70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Inni ludzie, nasze szczęście

Ludzie ciężko pracują, by zapewnić poczucie bezpieczeństwa rodzinie, nie dostrzegając, że bez przyjaciół czy bliskich znajomych może się ono okazać iluzoryczne. Z badań wynika, że osoby dobrze wykształcone i z ugruntowanymi kompetencjami nie tracą z oczu przyjaciół.

Anna Mateja: „Przyjaciel to ktoś, na kogo zawsze mogę liczyć i komu wszystko mogę powiedzieć” – powiedział w jednym z wywiadów znakomity pisarz Jan Józef Szczepański.

Katarzyna Growie: I ujął wszystko, co najważniejsze.

Czyli?

Przyjaźń to silna więź emocjonalna. Wpisane są w nią wyobrażenia, jaki ma być człowiek, którego nazywa się przyjacielem. Ludzie oczekują, że będzie to osoba szczera i dyskretna, taktowna i lojalna. Kiedy trzeba – niezawodna. Dziesiątki lat badań psychologicznych potwierdzają potoczną obserwację, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, bo trudne sytuacje to najbardziej wiarygodny test dla przyjaźni. W tę relację wpisane są też prawa, np. do pozostania przy swoich zdaniach w przypadku różnicy opinii. Z przyjacielem nie trzeba się we wszystkim zgadzać, więc nie powinno być problemem to, że osoby pozostające w takiej relacji na niektóre kwestie patrzą inaczej. Ważne, że zgadzają się w sprawach fundamentalnych. Przyjaźń to także obowiązki, choćby pomocy w potrzebie i spełniania próśb – nawet wówczas kiedy jest to dla nas niewygodne.

 

Z tego wynika, że przyjaźń to wyzwanie – przede wszystkim dla własnego egoizmu. Łatwiej, przynajmniej z pozoru, byłoby żyć bez przyjaciół. Dlaczego więc większość z nas zabiega o nich od najmłodszych lat?

Z wielu badań wynika, że ludzie posiadający przyjaciół są szczęśliwsi od tych, którzy ich nie mają. Co ciekawe: badania, podczas których obserwowano różnice między relacjami z członkami rodziny pochodzenia (czyli rodzicami, rodzeństwem, kuzynami etc.) a kontaktami nawiązanymi z osobami spoza niej, pokazały, że relacje z „obcymi” dają ludziom więcej satysfakcji. Analizy socjolożek Pameli Abbott i Claire Wallace, bazujące na danych z 27 krajów Unii Europejskiej, wykazały, że właśnie te relacje związane są z zadowoleniem z życia. W odniesieniu do częstych kontaktów rodzinnych takiego związku nie ma w ogóle.

Relacje z „obcymi” odróżnia od relacji z „obcymi” przede wszystkim ich dobrowolność. Drugą różnicą jest to, że przyjaciele potrzebni są ludziom w większym stopniu do towarzyszenia. To z nimi, a nie z członkami rodzin, większość badanych wolała pójść na koncert albo na mecz.

To przyjaciela, a nie rodzica czy rodzeństwo, badani chcieli mieć przy sobie podczas trudnych doświadczeń. Wobec „obcego” ludziom łatwiej zebrać myśli i opowiedzieć o tym, co ważne. Otwartości sprzyja świadomość, że przyjaciel, mimo zaangażowania w nasze sprawy, jednak „nie jedzie na tym samym wózku”. Jest obok – empatyczny i rozumiejący, ale jeśli stanie się coś złego, np. stracimy pracę i będziemy mieli problem ze spłatą kredytu, jego ta sytuacja bezpośrednio nie dotknie. Rodzinę – jak najbardziej, a świadomość tego może zadziałać paraliżująco, utrudniając nie tylko znalezienie sposobu zaradzenia problemom, ale nawet spokojne wysłuchanie. Idealny przyjaciel – poza tym że jest towarzyszem w codziennych sytuacjach – daje wsparcie. Nie musi bynajmniej udzielać tzw. dobrych rad, choćby i celnych. Wystarczy, że potrafi wysłuchać i nie będzie nas oceniać.

 

Psycholodzy dowiedli, ale każdy z własnego doświadczenia także wie, że nic tak nie poprawia nastroju jak świadomość bliskich relacji z kimś. Nic, chyba że wiek, poczucie kontroli nad własnym życiem, niezależność…

Ale też wysokość dochodów i poziom wykształcenia. W Polsce zwłaszcza dochody mają istotne znaczenie dla poczucia satysfakcji z życia, bo, jak pokazują badania, w stanie konta wielu ludzi upatruje źródła poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. Relacje też są, oczywiście, dla Polaków istotne. Niekoniecznie traktuje się je instrumentalnie i ocenia wyłącznie pod kątem możliwości załatwienia czegoś. Wiele z nich opiera się na starej zasadzie, że wszystko smakuje inaczej, jeśli mamy z kim podzielić się przeżyciami – sukces smakuje wtedy lepiej, porażka staje się mniej dotkliwa.

Niemniej to rodzina – definiowana nie tylko jako rodzina pochodzenia (tak była rozumiana m.in. w moich badaniach), ale także jako rodzina z wyboru (czyli małżonek i dzieci) – jest dla Polaków ważniejsza. Takiemu przekonaniu towarzyszy – co najmniej od momentu rozpoczęcia transformacji ustrojowej w Polsce – model wartości nakierowany na zdobywanie dóbr materialnych, które mają zapewnić rodzinie poczucie bezpieczeństwa. Badania World Value Survey, prowadzone w Polsce od kilkunastu lat, pokazują co prawda, że to nakierowanie na dorabianie się zaczyna powoli słabnąć, ale zmiany są nieznaczne. Wartości nazywane postmaterialnymi – samorozwój, współpraca z innymi na rzecz spraw obywatelskich czy środowiska, zaufanie społeczne, utrzymywanie przyjaźni – wciąż liczą się dla Polaków dużo mniej od zapewnienia materialnego poczucia bezpieczeństwa.

Stefan Nowak, profesor socjologii, pisał w 1979 r. o istnieniu próżni społecznej w Polsce. Ta metafora – pokazująca, że Polacy nie identyfikują się i nie są emocjonalnie związani z grupami czy wspólnotami, które funkcjonują pomiędzy rodziną i kręgiem najbliższych przyjaciół a narodem – jest wciąż aktualna. Myślimy o sobie albo w kontekście własnej rodziny, albo ewentualnie całego społeczeństwa (zwłaszcza gdy coś mu zagraża). Różne są powody takiego stanu rzeczy. Nie lekceważyłabym i tak prozaicznej przyczyny jak ta, że wciąż za dużo pracujemy.

 

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju ogłosiła, że w 2015 r. zajęliśmy, biorąc pod uwagę liczbę przepracowanych godzin, 7. miejsce w rankingu  36 państw zrzeszonych w OECD.

Polacy pracują więcej od Japończyków, których poświęcenie dla pracy jest przecież legendarne. Według danych Banku Światowego pracujemy po 12 godzin dziennie. Albo w biurze, albo zabierając pracę do domu. Można oczywiście zapytać o produktywność takiego zaangażowania. Prawdą jednak jest, że w takiej sytuacji nie ma czasu na wiele spraw, w tym dla przyjaciół. Ani w tygodniu, ani w weekendy, bo wtedy ludzie chcą pobyć z rodziną.

 

Z tego wynika, że rodzina – tak dla Polaków ważna – staje się wyspą: bez relacji z innymi i bez wsparcia, jakie mogłaby otrzymać od ludzi z zewnątrz. Jeśli pojawią się trudności, członkowie rodziny – w naszych realiach to z reguły rodzice i dzieci – mają tylko siebie.

W dużej mierze tak właśnie jest. Ludzie ciężko pracują, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie, nie dostrzegając, że bez przyjaciół czy bliskich znajomych ich poczucie bezpieczeństwa może się okazać iluzoryczne. Nie wszyscy tak postępują. Z badań wynika, że osoby, które mają wysoki kapitał kulturowy – czyli dobrze wykształcone, z ugruntowanymi kompetencjami, jakie zapewniają im bezpieczeństwo na rynku pracy – nie tracą z oczu przyjaciół. Dla nich przyjaźń jest wciąż istotna w życiu, a nawet może wypełniać te funkcje, które kiedyś zapewniał związek miłosny.

 

Dlaczego przyjaciel albo przyjaciółka mogą być ważniejsi od drugiej połowy?

Z międzynarodowego badania Generacje i rodziny, kierowanego w Polsce przez Irenę E. Kotowską, profesorkę, demografkę ze Szkoły Głównej Handlowej, wynika, że w ostatnich dekadach zaszły w Polsce poważne zmiany dotyczące życia rodzinnego. Obecnie jedynie 54% badanych Polaków uważa, że „małżeństwo zawiera się na całe życie i że nie powinno ono być rozwiązywane”. Natomiast 67% respondentów w wieku 18–30 lat uznaje, że para może mieszkać razem bez ślubu, nawet jeśli nie zamierza się pobrać. Takie przekonania i towarzyszące im zachowania sprawiają, że bliskie związki są obecnie znacznie mniej trwałe niż kiedyś. Jeśli zestawimy czas ich trwania z przyjaźnią, może się okazać, że związki się zmieniają, a przyjaciel po prostu przy nas jest, obserwując kolejne miłosne uniesienia albo rozczarowania. Nie angażuje się nadmiernie w nasze sprawy, bo dystans i takt to też cechy u przyjaciół pożądane, ale nam towarzyszy. Mamy komu zaufać i przed kim się otworzyć – to bardzo dużo.

 

Jak zmienia się rozumienie przyjaźni, skoro coraz więcej małżeństw okazuje się nie na całe życie, a rodziny posklejane z poprzednich związków są coraz powszechniejsze?

Potrzebujemy relacji społecznych, żeby zaspokoić potrzebę przynależności. Jeżeli obawiamy się, że relacja miłosna, w której się znajdujemy, kiedyś może się skończyć, albo po prostu uważamy, że partner czy partnerka nie wypełnią całego naszego życia emocjonalnego, szukamy przyjaciół albo dbamy o tych, których już mamy. Rozumienie przyjaźni zmieniają też czasy, w których żyjemy – późna nowoczesność. Georg Simmel, niemiecki filozof i jeden z pierwszych socjologów, pisał już ponad 100 lat temu w eseju Typologia związków społecznych, że w nowych czasach ludzie nawiązują ze sobą przyjaźnie cząstkowe. Jednego przyjaciela mają np. do rozmów o istnieniu Boga, komu innemu zwierzają się z problemów uczuciowych, z jeszcze kimś innym lubią spędzać wolny czas. Simmel zauważył, że przyjaźń absolutna z kimś, z kim będziemy konie kraść, wódkę pić i jeszcze efektywnie pracować, zdarza się rzadko. Z reguły dochodzi do pewnego podziału, a ludzie, zarządzając przyjaźniami i osobami wokół siebie, nawigują pomiędzy nimi.

 

Przyjaźń kojarzy nam się jednak z czymś innym.

Bo ją idealizujemy.

Wielu ludzi hołduje przekonaniu, że przyjaciel musi być niemal ich kopią – mieć te same poglądy, zbliżone zainteresowania, podobne patrzenie na świat. To nierealistyczne oczekiwania, które są de facto pułapką zastawioną na drugiego człowieka.

Bo co się dzieje, jeśli nie jest on w stanie im sprostać? Przyjaźń musi się nieodwołalnie skończyć. Podobnym błędem jest zapominanie o tym, że ludzie zmieniają się pod wpływem doświadczeń i relacji z innymi ludźmi. Nikt nie stoi w miejscu. Jeżeli zależy nam na długotrwałych przyjaźniach, musimy zapewnić swobodę działania drugiej stronie i nie oczekiwać, że będzie ona uczestniczyła we wszystkich naszych sprawach z jednakowym entuzjazmem. Nie należy też zapominać, że w długotrwałych relacjach zdarzają się okresy posuchy, kiedy przyjaciel chce albo musi zająć się przede wszystkimi własnymi sprawami. I to wcale nie unieważnia tego, co nas z tym człowiekiem łączy.

 

To faktycznie twarde lądowanie – mówi Pani o przyjacielu, jak o kimś, od kogo nie można wymagać zbyt wiele, a już na pewno nie czegoś, co jest ponad jego możliwości, „w imię przyjaźni”. Jak jeszcze zmienia się rozumienie przyjaźni?

Ponownie odwołam się do Georga Simmla, który co prawda ogłaszał swoje poglądy ponad 100 lat temu, ale jego wnioski wciąż pozostają w mocy. Filozof pisał z pewną tęsknotą o relacjach polegających na niewymuszonej, bezinteresownej towarzyskości, kiedy ludzie spotykają się i rozmawiają. Temat ich konwersacji nie jest specjalnie istotny. Ważne jest to, że są razem, życzliwie do siebie nastawieni, taktowni. I dobrze się ze sobą czują.

Simmel podkreśla przede wszystkim bezinteresowność takiej relacji. Jej uczestnicy niczego nie udają ani o nic nie zabiegają. Można powiedzieć – cieszą się sobą, a przyjemność sprawia im swoje towarzystwo i to, co mają sobie do powiedzenia. To się nie zestarzało – ludzie tęsknią za relacjami budowanymi nie po to, żeby coś zyskać, ale dla nich samych.

Takie relacje są tym cenniejsze, im bardziej kultura, w której ludzie żyją, przesiąknięta jest wartościami materialnymi, kiedy nie liczą się oni jako tacy, ale ich stanowiska, kompetencje czy kontakty. Warto popatrzeć, jakie podejście do przyjaźni obowiązuje np. w korporacjach, gdzie trzeba się integrować i skracać dystans. Mogłoby się wydawać, że przyjaźń powstała w miejscu, gdzie spędza się dużo czasu i wspólnie z innymi mierzy się z niełatwymi wyzwaniami, musi być trwała. Tymczasem te relacje często kończą się wraz ze zmianą pracy, jakby powstała zażyłość była obliczona wyłącznie na to jedno konkretne miejsce. Ktoś, kto tę znajomość traktował poważnie, ma prawo czuć się oszukanym. Co jednak istotne, z reguły nikt tu niczego nie udaje. To jest relacja, którą nazwałabym przyjaźnią warunkową – podążamy z kimś przez jakiś fragment wspólnej drogi, po czym rozchodzimy się, a jednego przyjaciela zastępuje ktoś inny. Robimy to bez żalu, zachowując w pamięci to, co dobre, i pozostając otwartymi na spotkanie nowych ludzi.

 

Nie wszyscy pracujemy w korporacjach, więc…

Maciej Gdula i Przemysław Sadura, socjolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego, przeprowadzili badania na temat stylów życia i porządku klasowego w Polsce. Dzięki badaniom zauważyli m.in., że jedną z ważniejszych motywacji przychodzenia do pracy wśród osób wykonujących proste czynności – kasjerek, pracowników ochrony, robotników, sprzątaczek – była pewność spotkania tam ludzi, których lubią. Badani podczas wywiadu wprost mówili o tym, że nawet gdyby wygrali w totolotka znaczną sumę pieniędzy, dalej chodziliby do pracy. Dlaczego? Jak to ujęła jedna z badanych – kucharka: bo w pracy można porozmawiać o problemach, jest fajnie, nie ma rutyny, którą poznała, kiedy wcześniej zajmowała się dzieckiem w domu. O ile w korporacji odgórnie narzuca się oczekiwanie, że „ma być miło i przyjacielsko” i jest ono realizowane jako część obowiązującej tam kultury organizacyjnej, o tyle w drugim przypadku wszystko przebiega bardziej spontanicznie. Co nie znaczy, że między kasjerkami czy robotnikami budowlanymi łatwiej nawiązują się przyjaźnie. Ale jeśli powstaną, dłużej spełniają swoją funkcję – dają ludziom oparcie również wtedy, gdy pracują już w różnych miejscach.

 

Kilka lat temu ukazała się książka Tandem w szkocką kratkę o przyjaźni dwóch kobiet – niewidomej od urodzenia Polki i Szkotki z zespołem Aspergera. Przyjaźń niełatwa do nawiązania, choćby dlatego, że zespół Aspergera to poważne upośledzenie w nawiązywaniu relacji społecznych. Skoro jednak możliwa jest nawet taka przyjaźń, dlaczego przytrafia się rzadko?

W psychologii dominuje pogląd, że ludzie lubią to, co już poznali, a za atrakcyjne uznają te osoby, które są do nich podobne. I w taki sposób szukają przyjaciół – wśród osób do siebie zbliżonych – pod względem systemu wartości, statusu ekonomicznego, aspiracji, wykształcenia. Z moich badań nad tym rodzajem kapitału społecznego, który nazywa się pomostowym – dotyczącym relacji z osobami należącymi do różnych społeczności – wynika jednak, że część ludzi ceni kontakt z osobami, które różnią się od większości, np. narodowością czy stylem życia. Te relacje podwyższają ich poziom zadowolenia z życia i samoocenę, umacniają pewność siebie. Nie tylko nie osłabiają w żaden sposób ich poczucia tożsamości, ale wręcz głębiej zakorzeniają w społeczeństwie, bo widząc świat z różnych perspektyw, znają go lepiej. Nie boją się opuścić swojej strefy komfortu – czyli bańki ludzi podobnych do siebie i znanego sobie otoczenia – bo nie raz się przekonali, że nieznani ludzie to możliwość przeżycia czegoś dobrego.

Wyobraźmy sobie przyjaźń między 40-latką i 80-latką. Dwie kobiety, które nie tylko z racji wieku inaczej patrzą na świat. 80-latka może np. wiarygodnie uzmysłowić młodszej koleżance, że dwa lata gorszego czasu w życiu to nic, to minie. Dla kogoś, komu brak doświadczenia nie pozwala nabrać dystansu do porażek czy cierpienia, taka uwaga jest bezcenna. Obie strony zyskują na tej relacji. Przekonują się o własnej atrakcyjności dla kogoś diametralnie innego, kto uznaje ich jednak za tak interesujących, że chce z nimi spędzić czas.

 

Dobre doświadczenia otwierają nas na kolejne, nieznane osoby?

Jak najbardziej. To mechanizm, który sam się nakręca – gdy ktoś spróbuje innych zasobów, np. skorzysta z owego dystansu, którego się nabywa wraz z wiekiem, czyli pozna ludzi dotąd uważanych za „obcych”, już z nich nie zrezygnuje.

 

Można się czuć szczęśliwym w samotności, szukając oparcia przede wszystkim w sobie samym?

Moim zdaniem tak. Pisarka Magdalena Tulli powiedziała w jednym z wywiadów, że są ludzie, którzy po kilku zawodach miłosnych, obawiając się kolejnego cierpienia, nie chcą się już angażować. Podobnie jest z przyjaźnią. Samotność nie musi być nieszczęściem. Nie trzeba też czuć się zobligowanym do nawiązywania z innymi głębokich czy serdecznych relacji. To jest wybór. Czasami wystarcza jedynie świadomość, że ci inni ludzie żyją tuż obok.

 

Co daje samotność, czego można nie znaleźć w przyjaźni?

Odwołam się do przykładu relacji w mediach społecznościowych, które często nie mają nic wspólnego z przyjaźnią, bo są zbyt powierzchowne, ale pokazują świetnie zjawisko zatracenia się w relacjach – w ustawicznej interaktywności. Ludzie nie mają już czasu ani ochoty, żeby zadać sobie pytanie, czego tak naprawdę chcą. Dokonują samodzielnych wyborów czy jedynie podążają za tym, co polecają im np. Facebookowi znajomi? Samotność daje możliwość uporządkowania ważnych spraw.

W samotności łatwiej odpowiedzieć na pytania: kim jestem? czego oczekuję od innych i świata? co mogę im dać? czego na pewno nie zrobię? Samotność pozwala też zachować autonomię, np. w zakresie formułowania własnych opinii. Jest to autonomia samotnej wyspy, ale dla poczucia osobistej wartości nie pozostaje bez znaczenia świadomość, że stać nas na krytycyzm wobec przekonań większości albo wobec tego, co słyszymy w mediach.

To tym ważniejsze, że relacja z samym sobą – mówiąc banalnie: zaprzyjaźnienie się z samym sobą – jest najtrwalsza. Przecież Facebookowy szum, przemijające miłości i warunkowe przyjaźnie zagłuszają jedynie fakt, że całe życie jesteśmy głównie samotni.

 

A jeżeli jesteśmy podzieleni, jak obecnie polskie społeczeństwo, kiedy rozłamy polityczne biegną w poprzek stołów wigilijnych i stanowisk pracy?

Ratunkiem jest odwołanie się do praw rządzących przyjaźnią, np. do zasady, że można się różnić i każdy ma prawo zostać przy swoim zdaniu. I to w żaden sposób nie podważa przyjaźni. Wręcz pokazuje, że szanujemy nawzajem swoje opinie. Ludzie latami kształtują swój światopogląd i nie można oczekiwać, że go zmienią dla kogokolwiek. To może być za trudny wybór – wierność swoim poglądom czy przyjaźni – więc w imię przyjaźni właśnie nie warto nikogo przed takim dylematem stawiać. Za takim postawieniem sprawy powinno przemawiać też poczucie taktu – mimo łączącej mnie z drugim człowiekiem przyjaźni pewne sfery zostawiam tylko jemu. Życie składa się przecież z różnych aspektów, więc na pewno nie zabraknie takich, w których będziemy mogli okazać sobie wsparcie, zrozumienie albo wspólnie zrobić coś dobrego. Nie warto tego przekreślać w imię różnic politycznych, faktycznie czasami nieprzekraczalnych.

 

Nie odkryjemy więc na koniec Ameryki, przypominając, że to przyjaźń stwarza z ludzi wspólnotę.

Przywołam raz jeszcze Stefana Nowaka, który twierdził, że w polskim społeczeństwie pomiędzy rodziną a narodem zieje pustka. Nie ma żadnych pośrednich ogniw emocjonalnych, choć to one właśnie czynią ze społeczeństwa realny byt, a nie tylko strukturę organizacyjną dla norm i wartości. Inwestując emocjonalnie wyłącznie w rodzinę, wystawiamy się na ryzyko samodzielnego zmagania się ze sprawą, która jej możliwości przerasta. Można się jednak zmierzyć z problemem w większej grupie, jeśli ludzie się zorganizują, np. w stowarzyszenia czy fundacje. Tyle że do tego trzeba zaufania społecznego, wiary w siebie oraz – jak uważają niektórzy badacze – odpowiedniego poziomu dobrobytu materialnego. Powyżej pewnego pułapu dochodów ludzie czują się bowiem zabezpieczeni finansowo na tyle, że wyższe dochody nie przekładają się już na ich dobrostan psychiczny, i szukają sensu życia gdzie indziej, np. w wolontariacie czy angażowaniu się w sprawy lokalne.

 

W Polsce wciąż chyba apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Polacy powoli zbliżają się do w miarę satysfakcjonującego poziomu zamożności. W 2009 r. badacze szacowali, że dochód na poziomie 15 tys. dolarów per capita rocznie skłania ludzi do kierowania się w życiu innymi motywacjami niż ekonomiczna i chęć zapewnienia bezpieczeństwa. W Polsce dochód per capita wynosi obecnie prawie 14 tys. dolarów. Po przekroczeniu tego progu można liczyć na upowszechnienie się nowej motywacji do działania – zaangażowania na rzecz dobra innych ludzi. Mam na myśli osoby, których się nie zna, a nie działalność w schemacie wzajemności bezpośredniej – ja zrobię coś dla ciebie dzisiaj, a ty coś dla mnie jutro. Tutaj chodzi o wzajemność pośrednią – zrobię coś dobrego dla innych, bo wierzę, że kiedyś ktoś obcy zrobi coś dobrego dla mnie. Czyli o diametralną zmianę norm i wartości, którymi kierują się ludzie w życiu społecznym – o odpowiedzialność za świat, żeby był lepszym miejscem do życia, bo takim ma szansę się stać, jeśli pomaganie i myślenie o innych się upowszechni. Różne mogą być tego przejawy: oddanie właścicielowi zagubionego portfela, segregacja śmieci, korzystanie z komunikacji miejskiej, używanie wysokokalorycznego opału, który nie zanieczyszcza środowiska… I nie są to bzdury pięknoduchów, ale twarde realia życia. Świat może stać się lepszym miejscem, jeśli ludzie dostrzegą konsekwencje swoich działań w dłuższej perspektywie i zmienią swoje zachowanie dzisiaj.

 

Daleko nas ta rozmowa o przyjaźni zaprowadziła.

I dobrze – kiedy ludzie zaczynają się angażować na rzecz innych, szybko uświadamiają sobie siłę własnej skuteczności. W pewnym sensie stają się kimś innym – bardziej świadomym i dojrzałym.

 

_

Katarzyna Growiec – Dr nauk humanistycznych, politolog i psycholog społeczny, pracownik naukowy SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Warszawie. Autorka m.in. monografii Kapitał społeczny. Geneza i społeczne konsekwencje (2011) i Ile szczęścia dają nam inni ludzie? Więzi społeczne a dobrostan psychiczny (2015) oraz artykułów w międzynarodowych czasopismach naukowych. Laureatka wielu nagród i stypendiów dla młodych naukowców. Zajmuje się m.in. osobowościowymi uwarunkowaniami kapitału społecznego i zaufania społecznego, kwestiami ewolucji homo sapiens pod kątem tworzenia relacji społecznych od epoki kamienia do współczesności oraz problematyką dobrostanu psychicznego i ekonomicznego.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter