Aniela Urbanowiczowa z Jerzym Turowiczem i br. Rogerem Schutzem. Fot. Andrzej Polec
Anna Mateja październik 2021

Dobry adres

„Nie mam talentów. Umiem stworzyć dom” – twierdziła Aniela Urbanowiczowa, w której warszawskim mieszkaniu powstał pomysł powołania do życia Klubów Inteligencji Katolickiej, i gdzie regularnie zatrzymywali się redaktorzy „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

W 1821 r. urodził się Henryk Reicher – żydowski przedsiębiorca, który budował Sosnowiec. Dwieście lat później, we wrześniu 2021 r., jego praprawnuczka Dorota Woyke-Polec, graficzka i ilustratorka książek, otworzyła w Sosnowieckim Centrum Sztuki – Zamek Sielecki wystawę o losach jego dziesięciorga dzieci i ich potomków. W gęsto rozgałęzionym drzewie rodziny założonej przez Henryka i jego żonę Eleonorę są m.in. Edward Reicher (syn), kolekcjoner polskiego malarstwa, i jego zięć Henryk Grossman, ekonomista, pomysłodawca idei Narodowego Spisu Powszechnego; Michał Reicher (wnuk), lekarz i naukowiec, a cenionego do dzisiaj podręcznika anatomii; Mieczysław Treter (mąż wnuczki) – historyk sztuki, kustosz galerii Lubomirskich w Ossolineum we Lwowie; Zofia Reicher- -Fitelberg (wnuczka) – wybitna okulistka, żona kompozytora Grzegorza Fitelberga; Ignacy Bendetson (zięć) – chemik, działacz Polskiej Macierzy Szkolnej i dziadek plutonowego Jana Bendetsona z powstańczego batalionu „Kiliński”…, itd.

Sosnowiec zawdzięcza Reicherom rozwój i uzyskanie praw miejskich. Polska nauka, kultura, gospodarka i historia – niezliczone zasługi, których opisanie czeka na swojego autora. Środowisko „Tygodnika Powszechnego” i Znaku ma do zawdzięczenia Reicherom Anielę Urbanowiczową – wnuczkę Henryka Reichera, współzałożycielkę warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, zaangażowaną w działania ekumeniczne i dialog polsko-niemiecki. We wspomnieniach redaktorek i redaktorów pozostało jeszcze „mieszkanie Urbanowiczowej przy Nowym Świecie” – adres pani Anieli, który był środowiskową „metą” w stolicy od 1956 r. przez kolejne cztery dekady.

Dom przy Kolejowej

Henryk Reicher, kiedy przyjechał do Sosnowca, miał 38 lat. Był 1859 r. – w linii Kolei Warszawsko- -Wiedeńskiej właśnie połączono miejscowość Ząbkowice (dziś dzielnica Dąbrowy Górniczej) z wsią Maczki (obecnie dzielnica Sosnowca), skąd z Imperium Rosyjskiego można było dojechać koleją do Katowic w Królestwie Prus. W tym samym roku przedsiębiorcy urodziło się czwarte dziecko, a drugi syn – Stanisław, późniejszy ojciec Anieli.

Licząca ponad 300 km linia kolejowa, najdłuższa z projektowanych wówczas w Europie, na tym odcinku przebiegała w bliskim sąsiedztwie Cesarstwa Austrii, którego terytorium rozpoczynało się po drugiej stronie granicznej Białej Przemszy. W ten sposób wieś Sosnowiec położona w szczerym polu, ale w bliskim sąsiedztwie trzech granic nabrała znaczenia strategicznego dla handlu i przemysłu. Henryk Reicher, którego w dokumencie ślubnym z 1851 r. określano zaledwie subiektem kupieckim, dzięki stworzonej przez siebie rodzinnej firmie spedycyjnej Reicher & Co zgromadził imponujący majątek. Stanisław Reicher w 1883 r. założył ze wspólnikami pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę parafiny i cerezyny „Radocha”, gdzie produkowano m.in. świece do oświetlania wagonów kolejowych. Posiadane udziały Towarzystwa Górniczo-Przemysłowego „Saturn” czyniły go współzałożycielem kopalń Saturn i Jowisz oraz cementowni.

Wspomnienie majątku Reicherów pojawiało się czasami na korytarzach warszawskiego KIK-u przy Kopernika w postaci z cicha pęk rzuconej uwagi pani Urbanowiczowej: „Mój ojciec miał połowę Sosnowca, a księgowość tego wszystkiego nie była tak skomplikowana…”.

Operacje finansowe spółki Libella, wydawcy miesięcznika „Więź”, dalekie były bowiem od zasad zarządzania przedsiębiorstwami opartymi o zysk. Podlegały przecież kontroli służb skarbowych kraju, który z trudem tolerował istnienie niepaństwowych podmiotów gospodarczych.

Pierwsze wspomnienie pani Anieli, urodzonej w 1899 r., najmłodszego z pięciorga dzieci wychowywanych przez Stanisława i Marię z domu Perlmutter, pochodzi z rewolucyjnego roku 1905: z okna jadalni domu przy ul. Kolejowej widzi Kozaków szarżujących na protestujących robotników. Jej brat Michał, później ceniony lekarz, zaangażowany w działalność tajnej organizacji uczniowskiej, redaguje z grupą młodocianych konspiratorów petycję, żądając m.in. prowadzenia nauki w języku polskim. Rodzice, znani z wypisywania hojnych czeków na szpital żydowski czy fundusz otwarcia szkoły Talmud Tory w Sosnowcu, nie odwodzą syna od ryzykownych zaangażowań. I płacą za nie, gdy Michał za udział w powstaniu petycji zostaje usunięty ze szkoły z „wilczym biletem”.

Dom przy Klonowej

W 1914 r. na krakowskich Błoniach przy ul. Oleandry Aniela Reicherówna pomagała przy ekwipowaniu strzelców I Kompanii Kadrowej, którzy 6 sierpnia wyruszyli ku granicy Imperium Rosyjskiego. Rodzina podchodziła sceptycznie do jej opowieści o Piłsudskim i jego wojsku, ale ona pozostała wierna ówczesnej fascynacji na wiele lat. Po wojnie, już jako studentka przyrody na Uniwersytecie Warszawskim, zwróciła uwagę na zdolnego prawnika na wysokim stanowisku w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, poznanego na lekcjach tańca, dopiero wówczas, gdy powiedział: „Poznałem teraz nadzwyczajnych ludzi – piłsudczyków”. Starszy od Anieli o osiem lat Stefan Urbanowicz pracował nad nowym podziałem administracyjnym kraju, scalając terytoria znajdujące się przez ponad wiek w trzech odmiennych systemach państwowych.

Od października 1931 r. do stycznia 1932 r. Urbanowicz – już jako prawnik pracujący poza aparatem urzędniczym – będzie bronił przed tym samym Piłsudskim i obozem jego zwolenników przywódców opozycji politycznej: Władysława Kiernika i Wincentego Witosa, działaczy PSL „Piast”, oskarżonych z innymi politykami Centrolewu w tzw. procesie brzeskim. O więzieniu dla opozycjonistów w Brześciu Aniela próbowała rozmawiać na jednym z wykwintnych przyjęć ze znajomymi na długo przed procesem. Zakrzyczeli ją, że takie praktyki wobec opozycji politycznej są w Polsce po prostu niemożliwe…

Aniela – od kwietnia 1921 r. żona Urbanowicza – w czasie procesu brzeskiego była już matką dwóch córek: Haliny urodzonej w 1922 r. i cztery lata młodszej Ewy (studia przerwała, bo nie wyobrażała sobie, że „mogłaby nie być z rodziną podczas obiadu”). Prowadziła długie rozmowy z Bohdanem Pniewskim – utalentowanym i modnym architektem polskiego modernizmu, autorem m.in. projektu kolonii urzędniczej na Żoliborzu czy budynku sądów na Lesznie – na temat kształtu i wyposażenia wnętrza willi, którą ten miał zaprojektować dla Urbanowiczów przy Klonowej. Za sprawą talentów towarzyskich Anieli dom, do którego rodzina wprowadziła się w grudniu 1934 r., stał się jednym z najlepszych adresów stolicy. Pozbawione trosk życie pani domu nie zaspokajało jednak jej ambicji, bo Urbanowiczowa zaangażowała się w działalność Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Organizowała kwesty na utrzymanie „Ogniska” – wiciowej bursy, ale też przyjmowała na obiadach przy rodzinnym stole biedniejszych uczniów i studentów.

Latem 1939 r. w domu Urbanowiczów w Juracie pojawili się ich najlepsi przyjaciele, m.in. Maria i Jerzy Kuncewiczowie, Zofia Szymanowska (później Chądzyńska, tłumaczka literatury iberoamerykańskiej), Władysław Raczkiewicz (w październiku zostanie pierwszym prezydentem RP na uchodźstwie), Bolesława i Maciej Ratajowie (marszałek Sejmu w latach 1922–1928, zostanie rozstrzelany w Palmirach w czerwcu 1940 r.), Bohdan Tomaszewski (tenisista, po wojnie komentator sportowy), Stefania i Julian Tuwimowie, gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (za kilka tygodni stworzy w Warszawie Związek Walki Zbrojnej, poprzedniczkę AK), Kazimierz Wierzyński, Aleksander Zelwerowicz.

Większość z nich po wybuchu wojny znalazła się na emigracji. Urbanowiczowie nie wyjechali tylko dlatego, że choć opuścili stolicę, nie potrafili się zdecydować na przekroczenie granicy… Za wahania i powrót do domu w listopadzie 1939 r. zapłacili wysoką cenę. Stefan, aresztowany w ramach walki z polską inteligencją, został zesłany do obozu w Oranienburgu-Sachsenhausen. Zmarł w lipcu 1940 r. Dwa lata później gestapo zatrzyma młodszą córkę Urbanowiczów – 16-letnią Ewę, uczestniczkę Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”, by po torturach wysłać ją do Auschwitz. Dziewczyna umarła tam na tyfus w lutym 1944 r. Jej starsza siostra Halina, zaangażowana w konspirację od początku wojny, w 1943 r. została kierowniczką poczty przy Kwaterze Głównej Szarych Szeregów. Ciężko ranną w pierwszych dniach powstania warszawskiego uratuje Aniela, przenosząc na własnych rękach do kolejnych szpitali.

Do willi przy Klonowej, tak ważnej dla niej przed wojną, wprowadziło się Geheime Feldpolizei – żandarmeria Wehrmachtu – i zajmowało ją do maja 1940 r. Zanim ok. 1943 r. Aniela musiała zmienić papiery na aryjskie i wyprowadzić się z Klonowej pod inny adres, żyła z wynajmowania w niej pokoi. Już tam nie wróciła. Po wojnie, na mocy dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy, willę przejął Skarb Państwa. W domu Urbanowiczów zamieszkał Jakub Berman – szara eminencja pierwszych lat Polski Ludowej.

Dom w Słupsku

Za zrujnowany dom w Juracie pani Urbanowiczowa zamówiła dla siebie i córki po dwie pary pantofli u Kielmana, cenionego w Warszawie szewca. W tych butach weszła w nowe życie.

„Nie miałam ochoty wracać do poprzedniego – powie w połowie lat 80. – Chciałam coś robić”.

Na wyborze powojennej drogi na pewno zaważyło spotkanie podczas okupacji kilku ludzi – m.in. ks. Jana Ziei, kapelana Szarych Szeregów, w których służyły jej córki, i kaznodziei u szarych urszulanek przy Gęstej na Powiślu, gdzie chodziła na msze – oraz lektura pewnej 200-stronicowej broszury. Niecały rok po Wrześniu, gdy jej świat, choć wydawał się przygotowaną na wszelkie burze ostoją, posypał się jak domek z kart, pani Aniela przeczytała Manifeste au service du personnalisme – artykuł Emmanuela Mouniera, głównego myśliciela personalizmu społecznego, opublikowany w numerze „Esprit” z października 1936 r.

Książka, która do dzisiaj nie doczekała się polskiego wydania, na Urbanowiczowej robi wielkie wrażenie. Czyta o  autonomicznej wartości osoby ludzkiej, której nie może przekreślić żadna ideologia ani ustrój, i o wartości wspólnoty, w której najważniejsze są wolność i równość, a jednostka nie jest pozostawiona sama sobie.

Wspólnoty wynikającej z chrześcijaństwa, gdzie wolność jest ściśle powiązana z  odpowiedzialnością, a  więc nie tylko z  prawami, także z  obowiązkami. Mounier krytykuje taki rodzaj demokracji, który co prawda gwarantuje każdemu prawa, ale nie zajmuje się tym, na ile sytuacja ekonomiczna obywateli pozwala im z przyznanych uprawnień korzystać. Jednakowo bezlitośnie rozprawia się z ideologiami totalistycznymi, jak z „demokracją mieszczańską”. Nie oszczędza kapitalizmu. Pisze o  nowym świecie, gdzie nie zysk i  pieniądze będą najważniejsze, ale osoba – bliźni, obraz Boży w człowieku.

Urbanowiczowa , za namową przyjaciela prof. Bogdana Suchodolskiego, filozofa, tłumaczy Manifest w służbie personalizmu na język polski. Powielony w prawie 200 egzemplarzach, jest dyskutowany w konspiracyjnych kołach samokształceniowych, od katolickich po socjalistyczne.

Jeszcze nie ostygły zgliszcza jej spalonego miasta, kiedy Aniela Urbanowiczowa przypomniała ks. Ziei pomysł na swoje nowe życie, przedstawiony mu rok lub dwa lata wcześniej: stworzenie Uniwersytetu Ludowego. I dodaje lokalizację: na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Była akurat we dworze w Ożarowie Mazowieckim, kupionym przez jej ojca na początku wieku (gen. Erich von dem Bach-Zelewski, dowodzący pacyfikacją powstania warszawskiego, przyjął w  nim akt kapitulacji jego dowódców), kiedy w lipcu 1945 r. usłyszy od ks. Ziei, od kilku tygodni pracującego w parafii św. Ottona w Słupsku, że „nie uniwersytet, ale opieka nad matką i dzieckiem”. Wie, że jest do tego nieprzygotowana. Zastawia jednak zegarek oraz parę cennych drobiazgów, „żeby coś zdobyć na sam początek”, i jedzie do niedawnego Stolp, na środkowe Pomorze.

Umiejętności, które przyswoiła jeszcze przed wojną, organizując swoje i rodziny życie na wysokiej stopie, a w czasie okupacji łącząc zabieganie o grosz z chronieniem córek i ich przyjaciół zaangażowanych w konspirację, wykorzystała w tworzeniu domu dla ofiar wojny, którymi, jak opowiadała, były „dziewczyny zesłane do Niemiec i ledwo mówiące po polsku, żołnierki zgwałcone przez żołnierzy wszelkich możliwych armii, kobiety porzucone przez ojców swoich dzieci i pozbawione oparcia w kimkolwiek”. Naturalnie, były też kobiety żyjące z prostytucji i zarażone chorobami wenerycznymi. Irena Krzywicka, pisarka, która odwiedziła wtedy przyjaciółkę w Słupsku, była bardziej dosadna w opisie większości nieślubnych matek: „Podstarzałe, brzydkie, bezzębne, wyschłe albo tonące w sadle. (…) Kto chciał spać z większością tych kobiet?”. Urbanowiczowa, choć rozpoczynała pracę bez jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego, szybko się zorientowała, że wygląd i wiek nie mają żadnego znaczenia, jeśli z gwałtu zrobi się broń. I nawet jeśli się nią nie zabije, to odbierze godność i napiętnuje na lata.

Pierwsze kobiety pojawiły się w trzypokojowym mieszkaniu przy Zamkowej, gdzie Urbanowiczowa otwiera Dom Matki i Dziecka, w październiku 1945 r. Przez ponad dwa następne lata zamieszka tam na krócej lub dłużej prawie 230 matek (ponad 400 kobiet otrzyma pomoc doraźną). Kierowniczka ma kapitalne wyczucie, jak prowadzić taką instytucję. Od początku priorytetem jest nierozdzielanie matki i dziecka. Oraz anonimowość. Urbanowiczowa przyjmuje kobiety z całej Polski, nie oczekując skierowania od instytucji pomocy społecznej – wystarczy list samej zainteresowanej, kogoś z rodziny czy od osoby zaprzyjaźnionej. Dom może się ubiegać o zwrot kosztów pobytu przez rodzinę albo gminę, z której pochodzi matka, ale kierowniczka rezygnuje z tego, jeśli kobieta chce oddać dziecko do adopcji i zatrzeć ślady ciąży w dokumentach. Te, które decydują się na wychowanie dziecka, mogą przebywać w Domu tak długo, aż staną się samodzielne.

Dom zarabiał na siebie tkalnią, zorganizowaną przez Urbanowiczową, gdzie pracowały młode matki, ucząc się przy okazji fachu. Folwark przydzielony Domowi przez lokalne władze dostarczał wszystkie potrzebne produkty, począwszy od mleka.

Emilia Manteuffel, pedagożka i działaczka społeczna, która w 1947 r. przeprowadziła badania ankietowe w 34 tego rodzaju domach w całej Polsce, zarzuciła Urbanowiczowej niewiele, m.in. brak pracownicy prowadzącej pracę wychowawczą z matkami oraz możliwość pozostawiania dzieci pod opieką innych matek na czas organizowania przez nie życia poza Domem. Ponieważ niektóre matki mimo obietnic nie wracały, dzieci, posiadające przecież rodzica, trafiały do domu dziecka zamiast do adopcji. Manteuffel wymienia poza tym szereg zalet instytucji zorganizowanej przez panią Anielę: matki karmią osierocone niemowlęta bezinteresownie (w innych placówkach normą była odpłatność), mieszkanki otrzymują kieszonkowe i swobodnie wychodzą do miasta, wybierają własny samorząd (jako jedyne ze skontrolowanych instytucji), mogą uzupełnić wykształcenie, np. w szkołach wieczorowych. Mimo ciasnoty (dopiero w styczniu 1948 r. Dom przeniósł się do przestronnych i widnych wnętrz przedwojennego sierocińca przy Lelewela) „ubikacje bez żadnego zapachu, łazienki w dobrym stanie”. Z kolei kuchnia nie ma „cech masowych jadłodajni, potrawy mają zapach i smak dobrej kuchni prywatnej”. Dzieci „nie są poodparzane”, a matki „mniej zaniedbane niż w wielu innych Domach” i „przyzwyczajone do codziennego się mycia pod natryskami”.

Dom Matki i Dziecka w Słupsku, prowadzony przez Urbanowiczową, Emilia Manteuffel, jako jedyny, nazwała w  sprawozdaniu wzorcowym, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę „stosunek [personelu] do matek, poziom obcowania i stosunek matek do samotnych niemowląt”. Ze sposobu, w jaki pisała o relacji kierowniczki i reszty personelu z matkami, wynika, że przede wszystkim je szanowano. Wykluczona była „brutalność obcowania”. Nie wydawano poleceń, nie oceniano, nie podnoszono głosu. Uśmiechano się.

Dom przy Nowym Świecie

Listy kobiet poznanych w Słupsku, którym pobyt w Domu stworzonym przez Urbanowiczową, zmienił życie, bo pozwolił uwierzyć w  siebie, pani Aniela otrzymywała jeszcze wiele lat po oddaniu stanowiska kierowniczki w lipcu 1949 r. i powrocie do Warszawy. Dom w dotychczasowej postaci zamknęła polityka. W kraju realnego socjalizmu nie było miejsca na instytucję z kaplicą i mszą czy demokratycznie wybieranym samorządem jej mieszkanek. Nie mógł go uratować nawet premier Józef Cyrankiewicz, bliski znajomy pani Anieli, który pomieszkiwał w willi Urbanowiczów podczas okupacji i gdzie znaleźli schronienie jego teściowie, Antonina i Ludwik Munkowie, ukrywający się na aryjskich papierach.

Ale to dzięki jego inicjatywie pani Aniela otrzymała dwupokojowe mieszkanie przy Nowym Świecie, gdzie w październiku 1956 r. koczują „w permanencji, przez szereg gorących dni” jej nowi znajomi: Antoni Gołubiew, Stanisław Stomma, Jerzy Turowicz i Jacek Woźniakowski. Redaktorzy starali się o reaktywację „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”, zamkniętych przez władze w 1953 r. Pani Aniela, która wiele lat później powie wnuczce Dorocie, że jedyne, co potrafi, to stworzyć dom, zaprosiła ich do siebie, bo u ks. Ziei, gdzie się spotykali, było im „okropnie ciasno”. Przed ludźmi miesięczników „Znak” i „Więź”, „Tygodnika”, Koła Posłów Znak otworzyła też dwór w Ożarowie, którego gen. von dem Bach, choć spalił całe miasto, nie wysadził w powietrze ani nawet nie splądrował. Do 1969 r. będą się tam odbywać nieformalne spotkania środowiska.

Mieszkanie przy Nowym Świecie, gdzie powstał pomysł tworzenia Klubów Inteligencji Katolickiej, stał się pierwszym adresem warszawskiego Klubu. U pani Anieli zamieszkała pierwsza w Polsce mała siostra Jezusa, dzięki której Urbanowiczowa poznała brata Rogera, założyciela Wspólnoty w Taizé i zaprosiła go do Polski. Przy Nowym Świecie odbywały się pierwsze spotkania Sekcji Ekumenicznej warszawskiego KIK-u, utworzonej jeszcze przed II Soborem Watykańskim, z udziałem znajomych duchownych różnych Kościołów. Z Günterem Särchenem, młodym Niemcem z NRD z Akcji Znak Pokuty, który pojawia się pewnego dnia w Klubie, pani Aniela współpracowała przy organizacji pielgrzymek młodzieży niemieckiej do byłych obozów koncentracyjnych w Polsce i letnich obozów polsko- -niemieckich dla młodych Polaków i Niemców.

W KIK-u, gdzie pracowała do 1982 r., była gospodynią miejsca – witała gości, przekazywała informacje, organizowała spotkania, wreszcie – redagowała gazetkę ścienną. Była tak znakomicie robiona, że parafie prosiły o przesyłanie im kopii. W ten sposób po Polsce rozchodziły się informacje, np. o nabożeństwach ekumenicznych w Kodniu, o przekładach ważnych książek (w jej tłumaczeniu ukazały się pozycje Gastona Courtois i o. Jeana Daniélou), o memorandum z Bensberger Kreis z 1968 r. i powstałym wokół tego dokumentu kręgu ludzi, dla których pojednanie polsko-niemieckie nie było frazesem, ale nakazem rozumu i potrzebą serca.

*

Po śmierci Anieli Urbanowiczowej w 1988 r. Józefa Hennelowa przyznała, że kiedy odchodzi człowiek, „który był wielkim darem dla innych”, nie sposób zignorować chęci „obrysowania śladu” po nim. Kolejne pokolenia środowiska, które idzie po śladach pozostawionych m.in. przez wnuczkę kupca, który przyjechał z Częstochowy nad Przemszę, żeby zbudować Sosnowiec, starają się nie tracić ich z oczu.

Wspomniana w tekście wystawa pt. Reicherowie z Sosnowca. Dzieje rodziny kupiecko-przemysłowej przygotowana przez Annę Urgacz-Szczęsną jest prezentowana w Sosnowieckim Centrum Sztuki – Zamek Sielecki w Sosnowcu od 10 września do 23 grudnia 2021 r.

Podczas pisania tekstu korzystałam z następujących materiałów: Droga, zanotowała Magdalena Bajer [zapis wspomnień Anieli Urbanowiczowej], „Tygodnik Powszechny” nr 8/1986, s. 3; Jakub Gałęziowski, Dom Matki i Dziecka w Słupsku w świetle badań Polskiego Instytutu Służby Społecznej. Próba zachowania anonimowości i podmiotowości kobiet i dzieci w powojennym chaosie, „Przegląd Historyczny” z. 4/2018, s. 793–821; Józefa Hennelowa, Obrysować ślad, „Tygodnik Powszechny” nr 50/1988, s. 8; Irena Krzywicka, Trzy wcielenia księdza Pafnucego, w: Teraz się nie umiera, Warszawa 2011, s. 200; Jacek Moskwa, Niewygodny prorok. Biografia ks. Jana Ziei, Kraków 2020; relacja Krzysztofa Śliwińskiego, 2009: http://www.jerzyturowicz.pl/krzysztof-sliwinski/; Jerzy Turowicz, Emmanuel Mounier, wstęp do książki Emmanuel Mounier, Co to jest personalizm? Oraz wybór innych prac, Kraków 1960, s. IX–XXVII; Jerzy Turowicz, Pani Aniela, „Przewodnik Katolicki” nr 15/1989, s. 6; Halina Urbanowicz-Woyke, Klonowa [maszynopis, 2008]; Anna Urgacz-Szczęsna, 10 pierścieni. Dzieje rodu Reicherów [prezentacja komputerowa, 2021]; Dorota Woyke-Polec, Aniela Urbanowicz, z domu Reicher, 18991988 [prezentacja komputerowa, 2021]. 

Kup numer