Amerykańska ilustracja z 1957 r. / Getty
z Maciejem Sobocińskim rozmawia Anna Mateja lipiec 2020

Pensja za krzątactwo

Nierównowaga w obciążeniu obowiązkami domowymi między kobietami a mężczyznami jest uderzająca. Badania pokazują, że Polce wychowującej dziecko do 7. roku życia praca domowa pochłania średnio 40 h tygodniowo. Mężczyźnie w takiej sytuacji o połowę mniej. Jak możemy to zmienić?

Artykuł z numeru

Duchowość 2.0

Duchowość 2.0

Jako ojciec kilkumiesięcznej Lei korzysta Pan z urlopu rodzicielskiego. To ciekawy punkt wyjścia do pytania o pracę, za którą nikt nie płaci: za sprzątanie, gotowanie, opiekę. Nim wyjaśni Pan, czy jest możliwa jej ekonomiczna rekompensata, zapytam: jak na tego rodzaju pracę patrzy naukowiec

Wyróżniam dwie grupy: jedna pracę zawodową łączy z prowadzeniem domu i opieką nad osobami zależnymi, druga z powodu obowiązków rodzinnych rezygnuje z aktywności zawodowej. Te zbiory różnią się zasadniczo, jeśli chodzi o potrzeby czy oczekiwania wobec polityki społecznej. Także kwestia nierówności między kobietami i mężczyznami wygląda w nich odmiennie. Muszę też zwrócić uwagę na pułapkę terminologiczną: koszt domowej pracy nieodpłatnej, czyli niewycenianej rynkowo, w badaniach wylicza się najczęściej na podstawie godzinowych stawek pracy obowiązujących aktualnie na rynku. Taki paradoks.

Lecz praca wykonywana w domu ma ekonomiczną wartość. Poza tym: jest społecznie potrzebna, zwłaszcza w kraju takim jak Polska, gdzie żłobków i przedszkoli, podobnie jak domów pomocy społecznej, jest wciąż za mało w stosunku do potrzeb. Jak można tym osobom zrekompensować brak pensji, własnej emerytury czy przepracowanie?

Badania opinii publicznej potwierdzają, że praca domowa jest oceniana pozytywnie, ale niedoceniana finansowo. Jak do tej pory nigdzie jednak nie wprowadzono kompleksowych rozwiązań, które regulowałyby sytuację osób wykonujących wyłącznie nieodpłatną pracę domową. Nie doszło do tego, ponieważ rządy w krajach Zachodu (a więc tych, które z racji wysokiego PKB mogłyby rozważać np. włączenie osób wykonujących pracę domową w system emerytalny) kierują się myśleniem opartym na założeniu, że najważniejsze jest zwiększanie produktywnego zatrudnienia, czyli obecność na rynku pracy. Mamy więc do czynienia z niełatwym dylematem moralnym: duża część społeczeństwa nie jest wynagradzana za wartościową i potrzebną pracę, która na dodatek nigdy się nie kończy.

I dotyczy to w większości przypadków kobiet.

W obu wymienionych na początku grupach nierównowaga w obciążeniu obowiązkami domowymi między kobietami a mężczyznami jest uderzająca. Według badań GUS z 2013 r. na temat budżetu czasu (są przeprowadzane co 10 lat) Polki przeznaczają blisko 5 h dziennie na zajęcia domowe, a ok. 7 h na pracę zawodową. Badania Eurofound przekonują z kolei, że Polce wychowującej dziecko poniżej 7. roku życia praca domowa pochłania średnio 40 h tygodniowo. Mężczyźnie w takiej sytuacji o połowę mniej. Dalej: kobieta z małym dzieckiem pracuje zawodowo 30 h tygodniowo, mężczyzna – 37, z czego wynika, że kobieta pracuje tygodniowo, w pracy i w domu, 13 h więcej niż mężczyzna. O tyle mniej czasu ma na samorealizację czy zadbanie o zdrowie.

Problem obciążenia obowiązkami domowymi kobiet – przynajmniej tych pracujących zawodowo – nie byłby tak doskwierający, gdyby nie powielano wzorców kulturowych, które nie przystają do czasów, kiedy pracują zawodowo obie płcie. Zwłaszcza że – co znowu potwierdzają badania – przytłaczająca większość Polek chce pracować zawodowo, w większym lub mniejszym wymiarze. Jeżeli rezygnują z pracy, to przeważnie dlatego, że nie mają wsparcia w partnerach i w usługach publicznych. Zabrakło miejsca dla dziecka w żłobku lub przedszkolu, nikt nie zorganizował warsztatów terapii zajęciowej, a miejsce w przyzwoitym domu opieki to luksus, na który stać zamożnych. Efekty? Jeśli porównać budżet czasu Polki i Szwedki, ta druga, właśnie dlatego że może korzystać z publicznych form opieki nad dziećmi, a rozkład obowiązków między płciami jest bardziej równomierny, przeznacza wyraźnie mniej czasu na pracę domową.

W krajach rozwiniętych uważa się bowiem, że opiekę, przez odpowiednie bodźce i udogodnienia, trzeba wyprowadzać z domu.

Zadaniem instytucji państwowych lub samorządowych jest więc tworzenie instytucji opiekuńczych, ale też możliwości legalnego i korzystnego finansowo zatrudnienia osób, które zajmowałyby się sprzątaniem, długoterminową opieką, prowadzeniem domu.

Rynkowo w takim układzie wszystko gra: tak domownicy, jak opiekunowie są niezależni i mogą na siebie zarabiać.

Jest też inne podejście – bardziej zbliżone do tego, o co Pani pytała – które odpowiada na potrzebę zrekompensowania pracy nieodpłatnej w konkretny finansowo sposób. Jednym z postulatów – popularnym zwłaszcza w środowiskach przywiązanych do tradycyjnego modelu rodziny – jest wprowadzenie bonu opiekuńczego. Ta forma odpłatności za opiekę nad dzieckiem przewiduje albo umieszczenie go w żłobku lub przedszkolu, albo finansowy ekwiwalent dla rodzica, który rezygnuje z pracy zawodowej na rzecz opieki nad dzieckiem.

Innym rozwiązaniem jest wypłacana w Polsce od marca 2019 r. emerytura Mama 4 Plus, dedykowana co prawda obojgu rodzicom, ale z nazwy jednoznacznie wynika, kto rezygnuje najczęściej z zatrudnienia na rzecz wychowania dzieci. Świadczenie przysługuje tylko wówczas, kiedy nie ma innych środków utrzymania, a jego wysokość nie przekracza minimalnej emerytury (obecnie to 1200 zł brutto). Na Węgrzech związanie świadczeń z płcią poszło jeszcze dalej: dochody kobiet, które wychowały minimum czworo dzieci, zwolniono z podatku dochodowego do końca życia, mężczyzn – nie. Oba rozwiązania oceniam krytycznie, m.in. dlatego że nie dotyczą one wszystkich czy większości rodziców, lecz jedynie małej ich grupy. Polski ustawodawca sprawia na dodatek wrażenie, że troszczy się o osoby, które poświęciły się wychowaniu dzieci i dlatego nie odłożyły składek na minimalną emeryturę. Tymczasem rozwiązanie obwarowano łatwo to świadczenie otrzymać, a decyzja ZUS-u o jego przyznaniu jest uznaniowa.

W zachodnich krajach rozwiniętych myśli się o takich rozwiązaniach?

Raczej nie, bo obowiązuje założenie, że nawet w realiach zamożnego społeczeństwa i państwa dobrobytu nie sposób wypracować godziwej emerytury poza rynkiem pracy. Po prostu rachunek ekonomiczny nie pozwala na wynagradzanie pracy w domu.

W dyskusji o pracy nieodpłatnej kluczowa jest w moim przekonaniu nie tyle możliwość jej ekonomicznej rekompensaty, ile kwestia wolności wyboru. Czy faktycznie osoby, przede wszystkim kobiety, rezygnując z zatrudnienia na rzecz prowadzenia domu i funkcji opiekuńczych, mają wybór? Czy realizują swoją wolność taką decyzją? Uważam, że pod tym względem żyjemy w iluzji. Nie można bowiem mówić o wolności decyzji, jeśli brakuje rozwiązań, które może wprowadzić tylko państwo, a zatrzymaniu kobiety w domu sprzyjają nawyki i presja kulturowa.

Od czego więc trzeba zacząć zmianę myślenia o nieodpłatnej pracy domowej?

Od stworzenia warunków, w których wybór kobiety rezygnującej z pracy zarobkowej na rzecz pracy w domu stanie się faktycznie wolny. To znaczy wybiera ona takie życie, mimo że ma możliwość podjęcia dobrze płatnej pracy, a dziećmi czy innymi osobami zależnymi mógłby zająć się wykwalifikowany personel placówek opiekuńczych. Uważam, że w Polsce, gdzie kobiety wciąż zarabiają wyraźnie mniej od mężczyzn, a usługi opiekuńcze nad dzieckiem do lat 3 nie istnieją w 70% gmin, nie możemy mówić o wolnym wyborze. Jak wygląda sytuacja, pokazała krytyka wobec kobiet, które zrezygnowały z pracy po przyznaniu ich rodzinom świadczenia 500 Plus. Należy postawić pytanie, ile te kobiety zarabiały i z jakimi kosztami związana była ich praca, skoro opłacało im się ją porzucić na rzecz świadczenia, które przekracza wysokość minimalnego wynagrodzenia netto dopiero przy trzecim dziecku (przypomnę, że w 2016 r., kiedy wprowadzono 500 Plus, płaca minimalna brutto wynosiła 1850 zł).

Jak silne są w Polsce wyobrażenia kulturowe na temat ról kobiet i mężczyzn, co tak naprawdę utrudnia rozmowę o uregulowaniu pracy nieodpłatnej kobiet, świadczy podział urlopu rodzicielskiego między ojca i matkę. Razem z urlopem macierzyńskim trwa on rok i jest dobrze płatny. Jest dedykowany obojgu rodzicom, ale w 2019 r. skorzystały z niego w jakimś wymiarze niemal wszystkie uprawnione kobiety (ponad 400 tys.) i jedynie 4 tys. ojców.

Tymczasem UE zmierza do wyrównania roli rodziców w opiece nad dziećmi, czemu będzie sprzyjać dyrektywa w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów, która wprowadzi 4 miesiące płatnego urlopu rodzicielskiego przypisane każdemu z nich indywidualnie. I jedynie 2 nie będą mogły być przenoszone na drugiego z rodziców. Niewykorzystany – przepadnie. W najbliższych miesiącach zobaczymy, jakie stanowisko w tej sprawie zajmie polski rząd.

Pytanie, w jakim stopniu pod wpływem prawa zmieni się myślenie na temat podziału obowiązków w domu. W tym momencie milcząco przyjmuje się, że starzejącymi się rodzicami opiekuje się ich córka. Podobnie dorosłymi osobami niepełnosprawnymi intelektualnie zajmuje się ich matka, która z reguły, kiedy opieka staje się czasochłonna, rezygnuje z pracy zawodowej.

To jest pytanie o to, na ile równy podział obowiązków w domu jest uważany w Polsce za istotny.

Lockdown, który zamknął polskie rodziny na wiele tygodni w domach z powodu pandemii COVID-19, konfrontując je z niesprawiedliwym podziałem obowiązków, może zmienić myślenie?

Wiarygodne badania, które pokażą, w jaki sposób ta nowa sytuacja przełożyła się na realizację równości płci, pojawią się dopiero za jakiś czas. Na razie, opierając się na medialnych opisach podziału obowiązków między rodzicami, jestem pesymistą.

Kiedy z powodu epidemii zamknięto żłobki, przedszkola i szkoły, opieka nad dziećmi w większości przypadków spadła na kobiety.

W pierwszych dniach lockdownu czytałem o pewnym szpitalu w Polsce, gdzie ponad 100 pielęgniarek poprosiło o zwolnienia opiekuńcze, bo nie miał kto zająć się ich dziećmi. I stało się to w czasie, kiedy praca tych kobiet miała absolutnie priorytetowe znaczenie dla społeczeństwa.

Odwołując się z kolei do wiedzy naukowej, muszę przypomnieć, że izolacja raczej pogłębia dominujące wzorce kulturowe, niż je zmienia. Jeśli chodzi o podział obowiązków domowych, widać to choćby na przykładzie naukowców, którzy – podobnie jak inne osoby z wyższym wykształceniem – przeciętnie deklarują poglądy znacznie bardziej równościowe niż średnia społeczna. Tymczasem przeczytałem kilka tekstów o sytuacji w redakcjach czasopism naukowych, z których wynika, że od początku pandemii liczba artykułów wysyłanych do recenzji przez kobiety systematycznie spada. Natomiast liczba artykułów autorstwa mężczyzn, na odwrót – wzrasta. Z tego wynika, że naukowczynie prawdopodobnie miały mało czasu na aktywność zawodową, a naukowcy wręcz przeciwnie.

Z badań przeprowadzonych w USA już w trakcie pandemii wynika z kolei, że podczas lockdownu kobiety tracą nieporównanie bardziej na zdrowiu psychicznym niż mężczyźni. Możemy więc założyć, że podobnie jak podczas kryzysów ekonomicznych, także i teraz kobiety znajdują się w gorszej sytuacji, co prawdopodobnie przekłada się również na podział obowiązków domowych.

Z kwestią ich podziału jest też związana kolejna: co stanie się z opiekunkami osób zależnych po śmierci tych, którym poświęcają swoje życie, jeśli nie będą miały prawa do emerytury?

W wielu krajach one po prostu otrzymują wsparcie od państwa. Jeżeli jednak sugeruje Pani, że musimy znaleźć rozwiązanie, które pozwoli wypłacać świadczenie wszystkim osobom rezygnującym z aktywności zawodowej na rzecz pracy domowej, uprzedzam, że duch dziejów zmierza w innym kierunku. W polityce publicznej kładzie się nacisk na profesjonalizację opieki i niezależne życie – na podtrzymywanie, jeśli to możliwe, samodzielności. Albo jej uczenie. Naturalnie, przy wsparciu instytucji, które zapewnią pomoc osobom samotnym, kiedy będzie ona konieczna, np. przy zakupach czy przemieszczaniu się. Także pomoc nad osobami z niepełnosprawnościami się zmienia – o ile to możliwe, zabiera się je z domu chociaż na część dnia. W Polsce takie myślenie o osobach zależnych z trudem przebija się do powszechnej świadomości, m.in. dlatego że polityka społeczna w dużej mierze została sprowadzona do wypłacania pieniędzy. Stało się tak, bo z punktu widzenia polityków to najprostsza forma udzielania pomocy.

Tworzenie systemu finansowej rekompensaty za wykonywanie pracy nieodpłatnej budzi zresztą nie tylko ekonomiczne opory. Część feministek podnosi argument, że wynagradzanie domowych funkcji opiekuńczych prowadzi do utrwalenia konserwatywnego modelu ról płciowych. Blokuje samorealizację kobiet i ogranicza ich aspiracje, podczas gdy dla większości z nich, nie tylko młodych, najważniejsze jest zdobycie finansowej niezależności. Zauważmy, że obecnie prawie 2/3 absolwentów polskich uczelni to kobiety.

Badania nad skalą nieodpłatnej pracy Polek prowadziła w pierwszych latach XXI w. prof. Anna Titkow, wraz ze współpracowniczkami. Ukazała się książka na ten temat. Kogo dzisiaj interesuje, o ile więcej Polki pracują od Polaków?

Według badań ONZ, w skali świata w 2018 r. kobiety przeznaczały na pracę 260% więcej czasu niż mężczyźni.

W Polsce ta różnica jest oczywiście mniejsza, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że temat nieodpłatnej pracy kobiet pojawia się publicznie wyłącznie przy okazji dyskusji o systemie emerytalnym i poszukiwań odpowiedzi na pytanie, jak podwyższyć emerytury kobiet, które mają przerwy w pracy w związku z wychowaniem dzieci. Kiedy jednak przedstawia się rozwiązania pomagające rodzicom w godzeniu obowiązków zawodowych z rodzinnymi, adresuje się je niemal wprost do kobiet, np. elastyczny czas pracy czy praca na niepełny etat. Jakby nie zauważano, że te udogodnienia oznaczają niższe zarobki, a w przyszłości niższe emerytury (luka emerytalna między kobietami a mężczyznami w Polsce wynosi aż 40%). Dlatego kiedy przychodzi do podziału urlopu rodzicielskiego, decyzję dyktują rachunek ekonomiczny i presja kulturowa.

Wydłużenie urlopów rodzicielskich albo wprowadzanie elastycznego czasu pracy zmieni tę sytuację, o ile rozwiązania te będą promować równość kobiet i mężczyzn w sferze prywatnej. Nie stanie się to szybko, bo zmiany kulturowe mają to do siebie, że trwają latami. Ponieważ tak duża skala pracy nieodpłatnej wykonywanej przez kobiety jest wtórnym problemem wynikającym z nierównowagi płciowej, trzeba działać dwutorowo. Z jednej strony zwiększać niezależność ekonomiczną kobiet i tworzyć warunki wolnego wyboru drogi życiowej. Z drugiej, należy bardziej wszechstronnie działać na rzecz likwidacji nierówności związanych z podziałem obowiązków domowych. A wracając do odpowiedzi na pytanie, czy to kogoś interesuje: temat jest istotny dla środowisk feministycznych i liberalno-lewicowych, dla think tanków i ośrodków naukowych, ale w publicznej debacie jest prawie nieobecny.

Mimo że dotyczy większości społeczeństwa, bo to kobiety płacą rozwojem kariery za poświęcenie czasu wychowaniu dzieci.

Nieobecność tego tematu to m.in. skutek ideologicznego uwikłania polityki dotyczącej rodziny, równości płci i rynku pracy. Trwa ono niemal od początku transformacji, ale nasiliło się w ciągu ostatnich kilkunastu lat, wraz z coraz głośniej artykułowanym przekonaniem, że wybór osoby zajmującej się domem i dziećmi jest sprawą przede wszystkim prywatną. W retoryce polskich rządów wyraźnie przecież podkreśla się, że „rodzina wie najlepiej”, a skoro tak, państwo musi pełnić wobec niej wyłącznie funkcje pomocnicze, np. rekompensując wydatki przez wypłatę świadczeń albo uchwalając roczny urlop rodzicielski (wraz z macierzyńskim) do dość swobodnego podziału między rodzicami. Tyle że w sytuacji kiedy mamy np. nierówność na rynku pracy ze względu na płeć (choćby w kwestii wysokości zarobków za tę samą pracę), a formy opieki instytucjonalnej nie zaspokajają potrzeb, wolność rodziny co do sposobu prowadzenia domu jest w dużej mierze pozorna.

Co też nie jest bez znaczenia: wypłata powszechnych i w miarę sporych świadczeń jest efektywna politycznie. Wystarczy porównać rozpoznawalność świadczenia 500 Plus np. z jakąkolwiek reformą na rzecz równości płci na rynku pracy. I to właśnie miało zasadnicze znaczenie, gdy rząd zdecydował się na transfer pieniężny, i to w okrągłej, łatwej do zapamiętania kwocie. Gdyby priorytetem któregokolwiek z ostatnich centroprawicowych gabinetów było zwiększenie zatrudnienia Polek i wzmocnienie ich samodzielności finansowej, posiadane środki przeznaczono by np. na stworzenie gęstej publicznej sieci nieodpłatnych żłobków i przedszkoli. Naturalną koleją rzeczy ich dostępność zmieniłaby podział domowych obowiązków w polskich domach na bardziej równomierny.

Celem wysiłków krzątaczych jest (…) walka o codzienne istnienie, tworzone i odnawiane z każdą drobną czynnością. Żartów nie ma. Działanie niepodjęte pozostaje w obszarze nicości” – pisała prof. Jolanta Brach-Czaina prawie 30 lat temu w eseju Krzątactwo. Dlaczego w świecie przesytu i udogodnień technologicznych praca domowa wciąż pochłania tyle czasu?

Wręcz przeciwnie. Współcześnie młode rodziny żyją np. daleko od dziadków, więc nie mogą liczyć na nieodpłatną pomoc z ich strony w opiece nad dziećmi. Zwiększony ruch w miastach wydłuża czas potrzebny na dotarcie do szkoły czy miejsca zatrudnienia. Rynek pracy nie stał się bardziej przewidywalny, problemy mieszkaniowe zmieniły się, ale nie zniknęły. Mimo to domowa praca nieodpłatna pochłania mniej czasu niż 30 czy 50 lat temu (choćby dlatego że przeciętna rodzina ma mniej dzieci). I ta pozytywna zmiana powoli, ale jednak zmniejsza nierówności w podziale domowych obowiązków między kobietami i mężczyznami.

Z badań GUS wynika np., że w 2003 r. Polki przeznaczały dziennie 2 h na przygotowanie wspólnych posiłków, mężczyźni jedynie 30 min. 10 lat później kobietom zabierała ta praca pół godziny mniej, a mężczyznom dokładnie tyle więcej.

To ważna zmiana, bo dotyczy czynności, która przez dekady była uważana za „naturalny obowiązek kobiety”. Tymczasem na skutek zmiany kulturowej postrzeganie gotowania przez pryzmat płci osłabło, podobnie jak zajmowanie się dziećmi. Widać to na ulicach, pokazują to także badania: mężczyźni zajmują się trochę więcej dziećmi, więc o tyle mniej czasu mogą im poświęcać kobiety.

To jednak fenomen: świat zmienił się niemal całkowicie, a nierównowaga płciowa w domu pozostała.

Bo umacniają ją wzorce kulturowe i istniejące mechanizmy instytucjonalne, np. rozwiązania stosowane w polityce społecznej są wciąż bardziej konserwatywne niż postawy społeczne. W Polsce widać coraz większą rozbieżność między tym, jak ludzie chcieliby organizować swoje gospodarstwa, a tym, jak rynek pracy czy świadczenia społeczne i usługi publiczne chcą im w tym pomagać. Tymczasem rodzina się egalitaryzuje. Pokazują to np. badania z ostatnich 15 lat, z których wynika, że jest zdecydowanie mniej osób przekonanych, iż dzieciom dzieje się krzywda, kiedy mama pracuje zawodowo.

Nawet tak konserwatywna partia, jaką jest PiS, mimo retoryki, nie może sobie pozwolić na ignorowanie zachodzącej zmiany kulturowej. Tak oceniam zwiększenie w ciągu ostatnich czterech lat liczby miejsc w żłobkach. Nie każdy wie, że jest ich dzisiaj dwa razy więcej niż w 2015 r., ale to wciąż kropla w morzu potrzeb – jedynie co piąte dziecko w wieku od 1 do 3 lat może z nich korzystać i są one zazwyczaj drogie. Kobiety chcą i będą pracować zawodowo, więc zmniejszenie ich obciążenia obowiązkami wykonywanymi jako nieodpłatna praca domowa to, miejmy nadzieję, jedynie kwestia czasu.

Maciej Sobociński

Socjolog, zajmuje się m.in. problematyką równości płci, polityką społeczną i rodzinną. Przygotowuje doktorat na temat polityki demograficznej krajów Europy Środkowej i Wschodniej w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji. Jest współzałożycielem Fundacji Kaleckiego – niezależnego think tanku, który zajmuje się m.in. tworzeniem propozycji rozwiązań wspierających zrównoważony rozwój gospodarczy, zmniejszanie nierówności społecznych i podnoszących jakość usług publicznych

Kup numer