fot. Drew Angerer/Getty
z Iwanem Krastewem rozmawia Piotr Sawczyński styczeń 2021

Trumpizm zmienił obywateli w kibiców

Partie polityczne coraz częściej traktują wyborców tak jak kluby piłkarskie swoich fanów. Zwycięstwo ukochanego klubu nie przynosi kibicom żadnych korzyści materialnych, ale poprawia nastrój, napawa dumą, daje chęć do życia. Trump doskonale rozpoznał tę rosnącą potrzebę emocjonalnego triumfu.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Piotr Sawczyński: W komentarzach na temat amerykańskiej polityki modne stało się pojęcie trumpizmu, rzadko bywa ono jednak precyzyjnie definiowane. Jak, Pańskim zdaniem, należałoby je ujmować?

Iwan Krastew: Aby zrozumieć, czym jest trumpizm, trzeba sobie uświadomić zasadniczą zmianę, która w ostatnich latach dokonała się w naszych społeczeństwach, a najsilniej w amerykańskim. Przywykliśmy sądzić, że w demokracji zmiana władzy dokonuje się wówczas, gdy dotychczasowi wyborcy zmieniają swoje preferencje, podczas gdy obecnie jej przyczyną są w o wiele większej mierze gwałtowne zmiany struktury społecznej.

A więc zmiany rzucające wyzwanie grupom dotychczas dominującym?

Tak.

W Stanach Zjednoczonych pojawiło się w ostatnich latach zjawisko, które nazywam „zagrożoną większością”.

Polega ono na tym, że wskutek wzbierającej fali migracyjnej biali obywatele – zwłaszcza biali mężczyźni – muszą mierzyć się ze świadomością, że za 15–20 lat nie będą już stanowili większości społeczeństwa.

To wystarczy, żeby masowo głosować na ekscentrycznych polityków?

Badania pokazują, że ci spośród białych wyborców, którzy zdają sobie sprawę z tej zmiany, rzeczywiście o wiele częściej skłonni są ich poprzeć. Prezydentury Trumpa nie byłoby jednak, gdyby na kryzys migracyjny nie nałożyły się dwa inne, choć związane z nim procesy demograficzne. Pierwszy to rosnąca przepaść między centrum i peryferiami, czyli między wielkimi ośrodkami miejskimi a wiejskim interiorem, drugi zaś – zmieniająca się struktura wykształcenia.

W jaki sposób te procesy przekładają się na wybory polityczne?

Jeszcze przed kilkoma dekadami brak wyższego wykształcenia nie stanowił problemu społecznego, ponieważ ogromna rzesza białych mężczyzn mogła liczyć na stabilne zatrudnienie w przemyśle, zwłaszcza wydobywczym i motoryzacyjnym. Dziś natomiast, gdy przemysł stracił na znaczeniu na rzecz usług, są oni wypierani z rynku pracy przez coraz lepiej wykształconych młodych ludzi, zwłaszcza przez kobiety. Nie jest przypadkiem, że prawie 65% głosujących poniżej 30. roku życia poparło w ostatnich wyborach Bidena, a nie Trumpa. Wielu zwolennikom republikanów towarzyszy w związku z tym poczucie zagrożenia, przeświadczenie o konieczności stoczenia decydującej bitwy. W 2016 r. Trump zwyciężył w dużej mierze dzięki wpojeniu wyborcom, że jeśli nie wygra teraz, to wskutek zmian społeczno-ekonomicznych już nigdy żaden republikański kandydat może nie dojść do władzy. Moim zdaniem głównym spoiwem trumpizmu jest właśnie to apokaliptyczne myślenie – łączy ono wszystkie grupy społeczne przerażone kierunkiem dokonujących się zmian. Bez tej koalicji strachu nie mielibyśmy czterech lat rządów Trumpa.

Kończącą się właśnie prezydenturę Trumpa należy zatem rozpatrywać w pierwszej kolejności jako fenomen socjologiczny. Co jednak z trumpizmem jako stylem rządzenia? Czy o czymś takim również można mówić?

Owszem. Być może największym sukcesem Trumpa jako polityka było przekonanie wyborców, że… on nie jest politykiem. Przecież dzięki mediom społecznościowym, a zwłaszcza Twitterowi, Trump nie potrzebował struktur partyjnych, aby dotrzeć do wyborców i skutecznie się z nimi komunikować, zarówno w trakcie kampanii wyborczej, jak i podczas prezydentury. W przeszłości kandydaci na prezydenta swoją popularność zawdzięczali głównie poparciu, jakie w którymś momencie przekazywali im rozpoznawani i szanowani kongresmeni. Trump każdego z nich może dziś pogrzebać jednym tweetem, i w tym sensie trumpizm jest zjawiskiem dotąd niespotykanym.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Ale czy przez to również jednorazowym i niepowtarzalnym?

Demokraci długo próbowali pokazywać prezydenturę Trumpa właśnie jako aberrację, wypadek przy pracy spowodowany głównie rosyjską ingerencją w proces wyborczy. Dziś widać już wyraźnie, że jest to stanowisko nie do utrzymania.

A więc Trump jako polityk nowego typu, polityk przyszłości?

Z jednej strony tak, ale z drugiej – jako figura wysoce nostalgiczna, wyraziciel przekonania, że prawo głosu dostało się dziś w niepowołane ręce. Niemal jak po zakończeniu wojny secesyjnej, gdy ku powszechnemu zgorszeniu polityków z Południa przyznano je na mocy 15. poprawki czarnoskórym obywatelom.

Skąd bierze się ta ambiwalencja Trumpa? Dlaczego mamy z jego zrozumieniem tak ogromne problemy?

Głównie dlatego, że przywykliśmy postrzegać politykę amerykańską przez pryzmat tradycji polityki europejskiej, podczas gdy od wielu lat jej specyfika o wiele bardziej przypomina kraje Ameryki Łacińskiej. Widać to już na poziomie koalicji wyborczych: po stronie progresywnej lewicy mamy tam elity akademickie sprzymierzone z mniejszościami etnicznymi, zaś po stronie nacjonalistycznej prawicy sojusz białej klasy robotniczej z oligarchami. Różne są także systemy polityczne. W Europie kontynentalnej, z dominacją parlamentarnego systemu rządów i wielobarwnymi koalicjami rządowymi, trumpizm nie mógłby się narodzić tak łatwo. Kolejna i być może najważniejsza sprawa to styl sprawowania i przekazywania władzy. Zwróćmy uwagę, że w Europie dzieło polityka – nawet jeśli jest to polityk o zapędach autorytarnych – rzadko kiedy bywa kontynuowane przez jego potomków. W Stanach natomiast przejęcie imperium Trumpa przez jego córkę Ivankę wydaje się dziś oczywistością i zagrożeniem, o którym dyskutują niemal wszyscy. A przecież nie będzie to pierwszy polityczno-biznesowy klan na tamtejszej scenie.

W tym sensie proponuję w Trumpie widzieć nie tyle amerykańskiego Orbana czy Kaczyńskiego, ile prawicowego Juana Peróna, którego legendę przez lata umacniała w Argentynie jego niezwykle wpływowa rodzina.

Czy jednak oznacza to, że trumpizmu w ogóle nie sposób odnieść do europejskich doświadczeń z prawicowym populizmem?

Istnieją oczywiście elementy łączące sukces Trumpa z sukcesami populistycznych przywódców w Europie. Na pierwszym miejscu wskazałbym rosnącą niechęć do elit władzy i pieniądza, przy czym jest ona wymierzona nie tyle przeciw najbogatszym (wówczas Trump nie miałby na prezydenturę najmniejszych szans), ile przeciw nieformalnym sieciom wpływów, którym część z nich swoje majątki zawdzięcza. Stąd właśnie na podatny grunt trafiają dziś populistyczne hasła troski o zwykłych ludzi, zapomnianych i porzuconych przez bezduszne elity. Demograficzne podglebie dla populizmu także nie jest zjawiskiem wyłącznie amerykańskim. Choćby sukcesy Marine Le Pen we Francji biorą się przecież w dużej mierze z lęku przed napływem uchodźców z Afryki i imigrantów z krajów Europy Wschodniej.

Skoro tak, to czy na podstawie trumpizmu da się sformułować bardziej ogólne wnioski dotyczące natury dzisiejszych populizmów?

Populizm jest przede wszystkim produktem postępującej polaryzacji społecznej i politycznej, protestem przeciwko polityce zgody i jednomyślności utożsamianej z polityką elit, które kontrolowały dotychczas niemal całe spektrum władzy. Można powiedzieć, że elitarną republikę obywateli zastąpiła dziś populistyczna republika kibiców. Zauważmy, że partie polityczne coraz częściej traktują wyborców tak jak kluby piłkarskie swoich fanatycznych zwolenników. Zwycięstwo ukochanego klubu nie przynosi przecież kibicom żadnych korzyści materialnych, ale poprawia nastrój, napawa dumą, daje chęć do życia. Trump doskonale rozpoznał i rozegrał tę rosnącą potrzebę emocjonalnego triumfu.

Dlaczego rosnącą?

Cóż, jednym z jego głównych i bardziej trafnych zarzutów wobec dotychczasowych elit był zarzut zatarcia różnicy między zwycięstwem a porażką, posługiwania się dyskursem win-win, czyli sloganami o tym, że przypływ unosi wszystkie łodzie, że może nie wszyscy zyskujemy na postępie gospodarczym po równo, ale zasadniczo nie ma przegranych, wilk jest syty i owca cała. Amerykanie, którzy potracili miejsca pracy wskutek globalizacji i upadku gospodarki przemysłowej, dobrze wiedzą, że to guzik prawda, a uparte przekonywanie ich, że jest inaczej, było policzkiem, który pamiętają do dzisiaj. Przecież wyborcy Trumpa są świadomi, że jest on częścią elity pieniądza, a przy tym patologicznym kłamcą. Dla nich liczy się jednak co innego: podczas gdy prawie wszyscy pozostali politycy toną w hipokryzji, twierdząc, że robią coś dla innych, Trump w swym narcyzmie uczciwie przyznaje, że interesuje go wyłącznie on sam. Dziś opłaca się być cynikiem, bo, zgodnie z panującym przekonaniem, tylko cynikom można ufać.

Jeśli twierdzisz, że masz jakąkolwiek inną motywację poza władzą lub zyskiem, to znaczy, że kłamiesz. To prawdziwa zmiana kulturowa naszych czasów [śmiech].

Trump nie jest zatem przyczyną kryzysu amerykańskiej demokracji, lecz jego symptomem?

Tak, czym jakoś przypomina mi, nieco żartując, wirus SARS-CoV-2, najgroźniejszy przecież dla osób z rozmaitymi chorobami towarzyszącymi. Rzucając wyzwanie temu, co amerykańska konstytucja nazywa „oczywistymi prawdami”, a więc fundamentom, na których wzniesiono amerykańską państwowość, Trump, rzecz jasna, podsycił tlący się od lat kryzys, ale go nie sprokurował. Zwróćmy uwagę, że przed objęciem przez niego władzy zdecydowaną większość amerykańskich polityków cechowała religijna wręcz wierność amerykańskiej konstytucji, a cztery lata później niemal wszyscy ją krytykują. Obie strony sporu – konserwatyści i progresiści – podzielają bowiem przekonanie, że system polityczny nie realizuje już dłużej przyświecających mu ideałów. To powszechne zwątpienie w amerykański sen, które Trump pozwolił zwerbalizować, jest niezwykle istotne, gdyż wymaga gruntownego przeorientowania amerykańskiej tożsamości, ponownej odpowiedzi na pytanie: „Co to znaczy być Amerykaninem?”.

A co, jeśli elitom politycznym zabraknie odwagi do zmierzenia się z tym pytaniem? Czy amerykańskiemu społeczeństwu grozi wówczas pełzająca wojna domowa?

Niewykluczone. Warto przy tej okazji zastanowić się, dlaczego właściwie elity rządzące godzą się oddać pełnię władzy swoim oponentom, jeśli w demokratycznych wyborach przegrywają ledwie o włos. Moim zdaniem wyjaśnienia są dwa. Jedno to szacunek dla tradycji oraz strach przed potężnym kryzysem politycznym i społecznym, na którym mogłyby skorzystać obce, wrogo nastawione mocarstwa. Drugi to nadzieja na zwycięstwo w kolejnych wyborach i na rychły powrót do władzy. Zwróćmy uwagę, że obie te motywacje tracą dziś w Ameryce na znaczeniu. Obietnicę rewanżu, zwłaszcza z perspektywy republikanów, podają w wątpliwość wspomniane już przez nas procesy demograficzne. Równie ciekawe jest jednak, że Trump zanegował swoją postawą także to pierwsze wytłumaczenie. Jest być może pierwszym amerykańskim prezydentem (a na pewno pierwszym od czasów zimnej wojny), który wrogów wewnętrznych obawia się o wiele bardziej niż zewnętrznych: Putin chce mi pomóc zwyciężyć w wyborach i pokonać tych okropnych demokratów? Dlaczego nie?

Jak w takim razie przeciwdziałać dalszej eskalacji kryzysu?

Kluczowa będzie rola mediów, zarówno tych tradycyjnych, jak i społecznościowych. Nabierają one dziś, jak wiemy, charakteru tożsamościowego, przez co zaczynają pełnić funkcję mobilizacji elektoratu, zarezerwowaną dotąd głównie dla partii politycznych. Zwolennicy demokratów czerpią informacje niemal wyłącznie z mediów prodemokratycznych, zaś wyborcy Trumpa z przychylnych mu portali internetowych i stacji telewizyjnych, jak choćby Fox News. Nie da się oglądać serwisów informacyjnych wyłącznie tej stacji, a potem głosować na Bidena, jest to wręcz psychologicznie niemożliwe. Podobnie jest w bańkach internetowych, np. na Facebooku, tworzących złudzenie jednomyślności i odcinających nas od alternatywnych światopoglądów, od milionów ludzi myślących inaczej niż my. To rzuca wyzwanie tradycyjnej amerykańskiej wierze w common sense, zdrowy rozsądek łączący w podstawowych kwestiach niemal wszystkich obywateli, niezależnie od preferencji politycznych. Jak bowiem dzielić z różnymi od siebie ludźmi sposób myślenia, jeśli nie dzielimy z nimi prawie żadnych doświadczeń? Od tego, czy uda nam się wydostać z pułapki polaryzacji społecznej, w którą wpychają nas media tożsamościowe, zależy w dużej mierze przyszłość nie tylko demokracji amerykańskiej, ale i demokracji w ogóle.

A jaką rolę w stabilizacji sytuacji politycznej w USA będzie miał do odegrania prezydent Joe Biden? I jak to się właściwie stało, że dokonał on czegoś, do czego przed czterema laty nie była zdolna Hillary Clinton, na pozór znakomicie do prezydentury przygotowana?

Bidena od jego poprzedniczki odróżnia to, że budzi cieplejsze emocje. Mówiąc wprost, Biden da się lubić. To jednak oczywiście nie wszystko. Równie ważne jest to, że Clinton, z uwagi na jej płeć, przedstawiano często w liberalnych mediach jako ofiarę patriarchalnego systemu, która wprawdzie dzięki osobistym przymiotom dotarła na szczyt, ale nadal spotyka się tam z dyskryminacją. I proszę teraz wyobrazić sobie, co czuje bezrobotny mężczyzna, przedstawiciel klasy robotniczej, widząc w telewizji byłą senator i pierwszą damę, którą portretuje się jako przedstawicielkę uciskanej grupy. Powiedzieć, że złość, to nic nie powiedzieć. Biden to natomiast „swój chłop”, poczciwy nieudacznik, któremu droga od senatora do prezydenta zabrała, bagatela, 50 lat. Na pewno nie jest to członek politycznej arystokracji.

Czy ma on zatem szansę na powrót zjednoczyć Amerykanów wokół wspólnej sprawy, skruszyć wzniesione przez Trumpa mury?

Problemem jest niewątpliwie to, że Biden nie ma w sobie nic z Obamy i nawet wśród swoich zwolenników nie wzbudza szczególnego entuzjazmu. O ile w jednym z sondaży 76% głosujących na Trumpa stwierdziło, że jest to ich wymarzony kandydat, o tyle główną motywacją wyborców Bidena (51%) okazało się odsunięcie obecnego prezydenta od władzy. Jeśli jednak upatrywałbym gdzieś szansy, byłaby nią swoista „niedzisiejszość” Bidena. Zauważmy bowiem, że dzisiejsi progresiści chcą głównie dowartościować dyskryminowane dotąd tożsamości społeczne – źródłem dumy uczynić odmienną przynależność etniczną czy orientację seksualną, nie dając równocześnie Amerykanom właściwie żadnych powodów do dumy ze swojej narodowości.

Biden jest na tym tle politycznym oldboyem, który w przeciwieństwie do swoich młodszych kolegów i koleżanek z Partii Demokratycznej nadal szczerze wierzy w Amerykę, definiując przy tym amerykańskość zupełnie inaczej niż Trump.

Kto wie, może tym uda mu się zatrzymać szaleństwo dalszej polaryzacji społeczeństwa?

A jeśli nie? Prędzej czy później będziemy skazani na Trumpa 2.0?

Według mnie niekoniecznie. Jak mawiał Mark Twain, historia się nie powtarza, lecz rymuje. Wyborcy Trumpa będą niewątpliwie poszukiwać u innych polityków tego, co znaleźli u niego, ale czy z powodzeniem? Przecież każdy, kto spróbuje naśladować jego ekscentryczną charyzmę, niechybnie narazi się na śmieszność. Zresztą pamiętajmy, że Trump nie był człowiekiem znikąd, żadnym amerykańskim odpowiednikiem Stana Tyminskiego, lecz postacią publiczną i celebrytą na długo, zanim zdecydował się ubiegać o prezydenturę. Taka osobowość nie pojawia się na scenie politycznej co cztery lata.

A czy z porażki wyborczej Trumpa można zasadnie wyciągać jakieś bardziej ogólne wnioski dotyczące przyszłości globalnego populizmu?

Cóż, w politykach pokroju Kaczyńskiego jego wygrana w 2016 r. wzbudziła przeświadczenie, że historia trwale zmieniła swój bieg i wreszcie, po raz pierwszy od roku 1989, zmierza we właściwym kierunku. Stąd też umizgi rozmaitych populistycznych przywódców, którym sojusz z Trumpem dawał szansę na awans do politycznej ekstraklasy. Zainwestowali oni w niego na tyle dużo, że zmiana w fotelu prezydenckim nie może pozostać bez wpływu na ich międzynarodową pozycję. Oczywiście Kaczyński, Orban i inni mogą na tę zmianę zareagować usztywnieniem swoich stanowisk, ostatecznym odrzuceniem wszelkich skłonności do kompromisu.

Osobiście obstawiałbym jednak, że konsekwencją będzie raczej zmierzch starań o utworzenie globalnej koalicji populizmów i nastanie epoki „populistycznego izolacjonizmu”, skupienia się na polityce wewnętrznej.

Współpraca między populistycznymi rządami będzie co najwyżej doraźna, na pewno nie strategiczna.

Mówił Pan o tym, że w pewnych obszarach prezydentura Trumpa pomogła przywrócić właściwe proporcje, otworzyła wielu ludziom oczy na to, że obok beneficjentów systemu istnieją także rzesze przegranych. Czy istnieją wobec tego jakieś korzyści płynące z trumpizmu? A przynajmniej lekcja, którą powinniśmy z niego wyciągnąć?

Oczywiście, choćby taka, że rozkładu preferencji wyborczych w społeczeństwie nie należy brać za pewnik. Demokraci przez lata zaniedbywali pracowników najemnych, uważając ich poparcie za oczywistość, gdy tymczasem za rządów Trumpa to republikanie stali się partią klasy robotniczej. Jeszcze większą „zasługą” trumpizmu jest jednak, paradoksalnie, wykazanie ograniczeń, jakie w warunkach demokratycznych musi napotkać polityka radykalnej polaryzacji. Widzimy bowiem, że choć połowę społeczeństwa można jeszcze w ten sposób zmobilizować do walki, to całego – na szczęście – nigdy.

Mówiliśmy jednak i o tym, że zwycięstwo w 2016 r. przyszło Trumpowi stosunkowo łatwo z uwagi na specyfikę amerykańskiego systemu politycznego. Czy oznacza to, że łatwiej było go również ostatecznie pokonać, a przegrana Trumpa wcale nie zwiastuje, że odsunięcie od władzy jego europejskich odpowiedników jest na wyciągnięcie ręki?

Obawiam się, że może tak być. Równocześnie przypadek Trumpa pokazuje, jak znaczącą rolę w walce z populizmem odgrywają niezależne od rządu instytucje. W przypadku Stanów Zjednoczonych były to zwłaszcza sądy oraz armia, którą Trump bezskutecznie próbował podporządkować swojej woli na wzór przywódców latynoamerykańskich. Dlatego tak ważne jest rozbudzanie wśród obywateli szacunku do instytucji, troska o ich niezależność i wewnętrzną spójność. Zwłaszcza w krajach takich jak Węgry i Polska, gdzie można przecież zbudować w parlamencie większość konstytucyjną i przegłosować zmiany systemowe na tyle trwałe, że nawet malejąca popularność rządu praktycznie uniemożliwi opozycji przejęcie władzy. Dla Węgier na obronę niezależnych instytucji jest już być może za późno, dla Was, miejmy nadzieję, jeszcze nie.

Iwan Krastew

Bułgarski politolog, szef Centrum Strategii Liberalnej w Sofii. Autor m.in. takich książek jak: Demokracja, przepraszamy za usterki (2015), Co po Europie? (2018) oraz Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców (2020)

Kup numer