(fot. Sergio Azenha/Alamy/BE&W)
z Nicholasem Carrem rozmawia Krzysztof Kornas czerwiec 2021

Technologie, którymi myślimy

Przyzwyczailiśmy się do ciągłego strumienia informacji, a nasza uwaga podąża dziś głównie za nowościami. W ten sposób tracimy jednak to, co stanowi o głębokim myśleniu – możliwość podjęcia świadomej decyzji, o czym w ogóle chcemy myśleć.

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Czytaj także

Michał R. Wiśniewski

Trochę wolnego od wszystkiego

z Moniką Baryłą-Matejczuk rozmawia Edyta Zielińska, Ewelina Kaczmarczyk

Z szacunku dla siebie

Kiedy dziesięć lat temu opisał Pan w Płytkim umyśle, jak negatywny może być wpływ internetu na ludzki mózg, dominowały optymistyczne prognozy dotyczące rozwoju nowych technologii i ich oddziaływania na nasze zdolności poznawcze. Ja również przy pierwszej lekturze Pana książki nie byłem przekonany do pojawiających się w niej pesymistycznych ocen. Internet znacznie ułatwiał moje, wtedy jeszcze studenckie, życie i uważałem, że jestem odporny na negatywne skutki uboczne cyfryzacji świata. Minęła dekada i teraz niektórzy moi znajomi i ja sięgamy do Pana książki po diagnozę uzależnienia od nowych technologii i pomysły na skuteczną terapię. Jak często powtarzał Pan w ostatnich latach: „A nie mówiłem!”?

Przyznaję, że taka myśl się pojawia, ale niekoniecznie wypowiadam ją na głos [śmiech]. Od wielu ludzi słyszałem, że kiedy po raz pierwszy przeczytali moją książkę, opierali się jej przesłaniu. Kiedy ją pisałem, w 2008 i 2009 r., żyliśmy w czasach wielkich nadziei związanych z internetem.

W ostatnich latach zaszły dwie ważne zmiany: wszechobecne stały się smartfony oraz rozwinęły się media społecznościowe, które pochłaniają najwięcej czasu spędzanego online. Oba te zjawiska uświadomiły ludziom, jak trudno jest im kontrolować korzystanie z technologii, które nieustannie rozpraszają ich uwagę. Dystrakcje sprawiają, że niektórzy nie są już w stanie skoncentrować się nawet na członkach rodziny czy bliskich przyjaciołach. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie są o wiele bardziej świadomi, że pod wpływem technologii w ich umysłach zachodzą głębokie zmiany i że nie zawsze są one dobre. Są przez to teraz częściej otwarci na argumenty, które przedstawiłem w książce, niż wtedy, gdy została ona opublikowana.

Zyskał Pan od tego czasu więcej zwolenników niż przeciwników?

Zdecydowanie tak. W żadnym razie nie próbuję się przechwalać, ale myślę, że taka jest prawda. Mam nadzieję, że częściowo odzwierciedla to siłę mojej argumentacji, przy czym do pewnego stopnia jest to też po prostu rezultat zmiany w podejściu społeczeństwa do technologii cyfrowych.

Diagnozę stanu ludzkich zdolności poznawczych w dobie internetu rozpoczyna Pan w książce od dzielenia się obserwacjami zmian w funkcjonowaniu własnego umysłu. Które z opisywanych przez Pana badań w największym stopniu dotyczyły tego, co zauważał Pan we własnym życiu?

To dobre pytanie… Muszę wrócić myślami do tamtego czasu. Byłem bardzo zmotywowany, żeby zbierać informacje na ten temat, bo czułem, że tracę zdolność koncentracji, uważnego myślenia, kontrolowania własnego umysłu – wszystkiego, co niezbędne, jeśli chce się myśleć kontemplacyjnie, refleksyjnie, introspekcyjnie, praktykować jakikolwiek typ „wysokopoziomowego” myślenia. Wydaje mi się, że najważniejsze były dla mnie dwie kwestie. Pierwsza to ogólnie odkrycia z zakresu badań nad mózgiem dotyczące neuroplastyczności – tego, jak dorosły mózg adaptuje się do środowiska przez całe życie. Zaobserwowanie faktu, że technologie cyfrowe (internet, komputery) naprawdę stały się już integralną częścią naszego otoczenia, pomogło mi zrozumieć, jak – poprzez głębokie, zachodzące na poziomie neuronalnym adaptacje do tego nowego cyfrowego środowiska – stopniowo zaczęliśmy przekształcać funkcjonowanie naszych umysłów. Chodzi o zrozumienie, że zmiana w środowisku w ogóle może wywierać jakiś rodzaj trwałego wpływu na nasz mózg.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Druga kwestia dotyczyła konkretnego, ważnego dla mnie badania – naukowcy z Uniwersytetu Stanforda zebrali dużą grupę ludzi i dali im do rozwiązania kilka testów funkcji poznawczych. Odkryli, że osoby, które najczęściej korzystały z mediów cyfrowych, wypadły gorzej w każdym z nich. Wyjątkowo interesujący był test, który dotyczył zdolności do odróżniania informacji ważnych od nieważnych. Okazało się, że im więcej czasu spędzamy online, tym trudniej jest nam skupić się na tym, co istotne. Zamiast tego naszą uwagę przyciąga cokolwiek, co jest nowe – najnowsza porcja informacji, która się pojawia. Muszę dodać, że wtedy badania dotyczące tego, jak internet na nas oddziałuje, dopiero się rozwijały. Ale zarówno ich przegląd, jak i analiza wcześniejszych badań mózgu pokazały, ile jest dowodów na to, że dystrakcje podminowują nasze zdolności poznawcze. Tak dobrze zaadaptowaliśmy się do nieustannego strumienia informacji i tak zaczęliśmy go pragnąć, że nasza uwaga podąża dziś głównie za tym, co nowe. Zaczynamy tracić nawet to, co jest być może fundamentalną czynnością konstytuującą głębokie myślenie, czyli możliwość podejmowania świadomej decyzji o tym, o czym w ogóle chcemy myśleć.

Wydaje się, że opisane badania przeczą intuicji: zazwyczaj czujemy, że to my mamy kontrolę nad technologiami, a nie one kontrolują nas. To my „z nich” korzystamy, one dostarczają wartości „nam”.

Tak, chcemy w to wierzyć. Takie podejście nazywa się technologicznym instrumentalizmem. Z tej perspektywy technologie są jedynie narzędziami. Nie stoi za nimi żaden ukryty cel – my sami określamy, jak z nich korzystamy. Moim zdaniem to jednak złudzenie. Każda technologia promuje jakieś zachowania. Jest tak zaprojektowana, żeby używać jej w określony sposób, do którego my się dostosowujemy. Z czasem, im częściej z niej korzystamy, nasz umysł adaptuje się do tych technologicznie preferowanych sposobów myślenia i ulegają one wzmocnieniu, utrwalają się. Jednocześnie te sposoby myślenia, którym technologia nie sprzyja, nie zachęca do ich praktykowania, osłabiamy, tracimy.

Nie jest to chyba jednak do końca nasza wina. Zagadnienia, o których rozmawiamy, analizuje Pan w książce, sięgając po badania prowadzone w paradygmacie ewolucyjno-neurokognitywnym. Czytając Płytki umysł, odniosłem wrażenie, że z perspektywy ewolucji stoimy jako gatunek na straconej pozycji, jeśli chodzi o walkę z dystrakcjami. Dlaczego Matka Natura nie chce, żebyśmy byli głębokimi myślicielami?

Dekoncentrujemy się tak łatwo w dużej mierze dlatego, że czujemy potrzebę ciągłego monitorowania otoczenia. Nietrudno zrozumieć, dlaczego jest to istotne z perspektywy ewolucyjnej. Pośród dzikiej przyrody gatunek ludzki był narażony na liczne ryzyka. Jeśli pojawił się jakiś ruch w liściach w lesie, uwaga człowieka natychmiast się tam przenosiła. Ewolucja sprzyjała temu, żebyśmy chcieli wiedzieć o wszystkim, co się dzieje wokół nas, bo to pomagało nam przeżyć.

Kłopot w tym, że teraz obok środowiska naturalnego stworzyliśmy również środowisko cyfrowe, gdzie nowym informacjom nie ma końca. W związku z tym nie jest zaskoczeniem, że czujemy ekstremalnie silną kompulsję, żeby co chwilę odblokowywać telefon, sprawdzać powiadomienia, szukać newsów online. Staliśmy się kompulsywni w tym, jak zbieramy informacje. Nieszczególnie wybredni, tylko właśnie kompulsywni. Częściowo wiąże się to z faktem, że nasz mózg nagradza nas dopaminą (neuroprzekaźnikiem związanym z odczuwaniem przyjemności) za sam prosty akt zbierania informacji, skoro pomagał nam on przetrwać. Chcemy wiedzieć o wszystkim, co się dzieje wokół.

Z ewolucją nie wygramy?

Aż tak źle nie jest. Nie powiedziałbym, że nie można zmniejszyć tego ewolucyjnego ciężaru. Zdolność do „filtrowania” dystrakcji i kontrolowania własnego umysłu jest dla nas trudna, jednak możemy ją posiąść. Jeśli będziemy ją praktykować wystarczająco często, zdołamy oprzeć się pokusom technologii. Chyba w przypadku większości ludzi w dzisiejszych czasach jest to ciągła walka, bo nowe technologie są atrakcyjne i łatwo przykuwają uwagę. Dodatkowo społeczeństwo znalazło się w punkcie, w którym zakłada się, że wszyscy są cały czas w zasięgu tych technologii. Istnieje wiele rzeczy, których już nie można robić, jeśli nie jest się ciągle online.

Pisze Pan, że jest nam wyjątkowo łatwo „wykwalifikować się” w uleganiu dystrakcjom. Dlaczego ludzki umysł tak szybko może osiągnąć doskonałość w sztuce rozpraszania się?

Nasze mózgi chcą ciągle optymalizować swoje funkcjonowanie. Ma to sens, bo zużywają mnóstwo energii. To naturalne, że chcą być wydajne i że optymalizują swoje działanie z uwagi na nasze nawyki myślenia. Im więcej czasu poświęcamy, konsumując dużo informacji i pozwalając, żeby przerywano nam tok myślenia, tym bardziej nasz mózg zakłada, że właśnie tak chcemy myśleć, i optymalizuje swoje działanie pod kątem takiego sposobu myślenia. W gruncie rzeczy im częściej ulegamy dystrakcjom, tym bardziej nasz mózg zmienia się w mózg rozpraszalny. Trenujemy nasze mózgi, aby były mniej uważne – tak to można ująć najprościej.

Nie znaczy to, że nie można się cofnąć i przekwalifikować swojego umysłu, żeby był bardziej uważny. Można też jednak utknąć w pętli sprzężenia zwrotnego. Jeśli wszystko, co się robi, to konsumowanie dużych ilości niewielkich porcji informacji cały dzień, to mózg stanie się w tym dobry i właśnie to będzie chciał robić.

Jesteśmy gatunkiem, który łatwo się rozprasza, ale też takim, który może się uczyć przez całe życie. Czy można zatem powiedzieć, że neuroplastyczność jest najlepszą i najgorszą cechą ludzkiego mózgu?

Myślę, że tak. Aż do czasu kiedy badacze mózgu zaczęli dokonywać odkryć nt. neuroplastyczności, w latach 60. i 70. XX w., więc wcale nie tak dawno, wszyscy myśleli, że dorosły mózg nie ulega zmianom; że przez pierwsze 20 lat życia tworzą się obwody neuronalne i struktura mózgu, a później już się nic nie zmienia (oczywiście oprócz tego, że neurony powoli obumierają z wiekiem). Okazało się, że to nieprawda. To bardzo ekscytujące i w zasadzie pozytywne, bo oznacza, że możemy adaptować się do nowych okoliczności i utrzymywać mentalną elastyczność z biegiem lat. Neuroplastyczność ma jednak swoją mroczną stronę. Zdolność mózgu do adaptowania się jest neutralna pod względem wartości. Innymi słowy: mózg będzie się adaptował do naszych nawyków. A one mogą być dobre albo złe.

Czy wszystkie problemy z dystrakcjami nadal byłyby problemami, gdyby nie komplikowały procesu zapamiętywania oraz zdobywania wiedzy?

Kiedy pojawił się internet i był mocno promowany przez firmy technologiczne i Dolinę Krzemową, przesłanie, które słyszeliśmy, brzmiało: im więcej informacji, tym lepiej. Internet miał uwolnić wprost niesłychane ilości informacji, mieliśmy mieć do nich dostęp ciągle i miały one trafiać do nas bardzo szybko. Nie zwrócono tylko uwagi na fakt, że jeszcze ważniejsze niż ilość informacji jest to, jak je przyswajamy.

Wiemy, że nasza pamięć robocza – czyli miejsce, do którego nowe informacje trafiają w pierwszej kolejności, żebyśmy mogli aktywnie z nich korzystać – ma małą pojemność. W każdej chwili możemy tam zmieścić tylko kilka faktów. Kluczowe jest to, by ważne informacje przemyśleć na tyle głęboko, żeby móc przenieść je do pamięci długotrwałej. Dlatego że to właśnie w procesie ich przenoszenia z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej łączymy je z tym, co już wiemy. To właśnie te połączenia, rozmaite skojarzenia tworzą bogactwo naszych myśli. Kiedy nasza uwaga jest nieustannie bombardowana nowymi informacjami, wlatują one do pamięci roboczej i natychmiast z niej wylatują. Nie mamy szansy pomyśleć o nich z uwagą. W rezultacie nie konsolidujemy wspomnień lub robimy to słabo.

Informacje nie przekształcają się w wiedzę.

Właśnie. W tym miejscu pojawiają się prawdziwe szkody wynikające z bycia wiecznie rozproszonym. Chodzi o to, że nie rozwijamy osobistej wiedzy.

Można o tym myśleć też tak, że istnieją dwa sposoby zwracania uwagi. Bardziej prymitywny z nich polega na tym, że to otoczenie decyduje, na co zwracamy uwagę. W drugim przypadku przedmiot zainteresowania wybieramy świadomie. W naszym mózgu toczy się nieustanna walka pomiędzy wrodzonym pragnieniem, by to otoczenie określało, na co zwracamy uwagę (nowa rzecz tu, podejrzany ruch tam), a naszą zdolnością do powiedzenia: nie, nie pozwolę, by to otoczenie dyrygowało moją uwagą – sam dokonam wyboru. Ponieważ zapełniliśmy cyfrowe środowisko wszelkiego rodzaju fascynującymi informacjami, które są w dodatku dostarczane w atrakcyjny sposób, coraz częściej to właśnie ono decyduje o tym, na co zwracamy uwagę. W rezultacie tracimy kontrolę nad naszym umysłem. To smartfony i laptopy zaczynają sterować naszą uwagą, a nie nasz własny umysł.

Zeszłoroczne II wydanie Płytkiego umysłu uzupełnił Pan o nowe posłowie. Dotyczy ono właśnie smartfonów, które są obecnie chyba najbardziej problematyczne, jeśli chodzi o nasze interakcje z technologiami. Kiedy czytałem nowe wydanie, przypomniałem sobie swoją wizytę w Muzeum Sztuki Użytkowej w Wiedniu. W jednej z gablot z eksponatami umieszczono ok. 20 przedmiotów, które teraz znajdują się w smartfonie jako aplikacje. Były wśród nich: jeden z pierwszych walkmanów, telefon z tarczą, kalendarz, karty do gry, maszyna do pisania, kompas, zegarek, lusterko, aparat analogowy i krokomierz. Wszystkie te przedmioty miały swoją specyficzną historię, kulturę związaną z ich używaniem, pewne czynności i emocje, które się z nimi wiązały. Nie wspominając o tym, jak bardzo mogły się różnić pod względem designu. Co się dzieje, gdy umieści się to wszystko w jednej maszynie i przekształci te obiekty w aplikacje?

Dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze, dochodzi do utraty specjalizacji narzędzia. W domu przeciętnej osoby żyjącej pod koniec XX w. można było znaleźć wszelkiego rodzaju przedmioty do przetwarzania informacji: odtwarzacz płyt, radio, telewizor, książki, czasopisma, koperty na listy, maszyny do pisania… Wszystkie te rzeczy zostały zaprojektowane z myślą o konkretnym celu. Konieczne było przechodzenie od jednego urządzenia do drugiego, żeby zająć się daną czynnością. W pewien sposób segregowało to różne metody przyswajania informacji, wyrażania siebie i działo się to tak, że moim zdaniem było dla nas korzystne. Kiedy połączy się wszystko w jednym miejscu, każda z tych rzeczy cały czas ze sobą konkuruje.

Po drugie, smartfon stał się ważny, bo daje nam dostęp do informacji istotnych z perspektywy społecznej. Zaczyna znaczyć dla nas bardzo dużo, ponieważ jest tam nasz album ze zdjęciami, osobista korespondencja, wszystkie newsy, które śledzimy, ludzie, którymi się interesujemy. Nie tylko wyewoluowaliśmy, żeby szukać nowych informacji, ale też żeby bardzo mocno interesować się wszystkim, co ma wpływ na nasz status społeczny. Trudno się więc dziwić, że mamy obsesję na punkcie tego przedmiotu.

W naszych mózgach istnieje coś, co naukowcy nazywają siecią istotności (ang. salience network), która decyduje o tym, na czym skupiamy uwagę w danym momencie. Mamy tendencję do koncentrowania się na tym, co jest najważniejsze w naszym otoczeniu. Jak twierdzą niektórzy badacze, w przypadku smartfona stworzyliśmy obiekt o wprost nadprzyrodzonej sile przyciągania uwagi. Nawet gdy ludzie nie używają smartfona, część ich umysłu nadal zwraca na niego uwagę, ponieważ po prostu wiele dla nas znaczy.

Poświęcamy uwagę smartfonom, nawet jeśli nie są w zasięgu naszego wzroku?

Wystarczy, że pomyślimy o tym, iż chcielibyśmy zerknąć na telefon. Wysiłek potrzebny do stłumienia tego pragnienia też nas rozprasza. Temu problemowi poświęcono w ostatnich latach kilka eksperymentów. Jeden z najciekawszych dotyczył studentów, którym dano do rozwiązania dwa testy zdolności poznawczych: pamięci roboczej i inteligencji. Grupy badanych różniły się tylko pod jednym względem – odległości, w jakiej znajdował się od studentów ich smartfon (wyciszony, żeby wykluczyć dźwięki i wibracje jako źródło dystrakcji). Pierwsza grupa położyła go na biurku przed sobą (ekranem w dół), druga włożyła go do kieszeni lub torebki, a trzecia zostawiła smartfony w innej sali. Okazało się, że im dalej od studenta był smartfon w trakcie testu, tym lepiej dany student wypadał na teście.

Niektórzy, aby stać się bardziej uważnymi, próbują się ratować medytacją i podobnymi technikami pracy z własnym umysłem albo używają aplikacji do blokowania dystrakcji i kontrolowania czasu spędzanego przed ekranami. Może jednak wystarczyłby powrót do głębokiego myślenia podczas lektury starych, dobrych papierowych książek?

Myślę, że część zainteresowania medytacją, uważnością czy nawet jogą i podobnymi praktykami, nawet jeśli ludzie nie łączą świadomie tych faktów, stanowi reakcję na przesycenie świata technologiami. Można z tego wnioskować, że większość ludzi pragnie bronić się przed dystrakcjami i mieć poczucie większej kontroli nad własnym umysłem. Prowadzi to do rozpowszechnienia się rozmaitych praktyk mających korzystnie wpłynąć na uważność. Nie ma w tym nic złego, martwi mnie jednak to, że zamiast po prostu wkładać wysiłek w rzeczywiste praktykowanie głębokiego myślenia, naśladujemy ten proces we wspomnianych odizolowanych obszarach, które są oddzielone od reszty naszego życia. Obawiam się, że to tak naprawdę niczego nie zmienia. Jak tylko skończymy naszą sesję medytacji czy czegokolwiek innego, chwytamy za telefon i wracamy do tych samych nawyków.

W pewien sposób to również pokazuje siłę technologii, ponieważ zaczynają one definiować nawet to, jak ograniczamy ich rolę w swoim życiu. Świadomie decydujemy się na technologiczny „detoks” poprzez instalację aplikacji, która uniemożliwi nam, przykładowo, patrzenie na Facebooka.

Problem w tym, że potrzebujemy tego „detoksu”, ponieważ ludzie, którzy projektują technologie cyfrowe, aktywnie pracują nad tym, by utrudnić nam koncentrację. Czy umysł będzie się stawał kolejnym obszarem do skomercjalizowania?

Coraz więcej wartości przypisujemy transakcyjnym sposobom myślenia. Zaczynamy postrzegać mózg jako rodzaj maszyny, która wykonuje praktyczne zadania z jasnymi danymi wejściowymi i wyjściowymi. Tracimy tym samym możliwość otwartego, elastycznego myślenia, myślenia z wyobraźnią – takiego, w którym spokojnie podąża się za swoim tokiem rozumowania i nie trzeba być do końca pewnym, dokąd nas ono zaprowadzi. A może prowadzić w interesujące miejsca. Takie myślenie zaczyna być niekiedy postrzegane jako strata czasu. Wszystko zostaje zdefiniowane, nawet nasze bliskie relacje stają się bardziej transakcyjne. Dzieje się tak np. w mediach społecznościowych, gdzie wyraz sympatii zostaje zredukowany do kliknięcia przycisku „lubię to”, i to wystarczy, żeby w naszym odczuciu chwilowo scementować relację.

Czy rozproszonym umysłem łatwiej manipulować?

Znacznie łatwiej, ponieważ gorzej radzi sobie z umieszczaniem nowych informacji w kontekście. A to właśnie ta zdolność pozwala na sceptycyzm wobec odbieranych komunikatów. Kiedy umysł jest ciągle rozproszony, znacznie bardziej prawdopodobne jest, że weźmie się za prawdę informacje, które nie są w pełni prawdziwe lub są wprost podawane w celu zmanipulowania odbiorcy. To może przybrać formę manipulacji reklamowej bądź politycznej.

Poruszam tę kwestię w związku z coraz wyraźniej zauważalnymi – zarówno w Polsce, jak i w USA – antyintelektualizmem, brakiem zaufania do nauki, powrotem populizmu i wzrostem polaryzacji. To wszystko komplikuje Pański apel o obronę głębokiego myślenia. Czy nie jest to daremna walka, biorąc pod uwagę nie tylko te okoliczności społeczno-polityczne, lecz także nasz ewolucyjny bagaż i to, co mówi nam nauka o mózgu?

Na razie tej bitwy nie wygrywamy. Jeśli ilość informacji jest w ogóle nieskończona, to istnieje też nieskończona ilość informacji, które potwierdzą to, co myślimy. Obecnie panują idealne warunki do utrwalania się tzw. efektu potwierdzenia. Szukamy w kółko nowych informacji, ale znajdujemy najczęściej te, które potwierdzają to, co już wiemy i z czym się zgadzamy. Większość ludzi uważała, że dzięki nieograniczonemu dostępowi do wiedzy ludzie poszerzą swoje horyzonty, a okazało się, że efekt potwierdzenia zwyciężył i jest tak wiele informacji, które potwierdzą każdy, niezależnie jak bardzo skrzywiony obraz rzeczywistości, iż grawitujemy w kierunku tych z nich, które są bliskie naszemu światopoglądowi. Sprawę pogarsza dodatkowo fakt, że algorytmy firm technologicznych – ponieważ firmy te chcą karmić nas informacjami, które nam się podobają i utrzymać nas przyklejonych do ekranów – naturalnie zaczynają „wzbogacać” tę dietę informacyjną o treści potwierdzające nasze uprzedzenia.

Znajdujemy się więc obecnie w bardzo trudnej sytuacji. Muszą nastąpić istotne zmiany zarówno w samych technologiach, jak i w firmach, które je projektują i obsługują. Mam nadzieję, że do tego dojdzie, ale nie jestem pewien, czy to w ogóle możliwe. Możliwe jest natomiast z pewnością wyczulenie ludzi na istniejące problemy.

Nie twierdzę przy tym, że powinniśmy poświęcać cały nasz czas na głęboką kontemplację czy introspekcję. Uważam, że szybkie przyswajanie dużej ilości informacji i ich wymiana z wieloma ludźmi może być wspaniałą zabawą i dodawać energii. Nie jestem przeciwko robieniu tego w ogóle, tylko przeciwko niebezpieczeństwu, że rozproszony, wielozadaniowy sposób myślenia stanie się tym jedynym.

Jaki byłby zatem najlepszy sposób na przekonanie ludzi o wartości głębokiego myślenia?

Uzmysłowienie im tego, co jest alternatywą, którą promują nowe technologie. Sądzę, że technologie nie tylko zmieniają sposób, w jaki myślimy, ale mają też tendencję do zmieniania sposobu, w jaki myślimy o myśleniu. Zaczynamy cenić formy rozumowania, do których zachęcają nas współczesne urządzenia techniczne, i dewaluować te, w których nie są one pomocne. Obawiam się, że w miarę jak będziemy dostosowywać się do tych rozpraszających i przytłaczających nas technologii, nie tylko będzie nam trudniej oddawać się głębokiemu myśleniu, ale jako społeczeństwo zaczniemy sobie wmawiać, że kontemplacyjne i uważne myślenie to strata czasu i że tak naprawdę powinniśmy głównie odbierać i wysyłać dużo informacji. To, moim zdaniem, byłoby tragiczne w skutkach. Pytanie, czy cenimy głębokie myślenie, nie dotyczy przecież tylko jednostek. To kulturowa i społeczna kwestia o wielkiej wadze – dotycząca tego, jak myślimy o najlepszych sposobach wykorzystywania naszych umysłów.

Nicholas Carr

Amerykański pisarz, absolwent Uniwersytetu Harvarda, przez wiele lat pracował jako redaktor prestiżowego pisma „Harvard Business Review”. Jeden z najbardziej znanych badaczy sieci, na ten temat napisał kilka książek: Does IT matter?, The Big Switch, gdzie porusza kwestie przyszłości technologii i internetu. Jego książka Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg?, której wznowienie wydano w 2020 r., znalazła się w finale Nagrody Pulitzera (2011), wywołała również w USA szeroką dyskusję

Kup numer