fot. A. Kozak / Agencja Gazeta
Anna Mateja styczeń 2021

Instrukcja obsługi szalupy

Pewnego dnia zapytano mnie, jaka jest moja misja zawodowa. „Skąd mam wiedzieć?” – odpowiedziałem i zacząłem się zastanawiać nad tym, co mną kieruje, kiedy wybieram takie, a nie inne wyzwania. Ustaliłem, że interesuje mnie szukanie alternatywnych rozwiązań dla ludzi, którzy nie mieszczą się w systemie.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Czytaj także

Anna Mateja

Naiwni wierzą zawsze

Historię o poszukiwaniu misji zawodowej Aureliusz Leżeński – dyplomowany coach i specjalista z zakresu human resources – ma „spakowaną”, czyli gotową do opowiedzenia na wykładach o „wartości i misji”. Jako fachowiec od rozwoju zawodowego i zarządzania zmianami opowieścią o osobistych dylematach odpowiada na pytanie, jak znaleźć sens w pracy, której głównym celem jest generowanie zysków. Wie, o czym mówi, bo napięcie wynikłe z rozważań nad sensem życia pojawiło się u niego zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy w korporacji.

Wcześniej przez wiele lat uczył języka polskiego i był dyrektorem II Liceum Społecznego w Warszawie. Misja była oczywista: praca z młodzieżą, która nie chciała albo nie potrafiła zmieścić się w standardach publicznego szkolnictwa. Co może być misją pełnomocnika zarządu ds. szkoleń i rozwoju zasobów ludzkich w Empiku? Zyski osiągane ze sprzedaży kultury, których oczekują udziałowcy? O pomoc w szukaniu odpowiedzi na te pytania poprosił coacha. Konkluzja, do której doszli, spowodowała, że niepokój Leżeńskiego o to, czy aby nie popełnił błędu życiowego, zamieniając lekcje na szkolenia, minął. Skoro w życiu zawodowym najważniejsze jest dla niego humanizowanie systemu – czyli wprowadzanie takich zmian, które byłyby dobre i dla systemu, i dla ludzi w nim funkcjonujących – nie ma znaczenia, o jaki system chodzi.

„Poczułem, że praca w Empiku ma sens” – opowiada po latach. Młodzi ludzie rozpoczynający tam pracę potrzebowali przecież wsparcia tak samo jak jego dawni uczniowie, którzy nie potrafili zagrzać miejsca w żadnym liceum publicznym. Menadżerów mógł z kolei uczyć współpracy i rozwiązywania konfliktów równie skutecznie, jak kiedyś robił to w szkole wobec nauczycieli.

*

Kiedy Leżeński stawiał kolejny krok na HR-owej ścieżce, był już certyfikowanym coachem i zastanawiał się, jak zbudować w firmach system idealny. Dzisiaj nazywany „turkusową organizacją”, opiera się na przekonaniu, że przełożony może być coachem dla podwładnego. Kimś, kto nie tylko rozlicza z wyników, ale też zapewnia wsparcie, dla kogo zaufanie jest ważniejsze niż kontrola. Odpowiedzialność za własne zadanie do wykonania staje się z kolei istotniejsza od miejsca zajmowanego w firmowej hierarchii.

„Praca w obszarze HR-u dawała mi tyle satysfakcji, ile stawiała wyzwań – zapewnia Leżeński. – Ale po pracy łapałem się na myśleniu, że to wciąż tylko biznes, czyli wskaźniki, budżety, cele, na których wyznaczenie miałem niewielki wpływ. Zauważyłem, że brakuje mi pracy z młodzieżą”.

Zaproponował grupie znajomych, z którymi 10 lat wcześniej zakładał liceum społeczne, żeby zrobili coś razem, np. powołali do życia fundację. Pomysł się spodobał. Ale komu mieliby pomagać? Kiedy w maju 1989 r. Krystyna Starczewska, pionierka szkolnictwa społecznego w Polsce, powiedziała Leżeńskiemu: „Załóż liceum, bo nie mogę przyjąć wszystkich do szkoły na Bednarskiej”, zadanie było oczywiste. Trzeba było założyć szkołę dla młodzieży zdolnej, ale słabszej, która nie radziła sobie w szkołach publicznych schyłkowego PRL-u. W salkach katechetycznych, wynajętych przy ul. Gorlickiej w Warszawie, utworzył „Dwójkę”, czyli II Społeczne Liceum Ogólnokształcące (dzisiaj im. Pawła Jasienicy).

„Dla młodzieży, która potrzebowała pewnej czułości we współpracy – dopowiada Leżeński. – Kilkanaście lat później rodzajów szkół było już tak wiele, że nie widzieliśmy potrzeby uruchamiania kolejnego. I bez tego było w czym wybierać. Na co jednak mogli liczyć, np. wychowankowie domów dziecka?”.

Z dyskusji wychodziło im, że reguły nie ma, ale młodzi ludzie, którzy dorastali w pieczy zastępczej – tak w rodzinnej (rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka), jak w instytucjonalnej (różnego typu placówki opiekuńczo-wychowawcze) – nie zawsze posiadają najważniejszą umiejętność: samodzielnego życia w dorosłości.

Młodym ludziom brakuje pewności siebie, bo wielu z nich nie spotkało choćby jednego dorosłego, który by w nich wierzył. Nie potrafią nazywać emocji i radzić sobie z frustracją, wstydem czy agresją.

Strach przed niepowodzeniem paraliżuje chęć do działania, nie mówiąc o podejmowaniu takich, jakie wiązałyby się z wytrwałością czy ryzykiem porażki. Tę niemal zawsze traktowano jako powód do wstydu, a nie jako pole samodzielnego zdobywania doświadczeń. I jeszcze roszczeniowość – czasami nieuświadamiana, która pojawia się wraz z myśleniem, że „skoro tyle przeszedłem i mam trudniejszy start, potrzebuję pomocy większej niż inni”… Niektórzy mają problemy z okazywaniem wdzięczności.

Tego wszystkiego w 2002 r., kiedy Aureliusz Leżeński i jego znajomi założyli w Warszawie Fundację Robinson Crusoe, nie mogli jeszcze wiedzieć. Bohatera powieści Daniela Defoe, który przeżył na bezludnej wyspie ponad 28 lat, uznali jednak za poręczną metaforę swoich aspiracji: nauczyć wychowanków różnych instytucji opiekuńczych wytrwałości. Przekonać ich, dzięki osobistym doświadczeniom, że wiara w możliwość kierowania własnym życiem to nie mrzonki.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

*

Twarze młodych ludzi zasłaniają antycovidowe maseczki, młodzi trzymają w dłoniach karty Dixit. Za chwilę każdy z nich, zainspirowany wybraną kartą o tajemniczych znaczeniach, powinien opowiedzieć zmyśloną historię. Zamiast tego padają jednak pojedyncze zdania. Barbara Biernat i Kuba Słowik, pedagożka i psycholog prowadzący spotkanie, zachęcają: „Opowiedz, dlaczego wybrałeś właśnie tę, co ona mówi o tobie”. „Widzę w niej tęczową moc”. „Na mojej karcie jest wieczór – moja ulubiona pora”. „Gdy się zdenerwuję, mogę uderzyć”. „Skojarzyła mi się z kuchnią, a ja lubię gotowanie i jedzenie”. „Nie lubię tego, co jest”.

Kolejne zdania lapidarnych historii przebijają się przez stuki tramwajów przejeżdżających kilkanaście metrów od uchylonych okien. W ciepłym powietrzu sobotniego przedpołudnia wirują żółte liście. Następnego dnia nastąpi załamanie pogody – ostrzegają meteorolodzy. Tymczasem ponad 20 młodych osób, zamiast łapać ostatnie godziny babiego lata, cierpliwie uczestniczy w czterogodzinnym spotkaniu, po którym tylko jedna na zakończenie powie: „Nie podobało mi się, za dwa tygodnie raczej mnie nie będzie”.

Konrad, Sandra, Marek, Janek, Maria, trzech Bartków i kilkanaścioro ich znajomych są w szkole średniej. Każde przebywa w pieczy zastępczej. Uczestniczą w spotkaniu Wehikułu Usamodzielnienia – w jednym z programów Fundacji Robinson Crusoe, pierwszym zorganizowanym w Krakowie w nowym roku szkolnym. Krakowski Wehikuł, korzystając z pomieszczeń jednej z lokalnych fundacji, istnieje od 2017 r. i jest jednym z dziesięciu, które do tej pory powstały w całym kraju. Gromadzą ponad 200 osób, które spotykają się co dwa tygodnie przez dwa lata.

W pierwszym roku działania Wehikułu w Krakowie na zajęciach pojawiła się Barbara.

„Pamiętam, że kiedy pierwszy raz znalazłam się w swoim domu, uderzyła mnie pustka – mówi niespodziewanie w kuchni. – W domu dziecka, gdzie mieszkałam przez 12 lat, było wiele cioć i wujków, koleżanek, znajomych, a tu nagle puste mieszkanie”.

Marek, który z koleżanką i kolegą przyjechał na zajęcia Wehikułu z Rudy Śląskiej, i Janek, który dzięki fundacji odbył bardzo udany staż w jednym z lokali Starbucksa („Po raz pierwszy znalazłem się w miejscu pracy, gdzie nikim nie pomiatano”), nie czują się skrępowani wyznaniem. Barbara, szczupła blondynka ze smartfonem, który wydaje się przyklejony do dłoni (tak często jest w użytku), mówi szybko, niemal na jednym oddechu. Drugi oddech pozwala jej powiedzieć, jak to na tym telefonie właśnie słuchała wykładów, kiedy w marcu 2020 r. wprowadzono lockdown. Była w połowie pierwszego roku pedagogiki.

„Laptop, który dostałam od Robinsona, uratował mi życie” – zapewnia. Nie jest precyzyjna. Nowe urządzenie na pewno pomogło jej ochronić oczy, męczące się od wpatrywania w wąską płytkę smartfona, ale – co równie ważne – fundacja niczego nie daje. Raczej zachęca do działania.

Barbara była zdolną uczennicą, angażowała się w zajęcia Wehikułu, więc pewnego dnia usłyszała od prowadzących zajęcia: „Nie chciałabyś przystąpić do programu Dream Worker?”. To program stypendialny fundacji, z którego można korzystać przez kilka lat pod warunkiem, że się opracuje – z osobistym tutorem, pod którego opieką przebywa się podczas stypendium – Indywidualny Plan Rozwoju. Konieczność jego napisania zmusza do przemyślenia spraw najważniejszych: kim chcę zostać i dlaczego?, czy chcę iść na studia?, czego potrzebuję, żeby osiągnąć swój cel? Do planu trzeba przekonać władze fundacji – temu służy rozmowa rekrutacyjna do programu. Ważny jest opiekun, który ma być wsparciem w chwilach zniechęcenia albo zmiany planów. Barbarze spodobał się pomysł, opracowała zatem plan, którego częścią są studia. Właśnie dlatego otrzymała laptop. Jej plan obejmuje zresztą nie tylko najbliższe lata. Myśli o pracy w przedszkolu, zwłaszcza że podczas pierwszych praktyk zaintrygowały ją zajęcia z dziećmi autystycznymi.

„Dlaczego angielska nazwa programu? Bo chcemy, żeby aspirowali, np. do takiego świata, w którym język angielski jest równie potrzebny jak ojczysty” – wyjaśnia Leżeński, prezes Fundacji Robinson Crusoe (funkcję wykonuje społecznie, zarabiając na życie jako coach, facylitator i wykładowca). „Program nauki angielskiego nazwaliśmy Future Makers. Nieprzypadkowo, bo niezależnie od tego, gdzie nasz podopieczny będzie pracował, ten język mu się przyda, a jego opanowanie odblokowuje odwagę. Przełamując barierę językową, trudniej się obawiać, że coś jest nie dla mnie, bo za trudne. A jeśli w coś chcielibyśmy wyposażyć naszych podopiecznych, to w wiarę, że sobie poradzą. I to w każdych okolicznościach”.

Trzymiesięczne konwersacje odbywają się 2–3 razy w tygodniu. Telefonicznie lub on-line. Prowadzą je, społecznie, mentorzy, którymi są pracownicy firm (nie zawsze mówiący po polsku), finansowo wspierający Fundację Robinson.

*

Ponad 55 tys. – tyle osób znajdowało się w rodzinnej pieczy zastępczej w 2018 r. w Polsce.

W instytucjonalnej było ich ponad 17 tys. (dane podane przez Koalicję na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej w lutym 2020 r.). Czym wobec takich liczb jest praca z nawet kilkuset osobami, które przeszły przez 17 programów (w tym 5 międzynarodowych) Fundacji Robinson Crusoe? Szukanie odpowiedzi w dużej skali może zaprowadzić na manowce, bo skala wyzwań wydaje się przekraczać dużo większe możliwości niż te, które posiada jedna fundacja. Jeśli jednak zejść do poziomu pojedynczego człowieka, który chce zmienić życie, rozważania o sukcesie zaczynają się robić ciekawe.

Zosię, uczestniczkę jednego z Wehikułów, trudno było zrozumieć z powodu wady wymowy. Jeżeli w ogóle zabierała głos, bo – przynajmniej w pierwszym roku udziału w zajęciach – prawie zawsze milczała. Ale w kolejnym roku prowadzący zapytał uczestników o ich pasję. Siedząc w kole, każda z osób jednym bądź dwoma zdaniami opowiadała o tym, co lubi robić najbardziej. Kiedy przyszła kolej na Zofię, opowieść trwała kilka długich minut, przedłużana kolejnymi pytaniami. Słowa o słuchanym non stop rapie, a potem o kolekcji modeli samochodów, wciąż zniekształcone, układały się jednak gładko i były zrozumiałe. Chyba jeszcze nie skończyła, przybliżając detale modeli wyprodukowanych po 1945 r. w dawnym bloku wschodnim, kiedy w głowach konsultantów (jak w fundacji nazywa się prowadzących zajęcia) pojawiła się myśl, że właśnie znaleźli klucz. Dowiedzieli się, w jakich sytuacjach Zosia czuje się silna, więc gdyby tylko jej pomóc, uwierzy w siebie nie tylko wówczas, kiedy będzie opowiadać o trabancie z nieistniejącego NRD.

Ponieważ kolekcja dziewczyny liczyła kilkadziesiąt modeli, konsultanci zaproponowali miejscowemu muzeum zorganizowanie wystawy. Kilka miesięcy później Zofia otwierała pierwszy w życiu wernisaż. Miejscowa gazeta przeprowadziła z nią wywiad. Kiedy aplikowała o włączenie do programu Dream Worker, skutecznie ubiegając się o stypendium na rozpoczęcie studiów, wydawało się, że historia dziewczyny z domu dziecka będzie kolejną do „spakowania”. Czyli idealną do przedstawiania jako przykład dobrej praktyki dla innych Wehikułów i konsultantów. Ale po drodze pojawiły się problemy zdrowotne i Zofia musiała odłożyć studia na później.

„Co to jest sukces?” – zapytano w Fundacji Robinson, nie pierwszy zresztą raz.

„Zofia przekonała się, że ma aspiracje, i zobaczyła, jak to jest, kiedy można je zrealizować – wylicza Leżeński. – To nie jest tak, że można odnieść pierwsze sukcesy społeczne i pozostać niezmienionym. Nie zawsze wyliczymy, co się zmieniło i jak, ale oni – czasami także konsultanci – czują, że jest inaczej”.

Sukces może wyglądać mało atrakcyjnie, niczym opanowanie instrukcji obsługi pralki albo umiejętności prasowania koszul. Zwłaszcza, że nawet rodzinne domy dziecka, gdzie wychowanków nie może być więcej niż 12, organizuje się czasami, jak instytucje świadczące usługi.

Pranie zawęża się wtedy do czynności wrzucenia brudów do kosza i otrzymania poskładanych w kostkę czystych ubrań po dniu lub dwóch. Można zdać maturę, nie wiedząc, jak działa termostat w żelazku. Dlatego podczas zajęć w Wehikule pojawiają się też deska do prasowania i parę koszul.

Robinson uczy się prasować. Na czas i dokładnie.

W rozważania o sukcesie wdziera się zgrzyt zamka w drzwiach. Biuro Fundacji Robinson Crusoe to dwupokojowe mieszkanie w przedwojennym wielopiętrowym bloku mieszkalnym na Mokotowie. W drzwiach pojawia się brodata twarz Jakuba Iwańskiego z wielką torbą. Przedpołudnie spędził w domu poprawczym dla dziewcząt, gdzie fundacja prowadzi Wehikuł Usamodzielnienia.

Jakub jest w fundacji człowiekiem od gier edukacyjnych, czyli poręcznego narzędzia do nauki umiejętności praktycznych. Przedstawiane podczas wykładów, mogłyby zostać tylko w notatkach. Przełożone na role do odegrania, mają szansę stać się skuteczne. Jedna z nich: „Robinson na plusie”, wymaga wcielenia się w osobę, która szuka pracy, negocjuje umowę, zarabia pierwsze pieniądze. I mierzy się z poważnymi pytaniami: jaką formę zatrudnienia wybrać?, jak inwestować – w rozwój czy w przyjemności?, a może jedno z drugim da się pogodzić?, co zrobić, żeby nie wydać wszystkich pieniędzy w dniu wypłaty?

Wedle zasad gry zwycięzcą nie musi być osoba czy drużyna, która najwięcej zarobi. Wysokość dochodów powinno bilansować zadowolenie z życia.

*

4%. Tylu wychowanków pieczy zastępczej w pierwszej połowie 2017 r. było sierotami biologicznymi. Nieco ponad 7% – półsierotami (dane z raportu Postępy deinstytucjonalizacji pieczy zastępczej w Polsce, opracowanego m.in. przez Koalicję na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej). Przytłaczająca większość z nich ma rodziców. Tyle że ci – z reguły na skutek uzależnień i własnej bezradności – nie potrafią zapewnić im poczucia bezpieczeństwa i godziwych warunków życia. Nie uczą samodzielności, bo często sami nie wiedzą, czym ona jest. Nie dają wsparcia, więc nie budują w nich poczucia własnej wartości. Nie okazują miłości, zatem mały człowiek rośnie w poczuciu swojej nieważności.

Nowych umiejętności trzeba uczyć małymi krokami. Nie zawsze słowami, raczej angażowaniem w działania, np. organizując obóz wakacyjny. Na pierwszy, w Brajnikach pod Olsztynem, Fundacja Robinson Crusoe zaprosiła 40 młodych ludzi z kilku domów dziecka.

„Z paroma nauczycielami z »Dwójki« i moimi wychowankami z kółka teatralnego tego liceum, zrobiliśmy rzecz szaloną – wspomina Leżeński. – Nie mieliśmy przecież doświadczenia w pracy z trudną młodzieżą, rozsądek podpowiadał opracowanie różnych scenariuszy”.

Tymczasem parotygodniowy obóz przeszedł zgodnie z planem. Kadra była ciekawa młodych ludzi, ci cieszyli się, że ktoś ma im coś do zaoferowania. Wspólnie zbudowali tratwę i pływali nią po jeziorze. Młodzi uczyli się sterować i wiązać węzły żeglarskie.

„Był jeszcze service learning” – dopowiada Leżeński, choć chyba nikt podczas tego pierwszego obozu nie nazwał tak pracy, której celem jest nauka bezinteresownego pomagania. Jeden z opiekunów zapytał sołtysa sąsiedniej wsi, w czym ich młodzież mogłaby pomóc miejscowym. „W uporządkowaniu starego boiska” – usłyszeli, więc przez dwa tygodnie wycinali chwasty, usuwali śmieci, reperowali krawężniki i ławki. A później urządzono wspólny piknik z grami sportowymi dla obozowiczów i mieszkańców. Młodzi ludzie z domów dziecka zobaczyli – może po raz pierwszy w życiu – że są sprawczy, bo potrafią pomagać.

Założenie było takie, że nie wszystko obozowiczom musi się podobać, ale nie mogą spędzać czasu bezczynnie i poza grupą. Ta zasada obowiązuje do dzisiaj na obozach Robinsona, gdzie zawsze jest program, ale nie oczekuje się entuzjazmu wobec każdego jego punktu.

„Ważne, żeby wszystkiego spróbować – zapewnia Leżeński, który integracyjny charakter wspólnych wypraw z młodzieżą przetestował jeszcze jako dyrektor „Dwójki”. – Pierwszy rocznik wyjeżdżał jesienią w Gorce. Każda klasa wędrowała sama – idąc różnymi drogami; spotykano się w wyznaczonym miejscu”.

Na szczycie klasy zawierały umowę społeczną – warunki, na jakich chcą funkcjonować w nowym roku szkolnym. Ten zwyczaj prezes Robinsona też zaszczepił w fundacji. Umowę zawiera się na pierwszych zajęciach Wehikułu Usamodzielnienia (jeden z punktów: krytyka zajęć czy innych uczestników tylko na forum, w mediach społecznościowych – nigdy).

Kontrakt z fundacją może też zawrzeć każdy jej podopieczny – tak jak zrobiła to w 2019 r. 18-letnia Maria z krakowskiego Wehikułu. Zobowiązała się do przepracowania 80 godz. jako wolontariusz, pomagając dzieciom w nauce. W zamian fundacja obiecała kupić jej laptop.

„Byłam zdumiona, gdy poznałam 11-letnie dziecko, które nie umiało tabliczki mnożenia” – opowiada podczas prezentacji przygotowanej na zakończenie wolontariatu (fundacja zwraca uwagę, by robinsonowie w taki sposób finiszowali pracę – stworzenie prezentacji pomaga uporządkować własne wrażenia, a przy okazji uczy przystępnego przedstawienia innym swojej aktywności). Maria opowiada więc o tym, jak jej uczniowie nauczyli ją umiejętności zmieniania planów, bo skoro jeszcze nie umieli tego, co mieli na poprzednich zajęciach, nie było sensu, by przerabiała z nimi trudniejsze zagadnienia. Nie zdawała sobie sprawy, jakim wyzwaniem jest skupienie uwagi małych dzieci, i zdziwiła samą siebie pomysłami, które wpadały jej do głowy, by znaleźć ich zainteresowanie. Mimo to mniej więcej po 40 godz. wolontariatu chciała zrezygnować.

„Nie znudziło mi się – zapewnia. – Praca z drugim człowiekiem jest po prostu wyczerpująca i przez to – najtrudniejsza”.

O laptopie, który kupiła jej fundacja, mówi „superzakup”. Przydał się, gdy szkoły, zagrożone pandemią koronawirusa, rozpoczęły zdalny tryb nauczania.

„Cel nie musi być związany z nauką. – Aureliusz Leżeński dopowiada szczegóły. – Równie dobrze może nim być, np. zakup podstawowych narzędzi potrzebnych do otwarcia salonu fryzjerskiego, jak sobie tego zażyczyła pewna robinsonka. Jej kontrakt z fundacją zakładał, że w zamian za pieniądze na ich zakup przez kilka tygodni będzie strzyc i czesać starsze panie w domu pomocy społecznej. Ważne, żeby cel był rozwojowy, służył realizacji kolejnych zamierzeń”.

W zasadzie chodzi o jedno – żeby samodzielny robinson nigdy nie myślał: „Należy mi się”, ale: „Wszystko jest w zasięgu moich możliwości”.

*

Samodzielność dzieli się na filary. Tak przynajmniej zrobiono w Fundacji Robinson. Kolejne programy dokładają cegiełkę do każdego z nich.

Pierwszy filar to zdrowie psychiczne i fizyczne (wychowanek musi się nauczyć o nie dbać). Drugi – relacje z otoczeniem, także z rodzicami biologicznymi, którzy nie mogli lub nie potrafili wychować swoich dzieci (żeby złe wspomnienia czy nawyki nie rujnowały robinsonom życia). Trzeci – prawo (znajomość praw i obowiązków osoby w pieczy zastępczej, ale też obywatela). Czwarty – edukacja i umiejętność odnalezienia się na rynku pracy (negocjowanie warunków umowy i ocena własnych kompetencji). Piąty – co zrobić, żeby mieć gdzie mieszkać po osiągnięciu samodzielności, i jak żyć, żeby jej nie stracić. Szósty filar – jak prowadzić finanse, żeby nie tylko starczyło do następnej wypłaty, ale i na czarną godzinę.

Do tego trzeba jeszcze dołączyć „paradygmat renesansowy” – pojęcie, które powstało w głowie Aureliusza Leżeńskiego trzy dekady temu, kiedy w pierwszym roku działalności II Liceum Społecznego wybuchł „konflikt o wartości”. Część nauczycieli i rodziców uważała, że szkoła powinna skupić się na nauce – docelowo na przygotowywaniu do olimpiad przedmiotowych i egzaminów na studia. Z tego punktu widzenia wyjazdy na wędrówki albo zaangażowanie w działalność rozlicznych kółek zainteresowań czy robienie teatru w szkole były stratą czasu.

„Nie musisz być we wszystkim dobry, tak brzmiał mój pomysł na szkołę – zdradza Leżeński, który po kilku wyjazdach studyjnych, m.in. do Szwecji, zobaczył, jak młodzież rozwija się poza wąską ścieżką edukacji i kariery. – Wybierz przedmioty, które są twoją pasją – resztę rób na minimum. Albo nie wybieraj niczego, jeżeli nie masz na to ochoty i jest ci z tym dobrze. Byle udało ci się zdać maturę”.

Mówiąc w skrócie: miarą życiowego sukcesu nie jest zdobycie indeksu ani wyjątkowa kariera zawodowa. Liczy się otwartość na ludzi i świat, odwaga podszyta zaufaniem, bezpośredniość, umiejętność współpracy… Kilka przydatnych umiejętności, które mogą nadać życiu sens. W sam raz dla młodych ludzi, którym system, w którym dorastają, nie zapewnia szansy nauczenia się, czym jest samodzielność.

Imiona niektórych bohaterów – młodych ludzi z pieczy zastępczej – zostały zmienione.

Kup numer