażby czułego połączenia z karmionym dzieckiem (w kołysankowym wierszu W ulu [Lulanka] pisze: „Mówię pszczelim pyłkiem, / który nas w noc spaja”). Poetka tropi jednak światłość także w mniej oczywistych momentach: w ciemności podziemnego parkingu („tylko na ekranie / wyświetla się modlitwa”), podczas ustawiania w stos wytłaczanek w supermarketach (i myślenia o chalazie, która łączy błony białka z żółtkiem) czy słuchania odgłosu padającego deszczu (przypominający nieco litanię Fragment wyrwany z Księgi Deszczów). Jej wiersze to metafizyka codzienności. Choć dorosła kobieta nie jest już dziewczynką, której podczas wieczornej modlitwy drżały wargi „od dziedziczonych słów / i dziedziczonego lęku”, nadal klęka w ciemności, bo wierzy w świat pełen znaczeń i sensów.