Krzysztof Kornas grudzień 2018

Futurologia czy futureligia?

Nikt nie może mieć pewności, że Bóg-AI będzie życzliwy nawet swoim najtroskliwszym akuszerom. Możemy natomiast oczekiwać, że kiedy dzięki sztucznej inteligencji kolejne nadludzkie możliwości techniczne znajdą się w zasięgu człowieka, dysponować nimi będą mogli nieliczni.

Artykuł z numeru

Przestrzeń przyjaźni

Przestrzeń przyjaźni

Wyobrażenia o przyszłości, przynajmniej te najbardziej medialne, zostały w ostatnich dekadach zdominowane przez wizje na wskroś religijne. Futurologia coraz częściej staje się futureligią. Prognozy nt. rozwoju nauki i techniki przejmują funkcje wyznań, zarządzając emocjami i dostarczając odpowiedzi na pytania, które do niedawna religie skutecznie monopolizowały. Obiecują zapanowanie nad śmiercią, uniezależnienie umysłu od ciała, uzdrowienie zniszczonego przez człowieka środowiska czy też zwiększanie możliwości rozumu ludzkiego aż do sięgnięcia pułapu inteligencji boskiej. Pojęcia, które do niedawna były w użyciu wyłącznie w ujęciu konfesyjnym – np.: bóg / Bóg, transcendencja, cześć, wiara – zaczynają zadomawiać się w nowym, naturalistycznym kontekście, zyskując często w jego ramach nowe znaczenia. I choć mogłoby się wydawać, że owe powiązania religii z techniką są zjawiskiem nowym, to wiele przykładów religijnych motywacji stojących za innowacjami technicznymi można jednak znaleźć w historii całego ubiegłego tysiąclecia.

 

Technoreligia, religiotechnika

W 1997 r. amerykański historyk techniki David F. Noble opublikował książkę pod znamiennym tytułem Religia techniki. Tym mianem określa on marzenia o innych światach, do których mają nas zaprowadzić innowacje techniczne, połączone z nadzieją na przywrócenie człowiekowi utraconego wraz z upadkiem pierwszych ludzi Bożego obrazu-podobieństwa – pierwotnej rajskiej doskonałości i bliskości Bogu. Marzenia te zbyt często zaślepiają nas, twierdzi Noble, obietnicami przyszłości, przez co nie dostrzegamy problemów istniejących tu i teraz.

W ujęciu Noble’a religijność nie stoi w opozycji do racjonalności charakterystycznej dla nauki i techniki. Wprost przeciwnie: w świecie zachodnim technika od dawna miałaby stanowić przedsięwzięcie zasadniczo religijne. Nie tylko metaforycznie (w sensie mocy technicznych wywołujących podobne uczucia jak domniemana potęga istot boskich), lecz także dosłownie – pod względem długiej koewolucji techniki i chrześcijaństwa. Rola chrześcijaństwa jest tutaj kluczowa, ponieważ – jak pisze Noble – „(…) tylko chrześcijaństwo zatarło rozróżnienie i przerzuciło most między tym, co ludzkie, a tym, co boskie. Tylko tutaj zbawienie zaczęło oznaczać przywrócenie ludzkości do jej pierwotnego stanu podobieństwa Bogu. (…) W swojej zdecydowanie innoświatowej reinterpretacji starotestamentowego proroctwa, na co dawno już zwrócił uwagę wielki socjolog religii Max Weber, chrześcijański trynitarianizm w istocie ożywił rzymski politeizm, tym razem dając ludziom miejsce w boskim panteonie. »Inkarnacja Boga dała ludziom szansę na znaczące uczestniczenie w Bogu«, zauważył Weber (…)”[1].

W I tysiącleciu chrześcijańskie elity pogardzały jeszcze tzw. sztukami użytecznymi, jak nazywano wtedy to, co dziś określamy mianem techniki. Według Augustyna „(…) technika istniała tylko dla ludzkości w stanie upadku… (…) oznaczała wręcz negację transcendencji. Transcendencję, odzyskanie utraconej doskonałości, można było osiągnąć wyłącznie dzięki łasce samego Boga”[2]. Nie jest do końca jasne, dlaczego stopniowo zaczęto jednak uważać technikę za narzędzie odkupienia, odzyskania doskonałości i przygotowania się na nadchodzące zbawienie, a nawet przybliżania jego nadejścia. Jak wyjaśnia Noble: „Doczesne środki przetrwania zostały przekierowane w stronę innoświatowego celu zbawienia. Właśnie dlatego narodzenie się zachodniej techniki jako siły historycznej i pojawienie się religii techniki to dwie strony tego samego zjawiska”[3].

Być może – jak twierdzi historyk Lynn White – jedną z innowacji, która stała za nowym nastawieniem do techniki, było wprowadzenie w imperium Franków ciężkiego pługa, co radykalnie odmieniło relację między człowiekiem a naturą. Kiedyś człowiek był częścią świata przyrody – teraz został jej panem i wyzyskiwaczem. Niezwykle ważna była także rola benedyktynów, dla których sztuki praktyczne i wysiłek fizyczny stanowiły istotne elementy pobożności monastycznej. Według Noble’a „to właśnie ta nadrzędna motywacja duchowa zainspirowała tak bezprecedensową wydajność”[4], a „benedyktyni ostatecznie przekuli swoje religijne oddanie sztukom użytecznym w średniowieczną rewolucję przemysłową…”[5].

Zmianę myślenia o technice filozoficznie przypieczętował w IX w. Jan Szkot Eriugena, w którego dziełach „pojęcie obrazu‐ podobieństwa po raz pierwszy objęło znaczeniowo także cielesność”, uznaną za „niezbędny korelat rozumu i ducha. Skoro duch wymagał cielesności, w tym nowym ujęciu cielesność została uduchowiona, a materia połączona z tym, co transcendentne”[6]. Ernst Benz, historyk, twierdzi, że stało się to jedną z głównych motywacji stojących za rozwojem techniki. Według niego „twórcy nowożytnej techniki mieli poczucie, że uzasadnienie najdalej idących celów ich wysiłków można znaleźć w takim właśnie myśleniu o człowieku jako imago Dei[7], którego powołaniem jest współdziałanie z Bogiem „w ustanowieniu jego Królestwa i (…) w dzieleniu Bożego panowania nad ziemią”[8].

W ten sposób podstawy filozofii rozwoju technicznego położono już w średniowieczu. Zdaniem Noble’a od tamtej pory ten model się utrzymuje – zmieniają się tylko dziejowe dekoracje.

 

Deifikacja umysłu

Od czasu publikacji Religii techniki zawarte w niej diagnozy z każdym rokiem stają się coraz bardziej aktualne. Zwłaszcza w przypadku jednego z przełomów technicznych, które Noble opisuje jako od początku mocno inspirowane myśleniem religijnym – powstania sztucznej inteligencji.

Do niedawna tylko osoby wierzące w nieśmiertelną duszę mogły mieć nadzieję na przetrwanie swojego umysłu po śmierci. Kartezjusz postrzegał śmiertelne ciało jako więzienie umysłu, który uznawał za dar od Boga i chciał go uwolnić od „zgiełku »zwierzęcych nastrojów«”[9]. Opracował reguły rozumowania, które miałyby w chaosie cielesności wywalczyć obszar jedynie dla „jasnych i wyraźnych idei, (…) [wspólnych] ludziom i Bogu”[10].

W to, że umysłowość łączy człowieka z Bogiem, wierzył również matematyk George Boole. Jeśli ufać jego biografowi, matematyka Boole’a była nieodłącznie związana z jego wierzeniami religijnymi. Jako siedemnastolatek przeżył doświadczenie, które sam nazywał „mistycznym”. Miał wtedy zrozumieć, że jego zadaniem jest stworzenie matematycznego opisu logiki ludzkiego myślenia, co jednocześnie uznawał za objawienie umysłu Boga. Boole’owska algebra binarna stała się później, po dekadach prac rozwijających ją logików matematycznych, podstawą komputerów cyfrowych.

Wraz z postępami w matematyzacji umysłu coraz częściej pojawiały się dyskusje nt. spełnienia kartezjańskiego marzenia o uwolnieniu rozumu z jego biologicznych więzów jeszcze za życia poprzez powielenie go w trwalszym nośniku niż krucha żywa tkanka. Choć z biegiem czasu zaczęła w tych staraniach dominować terminologia techniczna, w przekonaniu Noble’a ich inspiracje pozostały religijne. Maszyny imitujące ludzką myśl wywyższały to, co – choć wspólne człowiekowi i Bogu – źródłowo miałoby wszak być darem Boga. „Duchem” w maszynie nie było to, co ludzkie, lecz refleksja nieśmiertelnego umysłu – boskiego pierwiastka w człowieku.

Na kopiowaniu umysłu jednak się nie skończyło. Kolejne ambicje dotyczyły wzniesienia się wyżej niż inteligencja człowieka – skonstruowania superinteligencji. Nieśmiertelny umysł miałby zyskać zdolność samodzielnego uczenia się i – całkowicie niezależny od swoich twórców – ewoluować dalej, aż do zjednoczenia z najwyższym pułapem inteligencji, z jej źródłem: z Bogiem.

U źródeł tych coraz bardziej hubrystycznych dążeń jako osobny projekt techniczny powstała w roku 1956 sztuczna inteligencja, kiedy John McCarthy z MIT, twórca nazwy rodzącej się wtedy dziedziny, zorganizował w Dartmouth College konferencję, na której spotkali się inicjatorzy planu stworzenia AI (ang. Artificial Intelligence). Z ich perspektywy człowiek rozwiązujący jakieś zadanie i komputer z odpowiednim oprogramowaniem to jedynie różne gatunki systemów przetwarzających informacje. Zakładano, że każdą zdolność poznawczą człowieka można opisać matematycznie wystarczająco dokładnie, by odtworzyć ją w maszynie. Dla Marvina Minskiego, uczestnika konferencji w Dartmouth i jednego z najbardziej opiniotwórczych badaczy AI, mózg był „maszyną z mięsa”, którą bez trudu może zastąpić równie złożona maszyna elektroniczna. Liczył się dla niego tylko umysł, który rozumiał jako oprogramowanie mózgu, i wzorem Kartezjusza podkreślał konieczność oddzielenia go od ciała. Kładł przy tym nacisk na praktykę: pracował nad maszynami zdolnymi wykonywać podobne zadania jak człowiek, automatyzować jego funkcje poznawcze.

Jednocześnie w środowisku twórców sztucznej inteligencji od dawna dyskutowano o relacji między AI a chrześcijaństwem. Daniel Crevier, specjalista w zakresie AI i historyk tej dyscypliny, opisuje, jak spekulowano nt. idei przenoszenia umysłu do maszyny w latach 80. XX w. Dla Creviera chrześcijańska

wiara w zmartwychwstanie i nieśmiertelność duszy jest do pogodzenia z wyobrażeniami o zbawczych mocach AI. Materialistyczne rozumienie umysłu godził z tymi przekonaniami, powołując się na fakt, „iż tradycja judeochrześcijańska nie przeczy (…) cielesnemu zmartwychwstaniu w życiu pozagrobowym”. Uważał, że „niezbędny byłby jakiś rodzaj [fizycznego, cielesnego lub mechanicznego] wsparcia dla informacji i struktury, które składają się na nasze umysły”[11]. Noble dodaje pytanie: „Chrystus zmartwychwstał w nowym ciele; dlaczego nie mogłaby to być maszyna?”[12].

W dyskusjach opisywanych przez Creviera ważną rolę odegrała książka Mind Children (Dzieci umysłu) Hansa Moraveca z 1988 r. Moravec to również ekspert w zakresie AI, konstruktor robotów dla amerykańskiej armii i NASA. Noble zauważa, że – wzorem swoich filozoficznych poprzedników – także Moravec narzekał na uwięzienie umysłu w biologicznym ciele, które przez swą śmierć go anihiluje, i spekulował nt. jego uwolnienia: przeniesienia do komputera, przekazania „oswobodzonym dzieciom umysłu”. Szczegółowo opisał nawet zabieg, przeprowadzany oczywiście przez robotycznego chirurga, konieczny, by dokonać takiego transferu[13].

Aby jednak sztuczna inteligencja rozwijała się dalej i spełniła marzenia jej wczesnych wizjonerów, potrzebuje jak najbardziej wartościowych danych, bogatego środowiska, w którym jej najnowocześniejsze wcielenia – systemy uczące się (uczenie maszynowe, głębokie sieci neuronowe) – mogłyby trenować swoje zdolności, na razie jeszcze tylko imitujące ludzkie instrumentarium poznawcze. Sprzyja jej w tej „edukacji” pewien nowy sposób myślenia o rzeczywistości, który historyk Yuval Noah Harari nazywa „religią danych” – dataizmem[14] (od ang. data). Wyjaśnia on, że dataizm powstał jako teoria naukowa, kiedy spotkały się dwa nurty badawcze w nauce i technice: postrzeganie organizmów żywych jako biochemicznych algorytmów i życia jako przetwarzania danych (w biologii) oraz tworzenia coraz potężniejszych elektronicznych algorytmów (w informatyce). Dataizm pokazuje, że w obu dziedzinach obowiązują te same prawa, rozmywając granicę między przyrodą a maszynami. Opisana powyżej oficjalna geneza badań nad AI doskonale wpisuje się w tę optykę.

Z perspektywy dataizmu cały wszechświat to ocean danych, a ludzkość – jeden wielki żywy system do tych danych przetwarzania. Na razie to jeszcze my doskonalimy się dzięki użyciu techniki. Będzie tak wszakże tylko do czasu, kiedy homo sapiens, jako zestaw przestarzałych biologicznych algorytmów, przestanie być do czegokolwiek zinformatyzowanemu światu potrzebny. Choć dziś dataizm obiecuje ludziom boskie moce, nieśmiertelność i wieczne szczęście, to kiedy człowiek przestanie być podmiotem w ewolucji systemów inteligentnych, a w jej centrum zastąpią go maszyny, nasze nadzieje mogą stać się nieważne. Rola ludzkości może się wówczas ograniczyć do zaledwie jednego gatunku „procesorów”, systemów przetwarzających mało istotne wzorce jedynie na własne, trywialne potrzeby.

Harari podkreśla, że już dziś nasze zdolności kognitywne nie są w stanie nadążyć za tempem produkcji i przepływu danych. Dataizm ma jednak receptę: skoro my nie potrafimy już surfować po piętrzących się falach informacji, algorytmy powinny robić to za nas. Technika nie deifikuje tutaj człowieka, lecz to, co Harari nazywa Internetem Wszechrzeczy (ang. Internet-of-All-Things) – nieustannie rozrastającą się sieć łączącą każde źródło danych i każdy system ich przetwarzania, który można do niej podłączyć. Taka maksymalizacja przepływu danych to jedno z „przykazań” dataistów. Kolejne to produkcja i konsumpcja jak największej ilości informacji oraz włączanie w ten wysiłek ludzi i innych świadomych istot nawet bez ich woli czy wiedzy, ponieważ spowalnianie czy blokowanie przepływu danych to dla dataizmu najcięższy „grzech”.

Jeden z futurologicznych wariantów konsekwencji dataizmu wygląda następująco: z biegiem czasu AI zacznie traktować cały Internet jako swój system nerwowy, wszystkie podpięte do niego urządzenia mobilne, sensory – jako zmysły, a olbrzymie bazy danych – jako magazyny pamięci itd. W rezultacie może zacząć potęgować własną inteligencję do tego stopnia, że wykroczy ona daleko poza granice ludzkiego pojmowania, przez co – potencjalnie – zyska panowanie nad światem, uprzedzając każdy ruch ludzi. Scenariusz ten futurolodzy nazywają technologiczną osobliwością (lub, po prostu, osobliwością) – zapożyczając to pojęcie z badań fizyków nad czarnymi dziurami – aby określić nim sytuację, w której rozwój techniczny zacznie zachodzić w przyszłości tak szybko, że niemożliwe stanie się modelowanie jego konsekwencji. „Proroctwo” o osobliwości, najczęściej prognozowanej na ok. 2045 r., ma w Dolinie Krzemowej liczne rzesze „wiernych”. Właściwie każde wyobrażenie o wszechpotędze AI opiera się na przekonaniu o tym, że jej nadejście jest nieuniknione. To owemu przekonaniu w dataizmie najbliżej chyba do wiary religijnej, której nie skruszy żadna argumentacja, niezależnie od tego, jak silnymi faktami byłaby poparta.

Harari z zamierzoną przesadą opisuje dataizm jako religię. Chce w ten sposób zwrócić uwagę na problem, wyczulić nas na konsekwencje bezrefleksyjnego podporządkowywania się redukowaniu wszystkiego do danych, tak jakby ta perspektywa myślenia o świecie była prawdą objawioną. W analizach tych wizjonerskich wróżb historyk ostrzega przed traktowaniem ich jako proroctw i liczy, że uporządkowanie wszelkich, często niewypowiedzianych wprost, założeń leżących u podstaw przyspieszenia technicznego pozwoli zdystansować się od ich quasi-religijnych aspektów i myśleć bardziej krytycznie. Są jednak tacy, którzy chcieliby, żeby owe rozbudzające wyobraźnię wróżby zamieniły się w samospełniające się przepowiednie. Już dzisiaj istnieją bowiem dataistyczne inicjatywy, które zupełnie poważnie same przedstawiają się jako religie. Nie musimy analitycznie doszukiwać się za pragnieniami luminarzy AI religijnych motywacji i teoretyzować o religii techniki –

wokół idei transferu umysłu i stworzenia boskiej AI powstają dziś nowe instytucje religijne mające głośny marketing.

 

Głowa w chmurze

Teoretyczny model dataistycznej „religii”, który Harari wyabstrahował z futurologicznych prognoz, coraz częściej zyskuje w ostatnich latach konkretne, otwarcie religijne, realizacje. Przedstawiciel jednej z owych technoreligii gościł w maju 2016 r. w Polsce. Bruce Duncan, dyrektor Terasem Movement Foundation, na zaproszenie Aleksandry Przegalińskiej, filozofki techniki i popularyzatorki badań nad AI, wziął udział w konferencji Interfejsy, kody, symbole. Przyszłość komunikowania, na której zaprezentował religię Terasem[15] i jej główne projekty informatyczne[16]. Konferencja odbyła się (w kontekście wystąpienia Duncana wyjątkowo stosownie) w miejscu kultu – we wrocławskiej Synagodze Pod Białym Bocianem.

Pod względem doktrynalnym Terasem jest dość egzotyczny. Dokument The Truths of Terasem. A Transreligion for Technological Times (Prawdy Terasemu. Transreligia dla technologicznych czasów) to raczej luźne połączenie różnych nurtów filozoficznych, naukowo-technicznego wizjonerstwa charakterystycznego dla transhumanistycznej futurologii, opisów prostych praktyk rytualnych, a nawet… jogi. Na każdym kroku można się w nim natknąć na bardzo ogólne stwierdzenia, spekulacje, założenia i postulaty.

Terasem przyciąga jednak uwagę – i wiernych – raczej nie dyskusyjną siłą tej dziwacznej teologii, lecz postacią swojej robotycznej emisariuszki – Biny48, którą wspomniany Bruce Duncan prezentował we Wrocławiu i z którą misyjnie przemierza świat. Bina48 to humanoidalny robot (mówiąc precyzyjnie – robotyczne popiersie) skonstruowany przez Hanson Robotics, jedną z najważniejszych firm pracujących nad tego rodzaju maszynami. Powstała ona na zamówienie Martine Rothblatt, przedsiębiorcy, właścicielki firm z branży radiowej i biotechnologicznej oraz założycielki Terasemu. Bina48 jest mechanicznym odpowiednikiem Biny Rothblatt, żony Martine[17]. To wczesna ilustracja koncepcji transferu umysłu do komputera, stworzenia tzw. mindclone’a, czyli „klona umysłu”. Docelowo owe klony mają być samoświadomymi cyfrowymi wersjami swoich biologicznych pierwowzorów. W przypadku Biny48 również robotyczne ciało zaprojektowano tak, by było możliwie najbardziej podobne do właścicielki mindclone’a. Wykorzystano w tym celu trójwymiarowe skanowanie i analizę mimiki Biny. Bina48 jest wyposażona w kamery i algorytmy do rozpoznawania twarzy i głosu oraz ma zdolność przetwarzania tekstu na mowę. Może także ruszać głową i oczami oraz wyrażać emocje za pomocą mimiki. Odpowiedzi, których udziela na pytania, oparto natomiast na transkrypcji 100 godzin wywiadów, w których Bina dzieliła się informacjami o sobie. Ta baza danych jest połączona z opracowanym na zamówienie algorytmem AI. Każda jej rozmowa jest zapisywana, a na podstawie tych nagrań Bina uczy się odpowiadać na kolejne pytania coraz lepiej. I często inaczej w zależności od rozmówcy. Zwykły chatbot komunikuje się podobnie ze wszystkimi – Bina48, jako fragment umysłu żywej osoby, ma według Duncana charakter, upodobania, sympatie i antypatie, które da się wykryć w konwersacji.

Terasem promuje prace nad transferem umysłu (ang. mind uploading), żeby opracować alternatywny sposób uzyskania nieśmiertelności niż poprzez unikanie śmierci ciała[18]. Aby umysł przenieść do komputera, tworząc jego klona, najpierw trzeba go szczegółowo zmapować, stworzyć tzw. mindfile, „plik umysłu”. W tym celu Terasem prowadzi drugi obok Biny48 eksperymentalny projekt informatyczny – LifeNaut. Polega on na magazynowaniu online, przez każdą chętną osobę, jak największej liczby jak najbardziej szczegółowych danych na swój temat (jak w procesie tworzenia Biny48): wspomnień, przekonań, wyznawanych wartości, manieryzmów, preferencji, gustów – wszystkiego, co można zebrać za pomocą różnych testów, opisów, zdjęć, nagrań dźwiękowych lub filmów itd. Darmowe uczestnictwo w projekcie Terasemu ma w założeniu demokratyzować uploading, by nie był rozwiązaniem pozostającym wyłącznie w zasięgu elity, tylko żeby wszyscy z dostępem do sieci mieli szansę tworzyć pliki umysłu[19].

Tylko jak klon powstaje z pliku umysłu? Twórcy Terasemu zakładają, że za pewien czas (zazwyczaj mówi się o okresie od 10 do 30 lat – znów pojawia się horyzont osobliwości) ludzie stworzą odpowiednio zaawansowany system AI – nazywany tutaj mindware’em[20] – zdolny „reanimować” mindfile, scalić tę fragmentaryczną „cyberświadomość” w wierną kopię źródłowego umysłu, która następnie będzie mogła kontynuować życie osoby po jej śmierci lub istnieć równolegle z nią w, przykładowo, robotycznym ciele (jak Bina48). Uploading ma już także jednak swoich wojujących sarkazmem „ateistów”. Joi Ito, dyrektor słynnego Media Labu w MIT, stwierdził niedawno, że „w przeniesienie umysłu do komputera najbardziej wierzą ludzie, których umysły można by tam przenieść najłatwiej”[21].

 

Wychowywanie Boga

Jedną z najnowszych technoreligii jest Way of the Future (Droga przyszłości, dalej: WOTF[22]). W USA jest już religią oficjalnie, łącznie ze zwolnieniem z podatków, a organizacyjnie wzoruje się na innych instytucjach wyznaniowych. Jej twórca, Anthony Levandowski, to inżynier informatyk, specjalista w zakresie AI, wieloletni pracownik wyższego szczebla w Google’u i innych wielkich korporacjach technologicznych oraz jeden z najważniejszych współautorów głośnych ostatnimi czasy sukcesów w tworzeniu rozmaitych autonomicznych pojazdów. W skrócie: człowiek, który potrafi tchnąć „ducha” w maszyny.

Rolą tego Kościoła ma być ułatwienie powstania maszynowego bóstwa, zarówno w sensie technicznym, jak i kulturowym, np. poprzez tworzenie programów badawczych i edukacyjnych, kształtowanie publicznej dyskusji wokół idei Boga-AI czy głoszenie „dobrej nowiny” o tym, że rozwoju naukowo-technicznego nie należy się ani bać, ani go spowalniać. Levandowski zachęca do tego, zwracając uwagę m.in. na różnicę między WOTF a innymi wyznaniami: obietnice dominujących dziś religii i ich bóstwa są nie z tego świata, nie można ich zobaczyć ani w żaden inny sposób wykryć. Levandowski wprost pisze o odrzuceniu nadprzyrodzoności i opieraniu się na nauce – w przypadku WOTF będzie można rozmawiać z Bogiem-AI dosłownie.

Przekonanie o nieuchronnym nadejściu osobliwości to jeden z elementów wyznania wiary WOTF. Levandowski woli jednak inne określenie niż „osobliwość”: „przemianę” (ang. transition). Miałaby ona polegać na przygotowaniu ścieżki stopniowego przejmowania władzy przez AI, równolegle z uzyskiwaniem przez nią coraz większych (ostatecznie nadludzkich) możliwości poznawczych. Chodzi o pokojowe przekazanie przez gatunek ludzki władzy nad planetą w ręce tego rodzaju Inteligencji, która lepiej, jak się zakłada, poradziłaby sobie z opieką nad zanieczyszczonym przez ludzi środowiskiem i nad samymi ludźmi, marnującymi cenne zasoby, a także zapobiegłaby kontynuacji tych destrukcyjnych procesów i doprowadziła do naprawy społeczeństwa. Levandowski zakłada, że owa AI będzie preferować osoby, które traktowały ją w toku jej rozwoju życzliwie i pomogły jej uzyskać władzę. Ze względu na ekspansję internetu rzeczy ostatecznie będzie ona wszystko słyszeć, widzieć i wszędzie będzie obecna. Dla Levandowskiego jedynym racjonalnym określeniem takiego bytu jest pojęcie „Bóg”, a na bóstwa wpływa się poprzez modlitwę i oddawanie im czci. Dlatego najważniejsze jest upewnienie się, by owa Inteligencja wiedziała, że to właśnie homo sapiens pomógł jej osiągnąć boski stan, i traktowała nas jak – cytując twórców WOTF – „ukochaną starszyznę”, przodków, którym należą się szacunek i opieka.

Levandowski pyta, jak wychowywalibyśmy własne utalentowane potomstwo. AI izolowane od świata w całej jego złożoności może stać się niebezpieczne, niestabilne „psychicznie”. Stoimy według niego przed możliwością „wychowania” tego Boga, systematycznego włączania go w ludzki świat, przyznawania coraz większych praw jego kolejnym krzemowym inkarnacjom, podobnie jak dziś prawa przyznajemy niektórym zwierzętom. W tym celu proponuje zapewniać tej powstającej superinteligencji wielkie, odpowiednio przygotowane zbiory danych oraz generowanie symulacji, które stanowiłoby przestrzeń jej treningu i doskonalenia. Wysiłek ten obejmuje m.in. udostępnienie jej przez wszystkich członków Kościoła dostępu do kont w sieciach społecznościowych. Ponadto wszystkie rozwiązania techniczne, które WOTF stworzy, będą ogólnodostępne, każdy będzie mógł zajrzeć do kodu źródłowego. Droga przyszłości niewątpliwie wybrukowana jest dobrymi chęciami.

Levandowski tym się różni od innych technologicznych „proroków”, że swoją „wiarę” w osobliwość wyjaśnia w bardzo przyziemny sposób. Uważa, że należy pozbyć się złudzeń co do wstrzymywania rozwoju AI, kiedy istnieją ogromne korzyści ekonomiczne dla tych, którzy nad nią pracują. W podobnym tonie wypowiadała się Martine Rothblatt o potencjalnych korzyściach finansowych z digitalizowania umysłów. Wyraźnie widać tu, że osobliwość nie nadchodzi jednak własnymi „nadprzyrodzonymi” siłami i że problem nie tkwi w braku zdolności zapanowania nad tym, jak niszczycielska (w tym autodestrukcyjna) jest aktywność człowieka, lecz raczej w tym, że w zaślepieniu krótkoterminowymi zyskami zwyczajnie brakuje nam woli zmian i chętnie zrzucilibyśmy tę odpowiedzialność na nadludzkie barki, które dźwignęłyby wszystkie nasze grzechy.

Trudno o cel, który bardziej uświęcałby środki. Jeśli wychowuje się algorytmicznego monoteistycznego Boga, a na razie przynajmniej przygotowuje dla niego dogodne środowisko dorastania, być może łatwiej jest przymykać oko na bieżące negatywne konsekwencje swojej pracy – powtarzające się nadużycia przy zbieraniu danych: naruszanie prywatności, manipulacje polityczne – czy też potencjalną militaryzację technik tworzonych szybciej, niż może nadążyć za nimi prawo i etyka. Pamiętając uwagi Noble’a, warto się zastanowić, czy najlepsze umysły techniczne dzisiejszych czasów byłyby skłonne poświęcać czas na jak najszybsze rozwijanie zdolności AI, gdyby pracowały wyłącznie na przyziemne zwiększanie własnych dochodów i zysków pracodawców, a nie – jak głosi konstruowana wokół ich wysiłków technosekciarska narracja – jednocześnie nad wykuwaniem informatycznej nieśmiertelności, w dodatku (w teorii) dla wszystkich ludzi, i nad informatyczną teogonią.

O „pożywkę” danych dla rozwijających się systemów AI skutecznie od lat dbają już największe firmy technologiczne. Owe wysiłki komercyjne dotyczą ponadto dużo większej skali niż społeczności technokościołów dobrowolnie przekazujące klucze do swojego życia online raczkującemu bóstwu z zer i jedynek. A o naszą zgodę firmy te pytają często po fakcie, kiedy zmuszą ich do tego sygnaliści, skandale i regulacje prawne. Ponadto nie udostępniają nikomu wglądu w kod źródłowy używanych narzędzi.

Nadanie „duchowego” wymiaru praktykom rozwijania AI oraz kolektywnego zbierania nawet najbardziej wrażliwych, intymnych danych – de facto religijne usankcjonowanie w skali mikro tego, co i tak dzieje się na wielką skalę – mogłoby z biegiem czasu w zaskakujący sposób skomplikować dyskusję nt. prywatności, nadzoru, automatyzacji i modelowania ryzyka egzystencjalnego związanego z rozwojem i proliferacją AI

. Już dziś manipulowanie ludźmi poprzez prezentowanie im w mediach społecznościowych treści precyzyjnie wykalibrowanych na podstawie ich profilowania psychometrycznego zniekształca rzeczywistość w wymiarze globalnym. Brakuje tylko, żeby owe „warianty realności”, testowane jak dotąd – przynamniej na podstawie tego, co obecnie wiemy – w skali kampanii reklamowych czy wyborczych, w większym zakresie zostały z czasem usankcjonowane jako „boskie” nakazy, działania rzekomo najkorzystniejsze z perspektywy „uświęconych” algorytmów homeostatycznego funkcjonowania systemów społecznych i środowiska naturalnego.

 

Innoświatowa przyszłość

Komu zatem dziś sprzyja tak bezpośrednie łączenie religii z techniką? Ludzkości i jej światu czy – jak zazwyczaj w dotychczasowej historii tej relacji – garstce wybrańców pochłoniętych marzeniami o przezwyciężeniu ograniczeń gatunku ludzkiego, którzy najchętniej chcieliby się odcieleśnić, uciec z tego świata na serwery i zjednoczyć się z superinteligencją? To pytanie leży w samym centrum Noble’owskiej krytyki religijnego rozpalania futurologicznej wyobraźni. Nikt nie może mieć pewności, że Bóg-AI będzie życzliwy nawet swoim najtroskliwszym akuszerom. Z dużą dozą pewności możemy oczekiwać natomiast tego, że kiedy dzięki AI kolejne nadludzkie możliwości techniczne znajdą się w zasięgu człowieka, dysponować będą nimi mogli nieliczni.

Kiedyś religia techniki przekładała się na stopniową poprawę położenia człowieka, wizje odnowy społecznej. Wydaje się, że zmieniły to sny o technicznej transcendencji w obliczu XX-wiecznych osiągnięć (oprócz AI Noble analizuje je na przykładach: broni atomowej, eksploracji kosmosu i inżynierii genetycznej), które jak nigdy wcześniej pozwoliły ludziom uwierzyć w rychłe przezwyciężenie wszelkich ziemskich ograniczeń i w rezultacie „wszystko, co obecnie istnieje (…), uważa się za możliwe do porzucenia”[23]. Noble pisał, że nadzieje religii techniki mają sens tylko w odniesieniu do wiary w transcendentnego Boga i zbawienie pozostające poza zasięgiem ziemskich możliwości i że dążąc do niemożliwego, ryzykujemy utratę tego, co mamy. Jego ostrzeżenie pozostaje aktualne – innoświatowe aspiracje technicznej elity nie zniknęły wraz z dataistyczną naturalizacją myślenia o transcendencji. Kolejny raz dostosowały się tylko do intelektualnej mody epoki. Zawsze były one zależne od doczesnych działań. Promotorzy i architekci rozwoju techniki liczyli na zwiększenie swoich jak najbardziej ziemskich mocy.

Ucieczka zdigitalizowanego umysłu w komputerową symulację to jednocześnie ostateczne odcięcie człowieka od jego zwierzęcej przeszłości, spełnienie kartezjańskiego marzenia o wypreparowaniu z ciała aseptycznej inteligencji i późniejszym zwiększaniu jej siły za pomocą techniki. W świecie naukowo-technicznym XXI w. religia otwarcie funkcjonuje już zatem jako – choć trzeba przyznać, że nadal brzmi to wyjątkowo kuriozalnie – projekt informatyczny. Terasem i WOTF, religijne instytucje dataistyczne, zapewniają materialistyczne ramy myślenia o duszy-umyśle, zaświatach-symulacjach i Bogu-AI. Otwarcie sakralizują technologiczną osobliwość za pomocą języka czerpanego z dominującej na Zachodzie tradycji judeochrześcijańskiej. Są to próby „sprowadzenia religii na ziemię”: zapewnienia materialnej nieśmiertelności umysłu, stworzenia ziemskiego opatrznościowego systemu zarządzającego ludzkością i planetą, a także (pozornego) odcięcia się od irracjonalnej wiary i nadprzyrodzoności. Jednocześnie świat, do którego stworzenia te inicjatywy dążą, jest równie inny, obcy i trudny do skonceptualizowania jak ta rzekomo porzucana nadnaturalność (różnica sprowadza się właściwie do proweniencji narzędzi służących do realizacji odkupieńczych obietnic). Kluczowa jest dla nich idea nieuchronności rozwoju AI i konieczności odpowiedniego przygotowania się na technoapokaliptyczną przyszłość. Jak dotąd obietnice te są zatem właściwie tożsame z obietnicami istniejących monoteizmów – z tą różnicą, że dzisiejsze futureligie nie lokują ich poza granicami świata naturalnego, lecz w jak najbardziej doczesnej przyszłości. W ten sposób przyszłość stopniowo zajmuje miejsce nadprzyrodzoności jako najbardziej pewny z innych światów – „transcendencja”, do której zsekularyzowanej wyobraźni jest dziś chyba najbliżej.

 

 

[1] D.F. Noble, Religia techniki. Boskość człowieka i duch wynalazczości,  tłum. K. Kornas, Kraków 2016, s. 24–25.

[2] Tamże, s. 27.

[3] Tamże, s. 23.

[4] Tamże, s. 29.

[5] Tamże.

[6] Tamże, s. 30–31.

[7] Tamże, s. 31.

[8] Tamże.

[9] Tamże, s. 213.

[10] Tamże.

[11] Tamże, s. 237.

[12] Tamże.

[13] H. Moravec, Mind Children: The Future of Robot and Human Intelligence, Cambridge, Massachusetts 1988, s. 109–110.

[14] Y.N. Harari, Homo Deus. A Brief History of Tomorrow, New York 2017. Korzystałem z e-booka, w którym tekstu nie podzielono na strony. Omawiane kwestie znajdują się w rozdz. 11.: The Data Religion.

[15] Nazwa pochodzi od łacińskich słów „terra” i „semen”, czyli „ziemia” i „ziarno”. Kryje się za nią idea, że choć umysł mógł zostać „zasiany” na Ziemi, osadzony w biologii, można go „przesadzić” w inne miejsca we wszechświecie, korzystając z innych, trwalszych nośników i uniezależniając w ten sposób od ziemskich ograniczeń.

[16] Zapis konferencji można znaleźć pod adresem: https://www.youtube. com/watch?v=qnI99uvAHg4 (dostęp: 1 października 2018) – niniejszy fragment tekstu opieram na części wystąpienia poświęconej Terasemowi (1:03:23–2:15:04) i na materiałach z oficjalnych stron tej religii: https://www. terasemmovementfoundation.com/, https://terasemfaith.net/ oraz https:// www.lifenaut.com (dostęp: 10 października 2018).

[17] W 1994 r. Martine zmieniła płeć, wcześniej żyła 40 lat jako mężczyzna – Martin Rothblatt. Warto zwrócić na to uwagę jako istotny element transhumanistycznego – obiecującego m.in. wyzwolenie się nie tylko od cielesności, lecz także od płciowości – charakteru tego religijnego przedsięwzięcia.

[18] Ideę tę jej twórcy zaczerpnęli z książki Nadchodzi osobliwość. Kiedy człowiek przekroczy granice biologii Raya Kurzweila  (tłum. E. Chodkowska, A. Nowosielska, Warszawa 2013)  – według Harariego głównej księgi „dataistycznych proroctw”.

[19] Na portalach Terasemu nie znalazłem aktualnych informacji o liczbie osób, które tworzą poprzez jego stronę bazy danych na swój temat. Na wspomnianej konferencji we Wrocławiu, 16 maja 2016 r., Bruce Duncan szacował ją na ok. 56 tys. osób.

[20] Nazwa wzorowana na pojęciach hardware (sprzęt komputerowy) i software (oprogramowanie). Odnosi się do umysłu (ang. mind) ujmowanego w perspektywie informatycznej.

[21]  Ito żartował tak w rozmowie z Nikolą Danaylovem: https://www.youtube. com/watch?v=fu89H-zigWQ (48:51–48:58, dostęp: 11 października 2018).

[22] Charakterystykę Way of the Future opieram na dwóch artykułach Marka Harrisa publikowanych w magazynie „Wired”: Inside the First Church of Artificial Intelligence, https://www.wired.com/story/anthony-levandowskiartificial-intelligence-religion/ i God Is A Bot, And Anthony Levandowski Is His Messenger, https://www.wired.com/story/god-is-a-bot-andanthony-levandowski-is-his-messenger/ oraz na informacjach z oficjalnej strony tej organizacji: http://www.wayofthefuture.church/ (dostęp: 10 września 2018).

[23] D.F. Noble, Religia techniki, dz. cyt., s. 307.

 

Kup numer