Droczyła się z nami w ten sposób, a jej ton głosu za każdym razem działał tak samo: prosiłyśmy, żeby przestała, bo my się już wcale nie nudziłyśmy. Przecież właśnie miałyśmy budować z koców nory dla zwierząt, w które za chwilę się zamienimy, otwierać salon fryzjerski lub szkołę dla lalek, konstruować ze starego kartonu statek kosmiczny. Z nudy zwykle rodziła się najlepsza zabawa.
Dziś często brakuje mi takich momentów, kiedy nie wiem, czym się zająć. Dni bez planów i zobowiązań staram się więc traktować jak małe święta. Łatwo jednak zaburzyć ich spokój. Wystarczy, że przypomnę sobie o niezamówionym tekście do kolejnego numeru „Znaku”, o niezarezerwowanym terminie u lekarza, o nieumytych oknach w kuchni. Aby nie myśleć o obowiązkach, sięgnę po telefon i zacznę przeklikiwać kolejne newsy lub relacje na Instagramie. Scrollowanie, zamiast zapewnić chwilę oddechu, szybko doprowadzi do przebodźcowania. A przecież miałam się tylko beztrosko ponudzić.
Przyznaję się, że zdarza mi się tęsknić za dziecięcą nudą, choć wiem, że tzw. puste przebiegi bywają postrzegane jako coś niewłaściwego: powinniśmy przecież być produktywni i zajęci, szczelnie zapełniony grafik to nasza wizytówka. Często myślimy o sobie, definiując się głównie przez swoją pracę: realizowane projekty i ścieżki kariery. Niejednokrotnie wstyd nam przyznać w towarzystwie, że nie mamy żadnych szczególnych planów.
Według danych Eurostatu Polska jest w czołówce (zaraz po Grecji i Bułgarii) państw Unii Europejskiej, w których pracuje się najdłużej. Nasz tygodniowy czas pracy w 2024 r. wyniósł średnio 38,9 godz., podczas gdy unijna średnia to 36 godz.
A przecież pracoholizm to prosta droga do wypalenia zawodowego: zmęczenia emocjonalnego i psychicznego, kiedy czujemy, że wszystkiego jest za dużo, że nic nie ma sensu, a praca – która kiedyś mogła dawać satysfakcję – staje się źródłem frustracji, bezsilności i wyczerpania.
Wrzesień to czas, gdy dzieci wracają do szkoły. W domach znów pojawiają się grafiki, nierzadko wypełniony po brzegi zajęciami dodatkowymi. Wszyscy po lekkim wakacyjnym rozprężeniu siadamy do pracy ze wzmożonym zapałem, ze świadomością, że zaraz trzeba będzie domykać ważne sprawy przed końcem roku. To dobry moment, by – zanim znów poczujemy się przeciążeni – pomyśleć o tym, czy nie warto czasem pozwolić sobie na trochę bezczynności. Choć pewnie wielu może się ona wydawać nieosiągalnym luksusem, można na początek spróbować nie korzystać z telefonu w drodze do pracy albo wyjść na krótki, pozbawiony celu spacer. Nie chodzi o to, żeby od razu rodziły się wówczas wielkie idee, które będą zmieniać świat. Można potraktować te ćwiczenia jako rodzaj troski o siebie. Można pomyśleć też o nich jako o oporze wobec świata, który wymaga od nas bycia w nieustannym trybie „on”. Pozwólmy sobie na ten czas, który niczemu nie służy, i nie tłumaczmy się nikomu.


