fot. Jerzy Gumowski/ Agencja Gazeta
z Janiną Ochojską rozmawia Anna Mateja kwiecień 2019

Trudno nie robić nic

Nie zakończę wojny w Syrii ani nie rozwiążę konfliktów w Somalii, ale konkretnym ludziom mogę ulżyć w cierpieniach. Dzięki naszej pomocy ich życie stanie się trochę lepsze, a w ostatecznym rozrachunku to się jedynie liczy.

Artykuł z numeru

Samo dobro

Samo dobro

Anna Mateja: Kiedy zdarzyło się Pani powiedzieć: „Mam dość. To, co robię, nie ma sensu – pomoc jest marnotrawiona, ludzie roszczeniowi, świata nie zmienię”?

Janina Ochojska: Nigdy. Jakkolwiek pięknoduchowsko to zabrzmi. Mimo że byłam świadkiem trudnych sytuacji, które w udzielaniu pomocy nie powinny się były zdarzyć. Na przykład podczas powodzi w 1997 r. na tereny, z których zeszła woda, wysyłano ciężarówki używanych ubrań. Uważano widać, że wszystkie domy zalane były po dach i powodzianie zostali w tym, w czym uciekali przed wielką wodą. Tymczasem większość z nich potrzebowała sprzętu do usuwania skutków powodzi i naprawy domów, a nie cudzych ubrań. Ich zamoknięte sterty widziałam później na poboczach dróg, bo nikt nie wiedział, co z tym zrobić.

 

Można zapytać wówczas: po co się angażować, skoro ludzie tego nie doceniają?

Zapytałabym nie „po co?”, ale „jak?”. Pomaganie to wiedza i umiejętności, więc jeśli chcemy zrobić coś dobrego dla innych, np. pomagając im w kryzysowych sytuacjach, musimy się tego nauczyć. Myślę o tym za każdym razem, kiedy widzę pomoc nieadekwatną do sytuacji, np. zbiórkę ryżu czy koców dla Nepalczyków – ofiar trzęsienia ziemi, które dotknęło ten kraj w kwietniu 2015 r. Oni tego potrzebowali, ale jaki jest sens zbierania tych rzeczy w Polsce i wysyłania na drugi koniec świata samolotem? Czy ktoś policzył, ile w wyniku takiej operacji kosztuje jeden koc czy worek ryżu? Może racjonalniej było kupić to, co potrzebne, na miejscu?

Kiedy w latach 90. organizowałam w Polskiej Akcji Humanitarnej konwoje do Kazachstanu i ogłaszaliśmy np. zbiórki odzieży, poza ubraniami przynoszono też zapasy mydła od dawna wycofanego z handlu czy herbaty madras, taniej i bardzo powszechnej w latach PRL-u. Podczas przeglądania tych darów niemal połowę kierowaliśmy do utylizacji, bo do niczego się nie nadawały. Zadawaliśmy sobie ten trud, wiedząc, że ludzie, odpowiadając na taki apel, zawsze przynoszą rzeczy, które nie są im potrzebne, ale to my ponosimy odpowiedzialność, czy to, co ostatecznie wyślemy w konwoju tirów, zostanie wykorzystane czy wyrzucone, a cały wysiłek zmarnowany.

 

Darczyńcy, którzy wygarniali z domu zapasy starej herbaty czy od dawna nienoszone futro, wyobrażali sobie, że skoro to jest pomoc dla ludzi niezamożnych, wszystko się przyda.

Angażując się w pomaganie, należy porzucić swoje wyobrażenia na temat tego, jakiej pomocy ktoś potrzebuje. Bo jeżeli ma ona służyć wychodzeniu z kryzysu, trzeba umieć wejść w sytuację, w jakiej znalazł się ten, komu pomagam. Wiele lat temu „Gazeta Wyborcza” organizowała zbiórkę pieniędzy na domy dziecka. Za zebrane środki planowano kupić węgiel i kurtki na zimę. Napisałam do redakcji, że od takich zakupów jest państwo i nie ma powodu, skoro płacimy podatki, zdejmować z jego instytucji tego obowiązku.

A jeżeli chcemy pomagać dzieciom z domów dziecka, powinniśmy zapytać je osobiście, czego by sobie życzyły. Wtedy może się okazać, że ich marzeniem są nie tyle ciepłe kaloryfery, ile łyżworolki albo modne buty, w których chodzą koledzy z klasy.

Ludzka ofiarność jest zawsze czymś dobrym i cennym, ale doświadczenie lat wolności powinno nas nauczyć, że państwo ma zobowiązania wobec obywateli. Jeżeli nie będziemy pilnowali wywiązywania się z nich, ono się z tych obszarów wycofa.

 

Zbiórka 3 mln zł na Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku to było coś dobrego czy przyzwolenie na to, żeby państwo przyznawało dotacje na działalność uznaniowo? 

To było coś bardzo dobrego. Minister kultury i dziedzictwa narodowego odmówił przecież wypełnienia promesy, w rocznej dotacji wysokości 7 mln zł, którą sam wcześniej złożył. Centrum otrzymałoby całą kwotę, gdyby jego władze zgodziły się na zasadniczą ingerencję władz ministerstwa w swoją działalność. Pomoc musi być wycelowana – adekwatna do sytuacji. I tutaj tak było. Gdyby ludzie nie okazali zrozumienia, ECS albo ograniczyłoby aktywność, albo zgodziłoby się na jej upolitycznienie zgodne z oczekiwaniami aktualnej ekipy rządzącej.

 

Przekazując datek, ludzie wysłali rządzącym komunikat: „To, co robicie, jest samowolą, a nam zależy na niezależności tej instytucji”.

Właśnie tak. Na tym opiera się pomoc – na rozpoznaniu potrzeb ludzi i zrozumieniu źródeł ich poczucia zagrożenia. Nie dokonamy tego, o ile wcześniej nie staniemy się świadkami sytuacji, w której się znaleźli. Świadkami współodczuwającymi. Na takiej postawie od 26 lat budujemy Polską Akcję Humanitarną. Dlatego uruchomiliśmy nasze misje w Iraku, Jemenie, Somalii, Sudanie Południowym, Syrii, Ukrainie. A w Bangladeszu pomagamy ludności Rohingya, która uciekła z Birmy przed czystkami etnicznymi. Chcemy być w tych miejscach, gdzie pomagamy, bo to pozwala na bieżąco reagować na zmianę sytuacji. Ocenić np., czy istnieje potrzeba sprowadzania leków, czystej wody lub żywności z Polski, czy można je kupić na miejscu, u nas zbierając jedynie pieniądze.

Osobista obecność pozwala dotrzeć do ludzi, a to jest rzecz fundamentalna w pomaganiu. Bo żeby skutecznie pomagać, trzeba przede wszystkim rozmawiać. Znaleźć na to czas, nie rozpoczynając rozmowy od pytania: „Czego potrzebujecie?”. Raczej usiąść z nimi i wysłuchać ich historii. Z ich opowieści wydobywamy informacje o tym, czego oczekują. Niezależnie od tego, jak konkretne byłyby to potrzeby, równie ważne jest coś innego – samo wysłuchanie. Bo ludzie chcą opowiedzieć o tym, co ich spotkało. Proszą o przekazanie swoich historii przekonani, że świat nie robi nic albo niewiele, żeby im pomóc, bo nie wie, co tutaj dzieje się naprawdę… Z prośbą: „Opowiedzcie o tym, bo ludzie nie wiedzą”, spotkałam się wszędzie.

 

Jak uwierzyć w sens swoich działań, jeśli na pomoc czeka np. 100 tys. ludzi?

W miejsce dziesiątek tysięcy bezimiennych osób należy podstawić twarz jednej osoby i jej historię. Ona czeka na pomoc. I jeszcze jedna, i kolejna, i następna. Pomocy nie oczekuje wówczas bezimienna masa ludzi, ale np. Nouria Ahmed z ośmioosobową rodziną, która po ucieczce z ogarniętego wojną Jemenu od trzech lat mieszka w obozie dla uchodźców w Dżibuti. Nie mogą liczyć na dobrze płatną pracę, nie stać ich na opłacenie szkół dla dzieci. Bywa, że otrzymują jedzenie od sąsiadów, a jeśli to zawiedzie, pozostaje im jedynie chleb i herbata. Pomoc dla Nourii i jej rodziny to wymierne dobro świadczone konkretnej osobie, a nie pomaganie, którego skuteczność rozpływa się w masie potrzebujących.

Kiedy w 2006 r. zakładaliśmy misję w Sudanie Południowym, mieliśmy fundusze na wybudowanie ośmiu studni. Czym jest studnia w tym rejonie świata, trawionym na przemian wojnami i klęskami żywiołowymi, najlepiej opowiadają ludzie. Bo to oni żyją, np. w obozach dla uchodźców, gdzie na 10 tys. osób są dwie studnie i nie ma ani jednej toalety. W takich warunkach troska o podstawową higienę czy zabezpieczenie się przed chorobami zakaźnymi jest utopią. Każda nowa studnia, z której korzysta około tysiąca ludzi, to skok cywilizacyjny dla takiej społeczności. Tym bardziej że PAH uczy jeszcze, jak dbać o higienę (szkoli kobiety, które przekazują tę wiedzę kolejnym osobom), rozdaje materiały do budowy toalet, a w wioskach narzędzia do uprawy ziemi, którą wreszcie można nawodnić. Gdyby mi ktoś w 2006 r. powiedział, że w ciągu 12 lat wybudujemy w Sudanie prawie 800 studni, to bym nie uwierzyła. To stało się możliwe za sprawą opowieści użytkowników tych studni, których historie udostępniamy w mediach społecznościowych. To dzięki nim hasło „Studnia w Sudanie” jest dziś równie nośne jak „Pajacyk” – akcja dożywiania dzieci w szkołach.

Teraz pytanie sprawdzające siłę stereotypowych wyobrażeń na temat Afryki – co jest jednym z najważniejszych narzędzi w Somalii?

 

Plastikowy kanister na wodę?

Telefon komórkowy. Nie mając komórki, nie kupisz kanistra na wodę. Somalia, także na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego, weszła od razu w obrót bezgotówkowy, który, choćby z racji inflacji, jest najpewniejszą formą płatności. Ale powszechne wyobrażenie jest takie, że to kraj, gdzie rewolucja technologiczna to daleka przyszłość. PAH ma misję na miejscu, więc szybko się zorientowaliśmy, że jeśli chcemy pomóc ludziom stanąć na nogi w państwie, które rządy innych krajów nazywają „upadłym”, musimy rozdawać komórki. Dzięki nim ludzie mogą zakładać małe biznesy, np. stragan z warzywami czy zakład krawiecki z jedną maszyną do szycia. Ponieważ jesteśmy na miejscu, widzimy, jak dzięki adekwatnej pomocy rozwiązujemy konkretne problemy. Nie ukrywam, że śledzenie zmian wywołanych udzieloną pomocą też jest dla nas ważne. Przecież tego wszystkiego mogłoby nie być. Ale jest. Razem z tymi, którzy wspierają nasze działania finansowo, możemy powiedzieć, że dzięki temu świat stał się nieco lepszym miejscem do życia.

 

Taka świadomość pomaga przetrwać krytykę? Bo chyba nie ominęła ona żadnej osoby ani instytucji zajmującej się pomaganiem innym.

Przekonałam się nie raz, że jeśli mam odwagę coś zrobić, zawsze pojawią się ludzie, którzy podważą wartość tego działania, uważając, że można to zrobić lepiej. Bezpodstawne opinie, że Jurek Owsiak, Anna Dymna czy ja dorabiamy się na dobroczynności, też nie są niczym nowym. Nie obrażam się o to. Po prostu przyjmuję do wiadomości, że są ludzie, którzy mają złe doświadczenia związane z pomaganiem – może trafili na kogoś nieuczciwego, kto sprzeniewierzył ich zaangażowanie czy pieniądze, może mają trudne życie i nie mają kogo poprosić o pomoc. To trzeba zrozumieć. I dalej robić swoje, licząc na to, że kiedyś także krytycy zmienią zdanie. Przecież Jurek Owsiak, który zbiera z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy ogromne sumy, rozlicza się skrupulatnie z każdej złotówki. I równie skrzętnie upublicznia raporty.

 

Fala krytyki, z którą się spotyka, jest wprost proporcjonalna do wysokości zbieranych sum?

Tego nie wiem. Jurek Owsiak jest niezależny i charakterny, a to nie wszystkim się podoba. To niezrozumiały dla mnie paradoks, że człowiek, który stał się symbolem ogromnego dobra, przyciągającego ludzi jak magnes, co widać w dzień corocznej zbiórki, kiedy właściwie wstyd wyjść na ulicę bez przyklejonego serduszka, wywołuje tyle niechęci. W 2017 r., kiedy WOŚP pobił kolejny rekord zbiórki, mimo że telewizja publiczna po raz pierwszy odmówiła transmisji Finału, sama mówiłam, że w pewnym sensie hejt, z którym spotyka się Orkiestra i jej lider, pomaga w zbieraniu pieniędzy. Bo cóż z tego, że pojawia się bezpardonowa krytyka, skoro ludzi, którzy chcą pomagać, jest z każdym rokiem więcej, a ich hojność dyktuje także chęć pokazania krytykantom, że się mylą. Po tym, co się stało w styczniu 2019 r. w Gdańsku, już bym tego nie powtórzyła. Hejt nigdy w niczym nie pomoże, przynajmniej na dłuższą metę.

 

Może wartości stwarzanego dobra nie potrafią docenić ci, którzy nie umieją zaufać? Przestali wierzyć w możliwość kierowania własnym życiem, dlaczego mieliby dać się przekonać, że za pomaganiem innym stoi bezinteresowność.

Mam inaczej – wierzę w sprawczość swoją i innych ludzi. Podczas spotkań z młodymi ludźmi, na które dość często jestem zapraszana, np. do szkół, opowiadam im o pierwszym zorganizowanym przez siebie konwoju z pomocą humanitarną. Był 26 grudnia 1992 r., Kraków. Od ponad roku trwała wojna w byłej Jugosławii, wyruszaliśmy do oblężonego przez serbskie wojska Sarajewa. Za moim samochodem jechało 12 tirów wypełnionych potrzebnymi produktami i autokar z dziennikarzami. Zorganizowałam to – nikomu nieznana Janka z Torunia – w kilka tygodni, nie mając niczego, ale mocno wierząc w sens i możliwość wysłania takiej pomocy. Podczas tamtego konwoju zrozumiałam, że jeśli udało się coś takiego, to prawdopodobnie mogę wszystko.

Kiedy z okazji 25-lecia istnienia PAH zrobiliśmy podsumowanie działalności, policzyliśmy, że przez te wszystkie lata pomogliśmy 9,5 mln ludzi. Rzecz jasna, nic nie przyszło do nas samo. Ciężko pracowaliśmy, budując pozycję fundacji krok po kroku. Ale też mam poczucie, że jakoś zostaliśmy obdarowani, bo udało mi się przekonać Polaków do tego, co robię. Zdobyłam ich zaufanie, pokazując jednocześnie, że angażując się, mogą wpływać na losy ludzi właściwie na całym świecie. Tym bardziej w swoim najbliższym otoczeniu. Młodym ludziom na spotkaniach to właśnie powtarzam: to nieprawda, że nic od was nie zależy. To wasze zaangażowanie w świat i wasze wybory mogą sprawić, że będzie na nim więcej dobra niż zła.

 

Mówią Pani, że to banał?

Nie, bo ten banał wciąż nie jest dla wszystkich oczywisty. Nie odrobiliśmy bowiem po odzyskaniu wolności w 1989 r. lekcji budowy społeczeństwa obywatelskiego. Najpierw ratowaliśmy gospodarkę, potem się dorabialiśmy. Teraz zajmujemy się reformą instytucji publicznych. Tymczasem, jak pokazały wybory parlamentarne w 2015 r., połowa uprawnionych do głosowania Polaków nie skorzystała z prawa wybierania rządzących. Przestali więc wierzyć, że oddanie głosu cokolwiek znaczy.

 

A wracając do pytania o przyczyny braku wiary w bezinteresowność pomagania.

Odpowiem nie wprost. Nawet dzisiaj, po trzech dekadach, pamiętam podekscytowanie, które towarzyszyło mnie i moim przyjaciołom podczas obrad Okrągłego Stołu i wyborów 4 czerwca 1989 r. Czuliśmy zbliżającą się wolność. I ona przyszła, ale niemal od razu negowano skalę tego sukcesu – że za późno, że zbyt opieszale, że nie tak. Oficjalne podważanie wiary ludzi w to, co udało im się osiągnąć, zniekształcanie obrazu świata, który widzieli własnymi oczami, mogło utwierdzić wielu z nas w przekonaniu, że nic takiego się nie stało. Żadne dobro nie stało się naszym udziałem. O „kraju w ruinie”, który rzekomo zastała obecna ekipa rządząca, nie ma co wspominać.

Do tego dołożyłabym błąd systemowy – żaden rząd po 1989 r., mimo że korzystał z wiedzy, doświadczenia i pracy organizacji pozarządowych, nie traktował ich jak partnerów w przeprowadzanych zmianach społecznych. Nie wspierał trzeciego sektora, a przecież to przede wszystkim za jego pośrednictwem obywatele angażują się na rzecz zmiany świata, oddając swoje pieniądze i czas. Lata starań minęły, nim w 2003 r. przyjęto ustawę o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, dzięki której możliwe stało się odprowadzanie 1% naszych podatków na działalność społecznie pożyteczną prowadzoną przez organizacje pozarządowe. I co? Po paru następnych latach zmieniono ustawę, rozszerzając możliwość odpisywania 1% na pomoc indywidualną.

 

 

Z reguły korzystają z niej dzieci, które potrzebują kosztownego leczenia bądź rehabilitacji.

A polska służba zdrowia jest niedoinwestowana, dlatego celem mojej krytyki nie jest odebranie możliwości zbierania środków na leczenie. Zwracam tylko uwagę, że to nie jest pożytek społeczny, ale indywidualny, mimo to idzie na to blisko 80% odpisów podatkowych. Bardziej rozsądne byłoby stworzenie przez ustawodawcę możliwości odpisania kolejnego 1%, tym razem na rzecz pożytku indywidualnego.

 

Może dobro społeczne jest dla ludzi zbyt enigmatyczne, dlatego wolą wspierać 1% swoich podatków konkretne imię i twarz?

Być może, ale w takiej sytuacji twierdzenie, że jest to działanie na rzecz pożytku społecznego, jest samookłamywaniem się. Bo tu nie chodzi o dobro wspólne, ale jednej osoby. Idea była inna, więc jest w tej operacji jakiś fałsz, który wynika z tego, że nie nazywa się rzeczy po imieniu. Nie jedyna to zresztą taka sytuacja, bo na podobnie nieprawdziwe przedstawianie rzeczywistości pozwolono sobie np. w 2015 r., kiedy wmówiono większości polskiego społeczeństwa zagrożenie, jakie miała dla nich stanowić grupa 5 tys. uchodźców z rejonów ogarniętych wojną na Bliskim Wschodzie.

 

Myśli Pani czasem o tym, że niezależnie od tego, ile już Pani zrobiła, ilość zła na świecie się raczej nie zmniejszyła: wybuchają kolejne wojny, wylewają rzeki, trzęsie się ziemia?

Ale nie odbiera mi to chęci do działania. Wręcz przeciwnie – mnie to napędza. Mając do dyspozycji takie narzędzie jak PAH, trudno nie robić nic, jeśli np. wiem, ile jemeńskich dzieci umiera dziennie z powodu głodu czy chorób. Dwa lata staraliśmy się otworzyć misję w Jemenie. Trudna była zarówno sama rejestracja na miejscu, jak zgromadzenie środków, a wcześniej zainteresowanie mediów sytuacją w tym kraju. Dopięliśmy swego dopiero w ostatnich miesiącach. Teraz zastanawiamy się, czy nie powinniśmy organizować pomocy dla Wenezueli. Dopóki jednak media informują przede wszystkim o tym, że trwają tam zamieszki polityczne, bagatelizując informacje o życiu codziennym mieszkańców tego kraju, którzy mają racjonowaną żywność, a w szpitalach brakuje leków, nie zbierzemy środków. Tak to działa. O wojnie w Syrii też mówiono inaczej, nim media nie nagłośniły sytuacji cywilów podczas bombardowania Aleppo. Po trzęsieniu ziemi w Nepalu media opisywały tragedię konkretnych ludzi, co pozwoliło zebrać naszej fundacji 4 mln zł. Ale o tym, że dzięki temu zbudowaliśmy w wioskach 6 szkół, nie napisał już nikt.

 

I nie dowiedzieliśmy się, że zrobiliśmy coś dobrego.

Chyba że ktoś zajrzał do naszych mediów społecznościowych. A wracając do pytania, czy warto, skoro świat jest, jaki jest… Gdyby s. Małgorzata Chmielewska, która otworzyła pierwszy dom dla bezdomnych na początku lat 90., kiedykolwiek się zniechęciła, bo nie ma już sił, pieniędzy brakuje, a potrzebujących – wręcz przeciwnie, nie byłoby dzisiaj tego dzieła. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała po raz pierwszy w styczniu 1993 r., kiedy prowadziłam wspomniany już pierwszy konwój do Sarajewa. „Jakiś facet zorganizował zbiórkę pieniędzy na zakup sprzętu do szpitali” – usłyszałam po powrocie, bo niewielu potrafiło powiedzieć coś więcej. Co było dalej, wszyscy wiemy, ale gdyby Jurek nie kontynuował pomysłu? W tym roku przeczytałam sporo opowieści rodziców, których dzieci żyją dzięki działalności Jurka Owsiaka, bo były leczone w szpitalach wyposażonych w sprzęt kupiony przez WOŚP. Tych wszystkich ludzi by nie było.

W moim przypadku to były kolejne konwoje – do Bośni, Kazachstanu, Czeczenii. Później uruchamianie misji w krajach przeżywających kryzysy na masową skalę. Ale też trudności, np. takie jak w 1995 r., kiedy wydawało się, że fundacja zakończy pomaganie, bo nie było pieniędzy. Tutaj praca to nie wszystko. Potrzeba jeszcze wiary, że każda pomoc, każdy uczynek się liczy, więc trudności, nawet hejt, to nie powód, by kończyć działalność. Wszystko ma znaczenie, nawet codzienne, pozornie nieznaczące wybory, którymi jednak wpływamy na życie innych ludzi.

Dlatego oszczędzam wodę i energię. Ubrania wyrzucam, kiedy się zniszczą, a nie w sezonie wyprzedaży, bo szyją je dzieci w Bangladeszu albo uchodźczynie w Turcji, marnie wynagradzane. Nie zmieniam komórki za każdym razem, kiedy proponuje mi to operator, ponieważ do jej produkcji wykorzystuje się surowce wydobywane w niebezpiecznych warunkach.

Często nie zdajemy sobie sprawy, jakim kosztem ponoszonym przez ludzi w biedniejszych regionach świata powstają produkty, które kupujemy za pół darmo.

 

Indywidualne starania pokazują sens samoograniczenia w świecie przesytu, ale one nie zaradzą problemom, które wywołała tzw. wielka polityka czy ekonomia. Wysłaniem pomocy nawet do Wenezueli nikt nie odsunie uzurpatora od władzy. Nie ma Pani poczucia, że takie działanie to zakładanie małego opatrunku na głęboką ranę?

Tak by mogło być, gdyby nie chodziło o ludzkie życie. Nie zakończę wojny w Syrii ani nie rozwiążę konfliktów w Somalii, ale konkretnym ludziom mogę ulżyć w cierpieniach. Dzięki naszej pomocy ich życie stanie się trochę lepsze, a w ostatecznym rozrachunku to się jedynie liczy.

W noworocznym wydaniu „Tygodnika Powszechnego” przeczytałam świetny artykuł prof. Marcina Napiórkowskiego To będzie najlepszy rok w historii świata. Dedykuję go wszystkim tym, którzy patrzą na współczesność przez pryzmat najdalej kilkunastu ostatnich lat. Nie zdają sobie sprawy, że z każdym rokiem mniej ludzi umiera na świecie z powodu głodu, więcej ma dostęp do wody i edukacji, podnosi się standard życia. Nie wszędzie jednakowo systematycznie, ale na pewno nie stoimy w miejscu. Kto kiedyś mówił o zmianach klimatycznych albo o smogu? O świadomym życiu i konsumpcji? Mamy dowody, by wierzyć, że zmierzamy ku lepszej przyszłości, a dobro niezależnie od okoliczności jednak zwycięża. Trzeba tylko je dostrzegać, zamiast skupiać się na złu, bo ono niewątpliwie jest, ale nie jest najważniejsze ani nawet dominujące.

 

Czym jest dla Pani dobro? Jak Pani je sobie definiuje?

Nie definiuję. Nawet staram się nie używać słowa „dobro”, bo jest zbyt wielkie, raczej mówię o tym, co służy rozwojowi człowieka albo ludzkości.

 

Powinniśmy myśleć o ludzkości czy o człowieku?

Biorę pod uwagę jedno i drugie. Może dlatego, że jestem astronomem z wykształcenia, patrzę na świat w większej skali. Mówiąc wprost – wszechświata, którego ludzkość, czyli pojedynczy ludzie, jest częścią, bez żadnej swojej zasługi w kolejnym pokoleniu żyjąc na Ziemi i przyczyniając się do jej rozwoju. Mogę tak myśleć, bo uważam, że w głębi serca każdy pragnie być dobry. Nie tylko takim chce być postrzegany, sam chce siebie takim widzieć. Wystarczy to w ludziach uruchomić. Pokazać im, co to znaczy być dobrym.

 

Kraków, 8 lutego 2019 r.

 

Janina Ochojska – Z wykształcenia astronom, od dzieciństwa zmaga się z niepełnosprawnością wynikłą z przebycia polio. Prezes Polskiej Akcji Humanitarnej od 1992 r., organizatorka akcji pomocowych do miejsc konfliktów bądź katastrof naturalnych na całym świecie.

Kup numer