Lidia Lempart, fot. Agencja Gazeta
Anna Mateja maj 2021

Nie planowałam rewolucji

„Najważniejsze w życiu są wolność i miłość” – deklaruje Lidia Lempart, terapeutka słuchu i mowy, która od 40 lat uczy mówić niesłyszące dzieci.

Artykuł z numeru

Za wyborem i życiem

Czytaj także

Wikipedia commons

z Adamem Bodnarem rozmawia Andrzej Brzeziecki

Robić swoje

Mózg niemowlaka waży 350 g. Gdy dorośnie, zwiększy masę o kilogram, a liczba tworzących go neuronów, czyli komórek nerwowych, może zbliżyć się do 100 mld. Neuron wygląda jak wyjęta z herbarium roślina – wydaje się, że ma korzenie, łodygę i płatki. Długa łodyga to akson. Wypustki, rozgałęzione niczym korzenie i płatki, to dendryty przewodzące impulsy do ciała komórki nerwowej. Specyficzna budowa neuronów jest kluczem do rozwoju mózgu człowieka, bo dzięki tej właściwości możliwe jest wytwarzanie niezliczonej ilości połączeń między komórkami nerwowymi.

Klucz jest jak znalazł, kiedy rodzi się dziecko niesłyszące, w którego mózgu doszło do uszkodzenia szlaku nerwowego przekazującego usłyszane dźwięki do kory mózgowej. Impulsy z płata skroniowego kory – silnie pofałdowanej warstwy substancji szarej, która otula istotę białą mózgu – gdzie neurony analizują bodźce słuchowe i odpowiadają za rozumienie mowy, nie przedostają się do płata czołowego kory, co uruchomiłoby neurony odpowiedzialne m.in. za myślenie, pamięć, ekspresję mowy.

Lidia Lempart uważa, że mowa jest w mózgu, nie w uchu, więc trzeba odczepić się od ucha, a skupić na neuronach.

Niewielkiego wzrostu osoba, o kręconych czarnych włosach, mówi dużo i energicznie, siedząc w małym pokoju za kuchnią, w siedzibie Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci z Wadą Słuchu ORaToR we Wrocławiu. Założyła je 1992 r. z Henrykiem Stroblem i grupą rodziców niesłyszących dzieci. Pokój za kuchnią to najmniejsze pomieszczenie mieszkania w dawnej kamienicy niemieckiego patrycjatu. Na pozostałych 200 m2 urządzono gabinety do pracy.

Ściany pokoju wypełniają zdjęcia. Jest Kuba, który w wieku pięciu lat w skali bezsłownej rozwiązywał próby psychologiczne na poziomie ośmiolatka, więc Lempart powiedziała jego mamie: „Pani Doroto, niech pani tu już nie przychodzi, bo terapia nie może polegać na tym, że za wszelką cenę staram się znaleźć jakiś jego błąd…”. Jest Agnieszka, która została architektem i pracuje w biurze projektowym w Wiedniu, bo wyszła za mąż za Austriaka. Są Małgosia, Tomek, Adaś, Kasia… Ściany pną się wysoko, ale i tak nie pomieściłyby kilkuset fotografii podopiecznych Lidii Lempart i jej terapeutów, dzięki którym nauczyli się mówić. Nauka języka każdego z nich rozpoczęła się właśnie tam – podczas pierwszej rozmowy Lempart z rodzicami – w małym pokoju za kuchnią, do którego wchodzi się przez sekretariat, a przez okno widać odrapane tylne ściany sąsiednich kamienic.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Rachunki na całkach

– Proszę włożyć stopery do uszu i mnie posłuchać. Nic nie słychać? Proszę spróbować czytać z ruchu moich ust, mówię przecież z dobrą dykcją, nie za szybko. Jeśli trzeba, mogę coś napisać na tablicy. I tak trudno zrozumieć o czym mówię? W porządku, to było do udowodnienia.

Tak właśnie czują się głuche dzieci w  świecie, w którym najważniejsze są mowa i myślenie językowe. Dwie umiejętności, które są podstawą człowieczeństwa i odróżniają nasz gatunek od innych, też inteligentnych, ssaków naczelnych, zostały im zabrane. Nierehabilitowane, stają się wtórnie upośledzone. U wielu z nich norma intelektualna jest przecież nie niższa niż u dzieci słyszących. Ale ich potencjał się zmarnuje, jeśli nie poznają języka, a co za tym idzie, mówienia, czytania, myślenia…

Dla dziecka niesłyszącego, które ma protezę ucha – aparat słuchowy albo wszczepiony implant ślimakowy – nauka języka jest trudna, niczym dla dorosłych opanowanie rachunku z wykorzystaniem całek. Kto zapomniał, przypomnę: to część analizy matematycznej, która staje się dostępna po opanowaniu rachunku różniczkowego, a jeszcze wcześniej działań na pochodnych. Proteza nie działa jak włącznik prądu – nie wystarczy zainstalować, by popłynęły impulsy z części skroniowej kory mózgowej (słuchanie) do części potylicznej (ekspresja mowy), bo u głuchych dzieci te impulsy nie znajdują naturalnej drogi. Mowy trzeba się nauczyć, czyli wykorzystując możliwości mózgu, stworzyć nowe szlaki przechodzenia impulsów.

Bez instrukcji

Trzeci miesiąc życia – wtedy najpóźniej dziecko powinno mieć założony aparat słuchowy. W chwilach desperacji Lempart złości się jednak i rzuca pytaniem: „Po co mamy wczesne wykrywanie?”. I sama sobie odpowiada: „Żebyśmy mogli dłużej płakać”.

W ciągu prawie 30 lat istnienia ORaToR-a, gdzie co roku rozpoczyna terapię nawet 40 dzieci, zaledwie dwa razy rodzice przynieśli niemowlaka z zainstalowanym w trzecim miesiącu życia aparatem. Pozostali, kiedy słyszą, że czekając na ostateczną diagnozę, mogli już dawno założyć dziecku aparat i rozpocząć rehabilitację, zaczynają szukać chusteczek… Pojawiają się też rodzice, którzy stoją w przedpokoju i patrzą, jak dzieci same organizują sobie zabawę, jak każde walczy, żeby mówić, choćby nieporadnie. Patrzą i już wiedzą, że zupełnie bez swojej winy zrobili coś nie tak, nawet jeśli ich dziecko ma wszczepiony do ucha implant i od paru lat chodzi trzy razy w tygodniu na zajęcia. Tyle że posługuje się 50 słowami, a za pasem piąte urodziny.

Od 2002 r. wszystkie noworodki w Polsce są badane pod kątem ewentualnych wad słuchu. Wśród 1000 noworodków dziewięć ją ma, z czego sześć jest niesłyszących. Wczesna diagnoza pozwoliłaby rozpocząć natychmiastową rehabilitację, ale najpierw trzeba byłoby poinformować rodziców (i to od razu w szpitalu), jak mogą pomóc swojemu dziecku. Ponieważ ci nie otrzymują wyraźnych instrukcji, próbują znaleźć wyjście samodzielnie, nierzadko po omacku.

Wykonują badania – niektóre zlecane przez lekarza, inne na własną rękę. Szukają wsparcia u kolejnych specjalistów, po cichu licząc na to, że diagnoza o wadzie słuchu była nietrafiona. Przypominają zdezorientowanych petentów, stojących w przedpokoju, w którym jest kilkoro drzwi. Za każdymi siedzą fachowcy, ale każdy z nich inaczej pokieruje życiem ich niesłyszącego dziecka. Wybór drzwi jest zazwyczaj przypadkowy. Jeżeli trafią do osoby, która pracuje w szkole specjalnej z językiem migowym, będzie szykować dziecko na ucznia takiej placówki. Jeżeli w poradni będzie pracować osoba, która zna np. metodę audytywno-werbalną, dziecko rozpocznie naukę mowy.

Dzieci wolne i niezależne

– Mama powtarzała, że jak się lubi swoją pracę, wyżyje się nawet z robienia guzików. Po raz pierwszy usłyszałam te słowa, gdy jako licealna prymuska mogłam wybrać kierunek studiów. Duże było zdziwienie w rodzinie i sąsiedztwie, kiedy powiedziałam: „Idę na pedagogikę”, bo mając takie możliwości, powinnam była ich zdaniem rozpocząć studia medyczne albo prawnicze.

Mama pracowała w sklepie tekstylnym we Lwówku Śląskim, dokąd przesiedlono ją z rodziną, gdy miała 12 lat, z Czyszek pod Lwowem. Całe miasteczko chodziło do pani Stasi po ścierki, obrusy i nici. Po jej śmierci dowiedziałam się, że też po radę albo drobną pożyczkę. Miała 64 lata, kiedy w Polsce przyjęto wolnorynkowy program gospodarczy Leszka Balcerowicza, więc moja mama kupiła ten sklep, który inaczej najpewniej by zamknięto, i zaczęła go prowadzić na własny rachunek. Myślę tak samo: jeśli weszło się w jakąś pracę czy działalność, nie można tego zostawić. Ale trzeba mieć satysfakcję. I ja ją mam, dlatego uczę głuche dzieci mówić od czterech dekad.

Przy każdym nowym dziecku mówię rodzicom: „Cel mamy taki: ono ma mówić, bo to pozwoli mu pójść do szkoły masowej”. Potem, zależnie od postępów dziecka, tonuję ambicje. Lepiej jednak spadać z wysokiego konia, niż zamykać się w stereotypach na temat możliwości niesłyszących osób. Świat przecież nie miga, ale czyta, pisze, słucha i mówi, więc najlepszą protezą dla głuchego człowieka jest pismo. Gdy nie zrozumie, doczyta. Jak jego nie zrozumieją, napisze.

Moje dzieci mają stać się w dorosłym życiu wolne i niezależne. To jest dla mnie najważniejszy cel w terapii słuchu i mowy. Opanowanie języka mówionego daje im na to szansę.

Przerwa w ćwiczeniach nie istnieje

Trzy lata – to minimalny czas, na jaki matka dziecka powinna zrezygnować z pracy, by rehabilitować je metodą audytywno-werbalną.

Na ziemiach polskich pierwszy uczył jej jednak mężczyzna – Jan Siestrzyński, lekarz i pedagog, który pracował w Instytucie Głuchoniemych w Warszawie, założonym w 1817 r. przez ks. Jakuba Falkowskiego. To pierwsza na ziemiach polskich szkoła dla głuchych. Tyle że od początku językiem komunikacji było tam przede wszystkim miganie, tymczasem Siestrzyński uważał, że ważniejsza powinna być nauka mowy (poznał ją, zwiedzając szkoły dla głuchych we Francji i w Niemczech). Skonfliktowany z  ks. Falkowskim, odszedł z instytutu po kilku latach, a wiedzę na temat nauki mowy zawarł w poradniku Teorya i Mechanizm Mowy z zastosowaniem do Nauki czytania dla wszystkich, a do Nauki Wymawiania dla Głuchoniemych dzieci… Dzieło istnieje wyłącznie w rękopisie. W XX w. metodę opracowali na nowo i praktykowali m.in. Warren Estabrooks i Antony van Uden.

Od nich uczyła się Lempart. Z rękopisu Siestrzyńskiego, który przeczytała na początku pracy w 1983 r., zapamiętała przede wszystkim jedno zdanie:

„Jeżeli dziecko jest tylko głuche, trzeba je tylko nauczyć mówić”.

Od tego rozpoczyna pierwszą rozmowę z rodzicami, tłumacząc, że metoda jest trudna dla dziecka i wymagająca żelaznej konsekwencji od rodziców, ale cel, który sobie stawiają, wart jest tego wysiłku.

Tylko dlaczego pracę musi zostawić matka, nie ojciec? Bo wśród kobiet, jak pokazuje jej wieloletnie doświadczenie, częściej niż wśród ojców zdarzają się osoby, które nie stracą cierpliwości, poruszając się po kole wciąż tych samych ćwiczeń i zachowań, wierząc, że za którymś razem coś zaskoczy i dziecko odpowie. Przez trzy lata praca jest najbardziej intensywna i rozłożona na cały dzień, więc matka nie ma szans pogodzić jej z obowiązkami zawodowymi.

Jak spłacimy kredyt z jednej pensji?”, „Mam przerwać studia?”, „Gdzie znajdę kiedyś pracę?”… Kiedy pada pytanie: „Co by pani zrobiła na naszym miejscu?”, Lempart odpowiada spokojnie: „Przez trzy lata jadłabym suchy chleb, popijając mlekiem, żeby później mogło być już tylko lepiej”.

Ojciec dziecka też jest potrzebny. Bo o ile aparat słuchowy i procesor mowy są refundowane, rehabilitacja już nie. Poza tym mężczyzna ma zapewnić matce zmianę, kiedy ta przechodzi kryzys i traci wiarę w wykonywanie kolejny dzień tego samego ćwiczenia, bez widocznego efektu. Wreszcie: ma interesować się zajęciami, by nie denerwować matki pytaniami w rodzaju: „Robisz to samo już pół roku, a ono dalej nie mówi”. Samotnym rodzicom wsparcia muszą udzielić dalsza rodzina, przyjaciele albo asystent społeczny.

Przerwa w ćwiczeniach nie istnieje. Wakacje są tylko w sierpniu – przez tydzień można nie ćwiczyć (jest też pozwolenie na przerwę w Wigilię), ale dopiero po powrocie z turnusu rehabilitacyjnego. Ojcowie mają przywieźć matkę z dzieckiem na turnus i wrócić na ostatnie trzy dni. Zasady ich udziału obowiązują także po rozwodzie rodziców – oboje pozostają odpowiedzialni za powodzenie terapii do jej zakończenia.

Kiedy z grubsza są już omówione zasady funkcjonowania, a dziecku dopasowano aparat słuchowy, przychodzi czas na konkretny plan.

Akcent, rytm, melodia

– Z niemowlakiem przytulonym do piersi i brzucha mama wykonuje kilka kroków w rytm trzech pierwszych słów kołysanki: „Siała baba mak”. Zatrzymuje się. Na jak długo? Tyle, żeby policzyć w głowie: „Raz, dwa, trzy”. I znowu: „Nie wiedziała jak”. Raz, dwa, trzy… Taniec ma trwać najwyżej dziewięć minut. Potem mózg niemowlaka traci koncentrację. Nigdy nie chodzimy po kole. Robimy to przynajmniej dwa razy dziennie. Kilka sekund ciszy jest po to, żeby ośrodki słuchowe w mózgu nauczyły się rozróżniania dźwięku i ciszy.

Zbiór wierszy ma być zamknięty, byle w kółko nie recytować tego samego. Kluczowe w tworzeniu bazy do rozumienia mowy są akcent, rytm, melodia – czyli elementy prozodyczne mowy. A bazą do rozumienia języka polskiego są samogłoski, dlatego trzeba je wymawiać wyraźnie. Najlepszą prozodię mają Pan Tadeusz i modlitwy. Miałam mamę, która rehabilitując syna, nauczyła się na pamięć czterech ksiąg epopei Mickiewicza. Kuba ma dzisiaj piękną melodię głosu. Kto nie wie, nie domyśli się, że jego audiogram dawał jedną informację: „Brak odpowiedzi z pnia mózgu”.

W domach dzieci niesłyszących musi być cicho, bo dźwięk podwójnie przetworzony elektronicznie (przez odbiornik i przez aparat) jest dla niesłyszącego dziecka z aparatem słuchowym metalicznym bełkotem. Jeżeli na dodatek głośnym – sprawia mu ból. Może być włączone radio, zwłaszcza takie, które nadaje muzykę różnych gatunków, a prowadzący potrafią mówić bez pośpiechu.

Mowa jest ruchem. Życie – podobnie. Myślenie – tak samo. W naszych gabinetach są więc nie tylko biurka do pracy, ale też materace do ćwiczeń, a w głównej sali stoi moje pianino – mama kupiła mi je, kiedy miałam sześć lat. Grałam na nim od pierwszych zajęć, które nazwałam grupowym treningiem słuchowym, a jeden z moich znajomych, złośliwie, „hopsaniem”. Bo czy „poważna nauka” może polegać na skakaniu w rytm muzyki? Albo turlaniu się z rodzicami? Ale jeżeli to pomaga w pracy nad mózgiem, dlaczego nie?

Równie niepoważnie wygląda wygrywanie amatorskich etiud muzycznych na instrumentach z pasma mowy języka polskiego – czyli w częstotliwości od 500 do 4000 Hz. Gra powinna trwać od pięciu do siedmiu minut. Schemat ten sam: pudełko akustyczne, kołatka, flet, trójkąt, dzwoneczki  – po każdym uderzeniu moment ciszy. Różne rytmy, kolejność instrumentów zmieniana, żeby nie wpadać w rutynę, ale zakodować schemat komunikacyjny: słowo, cisza, słowo, bo tak wygląda dialog.

Kluczowa jest przerwa, kiedy sygnał dźwiękowy odebrany przez aparat krąży po mózgu. Ten nie wie, co z nim zrobić, ale za którymś razem – 60.? 120.? 420.? – kora mózgowa sygnał złapie, zdekoduje i zapisze. Najmniejsze dzieci po prostu muszą słuchać i myśleć. Starsze mają już szansę się włączyć – powtórzyć albo odpowiedzieć.

Proste, prawda? Ale ćwiczenia metody audytywno-werbalnej trzeba wykonać tyle razy, ile jest dni w miesiącu. Dwa razy w ORaToR-ze, w pozostałe dni w domu. Praca jest nudna, jak tylko nieatrakcyjne może być powtarzanie w kółko tych samych czynności, ale musi iść równo. Rytm: „Dziś poćwiczymy pięć godzin, a jutro przerwa” – to strata czasu. W terapii audytywno-werbalnej nie ma na co czekać! Do 13. miesiąca życia mózg jest najbardziej plastyczny, dlatego wcześnie rozpoczęta terapia daje szansę nauczenia się w przyszłości np. abstrakcyjnego myślenia czy języka obcego.

Celem terapii jest zakodowanie struktury języka – gramatyki, melodii, akcentu. Nie uczymy słownictwa – dziecko przyswoi je samo w przedszkolu, szkole i w domu (jeśli czyta się tam książki). Praca jest trudna jak odchudzanie albo jak małżeństwo. Wszyscy przecież wiemy, jak zdrowo się odżywiać i jak dbać o związek, ale komu to łatwo przychodzi?

Fizyka – nie, filozofia – nie…

Pięć lat – tyle Lidii Lempart zajęło uwalnianie się od sposobu, w jaki przedstawiano terapię mowy dzieci niepełnosprawnych na studiach podczas zajęć z pedagogiki specjalnej.

W 1981 r. odebrała telefon od koleżanki, z którą studiowała na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziewczyna została logopedką i pracowała w dolnośląskim oddziale Polskiego Związku Głuchych. Lidia w tym czasie uczyła historii w szkole podstawowej w Bolesławcu, dokąd wyprowadziła się z mężem, i wychowywała roczną Martę (dziś znaną aktywistkę i inicjatorkę Ogólnopolskiego Strajku Kobiet).

Nie zorganizowałabyś punktu logopedycznego w  Bolesławcu?  – zapytała. – Niesłyszące dzieci z tamtego regionu nie musiałyby dojeżdżać 120 km do Wrocławia”.

„Ela, po co? Przecież głuchy nie nauczy się mówić”  – odpowiedziała. Odmówiła trzy razy. Na zmianę planów namówił ją ojciec. Podczas pierwszej wizyty u Elżbiety patrzyła na małe dziecko, które krzycząc, biegało po sali. Aparaty słuchowe miało przywiązane bandażami, bo je ustawicznie zrywało. Po zajęciach wykrztusiła tylko: „Ela, to naprawdę nie dla mnie”.

„Chociaż spróbuj” – usłyszała od ojca (pracownika banku, wojennego uciekiniera z Wołynia), który jej i dwóm synom zawsze wysoko stawiał poprzeczkę. Propozycję ostatecznie przyjęła. Z podręczników do surdologopedii, który czytała podczas studiów podyplomowych na UMCS w Lublinie, wynikało, że: muzyka – nie, fizyka – nie, filozofia – nie, abstrakcyjne myślenie – nie… Partykuł było wiele. Podręczniki nie pisały o niesłyszących dzieciach, które nauczyły się mówić, choć żyły już takie, np. w Holandii czy w Niemczech. Ją uczono, że głuche dziecko jest w stanie posługiwać się jedynie prostymi zdaniami i ma się uczyć języka migowego.

Na pierwszym turnusie rehabilitacyjnym, jak wszyscy rodzice i  inni nauczyciele, Lidia Lempart niemal wrzeszczała, szeroko otwierając usta: „To jest łyżka!”, „Teraz jemy!”. Z piaskownic dobiegały komendy: „Łopatka! Powtórz: łopatka!”. I tak w kółko. Umieszczając etykiety pod przedmiotami w pokojach i salach zajęć, była przekonana, że to jedyna droga uczenia dziecka niesłyszącego podstawowych pojęć. Poza tym trzeba dużo do niego mówić, opowiadać, opisywać. Fachowo nazywano to „kąpielami słownymi”.

Szkoła z internatem, do której trafiają dzieci niesłyszące od razu po przedszkolu, wydawała jej się rozwiązaniem trafionym do momentu, kiedy odwiedziła jedną z nich. Oglądając salę z pierwszymi komputerami, zapytała dyrektorkę: „A gdzie są łazienki?”. Kilka natrysków umieszczonych nad betonową podłogą i bez parawanów skojarzyło się jej z obrazem łaźni w Auschwitz. Żadnej intymności, za to duże pole do nadużyć. Zaczęła się zastanawiać, czy w internacie, gdzie mieszkają dzieci od siódmego roku życia do dorosłości, może pojawić się przemoc. Nie powinna, przecież nauczyciele są oddani uczniom, mają oczy dookoła głowy. Ale w zakładzie karnym (przez pół roku po studiach praktykowała w jednym z nich we Wrocławiu jako resocjalizantka), gdzie kontrola jest o wiele bardziej restrykcyjna, a kadra ma znakomite doświadczenie, też jest przemoc. Jak więc miałaby się nie pojawić w internacie?

W Bolesławcu, jako surdologopeda, otrzymała gabinet w ośrodku zdrowia, biały fartuch z wizytówką na agrafce. Jej przełożoną była lekarka ze Związku Głuchych we Wrocławiu. W terapii uczestniczyło tylko dziecko, rodzice czekali za drzwiami. Jej córka Marta miała dwa lata, kiedy po kolejnej lekcji z Tomkiem, Kasią czy Agnieszką Lidia Lempart pomyślała, że żadne z nich niczym, poza brakiem mowy, nie różni się od jej rozgadanej córki. Są inteligentni. Wzrok przykuwał żar w oczach, z jakim podchodzili do kolejnych ćwiczeń. Na studia pójdzie jednak tylko jej córka. Niesłyszące dzieci, jak przyjęło się uważać, miały szyć kapcie i rękawice w zakładach pracy chronionej.

Dziecko uczy się dla rodziców

– Małgosia Strobel na początku terapii przed każdymi zajęciami przywierała całym ciałem do wykładziny. Miała najwyżej trzy lata, wrzeszczała, ile sił w płucach. Gdy się widzi głuche dzieci w takiej furii, a nie jest to sporadyczne zjawisko, łatwo pomyśleć: „One są niezrównoważone albo upośledzone”. Nic bardziej mylnego. Wyobraźmy sobie, że nie umiemy mówić. Z aparatów zausznych dociera do nas strumień różnych dźwięków o metalicznym pogłosie, z którego nic nie rozumiemy. Niby uczymy się języka, ale nauka przychodzi z oporami. Jest próbą wytrwałości skrojoną na dorosłego, nie na dziecko ze żłobka. I jak tu się nie wściekać?

A jak sprytnie można rozgrywać rodzinę? Szantażować wrzaskiem, kiedy chce się otrzymać kolejny prezent albo chociaż pączka w sklepie? Lekcja? Jaka lekcja? Pierwsze zajęcia wyglądają czasami tak, że siedzę z rodzicami przy biurku i czekam, aż dziecko zmęczy się gonieniem po sali. Nie zliczę, ile razy widziałam, jak dziecko uderza mamę lub tatę. Dzieci niepełnosprawne usiłują przejąć kontrolę nad dorosłymi, jeśli czują ich niepewność i słabość. Wielu niepełnosprawnych jest więc postrzeganych jako roszczeniowych i bezczelnych, bo co prawda nieźle się ich rehabilituje, jednak nie zawsze wychowuje.

Rodzice Małgosi, którzy na moje zajęcia w Bolesławcu przyjechali z Wrocławia, patrzyli wielkimi oczami na salę w domu kultury, z pianinem i dywanem, gdzie prowadziłam zajęcia z logorytmiki. Wszystkie dzieci miały aparaty zauszne. Nikt nie wrzeszczał. Z głosów najbardziej donośny był mój, kiedy mówiłam: „Wchodzimy do czerwonego trójkąta”. I dzieci wchodziły. Albo: „Kładziemy się w zielonym kole”. I się kładły. Zapytane, każde odpowiadało, choćby niewyraźnie. Na pytanie, dlaczego rodzice uczestniczą w zajęciach grupowych, wyjaśniłam, że nie wierzę w skuteczność terapii bez rodziców, bo dziecko nigdy nie uczy się dla siebie, ale dla najbliższych. Musi czuć na sobie ich skupioną uwagę. Tych z kolei ma dopingować poziom rehabilitacji innych dzieci – mają uwierzyć, że są zdolni osiągnąć ze swoim podobne efekty.

Czytaj także

Robić swoje

Nie zamierzałam robić rewolucji. Chciałam jedynie zaradzić paru problemom tu i teraz, np. żeby moje niesłyszące dzieci, kiedy dorosną, potrafiły samodzielnie kupić chleb czy załatwić sprawę w gazowni. Żeby nie czuły się poniżane, bo to jest poniżające – być inteligentnym i nic nie rozumieć.

Szybko się przekonałam, że to, czego uczą mnie na studiach, jest nieskuteczne, więc zaczęłam czytać książki o mózgu – każdą w taki sposób, by dowiedzieć się czegoś o mózgu dziecka obciążonego wadą słuchu. Z książek holenderskich i niemieckich terapeutów dowiedziałam, że przynajmniej połowa niesłyszących dzieci jest w stanie nauczyć się mówić i mogłaby pójść do szkoły masowej, mieszkając z rodziną do pełnoletności. Młody człowiek dorastałby w przyjaznym otoczeniu, nie rozbijalibyśmy rodziny, można byłoby obniżyć koszt utrzymania szkół dla głuchych i niedosłyszących z internatem (obecnie to prawie 3 tys. zł na ucznia miesięcznie).

Byłam pewna, że jeżeli mózg dziecka jest sprawny, a ono od maleńkości ma protezę ucha w postaci właściwie dobranego aparatu słuchowego lub implantu ślimakowego, to może wszystko. To stereotypy powodują, że niesłyszące dzieci, które spełniają normę intelektualną, nie osiągają tyle, ile by mogły.

100 – tyle słów rozumie niesłyszący, jeśli wymawia 25 wyrazów. Rozumienie 1000 słów przekłada się na posługiwanie blisko 250. Kiedy w jego głowie jest ich 10 tys., używa 2,5 tys. Itd. Proporcja jak cztery do jednego. Szansa, by w ogóle tę naukę rozpocząć – jedna.

Kup numer