fot. Leszek Szymański / PAP
z Jurijem Andruchowyczem rozmawia Mateusz Burzyk maj 2022

Czarne kłęby dymu

Postrzegam tę wojnę jako ostatnią próbę Moskwy, by uratować imperium i pozostać mocarstwem. Marzy im się przecież nie tyle regionalne przewodnictwo, ile panowanie nad prawie połową świata. Dlatego uważam, że jeśli Ukraina przegra, ta agresja nie skończy się tylko na nas.

Artykuł z numeru

Tu mówi Ukraina

Czytaj także

Żanna Słoniowska

Ukrainką stałam się w Polsce

Czytałem wywiad, którego udzielił Pan „Gazecie Wyborczej” tuż przed wojną, gdy Rosja i Władimir Putin uznali samozwańcze republiki z Doniecka i Ługańska. Przewidział Pan, że Putin wejdzie z wojskiem w głąb Ukrainy, i był tą perspektywą przerażony. Co zaskoczyło Pana w dalszym przebiegu wypadków?

Zaskoczyło mnie, że agresja została przeprowadzona w tylu kierunkach jednocześnie i że Kijów stał się od początku celem numer jeden. Dzięki Bogu taki plan nie był niespodzianką dla ukraińskiego wojska, które już dawno przygotowało solidną obronę stolicy. Chyba za mało interesowałem się sposobami, w jakie prowadzi się działania militarne w ostatnich dziesięcioleciach. Rosyjska strategia zakładała, że desant komandosów zajmie główne lotnisko stolicy, na nim wylądują samoloty z uzbrojeniem i kolejne jednostki wojskowe, które zajmą budynki rządu i pałac prezydenta, po czym wywieszą rosyjską flagę i ogłoszą, że wojna już się skończyła, a oni ją wygrali.

Rosji nie udało się zrealizować tego planu.

I idzie jej coraz gorzej. To było więc przyjemne i radosne zaskoczenie, zobaczyć, jak dzielnie broni się ukraińska armia, choć wszyscy wiemy, że nie stać jej, by działać równie skutecznie w każdym miejscu. Dlatego musimy uciekać się do taktyki, by dopuszczać Rosjan głębiej, a potem odcinać ich od dostaw i unieszkodliwiać w mniejszych grupach.

Przeciwnik działa jednak bezpardonowo: atakuje cywilów, niszczy nasze miasta i ich infrastrukturę, z teatrami i szpitalami włącznie. To może trwać w nieskończoność, a chodzi mu o nasz ból i doprowadzenie do momentu, w którym Ukraina powie: przestańcie już, zgadzamy się na wasze warunki.

W rozmowie z „Wyborczą” mówił Pan, że Ukraina została opuszczona przez sojuszników. Od rozpoczęcia agresji przez Rosję wiele się jednak zmieniło. Jak ocenia Pan to dzisiaj?

Jest lepiej, dostajemy broń i wsparcie wywiadowcze, lecz to za mało. Jestem pewien, że gdyby w Ukrainie była nawet symboliczna, ale fizyczna obecność jakichś wojskowych jednostek, czy to z USA, czy z Wielkiej Brytanii, nie doszłoby do rosyjskiej agresji.

Każda wypowiedź zachodnich polityków, którzy zapewniali, że nie wyślą do nas swoich żołnierzy, musiała cieszyć Putina.

On odbierał to jako komunikat, że może robić, co chce.

Przebudzenie Zachodu przyszło za późno.

W pewnym sensie jeszcze do niego nie doszło. Widząc sukcesy Ukraińców w obronie, Zachód powinien w końcu przejąć inicjatywę i przejść od taktyki unikania do taktyki groźby. Przestać mówić, czego nie będzie robić, i zacząć stawiać warunki.

Dużą zasługę w obronie Ukrainy ma prezydent Wołodymyr Zełenski. Wiem, że nie był Pan jego sympatykiem. Czy te pierwsze tygodnie wojny zmieniły Pana ocenę? W naszym kraju Zełenski zyskał ogromne uznanie. Nie przesadzę, mówiąc, że wielu Polaków chciałoby mieć takiego prezydenta.

Rzeczywiście, nie byłem zwolennikiem Zełenskiego. Byłem wobec niego tak sceptyczny, iż sądziłem nawet, że gdy nastanie wojna, to może on w pierwszym jej dniu odlecieć z Kijowa i zaszyć się na jakiejś dalekiej wyspie.

Jak prezydent Afganistanu Aszraf Ghani, który w obliczu pierwszych zeszłorocznych zwycięstw talibów uciekł do Tadżykistanu.

Tak. Na szczęście bardzo się pomyliłem. Dziś jestem oczywiście zachwycony postawą naszego prezydenta. Nie mogę się nadziwić, jak sprawnie się komunikuje, zarówno z narodem, jak i z politykami czy parlamentami najważniejszych krajów świata. W pełni korzysta z tego, że jest aktorem: nie tylko sugestywnie przemawiając, ale też pozwalając sobie na rzeczy, które u innych uznano by za niestosowne.

Nie tylko mu się to wybacza, lecz wręcz wzbudza to zachwyt.

Zełenski wniósł zupełnie inny temperament w życie polityczne. Przede wszystkim zaczął mówić jak człowiek twórczy, a poważne stanowisko nie oddzieliło go od jego człowieczeństwa. Nie wiem, na ile to przemyślany projekt, a na ile tak mu po prostu wychodzi, dziś ważne, że to po prostu dobrze działa.

Czuje Pan, że udało mu się zjednoczyć cały naród?

Absolutnie. Uważam, że dzięki niemu obserwujemy tak wielki opór w okupowanych dziś miejscowościach: w Chersoniu, Enerhodarze i Melitopolu, gdzie prości ludzie protestują z flagami ukraińskimi. Nie sądzę, by to samo działo się za poprzedniego prezydenta. Mieszkańców tych obwodów angażuje sam fakt, że próbuje odebrać się im kraj, w którym oni wybrali dla siebie prezydenta. To 100-procentowo szczere oburzenie, bo Zełenski zdecydowanie wygrał tam wybory w 2019 r. W zachodniej Ukrainie utożsamiamy się z bardziej abstrakcyjną ideą Ukrainy, lecz na wschodzie kraju rewolucja świadomości związana jest w dużej mierze właśnie z obecnym prezydentem.

To wielka zasługa.

Proszę też spojrzeć na jego otoczenie. W Ukrainie wszystkie obwody mają swojego gubernatora, czyli przedstawiciela władzy wybranego przez głowę państwa. Obecnie każdy z nich zdaje na bieżąco raport z sytuacji w swoim regionie. W telewizji mają na to po pięć minut. Prezentują się jednak doskonale, to młodzi ludzie, przeważnie w wieku 30–40 lat, świetni i nowatorscy funkcjonariusze naszego państwa. Gdy widzę jednocześnie tych dziadków z Rosji, polityków ponad 70-letnich, to ta wojna rysuje mi się też jako zderzenie generacji: młodość i nowoczesność stawia opór jakiemuś archaizmowi.

Z tej perspektywy postrzegać można też sposób prowadzenia wojny.

Tak, z jednej strony kolumny czołgów, artyleria, brutalna siła, a z drugiej strony wykorzystanie dronów, sprytu, dobrej komunikacji w mediach społecznościowych angażującej dystans i poczucie humoru do budowania morale.

Mieszka Pan w zachodniej części Ukrainy, a więc w oddaleniu od głównej linii rosyjskiej ofensywy. Jak wygląda teraz Pana codzienność.

Prawie normalnie. Zaczęła się prawdziwa wiosna, mieszkam blisko parku, widzę wielu spacerowiczów, całe rodziny wychodzą na alejki ze swoimi psami. Ale co ważne, prawie wszyscy mówią po rosyjsku. To są nasi uciekinierzy, przyjechali tu ze wschodniej części kraju. W obwodzie iwanofrankiwskim zatrzymało się ich już ponad 100 tys.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, jednak co jakiś czas słychać alarmy bombowe. Wczoraj był dzień rekordowy – rozlegały się pięciokrotnie. Dlatego w korytarzu na dole budynku, w miejscu, które uznajemy za najbezpieczniejsze, przesiedziałem w sumie sześć albo siedem godzin. Znoszę tam swoje laptop i telefon, próbując pracować.

W mieście widać duży ruch, wielu wolontariuszy, którzy przyjmują pomoc przychodzącą np. z Polski i odprawiają ją do innych miejscowości. Mam przyjacielskie stosunki z lokalnym teatrem, który po przeniesieniu się do podziemnej sali próbuje mimo wszystko funkcjonować. Z jednej strony można w nim zobaczyć Hamleta w moim tłumaczeniu – mieszkańcy kupują bilety, a uchodźcy ze wschodu mają wstęp wolny, a z drugiej strony artyści włączają się w prace wolontariuszy: gotują i dystrybuują jedzenie potrzebującym. Jest tam obecnie jak w ulu, gęsto od różnych ludzi.

Jakie emocje towarzyszą Panu, sąsiadom i osobom, które Pan spotyka?

Przede wszystkim jest coś takiego, co nas wszystkich jednoczy. Zauważyłem, że każdy stara się być maksymalnie uprzejmy wobec innych. Ludzie rozumieją, że sporo zależy od tego, na ile my zachowamy spokój i jak się zorganizujemy. Oczywiście są różne przypadki, wiele osób żyje w ogromnym napięciu i nerwy czasem nie wytrzymują… Sam tego nie doświadczyłem, ale sporo się o tym mówi i pisze.

Wielu ludzi nosi w sobie poczucie winy: ci, którzy wyjechali za granicę, czują się winni wobec tych, którzy zostali w kraju; ci, którzy zostali, ale są – jak ja – w bezpieczniejszym miejscu, mają wyrzuty sumienia wobec tych, którym bomby spadają na domy; ci, którzy nie poszli do wojska, przed mężczyznami i kobietami, którzy mają odwagę walczyć, itd. Szczęśliwie działa to też produktywnie, bo część z nas zaczyna myśleć: co mogę mimo wszystko zrobić dla innych?

Byłoby tu wiele pracy dla terapeutów i terapeutek, ale mężczyźni o takim wykształceniu są często zaangażowani w obronę kraju, a kobiety wyjechały z dziećmi za granicę. Nie ma więc możliwości, by każdej osobie, która tego wymaga, pomógł specjalista.

Toczą się jednak różne drobne projekty. Nawet u mnie, w tzw. Wagabundzie, przestrzeni dla wydarzeń kulturalnych, odbywają się zajęcia dla dzieci, podczas których one rysują, bawią się, ale też rozmawiają z psycholożkami.

Czy potrafi Pan 30 dni rosyjskiej inwazji zamknąć w jednej scenie lub doświadczeniu? Co wywarło na Panu największe wrażenie? Z czym ten czas będzie się Panu kojarzyć?

Jest parę obrazów, które od razu mam przed oczami. Na pewno pierwsza godzina wojny. Kiedy się obudziłem, wojna już trwała. Z okna mojego mieszkania zobaczyłem, że od strony lotniska niebo było w połowie czarne. Tak gęstego dymu jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. I robiło się go coraz więcej, więcej, więcej… Ten widok zostanie ze mną na zawsze.

Cały czas myślę też o Czernihowie, gdzie jest rodzina mojej żony. To jedno z najbardziej cierpiących i zniszczonych miast. Moja teściowa ma ponad 90 lat i po prostu nie da się jej ewakuować; brat żony i jego rodzina zostali więc na miejscu.

W swoim mieszkaniu na szóstym piętrze są zdani na łaskę Pana Boga – mogą się jedynie modlić, aby nie uderzyła w nich żadna bomba.

Takich strasznych historii jest mnóstwo. Mój najbliższy przyjaciel, poeta Ołeksandr Irwaneć, siedział do ostatniej chwili w domu w Irpieniu pod Kijowem. Również opiekował się starszą i schorowaną teściową. Przez dłuższy czas nie było stamtąd możliwości wyjazdu. Za oknami pociski, a on siedział w tym piekle i usiłował pisać ostatnie strony swojej powieści. Szczęśliwie w końcu udało się uciec do Kijowa, a teściowa trafiła do szpitala.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W ogóle okazało się, że w miastach jest w takiej zawierusze pewniej, bo są one chronione przez armię, nawet jeśli przestrzeń dokoła jest zajęta przez wroga. Potwierdza to historia innego pisarza: Wołodymyra Rafiejenki, który na co dzień mieszka pod Kijowem z żoną w domku letniskowym. Zostali odcięci od prądu, gazu, internetu, a teren budynków dokoła plądrowali Rosjanie, którzy byli zdezorientowani i szukali pożywienia. Jakimś cudem do Rafiejenki nikt się nie wdarł, lecz przesiedział w głodzie, ciemności i zimnie parę tygodni. W końcu jacyś nasi chłopacy ich po prostu wyciągnęli i wywieźli samochodem. Przenieśli się już do Tarnopola. Żartuję sobie, że te historie tylko wzbogacą naszą literaturę.

Jak Pan postrzega tę wojnę? Czy to odmrożenie najgorszych momentów z historii regionu, który Timothy Snyder określił terminem „skrwawione ziemie”?

Ta wojna miała się zacząć w 1991 r., jednak została odłożona w czasie. Ukraina jest dla Rosji krajem wyjątkowym. Gdy z carstwa moskiewskiego tworzyło się w XVIII w. nowe imperium, na którego czele stał Piotr I, a potem Katarzyna II, powstało zamówienie na mit założycielski. I wypracowano go, sugerując, że historia Rosji sięga dawnego Kijowa. To była kradzież tożsamości, a nawet nazwy, bo nasze imię „Ruś” przeszło do nich w postaci słowa „Rossija”. Ta kradzież trwała do początku lat 90. XX w. najpierw pod postacią Imperium Rosyjskiego, a potem ZSRR.

Po upadku komunizmu Rosja była zbyt słaba, by zaatakować Ukrainę. Stać ją było, żeby zdławić Czeczenię albo sprokurować korzystne dla siebie konflikty w Mołdawii czy Gruzji, ale nie na to, by zamachnąć się na tak duży kraj jak Ukraina.

Obecną wojnę postrzegam więc jako finał, ostatnią próbę Moskwy, by uratować imperium i pozostać mocarstwem. Marzy jej się przecież nie tyle regionalne przewodnictwo, ile panowanie nad prawie połową świata. Dlatego uważam, że jeśli Ukraina przegra, ta agresja nie skończy się tylko na nas. Cały świat jest już zresztą w tę wojnę wciągnięty.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer