Photo by Joe Raedle/Getty Images
Michael Beckley styczeń 2021

Cyniczne supermocarstwo

Hasło „Po pierwsze, Ameryka” i transakcyjne podejście do polityki zagranicznej to nie wynalazki Donalda Trumpa, ale zasady obowiązujące przez większą część historii USA. W kolejnych dekadach nabiorą one jeszcze większej mocy.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Czytaj także

z Iwanem Krastewem rozmawia Piotr Sawczyński

Trumpizm zmienił obywateli w kibiców

Prezydent Donald Trump przejął władzę, obiecując gruntowną rewizję amerykańskiej polityki zagranicznej. Od tego czasu lekceważył sojuszników, wycofał Stany Zjednoczone z międzynarodowych porozumień i nałożył cła zarówno na przyjaciół, jak i nieprzyjaciół. Wielu ekspertów lamentuje, że polityka Trumpa „Po pierwsze, Ameryka” zniszczyła tzw. międzynarodowy porządek liberalny – szereg instytucji i norm, które kształtowały światową politykę od zakończenia II wojny światowej. Mają nadzieję, że gdy Trump opuści Gabinet Owalny, Stany Zjednoczone odzyskają pozycję lidera liberalnego świata.

Nie liczcie na to. Era liberalnej hegemonii USA jest pozostałością z okresu bezpośrednio po zimnej wojnie. Transakcyjne podejście Trumpa do polityki zagranicznej było zaś normą przez większą część historii Stanów Zjednoczonych. W efekcie skutki polityki Trumpa mogą utrzymywać się długo po jego odejściu.

Podejście Trumpa już podoba się wielu Amerykanom. Ten powab będzie się nawet wzmacniał w nadchodzących latach, bowiem dwa światowe trendy – gwałtowne starzenie się populacji oraz rozwój automatyzacji – przyspieszają, przekształcając dynamikę władzy na świecie w sposób, który faworyzuje Stany Zjednoczone. Do 2040 r. USA będą jedynym krajem z dużym, rozwijającym się rynkiem i finansowymi możliwościami utrzymywania obecności wojskowej na całym świecie. Równocześnie nowe technologie zredukują zależność Ameryki od zagranicznych pracowników i zasobów oraz wyposażą amerykańską armię w nowe narzędzia, które umożliwią powstrzymanie terytorialnej ekspansji najpotężniejszych przeciwników. Dopóki Stany Zjednoczone nie zmarnują tej przewagi, pozostaną dominującą na świecie siłą ekonomiczną i polityczną.

Jednakże pozostawanie najpotężniejszym krajem nie jest tym samym, co pozostawanie gwarantem światowego porządku liberalnego. W cokolwiek paradoksalny sposób te same trendy, które wzmocnią Stany Zjednoczone ekonomicznie i militarnie, mogą im równocześnie utrudnić odgrywanie tej roli – i uczynić podejście Trumpa bardziej atrakcyjnym. Od zakończenia II wojny światowej USA same siebie widziały jako głównego obrońcę demokratycznego, kapitalistycznego stylu życia oraz orędownika międzynarodowego systemu zbudowanego na liberalnych wartościach. Waszyngton otaczał dziesiątki krajów militarną opieką, chronił szlaki handlowe oraz dawał łatwy dostęp do amerykańskich dolarów i rynków. W zamian te kraje oferowały swoją lojalność, a w wielu wypadkach liberalizowały swoją ekonomię i swoje rządy.

Jednakże w nadchodzących dekadach gwałtowne starzenie się populacji oraz rozwój automatyzacji osłabią wiarę w demokratyczny kapitalizm i rozłupią podstawy tzw. wolnego świata. Ciężar opieki nad starzejącymi się społeczeństwami oraz utrata miejsc pracy na skutek rozwoju nowych technologii doprowadzą do walki o zasoby i rynki. Starzenie i automatyzacja odsłonią także słabości tych międzynarodowych instytucji, na których opierają się rządy, rozwiązując globalne problemy, zaś Amerykanie poczują się mniej zależni od zagranicznych partnerów niż szereg poprzednich pokoleń. W efekcie Stany Zjednoczone mogą się stać cynicznym supermocarstwem. Wiek XXI, podobnie jak wiek XX, zostanie zdominowany przez USA. To poprzednie „stulecie Ameryki” było jednak zbudowane na liberalnej wizji roli Stanów w świecie, a teraz możemy być świadkami świtu nieliberalnego stulecia Ameryki.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Powściągliwa Ameryka

Podejście Trumpa do polityki zagranicznej symbolizowane przez hasło „Po pierwsze, Ameryka” ma głębokie korzenie w historii USA. Przed 1945 r. Stany wąsko definiowały swoje interesy, na ogół w kategoriach finansowego oraz fizycznego bezpieczeństwa i agresywnie go strzegły, nie przejmując się specjalnie skutkami dla reszty świata. Opowiadały się za liberalnymi wartościami, takimi jak wolność, ale stosowały je wybiórczo zarówno w kraju, jak i na świecie. W efekcie nie zawierały sojuszy, z wyjątkiem traktatu z Francją, podpisanego podczas wojny o niepodległość. Amerykańskie cła należały do najwyższych na świecie. USA ignorowały międzynarodowe instytucje. Stany nie były izolacjonistyczne; w rzeczywistości ich niepohamowana ekspansja terytorialna stała się przedmiotem zazdrości ze strony Adolfa Hitlera. Często jednak były powściągliwe.

Stany Zjednoczone mogły pozwolić sobie na samotne dążenie do celów, ponieważ – w przeciwieństwie do innych mocarstw – były samowystarczalne. W latach 80. XIX w. USA były najbogatszym krajem świata, największym rynkiem konsumpcyjnym oraz wiodącym producentem i wytwórcą energii elektrycznej, z ogromnymi zasobami naturalnymi i bez poważniejszych zagrożeń. Z taką sytuacją wewnętrzną Stany Zjednoczone nie okazywały szczególnego zainteresowania zawiązywaniem międzynarodowych sojuszy.

Wszystko zmieniło się podczas zimnej wojny, kiedy wojska sowieckie zajęły potężne obszary Eurazji, zaś komunizm zyskał setki milionów wyznawców na całym świecie. Na początku lat 50. minionego stulecia Moskwa dysponowała siłą militarną dwukrotnie większą niż cała kontynentalna Europa Zachodnia, a komuniści zarządzali ponad 35% światowego przemysłu. Stany Zjednoczone potrzebowały silnych partnerów, aby powstrzymać zagrożenie, więc finansowały te sojusze, dając dziesiątkom krajów gwarancje bezpieczeństwa i łatwy dostęp do amerykańskiego rynku.

Kiedy jednak zimna wojna się skończyła, Amerykanie widzieli coraz mniej sensu w swoim światowym przywództwie i z coraz większą nieufnością odnosili się do międzynarodowych uwikłań. W kolejnych dekadach amerykańscy prezydenci często przejmowali władzę, obiecując mniejsze zaangażowanie międzynarodowe, a silniejsze wewnątrz kraju. Wbrew tym obietnicom w erze po zimnej wojnie widzieliśmy wiele militarnych interwencji Waszyngtonu (na Bałkanach, w Afganistanie, Iraku, Libii) i byliśmy świadkami ciągłej ekspansji liberalnego porządku pod przywództwem USA, gdy Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu, Unia Europejska krzepła, NATO rozwijało się, zaś światowa ekonomia jeszcze mocniej uzależniła się od amerykańskich instytucji.

Ten trend pozwalał częściowo wyjaśnić, dlaczego amerykańskie elity, których większość z satysfakcją przyjmowała poszerzanie liberalnej hegemonii USA, były tak zszokowane wyborem Trumpa, głoszącego „Po pierwsze, Ameryka”. Można by poprawiać sobie nastrój, obwiniając wyłącznie Trumpa o obecne postawy nacjonalistyczne, jednak poparcie Amerykanów dla powojennego porządku liberalnego słabnie od dziesięcioleci.

Aktualne badania pokazują, że ponad 60% obywateli chce, aby USA dbały przede wszystkim o siebie.

Kiedy ankieterzy pytają Amerykanów, jakie powinny być priorytety polityki zagranicznej USA, nieliczni mówią o demokracji, rynku i prawach człowieka – zasadniczych działaniach światowego liberalnego przywództwa. Przeciwnie, wskazują na ogół na obronę przed atakami terrorystycznymi, chronienie amerykańskich miejsc pracy oraz ograniczenie nielegalnej emigracji. Mniej więcej połowa badanych twierdzi, że jest przeciwna posyłaniu wojsk amerykańskich do obrony zaatakowanych sojuszników, a niemal 80% opowiada się za stosowaniem ceł jako środka zapobiegającego utracie pracy. Podejście Trumpa nie jest szaleństwem; tkwi w nurcie, który zawsze przebiegał przez amerykańską kulturę polityczną.

Coraz starszy świat

W nadchodzących latach amerykańskie wsparcie dla liberalnego porządku może się stale zmniejszać za sprawą demograficznych i technologicznych zmian, które wzmocnią ekonomiczne oraz militarne przywództwo Stanów Zjednoczonych i uczynią kraj jeszcze mniej zależnym od innych. Społeczeństwa większości krajów stają się coraz starsze, a niektóre starzeją się skrajnie szybko. Do 2070 r. średnia wieku światowej populacji będzie dwukrotnie wyższa niż 100 lat wcześniej – wzrośnie z 20 do 40 lat – a grono ludzi mających co najmniej 65 lat zwiększy się niemal czterokrotnie, z 5% do 19%. Przez stulecia młodzi byli wielekroć liczniejsi od starych. Jednak w 2018 r., po raz pierwszy w historii, osób w wieku powyżej 64 lat było na świecie więcej niż dzieci do sześciu lat.

Wkrótce Stany Zjednoczone staną się jedynym państwem z dużym, rozwijającym się rynkiem. Wśród 20 największych gospodarek świata jedynie Australia, Kanada i USA odnotują w najbliższych 50 latach wzrost populacji osób mających od 20 do 49 lat. Inne duże gospodarki ucierpią z powodu średnio 16-procentowego zmniejszenia się tej ważnej grupy wiekowej, przy czym większość spadku demograficznego skoncentruje się u najpotężniejszych graczy gospodarczych na świecie. Na przykład Chiny stracą 225 mln młodych pracowników i konsumentów w wieku od 20 do 49 lat, czyli zatrważające 36% obecnej liczby. W Japonii ta grupa wiekowa zmniejszy się o 42%, w Rosji o 23%, w Niemczech o 17%. W Indiach będzie ona rosła do 2040 r., a potem gwałtownie się zmniejszy. Natomiast w Stanach Zjednoczonych zwiększy się o 10%. Już teraz amerykański rynek jest tak duży jak rynki pięciu następnych krajów razem wzięte, a w dodatku USA w znacznie mniejszym stopniu zależą od zagranicznych rynków i inwestycji niż jakiekolwiek inne państwo. Podczas gdy inne duże gospodarki się kurczą, Stany Zjednoczone staną się jeszcze ważniejsze dla globalnego rozwoju oraz jeszcze mniej zależne od międzynarodowego handlu.

Ameryka w znacznie mniejszym stopniu potrzebuje lojalnych sojuszników, ponieważ gwałtowne starzenie się utrudni militarną ekspansję jej najpotężniejszych przeciwników. Do 2050 r. wydatki Rosji na emerytury, zasiłki i opiekę medyczną dla starych ludzi wzrosną o niemal 50% w krajowym PKB, w Chinach wzrosną one trzykrotnie, ale w USA te wydatki będą większe o zaledwie 35%.

Wkrótce Rosja i Chiny będą musiały dokonać trudnych wyborów między kupowaniem broni dla swoich armii a kupowaniem lasek dla gwałtownie rosnącej populacji starych ludzi. Historia sugeruje, że wybiorą to drugie, aby zapobiec wewnętrznym niepokojom.

Jeśli nawet Rosja i Chiny nie dokonają cięć wydatków na cele wojskowe, będą miały problemy z modernizacją swoich armii z powodu gwałtownego starzenia się żołnierzy. Koszty osobowe już w tej chwili pochłaniają 46% budżetu wojskowego Rosji (w Stanach Zjednoczonych – 26%) i zapewne wzrosną w ciągu najbliższej dekady do 50% na skutek odchodzenia starszych żołnierzy i konieczności wypłacania im emerytur. W Chinach koszty utrzymania personelu stanowią oficjalnie 31% budżetu wojskowego, jednak niezależne oceny sugerują, że pochłaniają one niemal połowę wydatków Chin na obronność i zwiększą się w nadchodzących latach.

Przewaga automatyzacji

Gwałtowne starzenie się świata przyspieszy ekonomiczną oraz militarną dominację Stanów Zjednoczonych nad najpotężniejszymi przeciwnikami i będzie przebiegać razem z innym trendem, dającym podobną przewagę: rozwojem automatyzacji. Maszyny w tempie wykładniczym stają się szybsze, mniejsze i tańsze. Co nawet ważniejsze, rozwijają zdolności do adaptacji do nowych informacji – proces ten zwany jest czasami „uczeniem maszynowym”, rodzajem sztucznej inteligencji. W efekcie nowe maszyny łączą możliwości obliczeniowe komputerów, brutalną moc maszynerii przemysłowej oraz coś w rodzaju intuicji, świadomości sytuacyjnej i sprawności, do niedawna zarezerwowanej dla ludzi. Dzięki tym innowacjom w latach 30. obecnego stulecia niemal połowa miejsc pracy w dzisiejszej gospodarce może zostać zautomatyzowana.

Podobnie jak starzenie się świata, szerokie wykorzystywanie inteligentnych maszyn zredukuje zależność Stanów Zjednoczonych od innych państw. USA już dzisiaj cieszą się zdecydowaną przewagą w gałęziach przemysłu napędzających trend automatyzacji. Przykładowo: w Stanach firm i specjalistów zajmujących się sztuczną inteligencją jest niemal pięć razy więcej niż w Chinach, drugim pod tym względem państwie, zaś amerykański udział w światowym rynku oprogramowania i urządzeń sztucznej inteligencji jest kilkukrotnie większy niż Chin. Amerykańskie firmy mogą pogłębiać tę technologiczną dominację dzięki wykorzystywaniu zaawansowanej automatyzacji do zastępowania rozwlekłych globalnych łańcuchów zaopatrzenia wertykalnie zintegrowanymi fabrykami w Stanach. Branże usługowe pójdą w ich ślady, bowiem sztuczna inteligencja przejmie większość zadań. Na przykład centra obsługi klientów już przeprowadzają się z zagranicy do Stanów Zjednoczonych. Przez dekady USA szukały w innych krajach taniej pracy i zasobów. Teraz wydaje się, że te dni są policzone, bowiem automatyzacja pozwala Stanom polegać tylko na sobie.

Rozwój inteligentnych maszyn pomoże Waszyngtonowi także osłabiać militarny rozwój jego rywali. Zamiast czekać na kolejne konflikty, Stany Zjednoczone będą potrafiły odpowiednio wcześnie rozlokowywać uzbrojone drony i pociski rakietowe w strefach ewentualnych konfliktów. Te drony i pociski będą działać niczym zaawansowane technicznie pola minowe, zdolne do unicestwienia inwazyjnych sił wrogów. Są one także trudne do wyeliminowania i tanie do kupienia. Za cenę jednego myśliwca wielozadaniowego Stany Zjednoczone mogłyby kupić na przykład 6,5 tys. dronów bombowych XQ-58A albo 8,5 tys. krążących pocisków rakietowych. Używając takiej broni, Stany Zjednoczone będą zdolne do wykorzystywania zasadniczej asymetrii w wojennych celach: podczas gdy ich rywale, tacy jak Rosja i Chiny, potrzebują zajmowania i kontrolowania terytoriów (Tajwan czy kraje nadbałtyckie), aby utrzymać swoją regionalną hegemonię, Ameryka musi jedynie utrudniać sprawowanie tej kontroli; to misja, do której wypełnienia dobrze nadają się sieci dronów i rakiet.

Osłabiony porządek liberalny

Starzenie się i automatyzacja zapewne uczynią Stany Zjednoczone silniejszymi – mało jednak prawdopodobne, aby wzmocniły liberalny porządek pod amerykańskim przywództwem. W liberalnych demokracjach na całym świecie społeczne poparcie dla tego porządku długo zależało od rosnących zarobków klasy pracującej, co z kolei było w dużej mierze skutkiem przyrostu populacji oraz rozwoju technologii tworzących miejsca pracy. Powojenny baby boom dostarczył rzesze młodych pracowników i konsumentów, zaś taśmy produkcyjne zapewniły im stałe zatrudnienie. Dzisiaj jednak społeczeństwa świata demokratycznego starzeją się i zmniejszają, a maszyny odbierają pracę. Podstawowe zasady – pracuj ciężko, wspieraj system liberalny i ufaj, że rosnąca fala ekonomiczna zabierze wszystkie łódki – załamały się. Nacjonalizm i ksenofobia zapełniają pustkę.

Prognoza jest bardziej złowieszcza, niż większość ludzi przypuszcza. Przez następnych 30 lat populacja ludzi w wieku produkcyjnym zmniejszy się u demokratycznych sojuszników Stanów Zjednoczonych średnio o 12%, co niemal uniemożliwi stały rozwój gospodarczy. Równocześnie populacja seniorów w tych krajach wzrośnie średnio o 57%, zaś uśrednione wydatki na renty, emerytury i opiekę zdrowotną podwoją się. W efekcie finansowego zamieszania te kraje nie będą w stanie dalej się zapożyczać, bowiem zmagały się już z długami wynoszącymi średnio 270% ich dochodu narodowego brutto, zanim pandemia koronawirusa wepchnęła ich bilanse w jeszcze większe zadłużenie. Zamiast tego będą one musiały ciąć zobowiązania wobec seniorów, drastycznie obniżać socjalne wydatki na młodych, podnosić podatki albo zwiększać imigrację – wszystko to zapewne doprowadzi do politycznych napięć.

Szybka automatyzacja wzmocni ekonomiczne niepokoje.

Historia pokazuje, że rewolucje technologiczne przynoszą w długiej perspektywie dobrobyt, ale w krótkiej prowadzą część pracowników do pracy za niskie pensje albo do bezrobocia – a ta krótka perspektywa może obejmować całe pokolenia.

Przez pierwszych 70 lat rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, od roku 1770 do 1840, średnia płaca uległa stagnacji i spadła jakość życia, mimo że zdolność produkcyjna pracowników wzrosła średnio o niemal 50%. W tamtym okresie na powszechnej mechanizacji skorzystali przede wszystkim biznesowi potentaci, których dochody się podwoiły. W dzisiejszym rozwijającym się świecie maszyny znowu likwidują miejsca pracy szybciej, niż zwolnieni pracownicy są w stanie znaleźć nowe zajęcie, płace nisko i średnio wykwalifikowanych pracowników nie zmieniają się, a miliony ludzi – zwłaszcza ci bez ukończonego college’u – wypadają z populacji siły roboczej. Wielu ekonomistów oczekuje, że te trendy utrzymają się przez wiele dekad, wraz z tym, jak aktualnie rozwijane technologie zastępujące ludzi – np. autonomiczne samochody, sklepy, magazyny czy kuchnie – staną się powszechnie wykorzystywane.

Spowolniony rozwój, ogromne długi, zamrożenie płac, permanentne bezrobocie i skrajne nierówności są pożywką dla nacjonalizmu i ekstremizmu. W latach 30. XX w. ekonomiczne sfrustrowanie popchnęło wielu ludzi do odrzucenia demokracji oraz międzynarodowej współpracy i do opowiedzenia się za faszyzmem albo komunizmem. Dzisiaj ultranacjonaliści rosną w siłę w demokratycznym świecie – i to nie tylko w raczkujących demokracjach wschodniej Europy. W Niemczech np. prawicowa partia Alternatywa dla Niemiec jest obecnie trzecia pod względem liczby miejsc w parlamencie, zaś niepokojące przypadki neonazistowskiej infiltracji w armii oraz policji pojawiają się coraz częściej. Stojące przed USA zadanie przewodzenia światowemu porządkowi liberalnemu stanie się trudniejsze, gdy nacjonaliści po zdobyciu władzy podniosą cła, zamkną granice i porzucą instytucje międzynarodowe.

Cyniczne supermocarstwo

W obliczu wątłych sojuszy oraz podzielonej i apatycznej opinii publicznej Stany Zjednoczone mogą zacząć działać mniej jak przywódca wielkiej koalicji, a bardziej jak cyniczne mocarstwo – gospodarczy i militarny kolos bez moralnych zobowiązań, ani izolacjonistyczny, ani internacjonalistyczny, lecz agresywny, potężnie uzbrojony i skupiony wyłącznie na sobie.

W rzeczywistości wygląda na to, że pod rządami Trumpa wszystko już zmierzało w tym kierunku. W trakcie kadencji Trumpa niektóre amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa zaczęły przypominać wymuszanie haraczu, skoro prezydent przekonywał, że sojusznicy powinni ponosić koszty utrzymania oddziałów USA i dorzucać 50% premii. Administracja Trumpa bardziej usiłowała wprowadzać umowy handlowe z jednostronnymi cłami, niż współpracować ze Światową Organizacją Handlu. Trump zasadniczo porzucił cel, którym jest wspieranie demokracji, i zdegradował dyplomację, rujnując Departament Stanu i przekazując jeszcze większą odpowiedzialność Pentagonowi. Zmieniają się także amerykańskie siły zbrojne. Coraz bardziej stają się one siłami karcącymi niż chroniącymi. Administracja Trumpa konsekwentnie ograniczała rozmieszczenie amerykańskich oddziałów na sojuszniczych terytoriach, zastępując je lotnymi jednostkami ekspedycyjnymi, które mogą pokonywać morza, niszczyć cele, a potem znikać za horyzontem.

Wielu krytyków Trumpa potępia te zmiany nie tylko jako niemądre, ale też w pewien sposób nieamerykańskie. Niemniej podejście Trumpa trafia dzisiaj do wielu Amerykanów i przystaje do ich preferencji dotyczących roli USA w świecie. Jeśli te uwarunkowania się utrzymają, najlepszy scenariusz, jaki może realizować amerykańskie przywództwo, to Waszyngton, który przyswaja bardziej nacjonalistyczną wersję liberalnego internacjonalizmu. Stany Zjednoczone mogłyby utrzymywać sojusze, ale domagać się większych opłat za ochronę. Mogłyby podpisywać umowy handlowe, ale tylko z krajami, które przyjmą amerykańskie regulacje; uczestniczyć w instytucjach międzynarodowych, ale grozić ich opuszczeniem, gdyby działały one wbrew amerykańskim interesom; i promować demokrację oraz prawa człowieka, ale głównie po to, aby destabilizować geopolitycznych rywali.

Alternatywnie Stany Zjednoczone mogłyby całkowicie wyjść ze światowego porządku. Zamiast prób wspomagania słabszych krajów poprzez wspieranie międzynarodowych reguł i instytucji USA wykorzystywałyby każde narzędzie ze swojego arsenału środków przymusu – cła, sankcje finansowe, ograniczenia wiz, cyfrowe szpiegostwo czy ataki dronów – do wymuszenia jak najlepszego dla siebie układu zarówno od sojuszników, jak i przeciwników. Nie byłoby trwałego partnerstwa opartego na wspólnych wartościach – jedynie transakcje. Przywódcy USA ocenialiby inne kraje nie przez pryzmat ich pragnienia pomocy w rozwiązywaniu globalnych problemów czy demokratycznego albo autokratycznego sposobu sprawowania władzy, lecz jedynie przez pryzmat ich możliwości tworzenia miejsc pracy dla Amerykanów lub eliminacji zagrożeń dla amerykańskiego terytorium. W świetle tych kryteriów większość krajów okazałaby się nieistotna.

Amerykański biznes mógłby systematycznie zwracać się ku zachodniej półkuli, a zwłaszcza ku Ameryce Północnej, co już teraz stanowi jedną trzecią handlu Stanów Zjednoczonych oraz jedną trzecią całego PKB. W czasie gdy inne regiony zmagają się z komplikacjami spowodowanymi starzeniem się populacji oraz rozwojem automatyzacji, Ameryka Północna jest jedynym obszarem posiadającym wszystkie składowe niezbędne do stałego rozwoju gospodarczego: ogromny i rozwijający się rynek zamożnych konsumentów, zasoby surowców naturalnych, połączenie wyspecjalizowanej i niedrogiej pracy, zaawansowane technologie i przyjazne relacje międzynarodowe.

Równocześnie amerykańskie sojusze strategiczne mogłyby istnieć na papierze, jednak w większości jako martwe zapisy. Waszyngton mógłby utrzymywać tylko dwa zestawy stałych partnerów. Do pierwszego należałyby Australia, Kanada, Japonia oraz Wielka Brytania. Te kraje są strategicznie rozmieszczone na całym świecie, a ich siły zbrojne oraz agencje wywiadowcze już teraz współdziałają z administracją amerykańską. Wszystkie z wyjątkiem Japonii chlubią się rosnącą populacją w wieku produkcyjnym, w przeciwieństwie do większości sojuszników USA, i dzięki temu mają potencjalne finansowe możliwości uczestnictwa w amerykańskich misjach. Do drugiej grupy należałyby takie kraje, jak państwa nadbałtyckie, arabskie monarchie Zatoki Perskiej oraz Tajwan, bowiem dzielą one granice z przeciwnikami USA lub są położone blisko nich. Stany Zjednoczone mogłyby kontynuować ich dozbrajanie, ale nie planować już ich obrony. Zamiast tego Waszyngton mógłby wykorzystywać te państwa jako bufory przeciwko ekspansji Chin, Iranu i Rosji, bez własnej bezpośredniej interwencji.

Poza tymi partnerstwami wszystkie relacje i sojusze Waszyngtonu – łącznie z NATO czy odwiecznymi partnerami, takimi jak Korea Południowa – byłyby kwestią negocjacji. Stany Zjednoczone nie musiałyby już zabiegać o to, aby inne kraje przystępowały do wielostronnych sojuszy. Przeciwnie, to inne państwa musiałyby na bazie dwustronnego porozumienia zabiegać o amerykańską ochronę i dostęp do rynku. Kraje, które mają niewiele do zaoferowania, musiałyby szukać nowych partnerów albo troszczyć się o siebie same.

Co stałoby się ze światem, gdyby Stany Zjednoczone w pełni wprowadziły w życie ten rodzaj wizji „Po pierwsze, Ameryka”? Niektórzy analitycy malują katastroficzne obrazy. Robert Kagan przewiduje powrót despotyzmu, protekcjonizmu i konfliktów rodem z lat 30., z Chinami i Rosją powtarzającymi role imperialnej Japonii i hitlerowskich Niemiec. Peter Zaihan przepowiada brutalne walki o bezpieczeństwo i zasoby, w których Rosja najeżdża swoich sąsiadów, zaś Azja Wschodnia pogrąża się w wojnie na morzu. Te przewidywania mogą wyglądać na skrajne, ale odzwierciedlają zasadniczą prawdę: powojenny porządek, choć na wiele sposobów wadliwy i niedoskonały, sprzyjał najbardziej pokojowemu i pomyślnemu okresowi w historii ludzkości, a jego zniknięcie uczyniłoby świat o wiele bardziej niebezpiecznym miejscem.

Dzięki przywództwu Stanów Zjednoczonych większość krajów przez dekady nie musiała walczyć o dostęp do ich rynku, strzec swoich sieci zaopatrzenia czy nawet poważnie bronić swoich granic.

Amerykańska marynarka zapewniała otwartość wód międzynarodowych, amerykański rynek rzetelnie zaspokajał potrzeby konsumentów i zapewniał kapitał dziesiątkom krajów, zaś amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa dotyczyły niemal 70 państw. Takie zabezpieczenia przynosiły korzyści wszystkim: nie tylko partnerom i sojusznikom Waszyngtonu, ale też jego wrogom. Amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa zneutralizowały Niemcy i Japonię, głównych regionalnych rywali Rosji i Chin. W efekcie Moskwa i Pekin mogły skoncentrować się na zacieśnianiu więzów z resztą świata, a nie na walkach z odwiecznymi wrogami. Bez patronatu i ochrony USA mnóstwo państw musiałoby wrócić do samodzielnej ochrony siebie i swoich żywotnych interesów ekonomicznych.

Taki świat byłby świadkiem powrotu merkantylizmu wielkich mocarstw i nowych form imperializmu. Mocarstwa ponownie próbowałyby zmniejszyć zagrożenia ekonomiczne poprzez tworzenie ekskluzywnych stref gospodarczych, w których ich firmy mogłyby się cieszyć z taniego i bezpiecznego dostępu do surowców naturalnych oraz wielkich, podporządkowanych rynków zbytu. Chiny już zaczęły to robić za sprawą inicjatywy „Jeden pas i jedna droga”, czyli sieci projektów infrastrukturalnych na całym świecie; polityki „Made in China 2025” zmierzającej do pobudzenia krajowej produkcji i konsumpcji; oraz prób stworzenia odizolowanego, równoległego Internetu. Jeśli Stany Zjednoczone pójdą za tym przykładem, inne kraje będą musiały przystąpić do bloku amerykańskiego lub chińskiego – albo zbudować własny blok. Francja mogłaby próbować odtworzyć swoje panowanie nad dawnymi koloniami afrykańskimi. Rosja może wzmocnić wysiłki na rzecz zgrupowania dawnych republik w regionalnej unii handlowej. Niemcy coraz mocniej musiałyby rozglądać się poza malejącymi populacjami europejskimi w poszukiwaniu kupców swoich produktów – a w związku z tym rozwinąć też militarne możliwości obrony tych nowych odległych rynków i linii zaopatrzenia.

Gdy wielkie potęgi będą zmagały się o ekonomiczne stery wpływów, organizacje międzynarodowe stracą na znaczeniu. Konflikt geopolityczny sparaliżowałby ONZ, jak to miało miejsce w trakcie zimnej wojny. NATO mogłoby się rozpaść jako grupa wybranych partnerów Stanów Zjednoczonych. A rozprucie amerykańskiego baldachimu obronnego nad Europą może także oznaczać koniec Unii Europejskiej, która już cierpi z powodu głębokich podziałów. Nieliczne traktaty o kontroli zbrojeń, które jeszcze obowiązują, mogłyby stracić ważność, gdyby kraje zbroiły się, aby bronić siebie samych. Wysiłki na rzecz pokonywania międzynarodowych problemów – jak zmiany klimatyczne, kryzysy finansowe czy pandemie – przypominałyby chaotyczną pierwotnie reakcję na COVID-19, kiedy to państwa gromadziły zapasy, Światowa Organizacja Zdrowia bezmyślnie powielała chińską dezinformację, a Stany Zjednoczone skoncentrowały się na swoich kłopotach.

Skutkiem byłby bałagan, który przetrwanie części państw postawiłby pod znakiem zapytania. Od 1945 r. liczba państw na świecie wzrosła ponad czterokrotnie, z 46 do niemal 200. Większość z tych nowych państw jest jednak słaba i pozbawiona energii, zasobów, jedzenia, krajowych rynków, zaawansowanej technologii, siły wojskowej i możliwych do obrony granic. Według badań politologa Arjuna Chowdhury’ego dwie trzecie współczesnych krajów nie jest w stanie dostarczać swoim obywatelom podstawowych usług bez międzynarodowej pomocy. Mówiąc w skrócie, większość krajów jest głęboko uzależniona od powojennego porządku, który oferuje historycznie bezprecedensow y dostęp do międzynarodowej pomocy, rynków, dystrybucji i ochrony. Bez takiego wsparcia niektóre państwa upadną albo zostaną podbite. Słabe, zależne od pomocy kraje, takie jak Afganistan, Haiti czy Liberia, to tylko najbardziej oczywiste przykłady wysokiego ryzyka. Mniej oczywiste przykłady to sprawne, ale uzależnione od handlu kraje, jak Arabia Saudyjska, Singapur i Korea Południowa, których systemy ekonomiczne miałyby problemy z funkcjonowaniem w świecie zamkniętych rynków i zmilitaryzowanych szlaków morskich.

Droga naprzód

Żadna z tych ponurych wizji nie jest nieunikniona. W długiej perspektywie starzenie się społeczeństw i automatyzacja mogłyby uczynić świat bardziej pokojowym i kwitnącym niż kiedykolwiek wcześniej. W końcu starsze społeczności są mniej skłonne do wojowania niż młodsze, a rewolucje technologiczne zwykle wzmacniają produktywność i uwalniają pracowników od harówki.

Jednak droga do starszej i bardziej zautomatyzowanej przyszłości będzie niespokojna. Aby utrzymać obecny liberalny porządek, Stany Zjednoczone potrzebowałyby niezwykle wielkodusznego spojrzenia na swoje interesy. Musiałyby podporządkować dążenie do wewnętrznego bogactwa i potęgi wspólnemu pragnieniu międzynarodowego porządku. Musiałyby także tak redystrybuować wewnętrzne bogactwo, aby utrzymać polityczne wsparcie dla liberalnego przywództwa w sprawach międzynarodowych.

Gdy jednak świat wchodzi w okres demograficznego i technologicznego zamętu, podążanie taką drogą będzie coraz trudniejsze. W konsekwencji istnieje mała nadzieja na to, że Stany Zjednoczone będą wspierać partnerów, patrolować szlaki morskie czy promować demokrację albo wolny rynek, jeśli w zamian otrzymają niewiele. Nacjonalistyczne nastroje utrwalają się w USA i w dającej się przewidzieć przyszłości sprawy będą przybierać taki kształt. To nie jest anomalia, wytworzona przez administrację Trumpa; to raczej głęboko zakorzeniony trend, który zagraża dotychczasowemu modelowi amerykańskiej polityki zagranicznej – temu, który przetrwał w najczarniejszych dekadach minionego wieku.

Największą nadzieję dla liberalnego świata niesie to, że przyszła administracja amerykańska znajdzie sposoby, by móc skierować narastające impulsy nacjonalistyczne do realizacji międzynarodowych przedsięwzięć.

Stany Zjednoczone okazjonalnie podejmowały liberalne kampanie z egoistycznych przyczyn. Sprzeciwiły się np. europejskiemu kolonializmowi po części po to, aby otworzyć rynki na amerykańskie towary, albo zasilały i chroniły wspólnotę kapitalistycznych demokracji, aby skruszyć sowiecki komunizm i ustabilizować swoją światową dominację. Te kampanie zdobyły społeczne poparcie, ponieważ łączyły liberalne ideały z żywotnymi interesami USA. Podobne podejście mogłoby się sprawdzić dzisiaj.

Amerykanie mogą nie chcieć walczyć i umierać w obronie odległych sojuszników swojego kraju, chcą natomiast nie dopuścić do tego, aby autorytarne potęgi, takie jak Chiny i Rosja, stawały się regionalnymi hegemonami. Zatem Stany Zjednoczone mogłyby zastąpić część najbardziej zagrożonych baz na terytoriach sojuszników rozproszonymi sieciami wyrzutni rakietowych i dronów, powstrzymując w ten sposób chińską i rosyjską ekspansję, równocześnie ograniczając liczbę amerykańskich żołnierzy na polu walki. Amerykanie opowiadają się także za ochroną amerykańskich pracowników i firm. Choć amerykańska opinia publiczna sprzeciwia się układom handlowym, które wspierają wykonywanie usług poza krajem, to mocno popiera istnienie układów, które tworzą warunki sprzyjające amerykańskim firmom. Stany Zjednoczone mogłyby więc wykorzystywać swoje ogromne wpływy ekonomiczne do nakłaniania partnerów handlowych, aby przyjmowali amerykańskie standardy w pracy, środowisku i ochronie własności intelektualnej. Amerykanie nie tryskają entuzjazmem w kwestii wspierania demokracji w odległych regionach, ale są skłonni do partnerstwa z sojusznikami, aby chronić amerykańskie instytucje przed zewnętrznymi ingerencjami. W ten sposób Stany Zjednoczone mogłyby zbudować koalicję demokracji, która koordynowałaby wspólne sankcje przeciwko obcym mocarstwom, wtrącającym się w demokratyczne wybory. Wreszcie taka koalicja mogłaby stać się liberalnym blokiem wykluczającym państwa, które nie szanują otwartego handlu oraz wolności słowa i żeglugi.

W porównaniu z przewodzeniem światowemu liberalnemu porządkowi ta bardziej nacjonalistyczna wizja amerykańskiego zaangażowania może sprawiać wrażenie cynicznej i nieinspirującej. Może jednak okazać się bardziej realistyczna – a ostatecznie bardziej skuteczna w utrzymywaniu wolnego świata w całości podczas okresu bezprecedensowych zmian demograficznych i technologicznych.

© 2020 Council on Foreign Relations, publisher of Foreign Affairs. All rights reserved. Distributed by Tribune Content Agency

Tłumaczył Piotr Żak

Kup numer