fot. Corinna Kern / Bloomberg / Getty
Krzysztof Kornas styczeń 2020

Ludzka natura żywności. Etyczni mięsożercy

Z badań wynika, że większość ludzi rozumie konieczność ograniczenia konsumpcji mięsa ze względu na środowisko, zdrowie czy kwestie etyczne. Niestety, w codziennych sytuacjach to trzy inne sprawy decydują o wyborach żywieniowych: cena, smak i wygoda.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

Lawina dystopijnych diagnoz stanu środowiska naturalnego zdecydowanie przybiera na sile. Wśród głównych przyczyn postępującej katastrofy klimatycznej wskazuje się m.in. globalny system żywnościowy. A w jego ramach – hodowlę przemysłową zwierząt na ubój. Cywilizacyjna wszechobecność mięsa ściąga na siebie krytykę nie tylko sozologów, lecz także: etyków, epidemiologów, dietetyków czy lekarzy. Zewsząd można dziś usłyszeć apele o ograniczenie konsumpcji białka zwierzęcego i zachęty do przejścia na dietę roślinną. Dyskusje pod tym pręgierzem, szczęśliwie dla mięsożerców, na tym się wszakże nie kończą. Mięso z uboju ma silną, wolną od negatywnych konsekwencji, konkurencję: hodowlę mięsa in vitro z komórek pobranych od żywego zwierzęcia oraz roślinne zamienniki mięsa, które coraz skuteczniej naśladują jego smak, zapach i teksturę, a nawet mogą „krwawić” po przecięciu. Chociaż z hodowlą laboratoryjną wiążą się analogiczne (i analogicznie dalekie od zasadności) wątpliwości konsumenckie jak w przypadku żywności modyfikowanej genetycznie, pestycydów czy rozmaitych dodatków spożywczych, postrzega się ją jako wielką szansę na stworzenie bardziej zrównoważonego systemu żywnościowego. Jest to także idealny poligon dyskusji o naukowo-technicznych próbach ingerowania w naturalne procesy w przemyśle rolno-spożywczym. Analitycy potencjału tej technologii zachowują ostrożny optymizm i liczą, że ma ona szansę nareszcie przełamać schematy myślenia i przekonująco zademonstrować, że ingerencji potrafimy dokonywać odpowiedzialnie.

Absurd na skalę geologiczną Pomysł na tworzenie samego mięsa bez konieczności hodowania zwierzęcia nie jest nowy. Już w 1931 r. Winston Churchill przewidywał, że w ciągu półwiecza porzucimy „absurd hodowania całego kurczaka tylko po to, żeby zjadać jedynie jego pierś lub skrzydło”[1]. Wyobrażał on sobie, że znajdziemy sposób na produkcję samego mięsa, wykorzystując do tego odpowiednio przygotowane podłoże chemiczne. Na częściową realizację tej prognozy musieliśmy poczekać nieco dłużej. W 1999 r. Willem van Eelen, nazywany ojcem chrzestnym mięsa in vitro, uzyskał pierwszy patent na technologię hodowli komórkowej mięsa. Jednak to dopiero Mark Post w 2013 r. zasłynął jako twórca pierwszego skonsumowanego publicznie burgera z mięsa uzyskanego laboratoryjnie, dając impuls do powstania prężnie rozwijającej się dziś branży, którą wielu uważa za potencjalnie zbawienną dla problemów, jakie generuje tradycyjny przemysł mięsny.

Zanim jednak przyjrzymy się szansom na to ocalenie, warto dokończyć rachunek sumienia. Tym bardziej że wspomniany przez Churchilla absurd zdążył w międzyczasie – minęło wszak ponad 80 lat – przybrać, niestety, skalę geologiczną. Każdego roku zabijamy 60 mld kurczaków (pozostańmy przy nich, choć problemem są wszystkie zwierzęta hodowane na mięso) – wystarczająco dużo, żeby ich kości odcisnęły wyraźny ślad w warstwach skalnych. Doskonale ilustruje to Pink Chicken Project[2]. Jego autorzy sugerują, by ten złożony w zapisie kopalnym niechlubny „autograf” ludzkości dodatkowo uwidocznić. Chcą skorzystać z narzędzi inżynierii genetycznej, by zmienić kolor kości i piór całego gatunku na różowy. W ten sposób geolodzy z przyszłości łatwo zidentyfikują ślady winowajców globalnej klęski klimatycznej.

Autorzy Pink Chicken Project chcą zwrócić uwagę na etyczne i polityczne kwestie dotyczące przyszłości cywilizacji i natury w antropocenie – nowej epoce geologicznej, którą wyznaczył wpływ człowieka na środowisko w skali globalnej. W dyskusji o niej zazwyczaj podkreśla się nasze negatywne oddziaływanie na planetę: ślady, jakie pozostawiamy po sobie w zapisie kopalnym, to głównie ślady zbrodni na świecie przyrody. Hodowla przemysłowa generuje co najmniej 18% gazów cieplarnianych (więcej niż transport) i pochłania 33% zasobów wody pitnej[3]. Istotnie przyczynia się do wylesiania: 91% wycinki drzew w Amazonii wiąże się z przygotowywaniem ogromnych obszarów pod uprawę żywności dla zwierząt.

Przy czym warto w tym miejscu zauważyć, jak mało wydajna jest produkcja mięsa z uboju. Zjadamy ok. 30% masy zwierzęcia, które w czasie wzrostu pochłania ogromne ilości pokarmu. Ponadto według niektórych szacunków nawet do 80% wszystkich antybiotyków podaje się nie ludziom, tylko zwierzętom hodowlanym.

Istnieją co prawda regulacje, które dopuszczają ich stosowanie wyłącznie u osobników chorych. Jednakże w wielu miejscach na świecie antybiotyki traktuje się, niestety, jak profilaktykę. Zwierzęta hodowlane żyją bowiem często w niehigienicznych warunkach, stłoczone na niewielkiej przestrzeni, co sprzyja szybkiemu rozprzestrzenianiu się chorób. Może to również mieć groźne konsekwencje epidemiologiczne – bytujące w takich warunkach patogeny stopniowo uodporniają się nawet na najsilniejsze antybiotyki i mogą także zagrażać ludziom. Nie można też zapominać, że chodzi nie tylko o destrukcję środowiska i zagrożenia dla ludzi – ale także, co nie mniej ważne, o zbędne cierpienia miliardów zabijanych każdego roku zwierząt.

Historia antropocenu to, na szczęście, nie tylko kronika drogi do upadku. Naukowo-techniczna potęga homo sapiens, oprócz tego, że w ostatnich dwóch stuleciach sieje w środowisku globalne zniszczenie, niesie z sobą również pozytywną sprawczość. Używana odpowiedzialnie, może nam pomóc odwrócić negatywne trendy. I właśnie taką możliwość dają innowacje, które mają szansę ograniczyć potrzebę przemysłowej hodowli zwierząt.

 

Fabryka natury

Technologie wykorzystywane w branży spożywczej są tym lepsze, im dokładniej naśladują naturę. Precyzyjne modyfikacje dokonywane dzięki narzędziom inżynierii genetycznej pozwalają roślinom, przykładowo, samodzielnie bronić się przed szkodnikami. W innych przypadkach i dzięki innym technologiom staramy się imitować znany nam świat także za pomocą pestycydów. W pierwszym przypadku roślina produkuje pestycyd sama dzięki zmianom, które wprowadziliśmy w jej DNA. W drugim – produkujemy go za nią.

Jeśli chodzi o próby redukcji konsumpcji mięsa z uboju, kluczowe są wspomniane już roślinne substytuty mięsa oraz hodowla komórkowa. Największy entuzjazm wzbudza ta druga, choć nadal w dużej mierze pozostaje ona w stadium eksperymentalnym. Pierwsza publiczna konsumpcja mięsa in vitro z 2013 r. rozbudziła nadzieje, ale pokazała też najpoważniejsze ograniczenia tej technologii. Mark Post początkowo zamierzał pobrać komórki nie od krowy, tylko od świni. Wybór tego zwierzęcia był podyktowany m.in. tym, że Post chciał, by żywe zwierzę było obecne podczas degustacji mięsa wyhodowanego z jego komórek. Te ambitne plany pokrzyżował, niestety, Sergey Brin, współzałożyciel Google’a, który sfinansował badania Posta. Jako Amerykanin nalegał, by pierwszym mięsnym produktem wyhodowanym in vitro była wołowina.

Stworzony przez Posta burger (a właściwie cały projekt badawczy) kosztował ostatecznie ćwierć miliona euro. Przed degustacją mięso poddano obróbce termicznej, dość mocno przyprawiono oraz… pokolorowano (sokiem z buraka) – inaczej miałoby lekko żółtawy odcień. Mało imponujący byłby także smak bez przypraw (o smaku mięsa bardziej decydują inne jego składniki niż tkanka mięśniowa). Dziś koszt takiej hodowli jest wszakże nieporównywalnie niższy: w przypadku czołowych firm kształtował się on w ostatnich trzech latach w przedziale od 9 tys. do 100 $ za ok. pół kilograma[4]. Co ważne, w rozwijającej się branży tzw. rolnictwa komórkowego pojawia się coraz więcej start-upów. Pracują one już nie tylko nad jednym typem mięsa, a nawet już nie tylko nad samą tkanką mięśniową. Twórczy potencjał technologii jest wykorzystywany do eksplorowania różnych kierunków, w tym także do produkcji tłuszczu zwierzęcego, nabiału (tak, pierwsze lody z mleka wyprodukowanego laboratoryjnie już podano), żelatyny czy skóry. W każdym z tych przypadków mamy do czynienia nie z syntetycznymi, lecz z jak najbardziej naturalnymi produktami, które wizualnie, organoleptycznie i odżywczo nie różnią się od swoich tradycyjnie produkowanych pierwowzorów.

Losy mięsa in vitro jako produktu-inicjatora rolnictwa komórkowego są szczególne. Jest ono najlepszą ilustracją zarówno potencjału nowych technologii w branży spożywczej, jak i barier na drodze do akceptacji konsumenckiej, jakie napotykają takie innowacje. Spójrzmy na samo nazewnictwo. Gdy Mark Post prezentował w 2013 r. „mięso in vitro”, posługiwano się wtedy właściwie wyłącznie tą nazwą. Szybko stało się jednak jasne, że ludzie boją się jakichkolwiek skojarzeń z laboratorium. Nietechniczne opisy zawsze wiążą się z większą akceptacją konsumencką. Po badaniach reakcji konsumentów na różne określenia zaczęto mówić o „czystym mięsie” (na wzór ekologicznej „czystej energii”). Ta nazwa spotkała się z nieprzychylnymi reakcjami firm produkujących mięso w tradycyjny sposób, które nie chciały, żeby ktoś uznał ich produkty za „brudne” (a nowo powstała branża wolała nie drażnić olbrzyma, który szybko okazał się zresztą – przynajmniej częściowo – jej sprzymierzeńcem). Poza tym z badań wynikało, że konsumentom kojarzy się ona zbyt marketingowo. W ten sposób po licznych dyskusjach obecnie nazwą rekomendowaną przez analityków stało się „mięso hodowane komórkowo”[5]. Dobrze opisuje ona realne działania badaczy i firm, przy czym nie brzmi ani przesadnie naukowo, ani zbyt marketingowo[6].

Przy całej tej strategicznej ostrożności komunikacyjnej producenci mięsa hodowanego komórkowo doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak ogromną przewagę mają nad producentami tradycyjnymi. Można ją podsumować jednym słowem – transparentność. Chów przemysłowy to dziś często niedostępne fortece, ukrywające (przed konsumentami, mediami, aktywistami) metody uboju i warunki, w jakich żyją w nich zwierzęta.

W przypadku hodowli komórkowej konsument ma szansę poznać szczegółowo cały proces wytwórczy. Może się dowiedzieć, że nie trzeba w nim stosować antybiotyków – produkcja jest w pełni kontrolowana i przebiega w zamkniętych przestrzeniach oraz sterylnych warunkach.

Osłabia to lęki dotyczące „chemii” dodawanej do żywności. Niewykluczone, że dzięki takiej przejrzystości działań w przyszłości, kiedy zwiększy się skala hodowli komórkowej, miejsca, w których będzie się odbywać, zostaną zaaranżowane tak, by każdy chętny mógł zobaczyć, jak wygląda cały proces: od pobrania komórek, przez namnażanie ich w bioreaktorach, po degustację gotowego produktu. Tego rodzaju edukacja byłaby o wiele bardziej skuteczna niż najlepsze opisy i infografiki.

Precyzja doboru warunków i wynikające z niej bezpieczeństwo działań to wspólny mianownik wielu technologicznych ingerencji w żywność. Przy czym prawdą pozostaje to, że w każdym systemie najsłabsze ogniwo zawsze stanowi człowiek. Między innymi dlatego start-upy rozwijające hodowle komórkowe mięsa zamierzają w przyszłości automatyzować swoją produkcję. Może to pozwolić dodatkowo zwiększyć efektywność i obniżyć koszty, a także wnikliwie monitorować każdy jej etap pod kątem bezpieczeństwa i optymalizacji warunków, w jakich przebiega.

Mamy dziś mocne podstawy, by prognozować, że jeszcze w I poł. XXI w. dzięki hodowli komórkowej będziemy mogli przestać traktować zwierzęta jak fabryki, tylko zacząć wykorzystywać konkretne procesy, które zachodzą w ich organizmach. Zanim to nastąpi, częściowo spożywane przez nas mięso – przy coraz mniejszym wysiłku wyobraźni – nie musi być ze zwierząt. Roślinne zamienniki produktów odzwierzęcych już dziś podbijają rynek spożywczy i ograniczają spożycie mięsa z uboju. Tym się różnią od zwykłych roślinnych burgerów, że bardzo przekonująco udają mięso. Naukowcy wiedzą, jak ze składników roślinnych stworzyć produkt przypominający je pod względem wyglądu, smaku, zapachu, tekstury i – co nie mniej ważne – wartości odżywczych. Od kilku lat branża roślinna powiększa się co najmniej o kilka procent rocznie. W rozmowach z analitykami można usłyszeć, że sieci handlowe, restauracje i hotele bacznie obserwują ten trend i coraz chętniej oferują klientom produkty roślinne. Popyt skutecznie zmienia branżę.

Co ważne, roślinne zamienniki mięsa nie są elementem światopoglądowej „wojny” mięsożerców z wegetarianami i weganami. Większości ludzi wybierających roślinny styl życia te produkty po prostu nie interesują. Pomiędzy skrajnościami rysuje się jednak całe spektrum postaw, wśród których można znaleźć osoby, z różnych powodów świadomie redukujące ilość spożywanego mięsa. To właśnie ze względu na nie rola roślinnych zamienników mięsa jest tak istotna. W przeważającej większości (nawet do 90%) kupują je bowiem mięsożercy chcący urozmaicić dietę, ograniczyć mięso – to ludzie, którzy z różnych powodów szukają czegoś roślinnego, ale najlepiej w dobrze im znanej postaci.

Design i dania

Dla upowszechniania się nowych produktów równie istotne jak technologie są przemiany w społecznej wrażliwości i wyobraźni, jakie muszą im towarzyszyć, żeby konsumenci je zaakceptowali. Decyzje konsumenckie mają gigantyczny wpływ na przemysł, a otwartość na postępowe rozwiązania to najważniejszy pomost między wynalazkami a prawdziwymi innowacjami przekładającymi się na przemiany, które każdy może dostrzec w swoim codziennym życiu. Przełomy w nauce i pionierskie technologie same nie doprowadzą do pojawienia się popularnych produktów na półkach sklepowych i nowych dań na talerzach. Droga od laboratoryjnych wynalazków do społecznej akceptacji nowatorskich zmian biegnie, na szczęście, nie tylko przez portfele inwestorów i gąszcz strategii marketingowych, lecz także przez wyobraźnię projektantów żywności. To często oni jako pierwsi, pracując na pograniczu nauki, techniki i sztuki, uświadamiają nam potencjał nowych technologii, tworząc spekulatywne scenariusze rozwoju trendów i próbując twórczo godzić innowacje z tradycyjnymi rozwiązaniami. Tak było również z mięsem hodowanym komórkowo.

Designerzy mają dużo wolności w tworzeniu spekulatywnych produktów. Technologie pokazują tylko, czy coś można zrobić. Ich zastosowania ktoś musi wymyślić, nadać kształt marzeniom i – co być może najważniejsze – podać w wątpliwość niektóre założenia i motywacje. Projektanci nie muszą brać pod uwagę uwarunkowań ekonomicznych, rentowności rozwiązań, logistyki czy istniejących regulacji prawnych. Choć poruszają się w granicach tego, co technologicznie możliwe, ich zadaniem jest rozbudzenie wyobraźni, przełamywanie schematów. Wzajemnie inspirując się z biotechnologami, lekarzami, psychologami czy szefami kuchni, biorą pod uwagę rozmaite zwyczaje, rytuały społeczne, wpływ produktów na ciało i umysł – wszystko, co może się przyczynić do większej akceptacji konsumenckiej mięsa hodowanego komórkowo i urealnienia wizji przyszłości, w której mięsa z uboju nie pozyskuje się już w ogóle. Wystarczy krótki przegląd kilku najciekawszych przykładów spekulatywnych projektów, ukazujących możliwą przyszłość mięsa in vitro, żeby zobaczyć, jak są istotne dla dyskusji o przyszłości produktów odzwierzęcych.

W tym kontekście nie można nie zajrzeć do restauracji, która serwuje wyłącznie potrawy z mięsa uzyskanego laboratoryjnie – Bistro In Vitro[7]. Co prawda na razie są to jeszcze tylko modele potraw, ale restauracja przyjmuje rezerwacje od stycznia 2028 r. (niestety, pierwsze wolne terminy to obecnie dopiero marzec 2030 r.). Jej pomysłodawca, designer i filozof Koert van Mensvoort, ma nadzieję, że rolnictwo komórkowe rozwinie się do tego czasu na tyle, by móc przyjąć pierwszych gości i nakarmić nie tylko ich oczy. Van Mensvoort jest także autorem The In Vitro Meat Cookbook – książki kucharskiej, w której opisuje swoje pomysły na dania z mięsa in vitro. Wśród potraw, które sobie wyobraża, można znaleźć m.in. stek składający się z kilku rodzajów mięsa. Skoro możemy hodować samą tkankę, to dlaczego nie wymieszać, przykładowo, mięsa ryb i dziczyzny i uzyskać zupełnie nowy rodzaj mięsa, dajmy na to, połączenie mięs łososia i jelenia? A jaki los spotka zwierzęta, od których będziemy pobierać komórki namnażane później poza ich organizmem? Być może zyskają sławę i będzie można poprosić kelnera, by pokazał nam zwierzę, którego mięso zamierzamy zjeść, i opowiedział jego historię?

Hodowla komórkowa to technologia pozbywania się poczucia winy bez rezygnowania z przyzwyczajeń. Chyba nic nie podkreśliłoby tego bardziej niż kolejna pozycja z menu Bistro In Vitro – wyhodowane komórkowo foie gras (kilka firm już nad tym pracuje), którego tradycyjna produkcja słynie z okrucieństwa wobec zwierząt. Van Mensvoort idzie też o krok dalej i wprost stawia pytanie o to, czy bylibyśmy skłonni jeść mięso wyhodowane in vitro z komórek pobranych od sławnych ludzi. Czy ktoś skusiłby się na mięśnie ulubionego sportowca? A może na mózg genialnego naukowca? Potencjalne jedzenie ludzkiego mięsa może też przybrać nieco subtelniejszą, mniej merkantylną postać, jak w przypadku jednej z prac autorstwa Chloé Rutzerveld, projektantki żywności i futurolożki. „In Vitro ME”[8] to model małego, umieszczanego na klatce piersiowej bioreaktora połączonego z układem naczyniowym noszącego go człowieka. Można w nim hodować komórki własnego ciała – zamienić swój organizm w fabrykę tkanki mięśniowej na cele spożywcze. Oczywiście, im bardziej o siebie dbamy, tym lepsze produkujemy mięso. Ilu z nas byłoby gotowych to robić? Nie tylko namnażać własną tkankę mięśniową, ale też ją później jeść lub, co ciekawsze, być może proponować ją do zjedzenia innym? Ta perspektywa wyda się nieco mniej dziwna, kiedy pomyślimy, że każdemu z nas pokarm zapewniało kiedyś ciało matki w czasie ciąży i karmienia piersią. Mimo wszystko z reakcji, z jakimi spotyka się na całym świecie Rutzerveld, wynika, że gdyby jedynym źródłem mięsa miał być taki bioreaktor, wielu ludzi wolałoby już przestać je po prostu jeść. Poleganie na przemyśle jest wygodne. Sami nie chcemy brać w tym procesie udziału. Lecz od jego negatywnych konsekwencji dłużej nie uciekniemy.

 

Technika w służbie etyki

Rozwiązania pod postacią produktów to jedno – trzeba też jednak dobrze poznać źródła impulsu sięgania po mięso i nabiał. Nic trwałego raczej nie zdziałamy, jeśli dobrze nie zrozumiemy mechanizmów stojących za wyborami żywieniowymi. Jeden z najbardziej obiecujących modeli psychologicznych, jakie stosuje się do badań tej tematyki, bierze pod uwagę trzy składowe, bez których trudno o zmianę zachowania. Są to: możliwość (łatwość zdobycia danego produktu), okazja (kontekst, w jakim się go napotyka) i motywacja. Motywacja dzieli się przy tym na refleksyjną i automatyczną. Refleksyjna dotyczy tego, co myślimy, że powinniśmy robić, kiedy głębiej się zastanowimy. Automatyczna – tego, co realnie chcemy w danej chwili wybrać do jedzenia. Z badań wynika, że większość ludzi rozumie konieczność ograniczenia konsumpcji mięsa ze względu na środowisko, zdrowie czy kwestie etyczne – motywacja refleksyjna jest dobrze ugruntowana. Niestety, w codziennych sytuacjach to trzy inne sprawy decydują o wyborach żywieniowych: cena, smak i wygoda. Możliwości i okazje odnoszą się tutaj do faktu, że mięso jest po prostu łatwo dostępne, tanie i – dla większości – smaczne.

Z tym, jak myślimy o konsumpcji mięsa, wiąże się także na nieszczęście kilka trudnych do wyeliminowania błędów poznawczych. Przykładowo – potrzeba zachowania status quo. Bardzo często chcemy, żeby było tak, jak jest, nawet jeśli zmiany byłyby korzystne. Przecież „lepsze jest wrogiem dobrego”. Po co zmieniać to, co działa? Większość mięsożerców po prostu na co dzień nie problematyzuje swoich decyzji żywieniowych. Są one dla nich tak mocno kulturowo utrwalone, że nie widzą w nich niczego dziwnego. Skoro wszyscy wokół mięso jedzą, to nie może być ono przecież złe. Prawda? Przezwyciężenie tego błędu wymaga silnych argumentów.

Na tym problemy się jednak nie kończą. Wbrew pozorom nie jest bowiem tak, że najpierw formułujemy przekonania na temat świata, a następnie na ich podstawie podejmujemy decyzje, jak postępować. To, jak realnie się zachowujemy, wpływa również na to, jakie są nasze przekonania. Doskonale obrazuje tę zależność pewien eksperyment. Badanych spytano, czy uważają, że krowy mogą cierpieć. Połowie z nich jako przekąskę w trakcie badania podano orzechy, a drugiej – suszoną wołowinę. Przekąski przyporządkowano losowo. Ci, którzy jedli wołowinę, rzadziej twierdzili, że krowy mogą cierpieć.

W obu tych przypadkach widać podobny mechanizm. Dlatego, co podkreśla Christopher Bryant z uniwersytetu w Bath, badacz postaw konsumenckich wobec mięsa hodowanego komórkowo, docelowo powinniśmy się skoncentrować na roślinnych i laboratoryjnych alternatywach mięsa z uboju. Muszą one być wysokiej jakości, łatwo dostępne, smaczne i w przystępnej cenie. Nie wystarczy, że nie wiążą się z nimi negatywne konsekwencje hodowli przemysłowej. Statystyki mówią, że żywność roślinna ogólnie nie jest postrzegana w tym kontekście. Trudno się zatem dziwić, że wielu osobom rezygnacja z mięsa nadal kojarzy się z wielkim poświęceniem. Roślinne zamienniki naśladujące mięso mogą to zmienić, jeśli uda się je upowszechnić. Na razie jesteśmy na dobrej drodze.

Co ciekawe, badania postaw konsumenckich wobec mięsa hodowanego komórkowo charakteryzuje duża różnorodność. Z niektórych wynika, że tylko 18% ludzi byłoby gotowych je jeść, z innych – że nawet 2/3. Wśród osób, które najchętniej by po nie sięgnęły, dominowali: mężczyźni, ludzie młodzi, mieszkańcy miast i osoby z wyższym wykształceniem. Wszystko zależy od tego, jak opiszemy to mięso i jakiej nazwy użyjemy. Widać tutaj, jak ważna jest odpowiednia komunikacja dotycząca jego rewolucyjnego potencjału.

Dzięki licznym badaniom wiemy, na czym powinniśmy się koncentrować: najbardziej przekonują ludzi korzyści zdrowotne i środowiskowe. Najgorzej sprawdza się podkreślanie kwestii etycznych – nie ma lepszego sposobu, żeby ludzi zniechęcić.

Biorąc to wszystko pod uwagę, warto też zadać pytanie o żywieniowe światopoglądy. Wspólne posiłki były kiedyś tym, co łączyło ludzi. Dziś coraz trudniej jest nam usiąść przy jednym stole bez sporów. Czy mięso hodowane komórkowo sprawi, że – przykładowo – ci weganie, którzy ze względu na wyznawane przekonania nie są skłonni nie tylko jeść produktów odzwierzęcych, ale nawet towarzyszyć komuś, kto to robi, byliby gotowi usiąść przy stole z kimś, kto je mięso wyhodowane komórkowo? A czy technologiczna eliminacja problemu etycznego pozwoli jednocześnie lepiej go zrozumieć nawet najbardziej cynicznym mięsożercom?

Oszukać naturę ludzką

Jak w książce W królestwie Monszatana zauważa dziennikarz naukowy Marcin Rotkiewicz: „Jedyna naturalna żywność spożywana przez współczesnego człowieka to dziczyzna i runo leśne (np. grzyby czy rosnące w lasach jagody). Wszystko poza tym zostało zmodyfikowane genetycznie już bardzo dawno temu”[9]. Tak dziś wygląda natura ludzkiego pożywienia. Ze skutecznymi modyfikacjami technologicznymi, pomagającymi rozwiązywać problemy globalnego systemu żywnościowego, musi się jednak wiązać także uwzględnienie natury ludzkiej psychiki.

Redukcja spożycia mięsa z hodowli przemysłowej nie musi być dla konsumentów dotkliwa. Działania ekstremalne, jak kampanie wywołujące u ludzi poczucie winy, oskarżające ich o zachowania nieetyczne, nie kiedy wywołują skutek odwrotny do zamierzonego. Ludzie źle reagują na przymus, lepiej ich spokojnie edukować na temat konieczności transformacji systemu żywnościowego – tak przekonuje się skuteczniej. Nie epatować cierpieniem zwierząt, nie mówić, że mięsożercy są źli. Ani nie przedstawiać wyłącznie teorii, analiz i wykresów, tylko umożliwić im wzięcie udziału w eksperymentach, warsztatach, zobaczenie nowych technologii na własne oczy. Transparentność stanie się kluczowa dla sukcesu rolnictwa komórkowego i roślinnych zamienników. Inaczej ludzie będą się bali i wygra przekonanie o „sztuczności” tych nowych produktów, a po nim pojawią się bezzasadne lęki dotyczące ich bezpieczeństwa i wpływu na zdrowie. Jeśli jednak ludzie będą wiedzieli, co dziś stoi za produkcją mięsa, i będą ją mogli porównać z alternatywami – czy z hodowli komórkowej, czy roślinnymi – to szanse na sukces okażą się znacznie większe.

Wyraźnie widać, że skuteczniej jest tworzyć technologie, które pozwolą rozwiązywać problemy bez zmuszania kogokolwiek do ciężkiej pracy nad rezygnacją z nawyków, niż polegać tylko na apelach o zmianę przyzwyczajeń. Wydaje się, że nasza największa szansa na transformację systemu żywnościowego w stronę redukcji hodowli przemysłowej i przyczynienie się tym samym do spowolnienia kryzysu klimatycznego leży w skutecznym oszukiwaniu własnego umysłu. W taki sposób, żeby wszelkie ludzkie słabości (ignorancja, konformizm, egoizm) nie stanowiły planetarnego zagrożenia. Czy racjonalnie myślący ludzie naprawdę potrzebują technologicznych sztuczek i pułapek zastawionych na własną psychikę, żeby nie niszczyć środowiska, postępować etycznie? To dość pesymistyczna diagnoza. Jeśli jednak ten realistycznie pesymistyczny obraz natury ludzkiej pozwoli przetrwać naturze w stanie sprzyjającym człowiekowi, bądźmy pesymistami i bądźmy nareszcie skuteczni.

_

[1] Źródła tego cytatu można prześledzić na stronie: https://quoteinvestigator. com/2017/01/22/meat/ (dostęp: 21 listopada 2019 r.).

[2] Zachęcam do bliższego zapoznania się z tym projektem: https:// pinkchickenproject.com (dostęp: 21. listopada 2019 r.) – na stronie można znaleźć szczegółowy opis i bibliografię.

[3] Źródłem danych statystycznych jest dla mnie w tym miejscu wykład Christophera Bryanta wygłoszony 5 października 2019 r. na Festiwalu Przemiany w Centrum Nauki Kopernik.

[4] https://qz.com/1598076/the-first-cell-cultured-meat-will-cost-about-50/ (dostęp: 3 grudnia 2019 r.).

[5] Jest to polskie tłumaczenie nazwy cultivated meat (dosłownie: mięso kultywowane). Chodzi o to, by budzić skojarzenie namnażania komórek w specjalnie dobranych pożywkach z sadzeniem ziarna i doglądaniem wzrostu rośliny w odpowiednio dobranym, bogatym w substancje odżywcze środowisku. W tłumaczeniu, które przyjęło się w Polsce, to skojarzenie nie wybrzmiewa tak mocno.

[6] https://www.gfi.org/cultivatedmeat (dostęp: 21 listopada 2019 r.) – zachęcam do zapoznania się z komunikatem Good Food Institute w tej sprawie.

[7] Na stronie restauracji – https://bistro-invitro.com/ (dostęp: 20 listopada 2019 r.) – można obejrzeć wiele przykładów spekulatywnych dań z mięsa in vitro i dokonać rezerwacji.

[8] Opis projektu można znaleźć na stronie autorki: https://www.chloerutzerveld.com/in-vitro-me (dostęp: 20 listopada 2019 r.).

[9] M. Rotkiewicz, W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki, Wołowiec 2017. Korzystałem z e-booka, w którym tekstu nie podzielono na strony. Omawiane kwestie znajdują się w rozdz. 2.: „w którym atomowi ogrodnicy hodują jajka z niespodzianką”.

Kup numer