fot. Bríd O’Donovan
Ilona Klimek-Gabryś listopad 2025

Ślizg światła

Ní Ghríofa szczególną uwagę poświęca kobiecej tradycji. W niej również szuka światła: odwagi, mocy i inspiracji. Pisze o swoich przodkiniach (jak w wierszu „Pośród nektarynek” o prababce podróżującej za pracą za ocean), ale też innych ważnych dla niej kobietach.

Artykuł z numeru

Kiedy w Polsce będą Chiny

Kiedy w Polsce będą Chiny

Doireann Ní Ghríofa

Pośród nektarynek

Całą zimę to dziecko

we mnie śni

o nektarynkach,

spragniona jest

ich zmarszczek, szparek, pąsów

na skórce, słodyczy rwanego miąższu.

Po każdym jej drgnięciu

myślę o matce

mojej babki, o tej nieznanej mi

dziewczynie, która przebyła ocean,

by podkładać baseny

i szorować mosiądze,

która urzeczona wróciła

w starej czerwonej spódnicy

i w nowym jak hełm kapeluszu,

śniąc, że wrócą wraz z nią utracone

owoce. Nie nasze ulęgałki,

papierówki, nie,

marzyła o jagodach

i o nektarynkach,

marzyła o mango.

Stoję wśród nich

i nadgryzam skórkę –

odporny ładunek,

jak klin między jutrem

i przeszłością – a wewnątrz

nasionko. Całą zimę śni.

tłum. Jerzy Jarniewicz


W listopadzie łatwiej docenić słońce. Gdy miasto kilka dni z rzędu tonie we mgle i smogu, pojawienie się jego światła jest niczym małe święto. Późną jesienią dobrze jest sięgnąć do poezji, która pomaga dostrzegać jasność nawet w największej ciemności. Tak właśnie działa tom Skry na mrok irlandzkiej poetki Doireann Ní Ghríofy.

Autorka osadza swoje wiersze w przestrzeni codzienności: publicznej pralni, miejskim ogrodzie, autobusie, pubie, parkingowej windzie, szpitalu położniczym, butiku vintage.

Spogląda na te miejsca przez pryzmat kobiecego doświadczenia. W cyklu siedmiu utworów mówiących o trudnym porodzie i rozdzieleniu z nowo narodzonym dzieckiem, które musiało przebywać na oddziale intensywnej terapii, podkreśla: „Słowem, które słyszę najczęściej, jest krew”. I rzeczywiście krew powraca jeszcze w kilku momentach, np. wtedy gdy poetka opisuje mierzenie płaszcza w sklepie i jednocześnie opowiada o miesiączkowaniu („ciężar czerwieni, czekanie czerwieni, / którą dzielimy”). Choć doświadczanie kobiecości bywa trudne, na co Ní Ghríofa zwraca uwagę, mówiąc o macierzyństwie czy w ogóle pracy opiekuńczej, dostrzega w nim także momenty jasności, jak chociażby czułego połączenia z karmionym dzieckiem (w kołysankowym wierszu W ulu [Lulanka] pisze: „Mówię pszczelim pyłkiem, / który nas w noc spaja”). Poetka tropi jednak światłość także w mniej oczywistych momentach: w ciemności podziemnego parkingu („tylko na ekranie / wyświetla się modlitwa”), podczas ustawiania w stos wytłaczanek w supermarketach (i myślenia o chalazie, która łączy błony białka z żółtkiem) czy słuchania odgłosu padającego deszczu (przypominający nieco litanię Fragment wyrwany z Księgi Deszczów). Jej wiersze to metafizyka codzienności. Choć dorosła kobieta nie jest już dziewczynką, której podczas wieczornej modlitwy drżały wargi „od dziedziczonych słów / i dziedziczonego lęku”, nadal klęka w ciemności, bo wierzy w świat pełen znaczeń i sensów.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się