fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jakub Walczak/Reporter

Polscy księża wyklęci

Analizując przypadki kościelnych sankcji wobec duchownych, odnosi się wrażenie, że nie ma nad Wisłą poważnych sporów teologicznych, za to bez trudu natrafia się na polityczne. Ani księża Lemański i Boniecki, ani Isakowicz-Zaleski czy Mądel nie odeszli w żadnym miejscu od ortodoksji. Czy kościelne kary dla nich miały zatem sens?

Kary dla księży, o jakich czytamy w polskiej prasie, są innego rodzaju niż te nakładane na teologów przez Kongregację Nauki Wiary. Nie pochodzą od watykańskich dykasterii, ale od miejscowych przełożonych: biskupów lub prowincjałów. Jako wierni i społeczeństwo dowiadujemy się tylko o takich sankcjach, które dotyczą działalności publicznej księży, a nie np. nadużywania alkoholu. Istnieje wiele powodów, ze względu na które kara może być nakładana, najczęściej jednak wywołują je: wypowiedzi niezgodne z nauką Kościoła, opinie, które godzą w jego dobro lub prowadzą do zgorszenia, wreszcie: okazywane nieposłuszeństwo. O tym, kto może nałożyć karę, rozstrzyga inkardynacja – zyskiwane podczas święceń (diakonatu lub prezbiteratu) przyporządkowanie do poszczególnej diecezji lub zgromadzenia zakonnego. Kodeks Prawa Kanonicznego nie dopuszcza możliwości występowania księży „tułaczy”. To właśnie ze względu na inkardynację szeroko komentowanych w mediach sankcji dla ks. Adama Bonieckiego, członka Zgromadzenia Księży Marianów, nie mógł zdjąć żaden biskup, wyznaczył ją bowiem prowincjał tego zakonu. Jednocześnie tłumaczy to fakt dotychczasowej bezkarności ks. Tadeusza Rydzyka – mimo że jego działalność publiczna już nie raz budziła kontrowersje i ściągała na siebie krytyczne uwagi hierarchów. Jako redemptorysta musi się on liczyć przede wszystkim z przełożonymi w swoim zgromadzeniu.

Kodeks Prawa Kanonicznego wylicza różne kary: od najsurowszych, jakimi są ekskomunika (wyłączenie ze wspólnoty wiernych) czy suspensa (ograniczenie pełnienia funkcji kapłańskich), po różnego rodzaju zakazy, pozbawienie sprawowanych funkcji i przeniesienie. Przewiduje także nagany i upomnienia kanoniczne.

Lustracja

Zagadnieniem, które sprowokowało największą liczbę sankcji w polskim Kościele, była lustracja. Za kluczową postać dla procesu rozliczenia się duchownych ze współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL uznać trzeba ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – do 2005 r. znanego przede wszystkim jako duszpasterz polskich Ormian, współzałożyciel i prezes Fundacji im. Brata Alberta, niosącej pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie, a także jako duszpasterz nowohuckiej Solidarności w latach 80. Jak pisał we wstępie do swej książki Księża wobec bezpieki, przez długi czas nie myślał nawet o tym, by udać się do IPN-u w celu zapoznania się z aktami SB – również z własną teczką (był osobą inwigilowaną). Gdy z radia dowiedział się jednak, że w archiwach bezpieki zachowała się taśma wideo nakręcona po jego drugim pobiciu w roku 1985 (na jej podstawie stacja TVN wyemitowała reportaż pt. Zniszczyć księdza), zmienił zdanie. Spotkanie z aktami było dla niego „doświadczeniem porażającym” – wstrząsnął nim fakt, że donosicielami byli księża powszechnie znani i cenieni. Zwrócił na ten problem uwagę władz kościelnych, jednak one nie podjęły wówczas konkretnych działań. Postanowił więc zaapelować do duchownych o samooczyszczenie, ale jego wezwania do ujawnienia się byłych agentów i współpracowników SB oraz występy medialne, w których nagłaśniał sprawę, okazały się nieskuteczne. W konsekwencji rozpoczął samodzielne badania historyczne w archiwach IPN.

Wobec ks. Isakowicza-Zaleskiego przełożeni sankcje zastosowali dwukrotnie. Po raz pierwszy 31 maja 2006 r. Pismo, które podpisał metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, głosiło: „Wyrażam moje ubolewanie i dezaprobatę wobec działań podejmowanych przez Księdza (…) w związku z upublicznianiem nazwisk księży archidiecezji krakowskiej podejrzewanych o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Rzucanie oskarżeń wobec konkretnych osób tylko w oparciu o pobieżne zaznajomienie się z materiałami, bez wnikliwych studiów historycznych, które pozwolą na obiektywną ocenę wiarygodności zgromadzonej dokumentacji, jest zachowaniem wysoce nieodpowiedzialnym i krzywdzącym. Przypominam, że nie upoważniłem Księdza do zajmowania się tą sprawą, ale zleciłem to zadanie kompetentnym osobom dysponującym historyczną wiedzą i doświadczeniem oraz gwarantującym bezstronne spojrzenie na tak delikatną materię. (…) Bez mojej zgody proszę nie podejmować żadnych działań w tej sprawie”. Upomnienie było reakcją kurii na zapowiedź konferencji prasowej, podczas której  ks. Isakowicz-Zaleski miał ujawnić listę nazwisk kapłanów podejrzanych o współpracę z tajnymi służbami PRL.

Kontynuowanie badań stało się możliwe po spotkaniu ks. Isakowicza-Zaleskiego z kard. Dziwiszem, które miało miejsce pod koniec czerwca. Aby uczynić zadość postulatom metropolity, ks. Isakowicz-Zaleski rozesłał listy do kapłanów, którzy figurowali na jego wykazie, by mogli ustosunkować się do stawianych im zarzutów formułowanych na podstawie akt SB. Swoboda działań księdza nie potrwała długo.

Po raz drugi kuria interweniowała 17 października 2006 r. – ks. Isakowicz-Zaleski otrzymał wówczas nakaz powstrzymania się od wszelkich wypowiedzi publicznych na temat kontaktów i współpracy duchownych z SB. Komunikat był bardzo ostry – oskarżano go, że „narusza poważnie komunię Kościoła, wypacza obraz kapłana, który staje się inkwizytorem, niemiłosiernym i bezwzględnym oskarżycielem”.

Ks. Isakowicz-Zaleski czuł się dotknięty zarzutem o rozbijanie jedności Kościoła, stawianym wcześniej – jak pisał – tylko Lutrowi i Husowi. Jak wspominał później, pod wpływem tych oskarżeń nosił się nawet z zamiarem zrzucenia sutanny. Kuria argumentowała zaś, że ksiądz „poważnie nadużył zaufania” kard. Dziwisza, który zezwolił mu właściwie wyłącznie na badanie represji, jakie spotkały duszpasterza Ormian osobiście, tymczasem ten złożył 9 października 2006 r. w Wydawnictwie Znak maszynopis całej książki nt. stosunku księży krakowskich do działań SB. Ostatecznie książka pt. Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej ukazała się w lutym 2007 r. Jej publikacji do końca towarzyszyła niepewność – wydawca postawił warunki: uznanie jej treści za w pełni odpowiadającą prawdzie historycznej przez kompetentnych i miarodajnych historyków, zdjęcie z autora zakazu dyscyplinarnego nałożonego przez kurię krakowską oraz wydanie przez metropolitę krakowskiego oceny moralnej książki. Kard. Dziwisz mimo zapowiedzi wydania takiej opinii (w piśmie z 17 października 2006 r. zastrzegł on sobie prawo moralnej oceny) nie przedstawił jej, ale też nie zakazał publikacji książki.

Warto odnotować, że oprócz dwóch interwencji kurii, ks. Isakowicz-Zaleski spotkał się w tym czasie ze sporą krytyką ze strony hierarchów Kościoła. Najdosadniej wybrzmiała ona w ustach kard. Józefa Glempa, który określił go mianem „nadubowca”, stwierdzając, że ten „węszy i tropi księży po całej Polsce, nie mając ku temu żadnego mandatu” (za te stwierdzenia prymas przeprosił później w prywatnym liście). Lustracyjna aktywność ks. Isakowicza-Zaleskiego oddziaływała także na innych duchownych. We wrześniu 2006 r. za przeprowadzenie i opublikowania na stronie Tezeusz.pl wywiadu z duszpasterzem Ormian kara spadła na jezuickiego diakona Andrzeja Miszka. W rozmowie pojawiły się informacje o dwóch krakowskich jezuitach, którzy mieli współpracować z bezpieką (TW Kazek i TW Anteusz), a także podejrzenia wobec innych współbraci. Jezuici byli też w niej krytykowani za opieszałość w rozliczeniu się z przeszłością. Miszk został decyzją prowincjała o. Krzysztofa Dyrka SJ przeniesiony z Krakowa do Wrocławia, a jednocześnie otrzymał zakaz wypowiadania się publicznie nt. lustracji. Karę przyjął, choć argumentował, że lustracja nie jest sprawą zakonu, ale całego Kościoła i społeczeństwa polskiego. Diakonowi odmówiono w kolejnym roku dopuszczenia do święceń prezbiteratu, a następnie pod pretekstem nieposłuszeństwa usunięto z zakonu.

W obronie diakona Miszka stanął o. Krzysztof Mądel SJ, który komentował sprawę w ten sposób: „To wygląda tak, jakby ktoś naciskał na prowincjała, aby uciszył księdza Andrzeja”. W konsekwencji o. Mądel musiał przenieść się z Krakowa do Kłodzka. Otrzymał też upomnienie i zakaz wypowiadania się dla mediów. Prowincjał jezuitów tłumaczył później, że Miszk i Mądel zostali ukarani „nie za szukanie prawdy, ale za świadome, publiczne i ostentacyjne łamanie poleceń przełożonych, za nieodpowiedzialne wypowiedzi naruszające jedność umysłów i serc wspólnoty, do której dobrowolnie wstąpili i w której obowiązuje pewien sposób postępowania”.

Siedem lat później o. Krzysztof Mądel otrzymał drugą karę. W roku 2013 r. zakaz wypowiadania się w mediach (także w Internecie) miał już jednak inną przyczynę. Nieoficjalne domniemywano, że był nią wywiad pt. Kto się boi Franciszka? udzielony „Gazecie Wyborczej”, w którym – broniąc ks. Lemańskiego – skrytykował, po pierwsze, abp. Henryka Hosera, sugerując, że „funkcjonuje [on], jakby w Polsce dalej trwał komunizm, jakby wszyscy tylko czyhali, żeby go zjeść”, oraz po drugie, ks. Franciszka Longchamps de Bériera, którego określił mianem „habilitowanego nieuka” (co było odniesieniem do jego wypowiedzi o „bruździe dotykowej” pojawiającej się rzekomo u dzieci urodzonych dzięki zapłodnieniu in vitro). Jako drugi powód wskazywano wpis na portalu natemat.pl, w którym o. Mądel krytykował współbrata o. Aleksandra Jacyniaka SJ za upolitycznione kazanie wygłoszone w 40. „miesięcznicę” katastrofy smoleńskiej. Później okazało się jednak, że sankcja miała być następstwem „incydentu wewnątrzzakonnego”, który zaszedł we wspólnocie w Nowym Sączu. Jak tłumaczono po publikacji wywiadu, o. Mądel „sprowokowany [poprzez uderzenie gazetą i nazwanie go „sk…” – przyp. M.B.] miał uderzyć oraz ranić jednego ze współzakonników”.

Antysemityzm i nacjonalizm

Drugi temat, z którym Kościół bez wątpienia ma problem, to stosunek do Żydów. W klarowny sposób pokazuje to sprawa sprzed ponad 20 już lat z udziałem o. Stanisława Musiała SJ i ks. Henryka Jankowskiego. Ks. Jankowski, legendarny kapelan Solidarności, w roku 1997 wciąż (od 1970 r.) pełniący urząd proboszcza parafii św. Brygidy w Gdańsku, znany był ze swego politycznego zaangażowania. Medialne kontrowersje wywoływały m.in. przygotowywane przez niego wielkanocne Groby Pańskie, zawierające silny przekaz ideologiczny. Gdy w 1997 r. formował się rząd koalicji AWS i UW, ks. Jankowski wygłosił z ambony następujące zdanie: „nie można tolerować mniejszości żydowskiej w polskim rządzie, bo naród się tego boi”. Była to aluzja skierowana przede wszystkim pod adresem Bronisława Geremka, wówczas kandydata na stanowisko ministra spraw zagranicznych. W odpowiedzi na te słowa abp Gocłowski nałożył na ks. Jankowskiego roczny zakaz głoszenia kazań – oficjalnym uzasadnieniem było uczynienie z ambony „trybuny politycznej”. Musiał, od lat zaangażowany w promowanie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego (m.in. w rozwiązanie sporu o obecność klasztoru Karmelitanek na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau), został poproszony przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” o komentarz nt. reakcji Kościoła na antysemickie kazanie ks. Jankowskiego. Napisał artykuł Czarne jest czarne, za który rok później otrzymał nagrodę Grand Press. Tekst zawierał zdecydowaną krytykę hierarchów za brak stanowczego potępienia antysemityzmu, co określił mianem banalizacji zła. Kara na o. Musiała spadła jednak dopiero w sierpniu 1998 r. po publikacji tekstu Zaciśnięte pięści przeciw, w którym skrytykował polskich biskupów za brak reakcji na upolitycznienie krzyża podczas akcji zainicjowanej na oświęcimskim żwirowisku przez b. posła Kazimierza Świtonia. Kard. Józef Glemp nazwał go wówczas „reprezentantem opcji żydowskiej”, a zakonni przełożeni wystosowali pisemny zakaz wypowiedzi publicznych „w sprawie krzyży oświęcimskich i tematów pokrewnych”.

Dodać należy, że w przypadku ks. Jankowskiego zakaz głoszenia kazań trwał de facto o wiele dłużej – do 2008 r., kiedy to uchylił go nowy metropolita gdański – abp Sławoj Leszek Głódź. Wcześniej, w 2004 r. (tuż przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej), kara dla niego została nawet zaostrzona – w reakcji na Grób Pański wyrażający sprzeciw wobec integracji europejskiej abp Gocłowski pozbawił prałata probostwa w parafii św. Brygidy (drugim powodem odsunięcia był „nieład etyczny tolerowany [przez ks. Jankowskiego – przyp. M.B.] na plebanii”; dziś wiemy, że „nieład” ten był znacznie poważniejszy, niż się wówczas wydawało…). Co ciekawe, decyzji takiej nie wywołała instalacja wielkopiątkowa, którą prałat przygotował w swojej parafii trzy lata wcześniej – przedstawiał on zwęgloną stodołę w Jedwabnem z ludzkim szkieletem w środku. Towarzyszący jej napis informował: „Żydzi zabili Pana Jezusa i Proroków i nas także prześladowali”.

Posługując się współczesnym językiem, można by tę sytuację ocenić jako przejaw „symetryzmu”: karę otrzymał zarówno Jankowski, jak i Musiał. Warto jednak zwrócić uwagę na wypowiedziane po czasie słowa o. Musiała: „Zakaz zakazowi nie jest równy. Ks. Jankowski głosił poglądy antysemickie. Antysemityzm – jak uczy Kościół – jest grzechem. W moim przypadku nie głoszę grzesznych poglądów. Uważam, że zakaz był podyktowany chwilą, by w danym momencie, tzn. w sierpniu 1998 r., nie dolewać oliwy do ognia”.

Pytanie, czy brak potępienia wprost antysemickich słów gdańskiego prałata nie ustanowił dla nich w przyszłości cichej tolerancji. Kwestia ta wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście aktywności ks. Jacka Międlara, do 26 września 2016 r. członka zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. To interesujący przypadek, ponieważ zakonni przełożeni zastosowali wobec niego różne kary: przeniesienie, zamknięte rekolekcje, różnego stopnia zakazy – aż do niezgody na jakiekolwiek wystąpienia publiczne, organizowanie wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, zakazano mu także aktywności w środkach masowego przekazu. Młody ksiądz zapracował na to w ciągu kilku miesięcy. Zaczęło się od udziału w marszu antyimigranckim, który we wrześniu 2015 r. miał miejsce we Wrocławiu. Na czele niesiono transparent: „Za zdradę narodu spotka cię kara, zawiśniesz na sznurze, ty k… stara”. Miał on być wiadomością dla premier Ewy Kopacz, która wcześniej zgodziła się na unijny program relokacji uchodźców, wymagający od Polski przyjęcia określonych kwot imigrantów. Ks. Międlar wołał ze sceny: „Będą o was mówić, że jesteście faszystami! Ja często słyszę, że jestem księdzem faszystą. Bzdura! Niech sobie gadają”.

Ks. Międlar przemawiał też 11 listopada na warszawskim Marszu Niepodległości, zwracając się do narodowców i kiboli: „Moi drodzy, jesteście wielką armią Kościoła, wielką armią Polski”, która ma obronić siebie, Kościół i kraj przed „lewacką propagandą”. Mimo pierwszych upomnień, przenosin i zakazów (formalnie nie przedstawiano przyczyn tych decyzji: „nie możemy – mówił ks. Adam Borowski, sekretarz prowincji – publicznie przedstawić powodów zmiany [miejsca zamieszkania i posługi – przyp. M.B.] ks. Jacka, gdyż dotyczą one wewnętrznych spraw zgromadzenia”), nadal uczestniczył w nacjonalistycznych wydarzeniach – np. dzień po przeprowadzce z parafii św. Anny we Wrocławiu do Zakopanego wziął udział w organizowanych przez ONR uroczystościach 69. rocznicy śmierci Józefa Kurasia „Ognia”.

Kulminacyjnym punktem jego działalności były 82. obchody powstania ONR w katedrze w Białymstoku (16 kwietnia 2016 r.). W kazaniu poprzedzającym przemarsz przez miasto ks. Międlar mówił m.in.: „Największą zatem przeszkodą na drodze ruchu wolnościowego, ruchu poszukującego prawdy, ruchu zdążającego do umocnienia narodu nie są oligarchowie, mafia, establishment czy wrogowie, ale jest zwykłe tchórzostwo, zwykła żydowska pasywność, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie. Bo, moi drodzy, tchórze nie chcą móc zrzucić kajdan niewoli, bojąc się przy tym przelania choćby jednej kropli krwi”. To w reakcji na te słowa i towarzyszące im zielone flagi ze znakiem falangi oświadczenia wydali m.in.: arcybiskupi Gądecki i Polak, mówiąc o dezaprobacie dla „wykorzystywania świątyni do głoszenia poglądów obcych wierze chrześcijańskiej”. Słowom wygłoszonym przez ks. Międlara przyglądała się także na wniosek posłanki Joanny Scheuring-Wielgus prokuratura, która ostatecznie po zasięgnięciu opinii biegłych nie postawiła mu zarzutów. Za zgłoszenie sprawy młody duchowny odgryzł się ówczesnej posłance Nowoczesnej na Twitterze: „Konfidentka, zwolenniczka zabijania (aborcji) i islamizacji. Kiedyś dla takich była brzytwa! Dziś prawda i modlitwa?”. Wypowiedź wywołała ze strony przełożonego ks. Kryspina Banko przypomnienie o nałożonych zakazach, m.in. zakazie aktywności w środkach masowego przekazu, i obowiązującym duchownego ślubie posłuszeństwa. Ks. Międlar odpowiedział na to decyzją o wystąpieniu z zakonu (co oznaczało jednocześnie utratę możliwości sprawowania funkcji kapłańskich). Poinformował o tym 27 września 2016 r. Nie był to koniec publicznej działalności Jacka Międlara, ale od tego momentu nie występował już w sutannie.

Kazus ks. Lemańskiego

Z problematyką żydowską mocno związany jest także przypadek ks. Wojciecha Lemańskiego – tylko związany, ponieważ w niej się nie wyczerpuje. W prasie poświęcono mu wiele miejsca. Jest to sprawa tak złożona, że wręcz nie można przedstawić jej w telegraficznym skrócie, zwłaszcza, że to detale, pojedyncze słowa i gesty składały się na jej specyfikę. Z konieczności ograniczę się do zarzutów, jakie mu przedstawiono, wzmiankując tylko ich kontekst. Przede wszystkim wyliczyć można sprawy błahe – o których informował sam ks. Lemański – unikanie organizowanych w dekanacie wspólnych obiadów dla księży (przyczyną jego nieobecności miały być opowiadane tam antysemickie dowcipy) oraz fakt, że zamiast z duchownymi ks. Lemański witał się w pierwszej kolejności ze świeckimi. Do poważniejszych należał zarzut postawiony w 2009 r. przez komisję wizytującą parafię na wniosek kurii warszawsko-praskiej: „niedopuszczalne upodobnianie kościoła do synagogi”. Uwaga ta odnosiła się do przygotowanego według projektu ks. Lemańskiego (inspirację zaczerpnął z kościoła w Norymberdze) tzw. tronu Słowa Bożego (skrzynki w kształcie zwojów Tory służącej do przechowywania ewangeliarza i lekcjonarzy).

Od przedstawicieli kurii ks. Lemański miał usłyszeć jeszcze inne zarzuty: np., że „zagalopował się trochę w dialogu z Żydami” (bezpośrednio od ordynariusza diecezji otrzymać zaś miał pytanie, czy jest obrzezany…).

Pierwsze upomnienie kanoniczne ks. Lemański otrzymał 17 stycznia 2012 r. (data symboliczna w kontekście jego działalności: w Kościele katolickim w Polsce to Dzień Judaizmu). Jako uzasadnienie abp Hoser wskazywał: deprecjonowanie osób i posługi biskupów i kapłanów; naruszanie dóbr osobistych i dobrego imienia w publikacjach i przepowiadaniu; podejmowanie decyzji dotyczących parafii bez zgody kompetentnej władzy kościelnej; konfliktowanie miejscowej społeczności; brak współpracy z władzami samorządowymi i oświatowymi.

Kolejne upomnienie oraz zakaz występów w mediach otrzymał 24 maja 2013 r. Była to konsekwencja słów, które trzy tygodnie wcześniej wypowiedział w programie Tomasz Lis na żywo. Mówił: „Jestem przeciwnikiem in vitro, ale odrzucam język, w jakim mówi o nim episkopat”. Dopowiadał także: „Nie akceptuję i odrzucam również język zawarty w dokumencie bioetycznym episkopatu. Jest hermetyczny”. Ten występ telewizyjny zaciążył też z pewnością na dekrecie z 5 lipca 2013 r. o usunięciu ks. Lemańskiego z funkcji proboszcza w Jasienicy (odbyło się to w atmosferze skandalu: parafianie bronili swego dotychczasowego proboszcza, kościół został przez ordynariusza diecezji tymczasowo zamknięty). Zarówno w tym przypadku – jak i przy wcześniejszych zakazach (występowania w mediach czy odebrania możliwości prowadzenia katechezy) – ks. Lemański wystosował rekurs, a więc odwołanie do watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa. Wszystkie (także następne) zostały odrzucone.

Kolejnym kluczowym wydarzeniem był udział ks. Lemańskiego w Przystanku Woodstock 1 sierpnia 2014 r. Wypowiedź, którą tam sformułował, znów wywołała poruszenie. Chodziło zwłaszcza o słowa odnoszące się do biskupów: „»Czy nasi biskupi się zmienią?« Prawdopodobnie nie. Jeden z biskupów, który był moim profesorem w seminarium (…) powiedział nam coś takiego: »To pokolenie musi wymrzeć«. Brzydkie słowa, ale oni się już nie zmienią”. Z tej wypowiedzi ks. Lemański tłumaczył się w kurii, wyjaśnienia zostały przyjęte, abp Hoser zezwolił mu nawet na odprawienie mszy św. w Jasienicy z okazji pikniku organizowanego 10 sierpnia na 100-lecie tamtejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. Zgoda ta została jednak po kilku dniach cofnięta. Pytany przez dziennikarzy o przyczyny takiego obrotu sprawy, ks. Lemański odpowiadał żartobliwie, nawiązując do odbytej właśnie wędrówki na Jasną Górę: „Może za wolno szedłem na pielgrzymce?”. Po tym wydarzeniu ks. Lemański miał przez 10 dni nie odpowiadać na SMS z kurii z prośbą o kontakt w trybie pilnym, co zostało uznane za przejaw nieposłuszeństwa. W konsekwencji 22 sierpnia abp Hoser nałożył na niego karę suspensy obejmującą zakaz wykonywania wszelkich aktów wynikających z władzy święceń i noszenia stroju duchownego. W uzasadnieniu decyzji przełożonego czytamy o pięciu powodach: 1) brak ducha posłuszeństwa i kontestowanie decyzji przełożonego,  2) sposób postępowania, który przynosi kościelnej wspólnocie szkody, 3) publiczne podważanie nauczania Kościoła w ważnych kwestiach natury moralnej i propagowanie jako alternatywy swoich osobistych poglądów, 4) brak szacunku wobec Episkopatu Polski i kapłanów, 5) upór w zajmowanej postawie, alienacja ze wspólnoty kapłańskiej.

Sytuacja ta trwała do 11 lipca 2018 r., kiedy to nowy ordynariusz diecezji, bp Romuald Kamiński, postanowił zawiesić stosowanie kary. Jak informowała kuria, ks. Lemański „zwrócił się z prośbą o skierowanie go do pracy duszpasterskiej poza diecezją warszawsko-praską. Wolę przyjęcia go na czas próby do archidiecezji łódzkiej wyraził abp Grzegorz Ryś”. Powrót do pełnej posługi kapłańskiej wcale nie musi być łatwy, ponieważ już po zawieszeniu kary ks. Lemański otrzymał nowe upomnienie. Jak poinformował Jakub Troszyński, dyrektor biura prasowego diecezji warszawsko-praskiej, przyczyną były „niestosowne wpisy na portalu społecznościowym”. Chodziło o ripostę na komentarz o. Dariusza Kowalczyka SJ odnośnie filmu Kler, w którym prześmiewczo przywołani zostali właśnie ks. Lemański, bp Tadeusz Pieronek i Adam Michnik. Ks. Lemański zarzucił jezuicie, że nie reaguje „na bezduszność Polaków wobec uchodźców” ani na skandale związane z pedofilią klerykalną, ale broni „kolegów po fachu”. Swoją wypowiedź zakończył dosadnie: „A od bp. Pieronka i red. Michnika odwal się klecho, bo im do pięt nie dorastasz”.

Krytyka papieża

Zakaz wypowiedzi nałożony był także na o. Stanisława Obirka SJ, do roku 2005 członka Towarzystwa Jezusowego. Po raz pierwszy kara zawisła nad nim już w 1998 r. W wywiadzie rzece Obirek wspomina, że kard. Macharski domagał się wówczas odebrania mu prawa do nauczania. Powodem był fakt, że na łamach „Tygodnika Powszechnego” argumentował na rzecz upomnianego przez KNW indyjskiego jezuity o. Anthony’ego de Mello SJ. W obronie o. Obirka stanął wówczas jego prowincjał, argumentując, że do wykładania filozofii Obirek nie potrzebuje tzw. misji kanonicznej, a więc formalnej aprobaty od biskupa.

Pierwsza kara – pozbawienie funkcji prorektora jezuickiej uczelni Ignatianum, półroczny zakaz publikacji oraz konieczność konsultacji z przełożonym każdej publicznej wypowiedzi – była konsekwencją przeprowadzonego z nim w lipcu 2002 r. wywiadu dla „Przekroju”.

W atmosferze podniosłego oczekiwania na kolejną pielgrzymkę Jana Pawła II do ojczyzny, o. Obirek określił wówczas papieża mianem „złotego cielca” polskiego katolicyzmu. Tłumaczył później: „»Złoty cielec« to figura biblijna, która mówi o przestawieniu akcentów. To, co powiedziałem nie było zarzutem wobec Jana Pawła II, ale wobec recepcji jego nauczania w Polsce – pełnej bezkrytycznego uwielbienia i pozbawionej historycznej perspektywy”.

Obirek przyznawał też po latach, że cenzury tej zbytnio nie odczuwał, „bo stosowana była łagodnie, poprawiano najwyżej jedno, dwa słowa”. Druga kara, wystosowana trzy lata później, była już jednak dotkliwsza. Tuż po śmierci papieża udzielił wywiadu belgijskiemu dziennikowi „Le Soir” (w Polsce jego wypowiedzi nagłośnił, nie kryjąc oburzenia, eurodeputowany PO Bogusław Sonik). Najwięcej kontrowersji wzbudziło w nim porównanie Jana Pawła II do „proboszcza wiejskiej parafii”, nie znoszącego nieporządku i grożącego palcem, a także poniższy passus: „pod wieloma względami ten papież był paradoksalny (…). Dla rzeczników kultury nowoczesnej, spadkobierczyni Oświecenia, jego nauczanie było pełne niezwykle irytujących elementów. Myślę tu o jego deklaracjach o »społeczeństwie bez Boga« i o »cywilizacji śmierci«. (…) środowiska, które zapamiętały wyłącznie słowa potępiające nowoczesność i Europę, przyczyniły się do szkodliwej polaryzacji pozycji Kościoła i świata. Powstał obraz katolicyzmu egzotycznego, niemal kuriozalnego dla tych, którzy myślą w kategoriach cywilizacji”.

Co istotne, o. Obirek nie był już w tym przypadku broniony przez swego prowincjała, wręcz przeciwnie: o. Krzysztof Dyrek SJ dystansował się od niego w liście adresowanym do współbraci i kościelnych dostojników, informując, że poglądy te nie są reprezentatywne dla jezuitów.

Obirek twierdził, że powodem reakcji władz zakonnych były nie tyle same wypowiedziane przez niego opinie, ile obawa o konflikt zgromadzenia z polskim episkopatem. Karą, którą otrzymał, był roczny zakaz kontaktów z mediami i prowadzenia wykładów. W jego ocenie zaś „swoboda wypowiedzi jest (…) elementarnym prawem kościelnym, podobnie jak zasada, że to sumienie jest ostateczną racją i nim mam się kierować przede wszystkim”. W konsekwencji pół roku po wywiadzie dla „Le Soir” Obirek zdecydował się porzucić zakon.

Ruchy intronizacyjne

Wyzwaniem dla Kościoła w Polsce okazały się także tzw. ruchy intronizacyjne – a dokładnie: te ich nurty, które zabiegały o parlamentarne nadanie Chrystusowi tytułu króla Polski, co miało pociągać za sobą uznanie wyższości prawa religijnego nad świeckim. Z promowaniem takiego, bardziej radykalnego, odczytania przesłania, jakie w okresie międzywojennym otrzymać miała od Jezusa Rozalia Celakówna, związani są dwaj księża: Tadeusz Kiersztyn SJ (zm. 2012 r.) i Piotr Natanek.

Pierwszy z nich był jezuitą, specjalizującym się – jak sam o sobie pisał – „w formacji duchowej świeckich”. W tym celu w Szczyglicach pod Krakowem wybudował pod koniec lat 80. ośrodek rekolekcyjno-formacyjny. Przełom w jego działalności nastąpił w roku 1996, kiedy zapoznał się z pismami Rozalii Celakówny. Z ramienia zakonu (prowincjałem był wówczas o. Adam Żak SJ) i przy wsparciu kard. Franciszka Macharskiego został nawet członkiem komisji teologicznej jej procesu beatyfikacyjnego. Problemy zaczęły się szybko, bo zgodnie z zamysłem ks. Kiersztyna „koronacja [Chrystusa na Króla Polski – przyp. M.B.] miała zostać [,po pierwsze,] dokonana przez parlament, a po drugie, ideę tę zaczęły popierać prawicowe organizacje (m.in. Stronnictwo Polska Racja Stanu). W ten sposób religijny aspekt objawień Celakówny zszedł na plan dalszy, stał się dodatkiem do polityki. Nie mogliśmy na to pozwolić” – tłumaczył o. Jakub Kołacz SJ. Od przełożonych ks. Kiersztyn otrzymał więc nakaz „odsunięcia się od procesu Celakówny i przeniesienia się do Zakopanego”. Odmówił, co okazało się drogą do wydalenia z zakonu – oficjalnie stało się to 25 września 1999 r. By móc bez przeszkód sprawować sakramenty, zaczął zabiegać u poszczególnych biskupów o przyjęcie do swoich diecezji – bez powodzenia. W takiej sytuacji „uciekł się – jak pisał – do fortelu”: w roku 2000 poprosił metropolitę krakowskiego o możliwość posługiwania na rzecz Wspólnoty św. Klaudiusza w Szczyglicach. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, robił to w oparciu o domniemanie. W 2007 r. kuria krakowska dała wyraźnie do zrozumienia, że to niewłaściwe podejście (ks. Kiersztyn „nie może w żaden sposób wykonywać funkcji wynikających ze święceń, a w szczególności odprawiać Mszy św. i sprawować sakramentu pokuty”).

Działalność ks. Piotra Natanka to w zakresie intronizacji właściwie kontynuacja działań ks. Kiersztyna. 20 lipca 2011 r. kard. Stanisław Dziwisz nałożył na ks. Natanka karę suspensy, co było następstwem braku podporządkowania się poprzednim upomnieniom (kilka miesięcy wcześniej pozbawiono go misji kanonicznej do nauczania na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie). Ponadto głos w sprawie ks. Natanka zabrała Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski. Ogłoszono: „Rada zwraca uwagę, że Msze św. sprawowane przez suspendowanego kapłana są niegodziwe i świętokradzkie, a udzielane rozgrzeszenia — nieważne”. Oraz: „przestrzega też katolików przed błędnym nauczaniem tego duchownego i prosi wiernych, by nie korzystali z posługi duszpasterskiej ks. Natanka.

Do zarzutów stawianych ks. Natankowi należą m.in.: uporczywe głoszenie niezgodnych z nauką Kościoła poglądów dotyczących królowania Jezusa Chrystusa, opartych na prywatnych objawieniach oraz inspirowanych obcymi nauce Kościoła doktrynami sekt eschatologicznych, przeinaczanie ugruntowanej nauki o skuteczności zbawienia w Kościele oraz specyficzne głoszenie kultu Matki Bożej, aniołów i świętych wymieszane z magicznie pojmowaną wiarą, oraz ostentacyjnie okazywane nieposłuszeństwo. Kard. Dziwisz zlecił także – w odpowiedzi na akcję promocyjną prac ks. Natanka – ocenę teologiczną książek: 24 godziny Męki naszego Pana Jezusa ChrystusaTajemnica Różańca Świętego z rozważaniami różańcowymi dyktowanymi przez Matkę Bożą, na podstawie „Orędzi na Czasy Ostateczne, które właśnie nadeszły” (autorką 15 tomów „objawień” jest mieszkająca w pustelni ks. Natanka w Grzechyni 37-letnia Agnieszka Jezierska). Sporządził ją Józef Morawa z Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. W przypadku obydwu tytułów ocena była negatywna.

Suspensa nie wywołała efektu naprawczego. Ks. Natanek mówił: „W tych dniach ksiądz kardynał wydał dokument suspendujący mnie, zabierający mi wedle prawa ludzkiego wszystką władzę w Kościele. Tego pisma nie przyjmuję i dalej idę swoją drogą”. Stwierdził też, że zamierza działać „na bocznych torach, tak jak abp Lefebvre”, licząc, że tak samo jak on zostanie kiedyś przyjęty z powrotem do Kościoła. Grozi mu jednak – jeśli nadal będzie trwał w nieposłuszeństwie – że wcześniej zostanie karnie przeniesiony do stanu świeckiego.

Tematy trudne, delikatne… i polityczne

Obecnie najbardziej znany przypadek kary nałożonej na polskiego duchownego to kazus ks. Adama Bonieckiego. Ta, która obowiązuje dzisiaj, jest już drugą, została nałożona 18 listopada 2017 r. Pierwszą ogłoszono sześć lat wcześniej, w listopadzie 2011 r. – decyzją ówczesnego prowincjała zakonu marianów ks. Boniecki miał ograniczyć wystąpienia medialne wyłącznie do „Tygodnika Powszechnego” (wcześniej, w marcu 2011 r., przełożeni zakonni polecili redaktorowi naczelnemu przejście na emeryturę, a w lipcu 2011 r. przenosiny z Krakowa do Warszawy). W komunikacie władz zakonu nie podano uzasadnienia tej decyzji. Powszechnie łączono ją jednak z wypowiedziami, które padły z ust ks. Bonieckiego podczas wywiadów dla TVN oraz dla tygodnika „Wprost”. Dotyczyły one trzech tematów: 1) obecności krzyża w sejmie, 2) działalności Adama „Nergala” Darskiego, 3) obecności Janusza Palikota w polityce. W sprawie pierwszej ks. Boniecki powiedział w rozmowie z Piotrem Najsztubem: „(…) już samo powieszenie tego krzyża, ukradkiem, z księdzem Popiełuszką w tle, nie było fortunne. I trzeba zrozumieć, przyjąć – jeśli się jest katolikiem – że nie na walce o krzyż w Sejmie polega piękno Ewangelii”, a w programie Moniki Olejnik na pytanie, czy w polskim sejmie powinien wisieć krzyż czy nie, odpowiedział po namyśle: „Obie odpowiedzi są poprawne”.

Odnośnie Adama Darskiego ks. Boniecki wypowiadał się po tym, gdy przeciwko jego obecności w telewizji publicznej (program The Voice of Poland, TVP2) protestowali niektórzy biskupi oraz Sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu. Redaktor senior „Tygodnika” stwierdził po pierwsze, że „Nergal, który robi show z diabłem, bo jak sam powiedział, diabeł dobrze się sprzedaje, nie jest satanistą, jest bardziej diabłem jasełkowym”. Ocenił ponadto, że reakcja biskupów, choć słuszna co do zasady, była jednak przesadzona (jako niefortunne określił mówienie o Darskim jako sataniście). Boniecki zauważył bowiem, że lider zespołu Behemoth „[w] telewizji występuje zupełnie w innej roli [niż na scenie – przyp. M.B.], w umowie zastrzeżono, żeby tematów religijnych nie poruszał. Zachowuje się kulturalnie i delikatnie. Jeśli czymś zaszokował, to właśnie tym, że nie szokuje”.

Na pytania o obecność Janusza Palikota w polityce ks. Boniecki przyznał, że nie można powiedzieć, iż jest ona jednoznacznie zła. Po pierwsze, dlatego że Palikot mówi to, co wielu myśli, a po drugie – uzupełniał we „Wprost” – „sama dyskusja na drażniące tematy, którą on wzmaga, jest pożyteczna. Bo oczyszcza ze schematów”.

Z zakazu występowania w mediach z wyjątkiem „Tygodnika” zwolnił ks. Bonieckiego nowy przełożony 29 lipca 2017 r. Wolność wypowiedzi redaktora seniora nie trwała jednak długo – 18 listopada 2017 r. prowincjał marianów „wycofał (…) [mu] przywilej swobodnego wypowiadania się w mediach, pozostawiając jedynie możliwość współpracy z redakcją »Tygodnika Powszechnego«”. Tym razem decyzja poparta była konkretnym uzasadnieniem. Zakaz nałożono więc przede wszystkim „ze względu na dobro duchowe wiernych i w poczuciu odpowiedzialności za wypowiadane słowa, które w określonych kontekstach tworzonych faktów medialnych wywoływały wśród licznych wiernych dezorientację, m.in. co do nauczania Kościoła odnośnie moralnej oceny samobójstwa (KKK 2280–2282)”. Uwaga ta odnosi się do wywiadu, którego ks. Boniecki udzielił „Gazecie Wyborczej” po akcie samospalenia dokonanym przez Piotra Szczęsnego w proteście przeciwko naruszaniu podstaw państwa prawa i odbieraniu wolności obywatelskich oraz kazania, jakie wygłosił na jego pogrzebie. W wywiadzie czytamy: „Samospalenie Piotra Szczęsnego to jest tak mocny znak protestu, że właściwie nie można przejść wobec niego obojętnie. Do mnie szybko dotarło, że on nie był fanatykiem ani szaleńcem. (…) To była manifestacja miłości ojczyzny”. Z kolei podczas pogrzebu.

Boniecki mówił: „Mówią mi: z samobójcy robisz świętego. (…) Myślami stoję tam, na placu pod Pałacem Kultury, i pytam: kim ja jestem, żeby osądzać czyn mego bliźniego?”.

Na łamach „Tygodnika” ks. Boniecki wyjaśniał zaś swój stosunek do samobójstwa, przywołując konkretne zapisy z Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Nie powinno się tracić nadziei dotyczącej wiecznego zbawienia osób, które odebrały sobie życie. Bóg, w sobie wiadomy sposób, może dać im możliwość zbawiennego żalu. Kościół modli się za ludzi, którzy odebrali sobie życie” (KKK 2283).

Drugim powodem kary był wpis na profilu facebookowym Forum LGBT (na zdjęciu ks. Boniecki trzymał transparent z uniesionym w górę kciukiem z napisem „LGBT”). Miał on w ocenie przełożonych „wprowadzić poważne zamieszanie, a nawet zgorszenie”, „jednoznacznie – ich zdaniem – wskazując na poparcie przez ks. Adama Bonieckiego MIC organizacji tzw. mniejszości seksualnych, których działalność stoi w całkowitej sprzeczności z nauczaniem moralnym Kościoła (por. KKK 2357–2359)”. Zespół „Tygodnika” tłumaczył ten wpis jako manipulację, w której wykorzystano życzliwość ks. Bonieckiego i „fakt, że jest przeciwnikiem dyskryminowania osób homoseksualnych, traktowania ich z pogardą oraz poniżania, co jest literalnie zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego (por. KKK 2358)”. Zarzut był więc nieadekwatny, zakaz jednak trwa.

Konkluzje

Jakie ogólne wnioski można wyciągnąć z opisu sytuacji, w których polski Kościół każe milczeć? Po pierwsze uderzające jest, że hierarchowie właściwie nie interweniują w sprawach ściśle doktrynalnych (wyjątkiem jest kazus ks. Natanka), natomiast dużo częściej dyscyplinują w kwestiach na styku polityki i moralności, jak np. lustracja, krzyż w sejmie, aborcja czy in vitro. Nie ma więc – rzec można – nad Wisłą poważnych sporów teologicznych (ani księża Lemański i Boniecki, ani Isakowicz-Zaleski czy Mądel nie odeszli w żadnym miejscu od ortodoksji), za to bez trudu natrafia się na polityczne. Wygląda to tak, jakby istotę polskiego chrześcijaństwa wyznaczały nie treści, jakie wyczytać można w ewangeliach, ale zupełnie inne zagadnienia. Do myślenia daje, że hipotetycznie rozważanej karze, opartej wprost na kryterium miłości bliźniego (a to jedyny taki przypadek), towarzyszło niemałe oburzenie. Mam na myśli wywiad abp. Wojciecha Polaka udzielony w październiku 2017 r. „Tygodnikowi Powszechnemu”. Prymas zapowiedział w nim suspensy dla podległym mu księży, którzy zamiast mówić, że „Chrystus cierpi w uchodźcach”, wezmą udział w manifestacjach antyuchodźczych. Hierarcha spotkał się wówczas z ostrą krytyką.

Po drugie, wiele kar sprowadzić można do kwestii władzy (przypadki od Obirka, przez spory lustracyjne, po Natanka). Kościół jest instytucją hierarchiczną, źle znoszącą przejawy niezależności, krytycyzmu czy sprzeciwu. Jeśli podejmuje się w nim działania na własną rękę, można być pewnym biskupiego upomnienia lub sankcji.

Jak pokazuje przykład ks. Międlara, istotniejsze dla zaciągnięcia kary bywa nieposłuszeństwo wobec przełożonych niż ksenofobiczne wypowiedzi.

Po trzecie, rozstrzygnięcia Vaticanum II bywają dla duchownych – zarówno dla tych kształconych przez Soborem (ks. Jankowski święcenia prezbiteratu otrzymał w 1964 r.), jak tych, którzy powinni być wychowywani i nauczani w jego duchu (ks. Międlar, święcony w roku 2015) – sprawą nieprzyswojoną. Jest tak m.in. w zakresie nowego spojrzenia na judaizm i Żydów. Przyjęcie przesłania deklaracji Nostra aetate, wprowadzonej po kilkunastu wiekach propagowania i obowiązywania tzw. teologii zastępstwa (przekonania, że Kościół zajął miejsce Izraela jako lud wybrany) napotyka wśród katolików (księży i świeckich) spore opory do chwili obecnej. Osobną kwestią pozostaje pytanie, ile wysiłku polski Kościół wkłada, by to niechlubne antysemickie dziedzictwo przezwyciężyć. Tak samo jest z innymi ustaleniami Soboru: oceną demokracji liberalnej, uznaniem rozdziału Kościoła od państwa, poszanowaniem dla wolności religijnej.

Na podstawie przeanalizowanych przypadków zastanowić się można, jak powinien przebiegać proces upominania duchownych przez kościelnych przełożonych. Konieczne jest jasne i konkretne definiowanie oraz komunikowanie zarzutu stanowiącego podstawę upomnienia lub kary, tak by zarówno osoby nią obłożone, jak i opinia publiczna wiedziały, „za co” wystosowano sankcje. Nieprecyzyjne nazywanie problemu i uciekanie się do wytrychu, że „to wewnętrzne sprawy” Kościoła lub zgromadzenia zakonnego, wywołują wrażenie, że problem jest rozmywany, a kara zatraca wówczas aspekt pedagogiczny, staje się krokiem wyłącznie doraźnym, jednostkowym.

Lepiej jest, jeśli upomnienia lub sankcje są decyzją podejmowaną sprawnie, ale w gronie kilku osób lub za ich radą. Unika się w ten sposób – a przynajmniej minimalizuje – ryzyko stronniczości czy arbitralności oraz tego, że nałożenie sankcji stanie się zarzewiem personalnego konfliktu między przełożonym a ukaranym. To lekcja, jakiej dostarczyli polskiemu Kościołowi dominikanie. Udzielając w zeszłym roku upomnienia o. Pawłowi Gużyńskiemu OP (przyczyną była jego negatywna ocena projektu ustawy przygotowanej przez inicjatywę „Zatrzymaj aborcję”), o. Paweł Kozacki OP bazował na opinii powołanej do zbadania sprawy komisji teologicznej.

Ponadto zarówno zwierzchnicy, jak i podlegający ich władzy powinni potrafić przyznać się do błędu, zrobić, gdy to koniecznie, krok wstecz, koncentrując się raczej na meritum sprawy niż na próbie wytworzenia lub ochrony swego nieomylnego wizerunku. Tego zabrakło, moim zdaniem, np. w sprawie Lemański–Hoser.

Dobrze by było, gdyby hierarchowie pamiętali, że kara nie jest końcem, lecz początkiem drogi do rozwiązania problemu. Samo odebranie prawa do nauczania lub wypowiadania się w mediach nie sprawi, że sporna kwestia zostanie przepracowana.

Dotychczasowe przypadki pokazują też, że kara rzadko prowadzi do rzeczywistego dobra. Często, niestety, stanowi zapowiedź radykalizacji albo wykluczenia / wystąpienia z Kościoła.

Konieczne jest zatem, by korzystać z okazji do spotkań i dyskusji, by wynajdować odpowiednie procedury naprawcze. Przykładem dłoń abp Rysia wyciągnięta do ks. Lemańskiego oraz zalecenie o. Kozackiego, by upomniany przez niego o. Gużyński zorganizował „wewnątrzdominikańską debatę dotyczącą stosunku prawa naturalnego i prawa stanowionego oraz roli Kościoła w demokratycznym stanowieniu prawa”. Sięgając po obrazy biblijne, przełożeni muszą być nie tylko jak miłosierny ojciec, który czeka, aż marnotrawny syn powróci, ale także jak dobry pasterz, szukający zagubionej owcy.

Korzystałem z:

-ks. T. Isakowicz-Zaleski, Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej, Kraków 2007.
Przed Bogiem. Ze Stanisławem Obirkiem rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Jarosław Makowski, Warszawa 2005.
– Archiwów: Deon.pl, „Dziennika Zachodniego”, „Gazety Krakowskiej”, „Gościa Niedzielnego”, info.wiara.pl, „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter