70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Tomasz Stańczak/ Agencja Gazeta

Sytuacja zmusza do działania

Historie moich pacjentów mam upakowane w głowie, jak w szufladkach. Nawet po latach pamiętam, co naprawialiśmy w ich sercach, kiedy byli dziećmi. Wystarczy, że się przedstawią, i już wiem: przełożenie dużych naczyń krwionośnych, serce jednokomorowe, ubytek w przegrodzie międzyprzedsionkowej, zwężenie zastawki aorty.

Prof. Jadwiga Moll nie operuje. Tym zajmuje się m.in. jej mąż Jacek Moll. Ona jest kardiologiem dziecięcym. Pamięta pacjentów, mimo że w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, gdzie oboje pracują, operuje się każdego roku nawet 500 dzieci z wadami serca (w całej Polsce niemal 2 tys.), a dużo więcej jest konsultowanych kardiologicznie. Chirurg widzi jednak pacjenta zazwyczaj tylko raz – na stole operacyjnym. Ona dużo wcześniej i wiele razy, czasami przez kilka miesięcy, dzień w dzień.

Pierwszą rzeczą, którą robi po przyjściu do pracy o 8.00, jest obejście chorych. Żeby zobaczyć, jak wszystko wygląda po nocy. Patrzy w monitor wiszący przy każdym łóżku. Sprawdza tętno, saturację, czyli poziom nasycenia tlenem hemoglobiny we krwi, słucha oddechu. Tak naprawdę chodzi jednak o to, żeby „w buźkę zajrzeć”, bo czasami wyczytuje z niej więcej niż z urządzeń.

*
Leszczyński, inaczej niż większość jego przyjaciół, po zakończeniu wojny wrócił do kraju. Został ginekologiem. Nie czekając na odbudowę rodzinnej Warszawy, osiedlił się w Łodzi, gdzie założył rodzinę. Hannę znał jeszcze sprzed wojny, ze studiów medycznych. Kontynuowała je podczas okupacji, walczyła w powstaniu warszawskim, a po wojnie została pediatrą.

Jadwiga obserwowała mamę i wiedziała, że chce robić to co ona – leczyć dzieci. Innego pomysłu na dorosłe życie, poza lekarskim, nigdy nie miała. Nawet w drużynie harcerskiej, kiedy opiekowała się zastępem zuchów, „choćby nie wiem co” musiała jeszcze brać na siebie organizowanie pomocy sanitarnej na biwakach i zgrupowaniach: kompletowanie podręcznej apteczki, udzielanie pierwszej pomocy, nawet jeśli było to jedynie opatrywanie zadrapań czy otartych stóp.

Jacka Molla poznała, kiedy kończyła studia medyczne w Łodzi. Ten miał jakieś 23 lata, kiedy powiedział ojcu, że chce się żenić. Był środek nocy, właśnie wrócił do domu. Żeby dostać się do swojego pokoju, musiał przejść przez gabinet ojca, który był pomieszczeniem przechodnim. „Jacek, prześpij się, rano porozmawiamy” – usłyszał od pracującego jeszcze przy biurku ojca. Później stary Moll powiedział synowi, że kiedy chciał się oświadczyć jego matce, miał 33 lata i jeszcze się zastanawiał, czy to nie za wcześnie… Przecież najpierw trzeba stanąć zawodowo na nogi, być samodzielnym finansowo. Tymczasem Jacek, który miał za chwilę skończyć mechanikę na Politechnice Łódzkiej, oświadczył, że po dyplomie rozpoczyna drugie studia – medyczne.

*
Pierwsze miesiące wspólnego życia młodych Mollów wyglądały tak, że Jacek studiował, a Jadwiga zdawała na medycynie ostatnie egzaminy, zajmując się – wraz ze swoją mamą – ich pierwszym dzieckiem Maciejem. Nie chcieli czekać z założeniem rodziny, bo oboje planowali, że dzieci będzie więcej.

„Ze studenckim dzieckiem było w sumie najprościej” – podsumowuje Jadwiga Moll z perspektywy lat i trzech córek, które pojawiły się po synu (został, jak dziadek i ojciec, kardiochirurgiem). Pierwsza córka Anna (była tenisistką, skończyła studia ekonomiczne, mieszka w Kalifornii) urodziła się w trakcie stażu lekarskiego. Maria (anglistka, uczy w szkole imienia swojego dziadka, prof. Jana Molla) przyszła na świat, kiedy jej mama obroniła pracę doktorską. Agnieszka (jest w trakcie rezydentury, planuje zostać pediatrą) pojawiła się na świecie, kiedy mama pracowała nad habilitacją, a tata pojawiał się w domu tylko na niedziele.

„Ładna” – powiedział Jacek Moll o najmłodszej córce. Spędził z żoną kilka godzin po porodzie, po czym wsiadł na motor i wrócił do Zabrza, gdzie pracował w klinice doc. Zbigniewa Religi (który przeprowadzał wówczas pionierskie zabiegi kardiochirurgiczne, a w listopadzie 1985 r. wykonał pierwszą w Polsce udaną transplantację serca).

„Najstarszą córkę urodziłam 16 maja. Dzień wcześniej byłam jeszcze w pracy – opowiada Jadwiga Moll. – Tak było za każdym razem: pracowałam niemal do dnia porodu, a po trzech–czterech miesiącach wracałam do pracy. Teraz jest inaczej: urlop macierzyński może trwać nawet rok, a młode lekarki nie zawsze mają etat. Mnie zależało, żeby jak najszybciej wrócić do pacjentów” – przyznaje, przemierzając szybkim krokiem przeszklone korytarze Kliniki Kardiologicznej, którą kierowała do końca grudnia 2019 r. Klinika jest jedną z 22 tworzących szpital. Kardiolożka bezbłędnie porusza się po wnętrznościach wielkiego lewiatana, który laika przytłacza ogromem: plątaniną sal, oddziałów i pracowni. Ona zna go na wylot, pracuje tam od 1990 r.

„Zwłaszcza że ambicje zawodowe miałam duże” – kontynuuje wspomnienia. Zagląda na oddział intensywnego nadzoru kardiologicznego (kilka kameralnych salek na trzy łóżeczka, do których prowadzi dyżurka pielęgniarek wyposażona niczym centrum zarządzania portem lotniczym). Słyszy: „Mamy pełne obłożenie”. Nie pierwszy raz. Do „Matki Polki” trafiają najtrudniejsi pacjenci, których inne szpitale nie mogą operować: nie mają odpowiedniego sprzętu ani przeszkolonego personelu.

Codziennie rodzi się w Polsce dziesięcioro dzieci z wadą serca. Ponad 30% z nich trzeba operować w pierwszych dniach życia.

Większość trafia na stół operacyjny w jednym z trzech najważniejszych ośrodków kardiochirurgii dziecięcej w Polsce: do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie albo właśnie do „Matki Polki” w Łodzi. Tam pracują lekarze z największym doświadczeniem operowania wad serca u dzieci.

„Nasz szpital ma układ optymalny” – zapewnia prof. Mollowa. Taka była jego idea wymyślona na początku lat 80. Pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego gen. Wojciech Jaruzelski zaproponował wybudowanie pomnika Matki Polki. Edmund Osmańczyk, politolog i publicysta, zapytał wówczas listownie pomysłodawcę, jaki sens ma stawianie pomnika matkom, skoro tyle z nich jest wciąż internowanych. I po co kolejny pomnik? Czy nie bardziej przydałaby się nowa klinika ginekologiczno-położnicza? Sceptyków było więcej i ostatecznie, mimo katastrofalnej sytuacji gospodarczej, zdecydowano się na wybudowanie szpitala, który w jednym miejscu miał zbierać wszystkie specjalizacje ratujące życie i zdrowie dziecka oraz jego matki. W realizacji pomysłu pomógł nieprzewidywany w momencie rozpoczęcia budowy rozwój diagnostyki prenatalnej, który nastąpił kilkanaście lat później. Za jego sprawą pojawili się wybitni fachowcy, m.in. prof. Joanna Szymkiewicz-Dangel i prof. Maria Respondek-Liberska, które potrafiły precyzyjnie rozpoznać rodzaj wady serca już na etapie życia płodowego. Szpital, oddany do użytku w 1988 r., w kolejnych latach stawał się miejscem, dokąd mogły przyjechać kobiety, które mimo złych rokowań chciały kontynuować ciążę i urodzić dziecko. W szpitalu Matki Polki noworodka od razu po przyjściu na świat przenoszono bowiem do odpowiedniej kliniki, gdzie możliwa była operacja lub inne leczenie.

*

Prof. Moll przerywa opowieść o tym, jak to było z pozyskiwaniem sprzętu do Kliniki Kardiologicznej, bo wchodzi do sali, gdzie leży trzech chłopców, nastolatków. Rozmawia chwilę z jednym z nich, uśmiecha się. Wszystko wygląda jak niezobowiązująca wymiana informacji, kiedy jednak lekarka wychodzi z sali, momentalnie zmienia wyraz twarzy. Szesnastolatek zobaczył dzień wcześniej u kolegi z innej sali, który przyszedł go odwiedzić, zatrzymanie akcji serca. Chłopca uratowano i od razu położono na intensywnej terapii. Chciała sprawdzić, co się dzieje u pacjenta, który był tego świadkiem. Urodził się z połową serca, a mówiąc precyzyjniej – z jedną komorą, zamiast dwóch.

Po przyjściu na świat dziecka z tego rodzaju wadą w pierwszych tygodniach jego życia chirurg musi zmienić krążenie tak, by istniejąca komora zaczęła pełnić funkcję komory systemowej – tej, z której wychodzi aorta. A to dopiero początek, bo leczenie jest wieloetapowe. Najpierw żyłę główną górną łączy się z tętnicą płucną. Po dwóch–trzech latach wykonuje się operację metodą Fontana, która polega na zespoleniu żyły głównej dolnej z tętnicą płucną. Celem trzech kolejnych operacji jest całkowite oddzielenie krążenia płucnego od systemowego, doprowadzenie do właściwego poziomu nasycenia krwi tlenem i odciążenie jedynej komory serca.

„Opowiadam o tym bardzo schematycznie – ot tyle, żeby zrozumieć, ile można mieć za sobą, mimo że ma się dopiero 16 lat – wyjaśnia prof. Moll. – I dlatego nie chcę takiego pacjenta zostawiać na pastwę rozmyślań i niesprawdzalnych przeczuć”.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter