Fot. Irek Dorozanski
Anna Mateja wrzesień 2020

Naiwni wierzą zawsze

Większość moich podopiecznych – kobiet skazanych za morderstwa, notoryczne kradzieże, uzależniona od narkotyków – nigdy w życiu nie nawiązała normalnej relacji. Takiej, która byłaby oparta na akceptacji, lojalności, może nawet miłości. Jak mają uwierzyć, że inne życie jest w zasięgu ich możliwości, skoro nigdy nie doświadczyły bezinteresownego wsparcia.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

Anna Mateja

Kamienie i ludzie

Anna Mateja

Sytuacja zmusza do działania

Lidia Olejnik, pułkownik w stanie spoczynku, była dyrektor Zakładu Karnego dla Kobiet w Lublińcu, uważa, że o „uciążliwościach odbywania kary pozbawienia wolności nie ma co mówić”. Łatwo je sobie wyobrazić. W celi żyje cztery– pięć kobiet, które przebywają niemal wyłącznie w swoim towarzystwie. O tej samej porze pobudka i gaszenie świateł, wydawanie posiłków i wychodzenie na spacer (na wewnętrzny dziedziniec zakładu), widzenia z najbliższymi (jeżeli w ogóle utrzymują ze skazaną kontakt). Jednakowa dla wszystkich pościel, rzeczy osobiste ograniczone do niezbędnego minimum. Nawet toaleta nie zapewnia komfortu osobności, bo jest w tym samym pomieszczeniu.

„Kiedyś była oddzielona od celi jedynie zasłonką – wspomina Lidia Olejnik. – W zakładzie karnym dla kobiet osadzone dbają o wystrój: zasłonki były haftowane, w kolorowe wzory. Ale to jednak wciąż tylko szmatka… Jak tylko finanse pozwoliły, zdecydowałam, że mają je zastąpić choćby cienkie, ale jednak ściany – namiastka prywatności”.

Skazane usiłują za wszelką cenę stworzyć przestrzeń dla zachowania własnej autonomii. Jedne odmawiają wyjścia na spacer, udając, że źle się czują, byle tylko choć kilka kwadransów pobyć w samotności. Inne nie jedzą posiłku ze wszystkimi – odkładają to na później.

Listy do osadzonych są czytane przed oddaniem adresatce. Liczba paczek w miesiącu – ograniczona, ich zawartość i waga z góry określone. Przez lata ten sam widok z okna i te same twarze. Całe życie rozgrywa się na kilku–kilkunastu metrach kwadratowych, oddzielonych od świata drzwiami, których nie można otworzyć.

„I to właśnie w karze pozbawienia wolności jest najtrudniejsze – zapewnia Olejnik. – Przemoc, przynajmniej w humanitarnie zarządzanych zakładach, zdarza się rzadko. Subkultura też nie zawsze się rozwija. Oddzielenie od świata i bliskich jest jednak w takim miejscu oczywiste”.

To jest kara. Ale to może być też szansa, żeby w przymusowej izolacji dowiedzieć się, kim jestem, czego chcę, dlaczego moje życie potoczyło się właśnie tak, co mogę zrobić, by ono zaczęło zależeć ode mnie. Lidia Olejnik: „Jestem od tego, żeby im tę szansę dać”.

*

1 września 1986 r., kiedy przed przyszłą dyrektor zakładu w Lublińcu po raz pierwszy otwierano metalowe drzwi głównego wejścia, Lidia miała 25 lat, męża i trzyletniego syna oraz dyplom Wydziału Pedagogiki i Psychologii (kierunek: resocjalizacja) Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pochodzi z Piotrkowa Trybunalskiego. W lipcu 2020 r. stoi pod kilkumetrowym murem z czerwonej cegły, zwieńczonym drutem kolczastym. Więzienie wybudowano w czasach pruskiego zaboru w latach 80. XIX w. Przez kilka następnych dekad osadzano tam mężczyzn. Pierwsze kobiety pojawiły się w II poł. lat 60., po pierwszym remoncie generalnym jednostki. Kiedy Lidia Olejnik po raz pierwszy przekraczała metalowe drzwi głównego wejścia, na wieży stał jeszcze uzbrojony strażnik.

Od razu po studiach była m.in. przez rok nauczycielką w szkole specjalnej. Prowadziła zajęcia dla dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym, zaburzonych, często zaniedbanych. Praca jej się podobała, ale czuła, że jej plan na życie jest jednak inny. Chciała pracować z kobietami pozbawionymi domu, odrzuconymi przez najbliższych, w ciąży i z dziećmi, bez domu, uzależnionymi – to były zadania, którymi młoda Lidia planowała wypełnić życie.

W Lublińcu została wychowawcą w oddziale dla skazanych wymagających stosowania szczególnych środków leczniczo­wychowawczych. Utworzono go w zakładzie pod koniec lat 60., umożliwiając terapię osobom z lekkim upośledzeniem i niepsychotycznymi zaburzeniami umysłowymi.

„Wy jesteście inni. To widać od pierwszego dnia” – słyszy Lidia od naczelnika Jana Dąbrowicza (przed 1989 r. w więziennictwie obowiązywała formuła „wy”), kiedy kilka tygodni po rozpoczęciu pracy tłumaczyła się przed nim i kierownictwem. Naczelnik otrzymał donos, że przeczytała skazanej list, którego ta nie powinna była otrzymać (osadzeni mieli prawo do czterech miesięcznie). W tym, który przekraczał limit, siostra osadzonej Romki pisała, że jej córka wyszła już ze szpitala. „Nie martw się…” – pocieszała adresatkę. Lidia poszła do celi i przy reszcie osadzonych, nie oddając listu, przekazała informację. Donos złożyła najpewniej jedna z nich.

Przy pozostałych funkcjonariuszach Dąbrowicz oficjalnie upomniał Olejnik za nieprzestrzeganie regulaminu. W cztery oczy powiedział: „Wy nawet klucz do kraty na oddziale wkładacie inaczej, niż pozostali. Podoba mi się takie podejście”.

Olejnik wyjaśnia dzisiaj: „Nadmierne ograniczenia w przekazywaniu paczek czy w kontaktach z najbliższymi uważałam za dodatkową karę, z której nie wynika żaden resocjalizacyjny pożytek. Nie złamałam prawa, pozwoliłam sobie jedynie na myślenie”.

*

Na studiach przygotowywano ją do pracy z przestępcami. Na miejscu okazało się, że wie naprawdę niewiele.

„Jak można zabić własnego męża?” – zapytała Lidia podczas jednej z pierwszych rozmów, które przeprowadzała jako wychowawca. Po drugiej stronie stołu siedziała kobieta odsiadująca kilkuletni wyrok za zabicie męża. Zauważyła uważny wzrok podopiecznej: dobrotliwy, trochę wybaczający… Zamiast wyjaśnień usłyszała właściwie jedno słowo: „Oj dziecko, dziecko…”. Chyba wtedy po raz pierwszy przekonała się, że obraz przemocy domowej, który ma w głowie: „on bije ją, a ona, zamiast się bronić, zabija go”, nie jest prawdziwy.

„Jak mogłam jej zadać takie pytanie? – mówi po latach. – Podczas kolejnych rozmów opowiadała mi o przeżytym w domu piekle”.

Mimo braku doświadczenia wie wówczas jedno: skazana pozostaje człowiekiem, niezależnie od tego, za co ją skazał niezawisły sąd. Czy to było zabójstwo trzech starszych pań w celach rabunkowych, zabicie 16­letniej córki podejrzewanej o romans z partnerem matki, malwersacje w urzędzie skarbowym. Ona nie jest od oceniania, ale od pomagania, by wykonanie wyroku nie było bardziej dotkliwe, niż zdecydował sędzia. Skazane są od niej i innych funkcjonariuszy uzależnione we wszystkim – muszą prosić nawet o wysłanie listu.

W połowie lat 80. Lidia nie ma jednak pojęcia, że przemoc domowa stanowi problem systemowy. Dostrzega to garstka osób. Niewiele więcej zdaje sobie sprawę, że narkomani nie są przestępcami, ale przede wszystkim osobami potrzebującymi pomocy. Lidia o tym już wie i zafascynowana Markiem Kotańskim, pomysłodawcą i założycielem pierwszego w Polsce Ludowej ośrodka terapii dla osób uzależnionych od narkotyków, wyobraża sobie, że po 15 latach służby w więziennictwie, kiedy będzie mogła przejść na wcześniejszą emeryturę, rozpocznie pracę w jednej z placówek Monaru.

„Czułam w sobie duszę włóczęgi – opowiada Lidia Olejnik pod murami zakładu karnego w Lublińcu, gdzie ostatecznie przepracowała prawie 26 lat. – Wyobrażałam sobie, że będę chodzić po ulicach i melinach, wyciągając stamtąd ludzi, którym nikt wcześniej nie chciał pomóc”.

W 1987 r. w lublinieckim zakładzie uruchomiono jednak oddział dla skazanych uzależnionych od środków odurzających i substancji psychotropowych. Olejnik od razu rozpoczyna z nimi pracę.

Kobiety opowiadają, jak je wykorzystywano, zmuszano do przestępstw, jak okradały najbliższych i oszukiwały własne dzieci. Pierwsza ważna zasada pracy ze skazanymi: rezygnacja z oczekiwań. Dziewczyny opuszczają bowiem zakład, po czym za jakiś czas wracają. Odbywają kolejną karę, przechodzą następną terapię i ponownie wracają. I znowu, i znowu… Od jednej z koleżanek terapeutek słyszy: „Po co my to wszystko robimy? Przecież o naszych dziewczynach to już chyba nawet Chrystus zapomniał…”.

Lidia się obrusza: „Nie zapomniał, ale my mamy być te naiwne – te, które zawsze wierzą”. I rozstaje się z kolejnymi złudzeniami. Nie wyprostuje niczyjego życia tylko dlatego, że na tę przemianę ciężko pracuje. Nie nadrobi w ciągu kilku miesięcy czy nawet lat tego, czego jej podopieczna powinna była się nauczyć przez całe życie. Nie może więc mieć pretensji, że ona wykorzysta sytuację, skłamie albo oszuka… Przecież do tej pory tylko dzięki temu udawało jej się przeżyć.

Poprzestaje na małym, ale istotnym: terapia w zakładzie karnym pozwala dziewczynom stanąć na nogi. Podleczyć się, podbudować psychicznie. Czasami udaje się nawiązać kontakt z rodziną – to ważne, bo daje motywację, by nie wrócić do nałogu. Bywa, że dziewczyna jest „czysta” przez kilka miesięcy, a nawet rok. To już duży sukces. A kiedy go zabraknie, myśli o tym, że są jeszcze inne pacjentki na terapii i może właśnie je uda się wyciągnąć z uzależnienia.

„W moim życiu nie działo się nic takiego, co tłumaczyłoby moje resocjalizacyjne zainteresowania” – wyjaśnia na tarasie swojego domu, obserwując pływanie 8­letniego wnuka w postawionym na lato przydomowym basenie. „Od kiedy pamiętam, zawsze mnie chwalono. Byłam jakoś zdolna, ale przede wszystkim miałam fenomenalną pamięć – to mi pomagało w szkole. A potem w pracy, bo na lata zapamiętywałam historie opowiadane mi przez osadzone. Byłam dzieckiem kochanym, które nigdy nie zostało uderzone, nawet ścierką. Od zawsze czułam się silna – że jak chcę, to mogę wszystko. W zakładzie poznałam rewers swojej drogi życiowej – co się dzieje z kobietą, kiedy zabraknie akceptacji i miłości, w których sama wyrosłam i które uważałam za oczywiste”.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

*

W czerwcu 2020 r. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu odrzucił apelację prokuratury, utrzymując w mocy wyrok uniewinniający kobietę, która zabiła męża podczas awantury. W trakcie dochodzenia ustalono, że oskarżona była przez niego pięć lat bita. Policja zarzucała jej, że nie szukała pomocy i piła alkohol razem z mężem. Na sali sądowej podniesiono, że kobieta porzuciła dzieci. Sędzia Joanna Jakubowska­Wiraszka argumentowała jednak w 2019 r.: „Co ma zrobić kobieta 1,60 m wzrostu z mężczyzną, który ma 1,80 m wzrostu i jest silnie zbudowany, który ją dusi? Idealnie byłoby, żeby zaczekała. Ma jednak prawo do obrony koniecznej”.

Wyrok sądu apelacyjnego ma charakter precedensowy. Co też ważne: zapadł niedługo po przegłosowaniu przez Sejm przepisów wprowadzających prawo usunięcia przez policję agresora ze wspólnego domu. Do tej pory to żona albo matka z dziećmi, uciekając przed biciem, musiały szukać innego lokum. To ważny krok, który był możliwy dzięki obowiązywaniu w Polsce konwencji o przeciwdziałaniu przemocy. Tymczasem w lipcu 2020 r. minister rodziny, pracy i polityki społecznej sugerowała konieczność jej wypowiedzenia (dokument podpisano w Stambule w 2011 r., na jej ratyfikowanie poprzednia koalicja rządząca potrzebowała aż 4 lat). Minister, a później także m.in. szef resortu sprawiedliwości przekonywali, że konwencja narzuca „treści ideologiczne niezgodne z polską konstytucją”.

Kobiety, z którymi pracowała Lidia Olejnik, za zabicie męża lub partnera zasądzano z reguły na osiem lat. Nie otrzymywały maksymalnego wymiaru kary, jeśli wykazano przed sądem, że morderczyni przez lata była bita, gwałcona lub w inny sposób dręczona.

„Podopieczne opowiadały mi, że sięgnięcie po nóż czy inne narzędzie to z reguły impuls – opowiada. – Mąż czy partner bił ją przecież nie pierwszy raz. Tak samo mocno. Nie planowała ataku, nie planowała obrony. Po prostu po kolejnym uderzeniu, może dlatego, że narzędzie znalazło się pod ręką, pojawiła się w głowie taka myśl… I zrobiła to”.

Bardzo rzadko, spanikowane widokiem krwi, starają się ukryć ciało (przed sądem działa to na ich niekorzyść, podwyższając wyrok nawet o kilka lat). Z reguły wzywają jednak policję i pogotowie, biegną do sąsiadów, wołając o pomoc. Jak podaje Daria Górka w książce Aż do śmierci. Prawdziwe historie przemocy domowej, która zmusza ofiarę do zbrodni, w 2018 r. policja zatrzymała prawie 74 tys. osób podejrzanych o stosowanie przemocy. Ponad 41 tys. z nich to byli pijani mężczyźni.

W Polsce o przemocy domowej jako problemie systemowym pierwsze mówią feministki. W grudniu 1994 r. w warszawskim sądzie rejestruje się Centrum Praw Kobiet, które m.in. nagłaśnia społeczną skalę przemocy i szuka sposobów na wprowadzenie prawnych środków ochrony ofiar. Cztery lata później Lidia Olejnik poznaje szefową Centrum Urszulę Nowakowską. Wtedy spotkały się dwie kobiety. Pierwsza pracowała z ofiarami przemocy, które nie wiedziały, że ktoś mógłby im pomóc, a nawet jeśli wiedziały i szukały wsparcia, nie zostało im ono udzielone. Ostatecznie – zabiły albo ciężko raniły oprawcę i z ofiar stały się przestępcami. Druga, czyli Nowakowska, pracowała z kobietami, które pomoc znalazły i uwolniły siebie i dzieci od agresora.

Olejnik i Nowakowska zgadzają się, że obie grupy dzieli cienka linia graniczna. Zastanawiają się, co zrobić, by dowiedzieli się o tym inni i nie osądzali przez lata dręczonych kobiet jak morderczyń. A przede wszystkim, jak ma wyglądać terapia kobiet, które napiętnowano dwa razy. Pierwszy raz, kiedy były bite przez mężów. Drugi, kiedy zabiły. Jak nauczyć je wiary w siebie? Co musi się zmienić w ich życiu, żeby wyszły z roli ofiar?

*

Z pomocą przychodzi rzeczywistość. W 1998 r. do zakładu w Lublińcu zgłasza się dyrektorka miejscowego Domu Pomocy Społecznej „Zameczek” Wiesława Dudek z pytaniem, czy wśród osadzonych są kobiety, którym można zaufać na tyle, żeby je dopuścić do opieki nad poważnie upośledzonymi dziećmi. W domu brakuje wolontariuszy, rodzice nie sprzeciwiają się takiemu zaproszeniu. Olejnik opracowuje program wolontariacki „Bona” dla kobiet, które chciałyby się tym zająć. Mają raczej niskie, czyli kilkuletnie, wyroki, nie są zaburzone, nie wykazują problemów z emocjami, dobrze dogadują się z innymi osadzonymi. Do programu zaproszone zostają także kobiety ofiary przemocy domowej, ale po zakończeniu psychoterapii. Opieka nad dziećmi z upośledzeniem umysłowym była kolejnym etapem wychodzenia z roli ofiary. Teraz to one miały stać się kimś, od kogo zależy cudze życie.

Zgłasza się kilka kobiet. Po pierwszych dniach trzy rezygnują. Chęć opuszczenia zakładu choć na kilka godzin dziennie to duża gratka, ale praca z dziećmi, z którymi często nie ma kontaktu, trzeba je karmić sondą, przewijać, mniej upośledzone uczyć mozolnie najprostszych czynności, nie daje szybkiej satysfakcji. Te, który się nie poddały, dostają namiastkę normalnego życia. Codziennie wychodzą do pracy z zakładu karnego, jak z domu. Ubierają się wyjściowo, robią makijaż. Wracają po ośmiu godzinach, podczas których dla DPS­u były pracownikami, dla dzieci opiekunkami, dla współpracowników koleżankami. O tym, kim są, przypominała im kontrola osobista przeprowadzana przy wejściu do zakładu.

Po kilku miesiącach niektóre dziewczyny chwalą się pierwszymi sukcesami. Jedna z pań nauczyła leżące do tej pory dziecko stawiać pierwsze kroki i z zapałem opowiadała, jak będzie wyglądać dalsza rehabilitacja. Inna relacjonowała postępy wychowanka, który dzięki niej potrafi już samodzielnie skorzystać z nocnika.

Skazane poczuły się potrzebne, bo pojawił się ktoś, komu na nich zależało. Z kolei Lidia Olejnik zauważyła, że resocjalizacja w takim programie jak „Bona” odzyskuje sens. Według językoznawcy Władysława Kopalińskiego resocjalizacja to „przystosowanie do życia społecznego jednostki źle współżyjącej ze środowiskiem społecznym…”.

„Ale jak przywrócić skazanego społeczeństwu, jeżeli całą karę ma odbyć w izolacji od świata? – pyta retorycznie pani pedagog. – Samym słowem nikogo nie przekonamy do zmiany życia, a już na pewno nie osoby, które od dziecka bywały poniżane i wykorzystywane. Co innego działanie… Zmiany widziało się gołym okiem. Skazane zdawały sobie sprawę, że mogą wyjść i pracować, dlatego że wychowawcy im zaufali. Moje podopieczne przywiązywały się do dzieci, czuły się za nie odpowiedzialne. Niektóre, chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że je pokochały. Zastanawiałam się, ile z nich po raz pierwszy poczuło, jak to jest być ważnym za nic – za to, że się jest. I tym samym odpowiadać”.

Być może u niektórych pojawiała się myśl, że zaangażowaniem zadośćuczyniły społeczeństwu za przestępstwa i po wyjściu mogą oczekiwać normalnego traktowania. Bo już nie mają długu… Może nawet wybaczyły same sobie.

Kilka wolontariuszek odwiedzało wychowanków także po odbyciu kary. Doświadczenia zdobyte podczas realizacji „Bony” też nie pozostały bez dalszego ciągu. Olejnik opracowała ze współpracownikami kolejne programy wolontariackie, m.in. „Schola Vitae”, w którym pensjonariuszki lublinieckiego zakładu opiekowały się mężczyznami po chorobach psychicznych i kombatantami, oraz „Miłosierna Samarytanka” – dla opieki nad osobami starszymi i przewlekle chorymi.

Programy z zakładu karnego w Lublińcu realizowano w systemie polskiego więziennictwa jako pionierskie. Z badań, którymi objęto uczestniczki programu, wynika, że powrót do przestępstwa nie przekracza wśród nich poziomu 0,3%.

*

Kiedy Barbara – maltretowana przez męża i skazana za zabicie osoby z rodziny – pisała sztukę Węzły życia, połowa z 48 więźniarek z Lublińca stanowiła ofiary ciężkiej przemocy. Był 2005 r. Lidia Olejnik została dyrektorem tamtejszego zakładu karnego. Od dwóch lat, dzięki współpracy z Centrum Praw Kobiet, funkcjonował tam Teatr Terapeutyczny (powstał za sprawą programu unijnego „Praca i godne życie kobiet ofiar przemocy”). Sztuki pisały skazane, wykorzystując wątki z własnych biografii. Wystawiają je razem z innymi osadzonymi, ale nigdy nie odgrywają swoich przeżyć. Uczą się roli, przeprowadzają kolejne próby. Nie pracują z fachowcami, spektakle są więc amatorskie. Jednak reakcja słuchaczy jest prawidłowa – czują się, jakby ktoś żelaznym uściskiem chwycił ich za gardło i nie pozwolił zamknąć oczu.

Sztuka Barbary powstała z konkretnego powodu: Rada Europy ogłosiła kampanię „Stop przemocy wobec kobiet i dzieci”.

Lidia Olejnik zapytała podopieczne: „Może macie coś do powiedzenia?”.

Barbara zdecydowała się opowiedzieć własne życie. To, nad którym, dzięki terapii, przejmowała kontrolę. Na scenie wszystko wydaje się prostsze, bo w koszmarze, w którym się żyło, uczestniczą inni. Podczas rozmowy z wychowawcą czy psychologiem (w Lublińcu są zawsze kolejki) trzeba walczyć z chaosem w głowie, dobierać słowa, których ustawicznie brakuje, nie można używać przekleństw (a co zrobić, kiedy się wśród nich wyrosło i są częścią codziennego języka?). Do tego dochodzi dziwne poczucie, że przeżywa się to jeszcze raz, chociaż to tylko słowa, a nie uderzenia. Rozmowa boli. Scena zapewnia dystans.

Scenografia sztuki Barbary jest oszczędna. W oczy rzuca się jedynie konopny sznur, na którym trzymana jest jedna z dwóch bohaterek. Pierwsza to żona bita przez męża, druga – córka poniżana przez matkę i wykorzystywana seksualnie. Po wystawieniu spektaklu w jednym z zakładów karnych dla mężczyzn, na sali zapadła głucha cisza. Nie było oklasków, a przede wszystkim nie padło ani jedno pytanie.

„Do audytorium zaproszono skazanych za przemoc domową – pamięta Lidia Olejnik. – Ta cisza dźwięczy mi w uszach do dziś. Mam nadzieję, że oni coś zrozumieli, coś do nich dotarło… Zresztą nie tylko na odbiorze sprawców przemocy nam zależało. Adresatem byli wszyscy: przekonani, że przemoc to problem tzw. marginesu społecznego, »głusi«, którzy udają, że nie słyszą, co się dzieje za ścianą, członkowie Kościoła katolickiego, którzy uważają, że rodzina to świętość, więc jak tu wzywać policję do bitej żony czy dziecka”.

Aktorki z Lublińca Węzły życia i inne spektakle pokazują na przeglądach teatrów terapeutycznych, m.in. w Czechach, Niemczech, Słowenii. Do tego zakłady karne, konferencje naukowe, teatry i uczelnie w Polsce (oraz jedno seminarium duchowne). Po jednym z przedstawień do kobiet podchodzi Maria Kaczyńska. Przyspieszonym z wzruszenia głosem dzieli się wrażeniami, mówi o odwadze kobiet z Lublińca.

„Słowa prezydentowej były dla nich równe ważne jak zaufanie funkcjonariuszy, którzy pozwalali im opuszczać zakład dla wystawienia spektaklu – zapewnia Olejnik. Dziewczynom zawsze towarzyszyli dyrektorka, jeden wychowawca, kapelan. – W reakcji odbiorców, którzy wysłuchali ich opowieści, poczuły akceptację. Nie zła, którego się dopuściły, ale siebie. Miały prawo uwierzyć, że jest możliwe wybaczenie i nowe życie”.

Najbardziej empatyczny wychowawca więzienny, działając tylko słowem, mógłby nigdy nie osiągnąć takiego resocjalizacyjnego efektu.

*

Kobietę z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności przywieziono do Lublińca z innego zakładu karnego.

„Jak mam spędzić za kratami ćwierć wieku?” – zapytała wychowawcę Olejnik podczas pierwszej rozmowy.

Czytaj także

Kamienie i ludzie

„Proszę sobie wyobrazić, że wyjechała pani z domu na jakiś czas, np. do pracy – odpowiedziała funkcjonariuszka. – I proszę nie myśleć o wysokiej karze, ale czuć się swobodnie. Zaplanować sobie codzienne życie z drobiazgów”.

Kobieta przypomniała jej tę rozmowę po 20 latach, gdy ją warunkowo zwolniono: „Dzięki temu to więzienie przeżyłam”. Olejnik była już wówczas (od stycznia 2012 r.) dyrektorem okręgowym Służby Więziennej w Opolu. „W zakładzie najważniejsza jest rozmowa – zapewnia Lidia Olejnik. – W tym miejscu polega ona na słuchaniu. Tu się nie dociska, nie zawsze zadaje kolejne pytania. Trzeba czekać, aż osoba sama nabierze zaufania. Odnajdywałam się w tym, bo umiem czekać i lubię słuchać”.

W 2016 r. wiceminister sprawiedliwości odwołał ją ze stanowiska bez rozmowy, w trybie rozkazu. Była już w wieku emerytalnym, ale nowa ekipa w ministerstwie nie ukrywała, że oczyszcza Służbę Więzienną z osób, które rozpoczęły pracę przed 1989 r. Doświadczenie zawodowe wykorzystuje więc podczas dyżurów w Telefonie Zaufania w Lublińcu i we współpracy z Centrum Praw Kobiet w Warszawie. Każdego dnia patrzy na stojącą na komodzie w pokoju jadalnym Nagrodę Rzecznika Praw Obywatelskich im. Pawła Włodkowica – średniowiecznego prawnika i prekursora tolerancji religijnej oraz walki o prawa osób dyskryminowanych – którą otrzymała w 2010 r. Traktuje ją jak potwierdzenie, że w pracy zrobiła wszystko, co było możliwe.

Z okna kuchni w domu pod Lublińcem Lidia Olejnik patrzy na daleką linię lasu i wylicza, czego nauczyła się o kobietach w więzieniu. Są wychowywane do roli podrzędnej i usługowej, bez wiary w swoje możliwości. Kobieta nigdy nie jest sama – w pracy z nią trzeba brać pod uwagę jej dzieci, partnera lub męża, przyjaciółki na wolności, jej emocje i troski. Istnieje społeczne przyzwolenie na przemoc wobec słabszych. Funkcjonariusz powinien zawsze szukać niesiłowych rozwiązań. Nie należy oczekiwać zbyt wiele. Nie wolno krzywdzić. Nie można łamać prawa, ale w paragrafach trzeba widzieć przede wszystkim człowieka.

Kup numer