fot. NASA
z Joanną Marią Mikołajewską rozmawia Anna Mateja październik 2019

Tyle gwiazd, mało czasu

Badania nad układem podwójnym gwiazd przybliżają mnie do odpowiedzi na pytanie, skąd się to wszystko wzięło: traszki w moim ogrodzie, zielone dzięcioły, które przylatują na zimę, ogromne mrowisko, które owady zbudowały pod jedną z sosen w ciągu 12 lat, i nawet ten kot, który łasi mi się teraz do nóg.

Artykuł z numeru

Czego szukamy w Kosmosie?

Czego szukamy w Kosmosie?

Podobno w domu, w Falenicy pod Warszawą, ma Pani Profesor teleskop i obserwuje albo kratery na Księżycu, albo pierścienie Saturna, albo po prostu wróble na dachu.

Mam i korzystam z niego dla przyjemności.

Laik zadziera głowę i widzi błyszczące punkty na niebie, które układają się w ciekawe konstelacje. Jak na nie patrzy naukowiec, który ma za sobą kilka dekad obserwacji, prowadzonych także na największych teleskopach na świecie?

Czuję to samo co laik: wciąż i niezmiennie podoba mi się to, co widzę.

Ale wiedza pozwala zobaczyć więcej, np. układy podwójne gwiazd, którymi zajmuje się Pani od końca lat 70. Co w nich takiego intrygującego?

Są wyjątkowe, bo wciąż kryją w sobie zjawiska niewyjaśnione, mimo że sporo wiedzy na ich temat udało mi się pozyskać od momentu rozpoczęcia badań.

Ten moment to wrzesień 1975 r. podczas wakacji po pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim, który spędziła Pani w obserwatorium w podstołecznym Ostrowiku.

Wtedy właśnie, w gwiazdozbiorze Łabędzia, wybuchła bardzo jasna gwiazda nowa. Dzięki danym obserwacyjnym, zgromadzonym przez polskich uczonych (znalazłam się w ich gronie), dokładnie określono jej naturę: V1500 Cygni. W przypadku tej konkretnej nowej występuje bliski układ podwójny, który składa się z białego karła, emitującego na tyle silne pole magnetyczne, że nie może powstać wokół niego dysk akrecyjny, czyli wirująca struktura składająca się z materii przyciąganej z drugiej gwiazdy układu.

Usłyszałam wówczas, że takie gwiazdy w układach podwójnych złożonych z gwiazdy podobnej do Słońca i białego karła wybuchają. Układy nazywamy kataklizmicznymi. Biały karzeł akreuje (osobom niewprowadzonym w temat wyjaśnię, że akrecja to opadanie rozproszonej materii, za sprawą grawitacji, na powierzchnię ciała niebieskiego) wokół siebie bogatą w wodór materię z otoczki czerwonego karła (podolbrzyma lub olbrzyma). Gdy zgromadzona na powierzchni białego karła warstwa wodoru osiągnie masę krytyczną, dochodzi do wybuchu termojądrowego, którego siła odrzuca otoczkę drugiej gwiazdy. Przez kilka dni, a nawet parę miesięcy, układ podwójny gwiazd staje się 300 tys. razy jaśniejszy od Słońca. Wybuch gwiazdy nowej, porównywany z eksplozją gigantycznej bomby wodorowej, powtarza się w skali od miesięcy do tysiącleci.

Jedną z nowych gwiazd – z ogona gwiazdozbioru Skorpiona – opisała Pani Profesor wraz z kilkoma innymi autorami w „Nature” w 2017 r. Gwiazda rozbłysła na zaledwie 14 dni niemal 600 lat temu. Zauważyli ją i opisali Królewscy Astrolodzy Imperium Koreańskiego z Seulu.

Po raz pierwszy współczesnym astronomom udało się odnaleźć jedną z dawnych gwiazd nowych, o których pojawieniu się pisano przed wiekami. Ponowne odczytanie i właściwa interpretacja obserwacji, poczynionych przez koreańskich uczonych, poszerzyła zakres poszukiwań i w efekcie doprowadziła nas do znalezienia pozostałości (konkretnie: gazowej otoczki wyrzuconej podczas wybuchu) po dawnej nowej gwieździe oraz układu podwójnego, który znajdował się w pobliżu jej centrum. Badania, prowadzone m.in. przy użyciu Southern African Large Telescope (SALT), jednego z największych teleskopów optycznych na świecie, który znajduje się w RPA (Polska i Centrum Astronomiczne im. Mikołaja Kopernika współfinansują pracę tego miejsca), potwierdziły ważną teorię: gwiazdy nowe przechodzą długie cykle aktywności po wybuchu, następnie milkną na tysiące lat, by ponownie rozbłysnąć jako gwiazdy nowe.

Mnie interesują zwłaszcza kataklizmiczne układy podwójne, w których donorem (czyli źródłem materii) jest czerwony olbrzym. Nazywa się je gwiazdami symbiotycznymi. Większość tych gwiazd ma okresy orbitalne od 100 do 1000 dni, co z punktu widzenia teorii ewolucji gwiazd podwójnych jest niemożliwe. Zgodnie z przyjętym bowiem modelem ewolucji gwiazd…

Gwiazd w ogóle, nie tylko symbiotycznych?

Tak – zgodnie z tym modelem, białe karły wcześniej przechodziły przez fazę czerwonego olbrzyma. Co więcej, im gwiazda miała większą masę, tym szybciej ta faza następowała, a czerwony olbrzym zaczynał przekazywać materię do towarzysza. Tymczasem teoria stanowi, mówiąc w dużym uproszczeniu, że przepływ materii z masywniejszej do mniej masywnej gwiazdy ma być dynamicznie niestabilny. W rezultacie doprowadzić do wytworzenia wspólnej otoczki i znacznego zacieśnienia orbity. W skrajnym wypadku ma dojść nawet do całkowitego zlania się gwiazd.

Jeżeli jednak separacja składników tworzących gwiazdy jest duża, przepływ materii i akrecja powstają z wiatru gwiazdowego, co jeszcze bardziej zwiększa separację składników i tym samym okres orbitalny układu podwójnego gwiazd. Nie wnikając w astronomiczne szczegóły, które mogłyby okazać się niezrozumiałe dla laików, w takich warunkach nie mają prawa istnieć układy symbiotyczne gwiazd. Tymczasem takie obiekty jak najbardziej występują! To większość znanych gwiazd symbiotycznych (silnie oddziałujących układów podwójnych, w których biały karzeł akreuje materię z czerwonego olbrzyma) oraz wiele układów podwójnych z gwiazdą, która jest pozostałością po fazie olbrzyma.

Gwiazdy, którymi Pani Profesor się zajmuje, znajdują się więc w dziurach, których nie obejmuje obowiązująca teoria.

Tak właśnie – to obiekty „teoretycznie niemożliwe”. Obserwacje, np. symbiotycznych gwiazd podwójnych, pozwalają jednak obowiązującą teorię poprawić. Co ważne w naszym ziemskim kontekście: wybuchy gwiazd nowych są w dużym stopniu odpowiedzialne za wzbogacenie materii międzygwiazdowej i kolejnych, później powstałych gwiazd w węgiel, azot i tlen oraz neon, sód, aluminium i inne pierwiastki. Poznanie ich cykli życiowych jest więc istotne dla poznania źródła pochodzenia pierwiastków obecnych w naszej Galaktyce, w tym – tych niezbędnych do zaistnienia życia opartego na tlenie, azocie i węglu.

Badania nad układem podwójnym gwiazd przybliżają mnie do odpowiedzi na pytanie, skąd się to wszystko wzięło: traszki w moim ogrodzie, zielone dzięcioły, które przylatują na zimę, ogromne mrowisko, które owady zbudowały pod jedną z sosen w moim ogrodzie w ciągu 12 lat, i nawet ten kot, który łasi mi się teraz do nóg. To zresztą wciąż jakoś nieprawdopodobne. Opowiadam o tym wszystkim na werandzie swojego domu, jakby to były rzeczy od zawsze wiadome. A przecież kilka dekad temu nikomu chyba się nawet nie śniło, że takie hipotezy będziemy mogli sprawdzać eksperymentalnie.

Wiek XX był złotym okresem dla nauki, w tym także dla astronomii. Szkoda, że w ostatnich latach szum medialny towarzyszy odkryciom niekoniecznie najważniejszym.

Jak tzw. zdjęcie czarnej dziury?

To nie jest czarna dziura, bo tego zobaczyć nie sposób, tylko jej cień. I to nie jest zdjęcie, ale obraz uzyskany dzięki interferometrii – technice wykorzystującej zjawisko interferencji fal elektromagnetycznych (radiowych lub świetlnych), czyli powstawania przestrzennego rozkładu amplitudy fali za sprawą nakładania się dwóch lub więcej fal. Metoda interferometrii – opracowana przez Alberta Abrahama Michelsona, amerykańskiego fizyka, urodzonego w Strzelnie na Kujawach, za którą otrzymał Nagrodę Nobla w 1907 r. – pozwala mierzyć długość fal czy wykonywać pomiary kątowe gwiazd. Ale też kontrolować precyzję układów optycznych, co bezpośrednio przełożyło się na efektywność odkryć na nieboskłonie, jakie stały się udziałem astronomów w ostatnich dekadach.

Interferometria pozwala stworzyć cząstkowe obrazy badanego obiektu, np. cienia czarnej dziury. Całościowy stworzymy wówczas, gdy obrazy cząstkowe porównamy z opracowanymi uprzednio modelami. Prowadząc obserwacje, wiemy więc, czego się spodziewać. Wracając do hałasu, jaki podniósł się wokół pierwszego obrazu cienia czarnej dziury: zżymam się w takich sytuacjach, ale od razu też napominam. Lepiej, żeby o nauce pisano, nawet za cenę upraszczania przekazu, niż żeby pomijano ją milczeniem. Jakby nie było o czym mówić.

Jakich zjawisk nie doceniono w medialnych przekazach?

Na przykład postępu technologicznego w obserwacjach naziemnych. Obserwując lądowanie człowieka na Księżycu w lipcu 1969 r. czy lot sputnika po rozgwieżdżonym niebie, ludzie sądzili, że na Ziemi nie sposób dokonać w astronomii niczego spektakularnego. Największe nadzieje budziły badania kosmiczne. Tymczasem obecnie wiele z tego, co najważniejsze, dzieje się na powierzchni naszej planety, m.in. za sprawą Very Large Telescope (VLT), czyli kompleksu 10 teleskopów optycznych, który znajduje się na wzgórzu Cerro Paranal na pustyni Atacama w północnym Chile (VLT to część Europejskiego Obserwatorium Południowego; Polska współtworzy je od 2015 r.).

Nowoczesne teleskopy pozwalają też odkrywać i badać duże populacje gwiazd w innych galaktykach. Od lat z powodzeniem odkrywam więc wraz ze współpracownikami gwiazdy symbiotyczne. Kiedyś w Drodze Mlecznej zlokalizowaliśmy ich ok. 100, a ostatnio m.in. w Wielkiej Galaktyce Andromedy i obłokach Magellana opisaliśmy blisko 200 takich gwiazd.

Niezmienne pozostaje w astronomii poczucie obserwatora, że jest obywatelem Ziemi w ogóle, a nie konkretnego na niej miejsca.

Granicę poznania wyznaczają narzędzia i możliwości przyswojenia informacji?

Każdy nosi ją więc w sobie. Dla niektórych żaden horyzont nie będzie dość odległy, żeby usiłować go przekroczyć. Wyobraźnia innych, oszczędzając im wątpliwości, nie pozwoli im wyjrzeć poza własny kosz na śmieci.

Dlaczego śmietnik miałby komuś tak szczelnie zamykać perspektywę?

Bo tak zginie homo sapiens: nie na skutek globalnego ocieplenia, ale przytłoczony konsumpcjonizmem i wynikającą z tego nadprodukcją śmieci.

Niezmienność Wszechświata, który będzie istniał nawet wówczas, kiedy nie będzie już człowieka ani jego cywilizacji, uczy pokory.

To paradoksalne: badamy gwiazdy – niektórzy oddają się nawet marzeniom o podboju Kosmosu – a wielu z nas nie starcza wyobraźni, by zająć się poważnie np. ograniczeniem produkcji plastiku. Tymczasem to jest problem jutra. Podobnie jak dostęp do wody pitnej. Prowadząc badania w obserwatorium astronomicznym w RPA, bywałam tam również w sezonie wydzielania np. 40 l wody dziennie na mieszkańca, więc wiem, o czym mówię.

A my tu sobie o białych karłach.

Nie potrafiłabym zajmować się tylko nimi. Od dziecka interesowała mnie przyroda – ożywiona i nieożywiona. Wszystko, co jest wokół mnie.

W Kosmosie też nie brakuje rzeczy zbędnych, pozostawionych tam przez człowieka – od zużytego sprzętu kosmicznego po worki z moczem. Czemu po sobie nie sprzątamy?

Kosmos zaczyna pod tym względem przypominać Himalaje. Największym problemem nie są jednak stacje badawcze czy opuszczone dawno temu sputniki, tylko satelity telekomunikacyjne. Można byłoby wysłać automat, który by je pozbierał, ale że nie jest to problem łatwy do rozwiązania, na dodatek kosztuje, więc na razie jedynie kontrolujemy kosmiczne śmieci, by się nie zderzyły. Zasadniczy problem jest wciąż taki sam: człowiek nie ma w sobie pokory, a nasze pokolenie żyje tak, jakby nie miało znaczenia, co będzie po nas. Kiedy widzę sterty śmieci w lasach albo zdjęcia pożarów wysypisk, mam wrażenie, że jestem na planie filmu katastroficznego. Deklaracje, że jednak myślimy o przyszłych pokoleniach, więc np. porzucimy węgiel na rzecz tzw. czystej energii, brzmią dla mnie niewiarygodnie. W tym samym czasie obserwuję bowiem, jak ludzie bezmyślnie zużywają duże ilości jednorazowych toreb plastikowych, mimo informacji, jak niszczące są plastikowe śmieci dla fauny i flory. Albo wymieniają samochody, co trzy–cztery lata na zasadzie: „bo mnie stać”. Może zamiast bez końca przekonywać, najwyższy czas wprowadzić zakaz np. produkcji jednorazowych opakowań plastikowych? Metody rządów absolutyzmu oświeconego bywają czasami najlepszym rozwiązaniem.

Zamiast pytać o najlepszy ustrój, zapytam: dlaczego jest tak, jak jest? Dlaczego istnieje Ziemia, grzeje ją Słońce, wisi nad nami Księżyc, mamy poczucie czasu?

Szukając odpowiedzi na takie pytania, zawędrowałam do astronomii, bo jedno z pierwszych pytań astronomicznych, na które chciałam znaleźć odpowiedź, dotyczyło czarnych plam na Słońcu. Zobaczyłam je w wieku 7 czy 8 lat podczas rodzinnej wycieczki do planetarium w Chorzowie. Zdziwiłam się, że patrząc gołym okiem, nic nie widać – jedynie jasne Słońce. Na dodatek nikt nie potrafił mi wyjaśnić, skąd wzięły się na nim plamy. Dlaczego na powierzchni Księżyca są kratery, które obserwowałam przez amatorską lunetę otrzymaną w prezencie parę lat później, przeczytałam już sama. W podręczniku do astronomii dla IV klasy liceum, autorstwa Konrada Rudnickiego, znalezionym w makulaturze.

W piątej klasie szkoły podstawowej dowiedziałam się, że jedyne białe plamy na mapie to lodowce. Informacja miała dla mnie przełomowe znaczenie, bo od dziecka marzyłam o tym, że będę podróżnikiem opisującym miejsca zaznaczone na mapie jako białe plamy. To dziecięce marzenie spełniłam jako astrofizyk, bo we Wszechświecie nieopisanych miejsc i niewyjaśnionych zjawisk nie brakuje. W liceum już samodzielnie zagłębiałam się w Astronomię ogólną Eugeniusza Rybki i rozwiązywałam znajdujące się tam zadania. Kiedy dowiedziałam się, że wśród laureatów olimpiady astronomicznej nie ma ani jednej dziewczyny, na własną rękę zaczęłam się przygotowywać, by wziąć w niej udział. Zaszokowała mnie ta informacja!

Bo jako nastolatka nie mogła Pani wiedzieć, że kobietom w naukach ścisłych jest trudniej.

I to nie dlatego, że nie potrafią im sprostać intelektualnie. W szkole podstawowej matematyczka wymyślała specjalnie dla mnie zadania, bo bieżący materiał był dla mnie za łatwy. Niemniej, kiedy rozpoczynałam pracę zawodową, niemal oczywiste było myślenie, że kobieta jest gorsza, słabsza, więc jeśli trzeba wybrać między nią a mężczyzną, np. podczas rekrutacji do pracy, należy stawiać na niego. Biorąc udział w olimpiadzie astronomicznej, postawiłam jednak na siebie. Za pierwszym razem byłam finalistką, za drugim laureatką. Jako pierwsza dziewczyna w Polsce. I to mnie przekonało, że to jest moja droga – po maturze rozpoczęłam studiowanie astronomii na Uniwersytecie Warszawskim. Rodzina, a pochodzę z dość konserwatywnego, robotniczego środowiska (jestem Ślązaczką ze Świętochłowic), nie była zachwycona tym wyborem. Chyba miała nadzieję, że to kolejne moje dziwactwo, więc może mi przejdzie.

Wracając do odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tak, jak jest: dziś się nad tym nie zastanawiam. Po prostu to badam. To mi daje więcej satysfakcji niż filozoficzne dociekania.

Na jakie istotne pytania naukowe chciałaby Pani Profesor znaleźć odpowiedź?

Obserwacyjne potwierdzenie pochodzenia supernowych typu Ia – to ważne obiekty, które pełnią funkcję standardowych świec pozwalających mierzyć odległości na dużych skalach. Skala odległości we Wszechświecie opiera się właśnie na nich. Wedle teorii za wybuchy takich supernowych odpowiada termonuklearna eksplozja masywnego białego karła. Wciąż jednak nie udało nam się zidentyfikować obiektów, które wybuchają właśnie jako supernowe Ia.

Fascynuje mnie również postęp technologiczny w astronomii, m.in. coraz bardziej powszechne stosowanie metod interferometrycznych, bo pozwalają bezpośrednio obserwować, co się dzieje w gwiazdach. Nie tylko w tak dużej jak Słońce, do którego przez stulecia trzeba się było ograniczać. W przypadku najbardziej interesujących mnie symbiotycznych gwiazd podwójnych, przynajmniej tych najbliżej położonych, czyli w odległości zaledwie kilkuset lat świetlnych, możemy zobaczyć niemal jak na dłoni, że tam faktycznie są dwie gwiazdy.

Do niedawna obecność drugiej gwiazdy można było potwierdzić jedynie pomiarami zmian prędkości radialnej. Za sprawą interferometrii uzyskaliśmy obrazy, które pozwoliły dostrzec, że w takim układzie jest jednocześnie coś gorącego i coś chłodnego – dwie różne gwiazdy. Mało tego: udało nam się zobaczyć, jak przepływa materia między nimi. Umożliwił to największy na świecie interferometr radiowy Atacama Large Millimeter Array, który znajduje się w chilijskich Andach na wysokości 5 tys. m.

Czy gwiazdy podwójne potrafią Panią jeszcze czymś zaskoczyć?

W 2018 r. międzynarodowy zespół badaczy, który współtworzyłam, odkrył, że w jądrze bardzo fotogenicznej mgławicy Klepsydra – wiele lat temu opublikowano jej fotografię, wykonaną teleskopem Hubble’a, na okładce jednego z numerów „National Geographic” – znajduje się właśnie układ gwiazd podwójnych. Badania prowadziliśmy za pomocą wspomnianego już teleskopu SALT w południowej Afryce. Spektakularny kształt mgławicy i jej różne osobliwości próbowano wyjaśnić istnieniem układu podwójnego o dość długim okresie, rzędu kilkuset, może nawet tysiąca dni. Szukaliśmy więc układu, który spełniałby te warunki. Ostatecznie znaleźliśmy układ podwójny, ale o cechach, których się nie spodziewaliśmy, bo nie pasowały one do hipotezy na temat powstania tej mgławicy. Okazało się, że w środku Klepsydry są dwie gwiazdy, które obiegają się raz na ok. 18 dni. Pracę na ten temat posłaliśmy do „Nature” i… została odrzucona.

Wasze obserwacje przekraczały wyobraźnię recenzentów najbardziej prestiżowego czasopisma naukowego na świecie?

Trudno mi powiedzieć. Ostatecznie pracę opublikowaliśmy w jednym z głównych międzynarodowych czasopism astronomicznych, a nasze odkrycie zauważyły nawet media w Polsce. Nad tamtą odmową przeszłam do porządku dziennego, bo jako naukowiec jestem przecież ustawicznie oceniana – od momentu złożenia wniosku obserwacyjnego począwszy. Jak wiadomo, żeby móc prowadzić obserwacje na największych teleskopach, trzeba przedstawić uzasadniony projekt badawczy. I liczyć na to, że zostanie pozytywnie rozpatrzony. Rzadko się zdarza, by tak się stało za pierwszym razem.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Ocenia się, na ile to, co ma być tematem obserwacji, jest odkrywcze?

Tak, ale nawet tych odkrywczych wniosków jest na tyle dużo, że ich autorzy nie bez trudności otrzymują czas obserwacyjny. W tym sezonie oceniałam wnioski złożone na obserwacje teleskopem Hubble’a – gdy zsumowałam, ile astronomowie potrzebowaliby czasu, i porównałam z tym, ile można go wygospodarować, obliczyłam, że jest to proporcja jak dziesięć do jednego. Naturalną koleją rzeczy, nawet świetny wniosek uznanych badaczy może zostać odrzucony. Trzeba więc poprawiać i ponawiać, ponawiać…

Parafrazując bodaj Anaïs Nin, mogę powiedzieć: tyle gwiazd, tak mało czasu. Tyle że ona mówiła o mężczyznach: „So many men, so little time”.

Astronomia to bardziej kontemplacyjna czy praktyczna dziedzina wiedzy?

Od momentu swojego powstania – praktyczna. Na przykład obserwacje gwiazd, Słońca i Księżyca były potrzebne do dwóch niebagatelnych czynności: znalezienia drogi i zmierzenia czasu. I to już od ery neolitu. Kontemplacja była wtórna wobec zapotrzebowania na tę wiedzę w życiu codziennym.

Co daje wiedza o niebie?

Na poziomie szkolnym kapitalnie nadaje się do nauki fizyki i matematyki, bo dostarcza pobudzających wyobraźnię przykładów. W fizyce, żeby zobaczyć, czym jest atom i jak wygląda ruch elektronu wokół jądra, potrzeba dość skomplikowanej aparatury i wyobraźni. Tymczasem to jest ten sam układ i podobne zależności jak w Kosmosie, a żeby to zobaczyć, wystarczy średniej klasy teleskop.

To nie jest tak, że ludzie chcieli budować piramidy, więc wymyślili matematykę. Najpierw musi być wiedza, potem – nie zawsze od razu – pojawiają się pomysły na jej wykorzystanie.

Po co szukamy planety podobnej do tej, którą człowiek już zasiedlił?

Najpierw wymienię najważniejsze warunki, jakie musiałyby spełnić te obiekty. Pierwszy: twarda powierzchnia, a nie gazowa, jaką ma np. Jowisz i inne planety olbrzymie w Układzie Słonecznym. Drugi: masa na tyle duża, by pozwalała utrzymać atmosferę, np. Księżyc czy Mars są nie dość ciężkie. Trzeci: planeta musi się znajdować w takiej odległości od macierzystej gwiazdy, by nie było tam ani za ciepło, ani za zimno, a woda pozostała w stanie płynnym. Poprzeczka zawieszona jest wysoko, ale wiele już takich obiektów zlokalizowano. Z reguły są to planety podobne do Ziemi, tyle że obracają się wokół czerwonych karłów – gwiazd 1,5–3 razy chłodniejszych od Słońca. Są mniejsze od Ziemi, więc okres rotacji jest krótszy. Atmosfera ma inny skład.

Wracając do pytania: obawiam się, że źródłem tych poszukiwań jest egocentryzm człowieka jako gatunku, który szuka kolejnej formy realizacji żądzy posiadania. Być może wydaje się też co poniektórym, że jak już zniszczymy tę planetę, czyli doszczętnie ją zaśmiecimy, zostanie nam trochę czasu, by przenieść się gdzie indziej. Te nieodkryte jeszcze planety może więc spotkać taki sam los jak Ziemię: zostanie zasiedlona albo potraktowana jako źródło surowców. Tymczasem naszym problemem nie jest podbój Kosmosu, ale nadmierny konsumpcjonizm. Wyrzuca się dobre rzeczy, by kupić kolejne, bo nowe czy modne. W zachwycie mówimy o produkcji tzw. czystej energii, a ona taka jest tylko wówczas, gdy odetniemy sobie wiedzę o sposobie pozyskiwania materiałów do produkcji baterii dla samochodów elektrycznych czy paneli słonecznych. Nie słyszałam, by ktoś w Polsce poważnie zajmował się odzyskiwaniem surowców z takich i innych urządzeń elektronicznych. Do podobnego marnowania materiałów dochodzi przy okazji koniecznej co kilka lat wymiany komputerów z powodu wprowadzenia nowego oprogramowania.

Czy przywiązanie do ekologii wynika z Pani zainteresowań naukowych?

Trudno mi powiedzieć. Ale może faktycznie, zajmując się dużymi skalami, zdaję sobie sprawę, że moje życie to właściwie błysk zaledwie. Dlaczego więc z mojego powodu – czy innego człowieka – warto byłoby tyle niszczyć wokół siebie? Nie podoba mi się takie żarłoczne podejście.

Do czego zmierza Wszechświat? Do entropii? Do syntezy?

Słońce, które znajduje się w długo trwającej fazie ewolucji nazywanej ciągiem głównym, świeci na skutek reakcji nuklearnych zachodzących w środku. W pewnym momencie paliwo jednak się wyczerpie i nasza gwiazda tylko wewnątrz pozostanie gorąca, na zewnątrz jej temperatura będzie spadać. W efekcie Słońce zacznie się dramatycznie rozszerzać. Obserwujemy to zjawisko w układach gwiazd podwójnych. Wydaje się, że także Wszechświat będzie się dalej rozszerzał, ale na życie homo sapiens te procesy raczej już nie wpłyną.

Rozpierzchniemy się po Kosmosie wraz z naszymi śmieciami?

Obawiam się, że znikniemy dużo wcześniej niż nasze śmieci. Wierzę jednak, że Ziemia sobie poradzi, tym bardziej bez nas.

 

Joanna Maria Mikołajewska

Prof. dr hab., pracownik Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie. Przedmiotem jej badań są układy gwiazd podwójnych, w tym gwiazd symbiotycznych, m.in. poszukiwanie takich gwiazd w Drodze Mlecznej, Obłokach Magellana i galaktyce Andromedy. Autorka ponad 200 prac naukowych, z których większość została opublikowana w najważniejszych czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym

Kup numer