Lidia Lempart, fot. Agencja Gazeta
Anna Mateja maj 2021

Nie planowałam rewolucji

„Najważniejsze w życiu są wolność i miłość” – deklaruje Lidia Lempart, terapeutka słuchu i mowy, która od 40 lat uczy mówić niesłyszące dzieci.

Artykuł z numeru

Za wyborem i życiem

Czytaj także

Wikipedia commons

z Adamem Bodnarem rozmawia Andrzej Brzeziecki

Robić swoje

Mózg niemowlaka waży 350 g. Gdy dorośnie, zwiększy masę o kilogram, a liczba tworzących go neuronów, czyli komórek nerwowych, może zbliżyć się do 100 mld. Neuron wygląda jak wyjęta z herbarium roślina – wydaje się, że ma korzenie, łodygę i płatki. Długa łodyga to akson. Wypustki, rozgałęzione niczym korzenie i płatki, to dendryty przewodzące impulsy do ciała komórki nerwowej. Specyficzna budowa neuronów jest kluczem do rozwoju mózgu człowieka, bo dzięki tej właściwości możliwe jest wytwarzanie niezliczonej ilości połączeń między komórkami nerwowymi.

Klucz jest jak znalazł, kiedy rodzi się dziecko niesłyszące, w którego mózgu doszło do uszkodzenia szlaku nerwowego przekazującego usłyszane dźwięki do kory mózgowej. Impulsy z płata skroniowego kory – silnie pofałdowanej warstwy substancji szarej, która otula istotę białą mózgu – gdzie neurony analizują bodźce słuchowe i odpowiadają za rozumienie mowy, nie przedostają się do płata czołowego kory, co uruchomiłoby neurony odpowiedzialne m.in. za myślenie, pamięć, ekspresję mowy.

Lidia Lempart uważa, że mowa jest w mózgu, nie w uchu, więc trzeba odczepić się od ucha, a skupić na neuronach.

Niewielkiego wzrostu osoba, o kręconych czarnych włosach, mówi dużo i energicznie, siedząc w małym pokoju za kuchnią, w siedzibie Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci z Wadą Słuchu ORaToR we Wrocławiu. Założyła je 1992 r. z Henrykiem Stroblem i grupą rodziców niesłyszących dzieci. Pokój za kuchnią to najmniejsze pomieszczenie mieszkania w dawnej kamienicy niemieckiego patrycjatu. Na pozostałych 200 m2 urządzono gabinety do pracy.

Ściany pokoju wypełniają zdjęcia. Jest Kuba, który w wieku pięciu lat w skali bezsłownej rozwiązywał próby psychologiczne na poziomie ośmiolatka, więc Lempart powiedziała jego mamie: „Pani Doroto, niech pani tu już nie przychodzi, bo terapia nie może polegać na tym, że za wszelką cenę staram się znaleźć jakiś jego błąd…”. Jest Agnieszka, która została architektem i pracuje w biurze projektowym w Wiedniu, bo wyszła za mąż za Austriaka. Są Małgosia, Tomek, Adaś, Kasia… Ściany pną się wysoko, ale i tak nie pomieściłyby kilkuset fotografii podopiecznych Lidii Lempart i jej terapeutów, dzięki którym nauczyli się mówić. Nauka języka każdego z nich rozpoczęła się właśnie tam – podczas pierwszej rozmowy Lempart z rodzicami – w małym pokoju za kuchnią, do którego wchodzi się przez sekretariat, a przez okno widać odrapane tylne ściany sąsiednich kamienic.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Rachunki na całkach

– Proszę włożyć stopery do uszu i mnie posłuchać. Nic nie słychać? Proszę spróbować czytać z ruchu moich ust, mówię przecież z dobrą dykcją, nie za szybko. Jeśli trzeba, mogę coś napisać na tablicy. I tak trudno zrozumieć o czym mówię? W porządku, to było do udowodnienia.

Tak właśnie czują się głuche dzieci w  świecie, w którym najważniejsze są mowa i myślenie językowe. Dwie umiejętności, które są podstawą człowieczeństwa i odróżniają nasz gatunek od innych, też inteligentnych, ssaków naczelnych, zostały im zabrane. Nierehabilitowane, stają się wtórnie upośledzone. U wielu z nich norma intelektualna jest przecież nie niższa niż u dzieci słyszących. Ale ich potencjał się zmarnuje, jeśli nie poznają języka, a co za tym idzie, mówienia, czytania, myślenia…

Dla dziecka niesłyszącego, które ma protezę ucha – aparat słuchowy albo wszczepiony implant ślimakowy – nauka języka jest trudna, niczym dla dorosłych opanowanie rachunku z wykorzystaniem całek. Kto zapomniał, przypomnę: to część analizy matematycznej, która staje się dostępna po opanowaniu rachunku różniczkowego, a jeszcze wcześniej działań na pochodnych. Proteza nie działa jak włącznik prądu – nie wystarczy zainstalować, by popłynęły impulsy z części skroniowej kory mózgowej (słuchanie) do części potylicznej (ekspresja mowy), bo u głuchych dzieci te impulsy nie znajdują naturalnej drogi. Mowy trzeba się nauczyć, czyli wykorzystując możliwości mózgu, stworzyć nowe szlaki przechodzenia impulsów.

Bez instrukcji

Trzeci miesiąc życia – wtedy najpóźniej dziecko powinno mieć założony aparat słuchowy. W chwilach desperacji Lempart złości się jednak i rzuca pytaniem: „Po co mamy wczesne wykrywanie?”. I sama sobie odpowiada: „Żebyśmy mogli dłużej płakać”.

Czytaj także

Robić swoje

W ciągu prawie 30 lat istnienia ORaToR-a, gdzie co roku rozpoczyna terapię nawet 40 dzieci, zaledwie dwa razy rodzice przynieśli niemowlaka z zainstalowanym w trzecim miesiącu życia aparatem. Pozostali, kiedy słyszą, że czekając na ostateczną diagnozę, mogli już dawno założyć dziecku aparat i rozpocząć rehabilitację, zaczynają szukać chusteczek… Pojawiają się też rodzice, którzy stoją w przedpokoju i patrzą, jak dzieci same organizują sobie zabawę, jak każde walczy, żeby mówić, choćby nieporadnie. Patrzą i już wiedzą, że zupełnie bez swojej winy zrobili coś nie tak, nawet jeśli ich dziecko ma wszczepiony do ucha implant i od paru lat chodzi trzy razy w tygodniu na zajęcia. Tyle że posługuje się 50 słowami, a za pasem piąte urodziny.

Od 2002 r. wszystkie noworodki w Polsce są badane pod kątem ewentualnych wad słuchu. Wśród 1000 noworodków dziewięć ją ma, z czego sześć jest niesłyszących. Wczesna diagnoza pozwoliłaby rozpocząć natychmiastową rehabilitację, ale najpierw trzeba byłoby poinformować rodziców (i to od razu w szpitalu), jak mogą pomóc swojemu dziecku. Ponieważ ci nie otrzymują wyraźnych instrukcji, próbują znaleźć wyjście samodzielnie, nierzadko po omacku.

Wykonują badania – niektóre zlecane przez lekarza, inne na własną rękę. Szukają wsparcia u kolejnych specjalistów, po cichu licząc na to, że diagnoza o wadzie słuchu była nietrafiona. Przypominają zdezorientowanych petentów, stojących w przedpokoju, w którym jest kilkoro drzwi. Za każdymi siedzą fachowcy, ale każdy z nich inaczej pokieruje życiem ich niesłyszącego dziecka. Wybór drzwi jest zazwyczaj przypadkowy. Jeżeli trafią do osoby, która pracuje w szkole specjalnej z językiem migowym, będzie szykować dziecko na ucznia takiej placówki. Jeżeli w poradni będzie pracować osoba, która zna np. metodę audytywno-werbalną, dziecko rozpocznie naukę mowy.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer