Mirosław Proppé fot. Grzegorz Michałowski/PAP
Anna Mateja marzec 2021

10% dzikiej ziemi

Nie musimy zbiednieć, żeby ocalić zasoby dla przyszłych pokoleń. Wystarczy, że nauczymy się rozsądniej gospodarować tym, co mamy.

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Czytaj także

Anna Mateja

Instrukcja obsługi szalupy

Rok 1988. Burmistrz Albuquerque w Nowym Meksyku otrzymuje list od 16-letniego Mirosława Proppé z Warszawy. Uczeń pisze, że nie może podróżować, bo nie ma pieniędzy ani paszportu. Prosi o przysłanie folderów o mieście i przekazanie swojego adresu komuś, kto chciałby z nim korespondować, pomagając w nauce angielskiego. Z miasta wybranego z powodu jego egzotycznej nazwy odpisała uczniowi nastolatka, z którą zaprzyjaźnił się na wiele lat. Nie pisała jedynie o błahostkach. Proppé, wychowany w silnym w PRL-u kulcie amerykańskiego świata, dowiaduje się z listów z południowego zachodu, że Stany Zjednoczone to nie zawsze sprawiedliwy kraj, a np. rasistowskie uprzedzenia są tam częścią myślenia wielu ludzi. Po raz pierwszy w życiu przekonuje się, że obiegowe sądy, niepoparte wiedzą, bywają fałszywe.

Rok 2018. Mirosław Proppé po ponad 20 latach pracy w KPMG – jednej z największych na świecie firm konsultingowych – odbiera telefon od headhuntera. Ten informuje go, że Fundacja WWF Polska, organizacja pozarządowa należąca do sieci Światowego Funduszu na rzecz Przyrody walczącego o ochronę dzikich siedlisk i powstrzymanie zmian klimatycznych, poszukuje kandydatów na stanowisko prezesa. Po kilkumiesięcznej rekrutacji Proppé zostaje szefem fundacji, której budżet w 90% stanowią wpłaty prywatnych darczyńców (w Polsce fundację wspiera 100 tys. osób). Organizacja powstała w 1961 r. w Szwajcarii nie angażuje się w przedsięwzięcia komercyjne. Zrzesza natomiast aktywistów i naukowców, którzy dla ochrony naturalnych ekosystemów podejmują konkretne działania oraz, co nie mniej ważne, wyjaśniają nieoczywiste zależności istniejące między światem przyrody a człowiekiem.

 

Detale i duży kaliber

Mama była pediatrą. Pracowała w dawnym szpitalu Berohnów i Baumanów przy Siennej w Warszawie, gdzie w pierwszych latach XX w. praktykował Janusz Korczak, a w czasie wojny gońcem był Marek Edelman. Doktor Zienkowska-Proppé miała coś takiego, co dr Edelman nazywał Augenblick – rzut oka, wsparty wiedzą i doświadczeniem, który pozwalał postawić trafną diagnozę. Synowi opowiadała przede wszystkim o dzieciach z jej oddziału: pozostawionych przez rodziców na długie tygodnie leczenia, czasami zaniedbanych, nie zawsze kochanych.

Uczyła, że świat nie zawsze jest sprawiedliwy. Ale też, że nie depcze się mrówek. A przyroda to nie tylko las, także wrony i wróble latające nad żoliborskim osiedlem, gdzie mieszkali (Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową budował dziadek mamy). To za jej sprawą rodzina Proppé w czasach, kiedy wszystkie śmieci wrzucano do jednego kontenera, segregowała odpady. Makulaturę odwoziła do punktu skupu. Butelki ustawiała obok kubłów w altanie śmietnikowej. Podobnie jak ciasno upakowane w torebkach po cukrze drobne papierki.

Tata był inżynierem budowy lotnisk. Opowiadał, jak się pracuje w systemie, który nie liczy kosztów ani czasu. A także, jak rozmawia się ze współpracownikami, żeby jednak w takiej sytuacji zrobić coś sensownego. Przekonywał, że nie zawsze warto iść na kompromisy. Jeżeli myśli się w perspektywie dłuższej niż kilka miesięcy czy nawet lat, w sprawach, które uważa się za istotne, warto trzymać się własnego zdania.

Mirosław Proppé nie ma serca do detali. Łatwo przechodzi do spraw dużego kalibru, np. do transformacji energetycznej, która czeka Polskę, jeśli chce odejść od węgla jako głównego źródła energii, i powiązaniu tego procesu z przemianą w systemie zabezpieczenia emerytalnego. W jakie przedsięwzięcia fundusze, które opierają zyski na długoterminowych inwestycjach, powinny lokować kapitał? I jaki ma z tym związek liczba i stan siedlisk dzikiej przyrody?

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Emerytury i ogrzane domy

– Jeżeli przypomnę, że Polska zajmuje 18. miejsce wśród krajów produkujących najwięcej dwutlenku węgla na świecie, to na wielu ludziach nie zrobi to wrażenia. Liczby, zestawienia, prognozy… Kto ma do tego głowę, skoro gospodarka w takiej postaci, jaką znamy, zapewnia wzrost? WWF i Boston Consulting Group podeszli więc do problemu od innej strony: wyliczyli, że zmiana źródeł energii na takie, które nie rujnowałyby światowego klimatu i ludzkiego zdrowia, pozwoliłaby zaoszczędzić w Polsce 123 mld zł w latach 2020–2050. Tyle będą kosztować konsekwencje przedwczesnych śmierci czy leczenia schorzeń, które wywołuje zanieczyszczone powietrze. Ale po kolei.

Każdy z mieszkańców naszego kraju wytwarza średnio 20% więcej dwutlenku węgla niż osoba żyjąca w innych krajach UE. Na nasze wysokie miejsce „pracują” przede wszystkim elektrownie spalające węgiel kamienny i brunatny. Mniejszy, ale nadal znaczący udział w zanieczyszczeniu mają elektrociepłownie (korzystają z tego samego paliwa co elektrownie), transport (nadmiar samochodów, bo transport publiczny jest wciąż niewystarczający), indywidualne domy (których właścicieli nie zawsze stać na piece nowszej generacji czy termomodernizację). Podliczając: wszyscy wymienieni produkują 82% polskich gazów cieplarnianych, włączając się w światowe podnoszenie temperatury Ziemi. To prowadzi do topnienia lodowców i osuszania terenów ubogich w wodę, przyczyniając się z kolei do migracji ludzi za chlebem.

Jaki rodzaj inwestycji powinien więc wybrać fundusz emerytalny, żeby wypracować świadczenia przyszłych emerytów i dochód firmy? Od lat najwyższe zyski przynosiły energetyka i powiązane z nią dziedziny gospodarki (np. wydobycie paliw stałych). Tyle że jednocześnie zabierały zdrowie, podwyższając koszty leczenia, i skracały życie, szkodząc rynkowi pracy. Czy fundusz emerytalny powinien więc inwestować np. w rozbudowę sieci gazowej? W Polsce 85% obiadów jest gotowanych na gazie z butli lub z instalacji, 70% domów podgrzewa wodę za pomocą kotłów i pieców gazowych albo węglowych, 60% ogrzewanych jest indywidualnymi źródłami ciepła na gaz lub inne paliwa stałe. Koszt rozbudowy infrastruktury do przesyłania gazu zwróci się jednak dopiero po pół wieku. Czy jest sens jej podejmowania, skoro gaz uznano za paliwo przejściowe między „epoką węgla”, a czasem bardziej powszechnego wykorzystywania m.in. odnawialnych źródeł energii? A może trzeba zbudować taką sieć, którą można przesyłać nie tylko gaz ziemny, ale także np. wodór?

Ważne jest, kiedy Polska zrezygnuje z węgla. Być może, jak deklaruje obecny rząd, ostatnią kopalnię zamkniemy dopiero w 2049 r. Przypomnę jednak, że turbiny i kotły polskich elektrowni opalanych węglem nie będą się nadawały do użytku już za 15 lat. Tymczasem fundusze inwestycyjne, szukając możliwości długoterminowego i bezpiecznego lokowania kapitału dla wypracowania emerytur, muszą poznać źródła energii, które wybiera dany kraj, by ulokować środki w rozwoju odpowiednich przedsiębiorstw. Wypracowane przez nie pieniądze staną się znaczącą częścią budżetu potrzebnego do przeprowadzenia transformacji energetycznej.

Dlatego, powtarzam, wszyscy muszą wiedzieć, na czym stoją, bo chcemy mieć emerytury i ogrzane domy, a jedno z drugim jest ze sobą związane.

 

Czytanie książek i pisanie listów

Po wprowadzeniu stanu wojennego Mirosław Proppé zbiera z kolegami ulotki znajdywane na żoliborskich podwórkach, choć wiedzą, że ich posiadanie jest nielegalne. W demonstracji uczestniczy pierwszy i jedyny raz w życiu w listopadzie 1984 r., kiedy w kościele pw. św. Stanisława Kostki odbywa się pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, zamordowanego kilka tygodni wcześniej przez funkcjonariuszy SB. Zna młodych ludzi mocno zaangażowanych w działalność opozycyjną, ale sam nie ma natury spiskowca.

Z biblioteki ambasady USA wypożycza grubą, wydaną na kredowym papierze książkę, w której porównywano arsenał wojskowy Układu Warszawskiego i NATO. Kiedy pojawia się z nią w domu, w oczach ojca dostrzega lekki niepokój. W Polsce 2. poł. lat 80. informacje z grubej książki są ściśle tajne, co inżynier budowy lotnisk wiedział aż za dobrze. Tymczasem Mirosław nie tylko czytał ją w domu, ale – czego ojcu nie powiedział – przeglądał ją ostentacyjnie w tramwaju, realizując osobiście pojmowane „poczucie wolności”. Nikt nie ma prawa dyktować mu, jakie książki może trzymać u siebie. I jeżeli ma zamiar objechać rowerem wszystkie ulice lewobrzeżnej Warszawy, to też tego dokona. Mimo że wiele z nich w tamtym czasie nie należało do bezpiecznych, więc rodzice mieli swoje racje, kiedy narzekali, że przepada na wiele godzin nie wiadomo gdzie…

Pomysł pisania listów do burmistrzów i prezydentów mało znanych miast na świecie wziął się z tego samego myślenia. Skoro nie miał pieniędzy ani paszportu, żeby podróżować, prosił adresatów o przysyłanie przewodników, żeby poznać dalekie miejsca. Prawie zawsze otrzymywał odpowiedź.

Kiedy w 1989 r. powstaje pierwszy niekomunistyczny rząd, zlikwidowana zostaje cenzura, a paszport każdy może mieć w domu, dla 17-latka z Żoliborza liczy się przede wszystkim to, że może samodzielnie podejmować decyzje. Nie tylko dlatego, że za chwilę stanie się pełnoletni. Zniknęły też warunki, które ograniczały jego wolność z powodów niezależnych od metryki.

 

Racje i paradoksy

– Ciekawią mnie ludzie, którzy myślą inaczej niż ja. Nawet jeśli robią coś, co trudno mi zaakceptować, nigdy nie miałem poczucia, że robią to po to, żeby mnie skrzywdzić, poniżyć albo ośmieszyć. Może to tylko ich emocje? Może obrona tego, co znają i w czym czują się bezpieczni?

Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Od dzisiaj musi być inaczej”, np. nakazując producentom wykorzystywanie innego produktu niż olej palmowy, bo pod uprawę olejowca gwinejskiego karczuje się połacie lasów tropikalnych na całym świecie. Indonezja i Malezja wycięły go tyle, że dzisiaj zaspokajają 85% światowego zapotrzebowania na olej palmowy (znajduje się w żywności, kosmetykach, środkach czystości, biopaliwach i olejach silnikowych). Skutki łatwo wymienić: monokultura, która zastąpiła tropikalną bioróżnorodność, likwidując siedliska wielu gatunków, zwiększenie emisji dwutlenku węgla, powstanie ścieków zakwaszających glebę i zanieczyszczających lokalne wody.

Skuteczne remedium jest jedno: ograniczenie nadmiernej konsumpcji produktów. Tyle że zmiana nawyku zakupowego może trwać wiele lat. I czy na pewno ta zmiana rozwiąże problem? Palma olejowa stała się uprawą atrakcyjną ekonomicznie, ponieważ jej wydajność jest czterokrotnie wyższa niż innych upraw oleistych. Zamiana produkcji oleju palmowego na np. produkcję słonecznikowy oznaczałaby więc, że plantator musiałby zająć cztery razy większy areał ziemi niż w przypadku palmy olejowej. By sprawę jeszcze bardziej skomplikować, dodam, że na plantacjach pracują ludzie, którzy z ich likwidacją stracą źródło dochodu tam, gdzie o inne możliwości zarabiania na życie trudno. Ochrona lasów tropikalnych i siedlisk orangutanów jest ważna, ale jak ją porównać z sytuacją, kiedy spora grupa ludzi nie ma z czego żyć?

Współczesny świat jest paradoksalny, a zależności ekosystemowe zmuszają do ustawicznego wyważania racji. Nawet negatywnych skutków produkcji oleju palmowego nie uda się wyeliminować, narzucając rozwiązanie którejkolwiek ze stron. W 2019 r., także za sprawą lobbingu WWF, Polska przystąpiła do paktu na rzecz zrównoważonej produkcji oleju palmowego, dołączając do krajów, które kupują ten surowiec jedynie ze sprawdzonych plantacji. Czyli takich, na których są przestrzegane prawa pracownicze, a uprawa nie narusza dzikiej przyrody.

Jestem przekonany, że nie musimy zbiednieć, żeby ocalić zasoby dla przyszłych pokoleń. Wystarczy, że nauczymy się rozsądniej gospodarować tym, co mamy, nie doprowadzając do sytuacji, np. masowych migracji. Trudnych dla tych, którzy szukają w Europie miejsca do zarobienia na chleb, i dla samych Europejczyków, którzy nigdy nie będą gotowi na przyjęcie, np. 200 mln ludzi. Tyle mieszka obecnie w Afryce międzyzwrotnikowej.

Jeżeli, jak przewiduje Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu, średnia temperatura Ziemi podwyższy się o ponad 3ºC, w strefie zwrotnikowej przez 10 miesięcy w roku upał będzie się zbliżał do 50ºC. Warunki staną się nie do życia.

Człowiek nie jest panem stworzenia, lecz jedynie częścią ekosystemu. Niedowiarkom powinna to była uświadomić pandemia, która w 2020 r. wywróciła nasze życie do góry nogami. Jej początek sięga przecież drobnego zdarzenia: upolowano dzikie zwierzę zarażone chorobą, na którą człowiek nie był odporny. Masowy transport, który sprzyjał łatwo roznoszącemu się wirusowi, dopełnił reszty. Ten scenariusz możemy powtórzyć.

 

Mityczny wzrost i ukryte koszty

„Nie masz ukończonych studiów, nic nie umiesz, więc się nadajesz”– usłyszał niespełna 20-letni Mirosław Proppé podczas krótkiej rozmowy rekrutacyjnej poprzedzającej zatrudnienie na Giełdzie Papierów Wartościowych. Czerwone szelki maklera były kwintesencją wielkiej zmiany, którą rządziła jedna zasada: wzrost, wzrost, wzrost. Proppé myśli podobnie jak większość społeczeństwa, które z wyboru albo konieczności buduje gospodarkę wolnorynkową w Polsce. Sukces ma być miarą pracowitości i zaangażowania. Państwo nie ma obowiązku pomagać, zwłaszcza że samo jest na dorobku. Kto sobie nie radzi, na pewno w jakiś sposób ponosi za to część odpowiedzialności: może za mało pracuje, może za późno wstaje…

Proppé budowę wolnego rynku łączy ze studiowaniem zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim. Jest niezależny finansowo, wyprowadził się już nawet od rodziców. Na wykładzie z ekonomii prof. Andrzej Koźmiński zadaje pytanie: „Po co istnieje przedsiębiorstwo?”. Odpowiedź: „Dla zysków” – wydaje się oczywista. „Niekoniecznie – ripostuje uczony. – Po to, żeby trwać, choćby w nieskończoność”.

Kiedy zamienia giełdę na pracę w firmie doradczej od restrukturyzacji „złych kredytów”, poznaje z bliska przedsiębiorstwa nastawione na przetrwanie, mimo problemów finansowych. Zastanawiając się, jak dowiedzieć się o nich czegoś więcej niż to, co przedstawia mu ich szefostwo, dochodzi do wniosku, że pierwsze kroki w firmie powinien kierować do… toalety pracowniczej. Jeżeli była czysta, łatwiej było mu uwierzyć w możliwość spłaty zadłużenia i restrukturyzacji. Jeżeli firma nie potrafiła okazać pracownikowi szacunku nawet w postaci schludnie utrzymanej toalety albo bił po oczach dysonans między łazienką dyrekcyjną a pracowniczą, wiedział, że nie będzie łatwo.

Po paru latach zdobywania doświadczeń przychodzi mu do głowy następująca historia: na wyspie mieszka 100 osób. W jednym roku 80 z nich kupuje telewizor. Firma produkująca odbiorniki odnotowuje ewidentny sukces. W kolejnym roku, aby przynajmniej go powtórzyć, firma powinna sprzedać co najmniej 80 kolejnych urządzeń. Może namówić do zakupu 20 mieszkańców, którzy jeszcze telewizora nie mają, albo przekonać tych, którzy już go mają, że potrzebują jeszcze jednego. Inaczej nie będzie wzrostu. Ale czy to na pewno jest wzrost, skoro opiera się na zmyślonych potrzebach i kupowaniu niepotrzebnych rzeczy?

W ślepej pogoni za mitycznym wzrostem jedna osoba na pewno patrzy na świat szeroko otwartymi oczami. Tą osobą jest księgowy, bo liczy nie tylko osiągnięte zyski, ale także poniesione koszty.

 

Rachunki i edukacja

– Najpierw wymienię kilka faktów, ważnych niezależnie od tego, czy rozmawiamy o odejściu od gospodarki opartej na węglu czy o wyspach plastiku dryfujących po oceanach.

Do 2019 r. człowiek przekształcił 75% lądów na Ziemi. Jeżeli nie ograniczy apetytu, za trzy dekady mniej niż 10% powierzchni będzie można uznać za dziką, czyli pozbawioną ludzkiej ingerencji. Gospodarka, której celem jest osiągnięcie policzalnych korzyści (w założeniu: jak najwyższych), nie jest bezkosztowa.

20% lasów Amazonii wycięto w ciągu 50 lat. W ciągu tego samego półwiecza ilość wyrzucanego plastiku rosła tak szybko, że dziś znajduje się on w żołądkach niemal 90% ptaków morskich na świecie. 70% populacji kręgowców wyginęło przez ostatnich 40 lat. Połowa koralowców w płytkich wodach zniknęła w ciągu zaledwie trzech ostatnich dekad.

I tu jest potrzebna księgowość. W przedsiębiorstwie wartość niewliczana do kosztów nie istnieje. Czyste środowisko jest cenne, ale biznes zauważa je dopiero wówczas, kiedy zostanie obciążony kosztami jego zużycia. Dlatego wymyślono np. Unijny system handlu uprawnieniami do emisji (ETS). Od kiedy za możliwość pozostawienia śladu węglowego trzeba zapłacić, ubyło fanów paliw kopalnych. Na poważnie zaczęto szukać źródeł energii mniej szkodliwych dla środowiska, ale też projektować samochody z napędem innym niż spalinowy.

Rachunek ekonomiczny zmotywuje do zmiany świata, tylko jeśli stanie za nim edukacja, bo ktoś musi wyjaśnić konieczność wprowadzenia nowej pozycji do rachunku, np. wyliczającej koszt utylizacji farmaceutyków. Na poziomie instytucji unijnych problem zagospodarowania resztek polekowych pojawił się m.in. podczas dyskusji o zmniejszających się stadach ryb morskich. Najważniejszym powodem jest przełowienie. Ale naukowcy zwrócili uwagę na przewagę w społecznościach niektórych gatunków samic nad samcami. Najprawdopodobniej to wynik nagromadzenia w ocenach i morzach resztek farmaceutycznych, np. po lekach hormonalnych i wczesnoporonnych. W ciągu ponad pięciu dekad ich stosowania pozostałości, które z kanalizacji przenikają do cieków wodnych, a finalnie do oceanów, nagromadziły się w takiej ilości, że naruszyły równowagę rybiego ekosystemu. Poznanie tego faktu i jego oszacowanie daje możliwość pozyskania środków na znalezienie technologii, które nie pozostawiają polekowych resztek w środowisku albo pomagają je wyłapywać.

 

Narzędzia i emocje

Konsultant Proppé zbiera z zespołem dane na temat, który interesuje instytucję zamawiającą raport. Wspólnie przeprowadzają analizy, sugerują rozwiązania. Na końcu wystawiają fakturę. Na podjęcie ostatecznej decyzji Proppé wpływu już nie ma.

Program aktywizacji długotrwale bezrobotnych Welfare-to-Work poznaje w Wielkiej Brytanii (wyjechał tam jako pracownik firmy konsultingowej KPMG, budując w Polsce dział współpracy z administracją publiczną i samorządową). Brytyjski program, który zakłada, że każda osoba pozostająca bez pracy dłużej niż rok ma po temu uzasadnione, lecz niepoznane racje, i standardowy pakiet pomocy nigdy w jej przypadku nie zadziała, daje mu szansę zrobienia czegoś więcej poza napisaniem raportu i wystawieniem faktury. Może zmienić rzeczywistość.

Po powrocie do Polski szybko zbiera potrzebne informacje: długotrwale bezrobotnych ok. 2012 r. było w Polsce jedynie 300 tys., ale koszt ich utrzymania wraz z rodzinami (mieszkanie komunalne, świadczenia na dzieci itp.) wynosił prawie 1,5% PKB. Na tyle dużo, że warto było się zastanowić, dlaczego tym ludziom nie udaje się znaleźć pracy.

Pilotażowym programem zaproponowanym przez KPMG zainteresowali się wojewoda małopolski Jerzy Miller, ówczesny marszałek Sejmiku Małopolskiego, i wojewódzki urząd pracy. Pierwsze spotkanie, na które przyszły osoby z wszystkich możliwych instytucji zajmujących się bezrobociem, było wybuchem emocji. Pod adresem bezrobotnych, bezskutecznych form pomocy, kolejnego programu, który prawdopodobnie niewiele zmieni. Uzgadnianie, co można zrobić w polskich warunkach, żeby pomoc dla osób od lat niezatrudnionych mogła być jak najmniej standardowa (bo ta już wiele razy okazywała się nieskuteczna), a bardziej zindywidualizowana, trwało ponad pół roku.

Ostatecznie wybrano w przetargu agencję pracy, która miała wykonać jedno zadanie – spowodować zatrudnienie. Dobór narzędzi, zgodnie z tym, co przewidywał realizowany program, zależał wyłącznie od niej. Po kilku tygodniach w lokalnym ZUS-ie pojawiły się pierwsze składki odprowadzone od nowo zatrudnionych. Program okazał się na tyle skuteczny, że ustawowo umożliwiono jego finansowanie z Krajowego Funduszu Pracy, dzięki czemu przystąpiły do niego kolejne województwa.

 

Wspólnota ludzka i 1% wody

– Właściwie mógłbym powiedzieć na tym pierwszym spotkaniu: „Zróbcie tak, jak mówię, bo zapewniam was, że to działa”. Założenia pilotażowego projektu różniły się bowiem od uzyskanego efektu jedynie w paru szczegółach. Gdybym jednak tak zrobił, nikogo bym nie przekonał. Ponieważ przeszliśmy tę drogę razem, do dzisiaj spotykam ludzi, którzy czują się współautorami tego programu, bo zobaczyli jego skuteczność i osobiście poczuli, że zrobili coś sensownego.

Po 20 latach spędzonych w firmie konsultingowej zacząłem się zastanawiać, gdzie powinienem pracować, żeby realizować takie rozwiązania, które wedle najlepszej wiedzy ekspertów zrobią ze świata lepsze miejsce do życia. Tak znalazłem się w organizacji, której nadrzędnym celem jest ochrona dzikiej przyrody i dążenie do zmiany postaw ludzi. Walczymy więc o naturalny bieg rzek, bo inaczej nie uda się zatrzymać osuszania Polski, przekonując władze gmin do odtworzenia polderów (udało się to m.in. w Wołowie pod Wrocławiem i w Bydgoszczy). Ocalając mokradła, odtworzyliśmy wiele siedlisk lęgowych ptaków, jak w Biebrzańskim Parku Narodowym. Przekazujemy ogrodzenia elektryczne hodowcom zwierząt gospodarskich, by mogli je chronić, nie strzelając do wilków i innych drapieżników

We wrześniu 2020 r. WWF ogłosił raport o neutralności klimatycznej – ponad 100 fachowców od budownictwa, energetyki, rolnictwa i transportu wyjaśnia, jak muszą zmienić się biznes i regulacje prawne w tych sektorach, żebyśmy mogli przetrwać skutki ocieplenia klimatu. Oraz zapewnić wodę, żywność, bezpieczne warunki do życia dla 10 mld ludzi, którzy pojawią się na planecie do ok. 2050 r. Łatwo nie będzie. Zaledwie 1% wody na świecie jest zdatny do picia. Rocznie wycina się 10 mln hektarów lasów, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi powierzchnia 14 mln boisk piłkarskich. A gałęzią gospodarki, która potrzebuje najwięcej ziemi i wody, jest produkcja żywności, która będzie rosnąć, jeśli ma być nas coraz więcej…

*

Październik 1944 r. Z bydlęcego wagonu transportu kolejowego jadącego w stronę Krakowa, którym wiezieni są warszawiacy z popowstańczego obozu przejściowego w Pruszkowie, dwie kobiety wyrzucają niewielki, zrobiony z kołdry, tłumoczek. Decyzję podjęły błyskawicznie, kiedy pociąg, wjeżdżając w las, wyraźnie zwolnił. W kołdrę zawinięta była czteroletnia dziewczynka. W ślad za pakunkiem wyskoczyły one same – jedna po drugiej. W ciemnościach cudem nie tylko się odnajdują, ale docierają także do dziecka. Wszystkie – babcia, mama i córka – przeżyją tamtą jesień i wiele następnych. Z dziecka wyrośnie przyszła lekarka ze szpitala na Siennej, która uczyła Mirosława Proppé, że tego, co żywe, się nie niszczy. Nawet mrówek w szparach między płytami chodnika.

Grudzień 2020 r. Świat łapie oddech po drugiej fali pandemii COVID-19 wraz z informacją, że jest szczepionka zabezpieczająca przed infekcją.

Synowie Mirosława Proppé wchodzą w dorosłość: jeden kończy liceum, drugi rozpoczął studia. Kiedy był w ich wieku, zakładał fundament pod całe życie: dużo pracował, sporo podróżował, szybko się usamodzielnił.

Jeżeli dzisiaj czegoś się boi, to braku szansy na kontynuację takiego życia dla pokolenia swoich dzieci i wnuków. Że nie będzie już żadnego rozwoju, bo problemem stanie się samo zapewnienie poczucia bezpieczeństwa. Że niemożliwa będzie realizacja pasji w świecie ustawicznych ograniczeń. Że problemem będzie nie tyle obniżenie standardu życia, ile samo przeżycie. To lęki tak realne jak strach czteroletniej dziewczynki zawiniętej w kołdrę i wyrzuconej z pociągu wiozącego ludzi na niepewny los. Czy ktoś ją znajdzie w ciemnym, zimnym lesie.

Kup numer