fot. Tomasz Stańczak/ Agencja Gazeta
Anna Mateja kwiecień 2020

Sytuacja zmusza do działania

Historie moich pacjentów mam upakowane w głowie, jak w szufladkach. Nawet po latach pamiętam, co naprawialiśmy w ich sercach, kiedy byli dziećmi. Wystarczy, że się przedstawią, i już wiem: przełożenie dużych naczyń krwionośnych, serce jednokomorowe, ubytek w przegrodzie międzyprzedsionkowej, zwężenie zastawki aorty.

Artykuł z numeru

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Prof. Jadwiga Moll nie operuje. Tym zajmuje się m.in. jej mąż Jacek Moll. Ona jest kardiologiem dziecięcym. Pamięta pacjentów, mimo że w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, gdzie oboje pracują, operuje się każdego roku nawet 500 dzieci z wadami serca (w całej Polsce niemal 2 tys.), a dużo więcej jest konsultowanych kardiologicznie. Chirurg widzi jednak pacjenta zazwyczaj tylko raz – na stole operacyjnym. Ona dużo wcześniej i wiele razy, czasami przez kilka miesięcy, dzień w dzień.

Pierwszą rzeczą, którą robi po przyjściu do pracy o 8.00, jest obejście chorych. Żeby zobaczyć, jak wszystko wygląda po nocy. Patrzy w monitor wiszący przy każdym łóżku. Sprawdza tętno, saturację, czyli poziom nasycenia tlenem hemoglobiny we krwi, słucha oddechu. Tak naprawdę chodzi jednak o to, żeby „w buźkę zajrzeć”, bo czasami wyczytuje z niej więcej niż z urządzeń.

*

Leszczyński, inaczej niż większość jego przyjaciół, po zakończeniu wojny wrócił do kraju. Został ginekologiem. Nie czekając na odbudowę rodzinnej Warszawy, osiedlił się w Łodzi, gdzie założył rodzinę. Hannę znał jeszcze sprzed wojny, ze studiów medycznych. Kontynuowała je podczas okupacji, walczyła w powstaniu warszawskim, a po wojnie została pediatrą.

Jadwiga obserwowała mamę i wiedziała, że chce robić to co ona – leczyć dzieci. Innego pomysłu na dorosłe życie, poza lekarskim, nigdy nie miała. Nawet w drużynie harcerskiej, kiedy opiekowała się zastępem zuchów, „choćby nie wiem co” musiała jeszcze brać na siebie organizowanie pomocy sanitarnej na biwakach i zgrupowaniach: kompletowanie podręcznej apteczki, udzielanie pierwszej pomocy, nawet jeśli było to jedynie opatrywanie zadrapań czy otartych stóp.

Jacka Molla poznała, kiedy kończyła studia medyczne w Łodzi. Ten miał jakieś 23 lata, kiedy powiedział ojcu, że chce się żenić. Był środek nocy, właśnie wrócił do domu. Żeby dostać się do swojego pokoju, musiał przejść przez gabinet ojca, który był pomieszczeniem przechodnim. „Jacek, prześpij się, rano porozmawiamy” – usłyszał od pracującego jeszcze przy biurku ojca. Później stary Moll powiedział synowi, że kiedy chciał się oświadczyć jego matce, miał 33 lata i jeszcze się zastanawiał, czy to nie za wcześnie… Przecież najpierw trzeba stanąć zawodowo na nogi, być samodzielnym finansowo. Tymczasem Jacek, który miał za chwilę skończyć mechanikę na Politechnice Łódzkiej, oświadczył, że po dyplomie rozpoczyna drugie studia – medyczne.

*

Pierwsze miesiące wspólnego życia młodych Mollów wyglądały tak, że Jacek studiował, a Jadwiga zdawała na medycynie ostatnie egzaminy, zajmując się – wraz ze swoją mamą – ich pierwszym dzieckiem Maciejem. Nie chcieli czekać z założeniem rodziny, bo oboje planowali, że dzieci będzie więcej.

„Ze studenckim dzieckiem było w sumie najprościej” – podsumowuje Jadwiga Moll z perspektywy lat i trzech córek, które pojawiły się po synu (został, jak dziadek i ojciec, kardiochirurgiem). Pierwsza córka Anna (była tenisistką, skończyła studia ekonomiczne, mieszka w Kalifornii) urodziła się w trakcie stażu lekarskiego. Maria (anglistka, uczy w szkole imienia swojego dziadka, prof. Jana Molla) przyszła na świat, kiedy jej mama obroniła pracę doktorską. Agnieszka (jest w trakcie rezydentury, planuje zostać pediatrą) pojawiła się na świecie, kiedy mama pracowała nad habilitacją, a tata pojawiał się w domu tylko na niedziele.

„Ładna” – powiedział Jacek Moll o najmłodszej córce. Spędził z żoną kilka godzin po porodzie, po czym wsiadł na motor i wrócił do Zabrza, gdzie pracował w klinice doc. Zbigniewa Religi (który przeprowadzał wówczas pionierskie zabiegi kardiochirurgiczne, a w listopadzie 1985 r. wykonał pierwszą w Polsce udaną transplantację serca).

„Najstarszą córkę urodziłam 16 maja. Dzień wcześniej byłam jeszcze w pracy – opowiada Jadwiga Moll. – Tak było za każdym razem: pracowałam niemal do dnia porodu, a po trzech–czterech miesiącach wracałam do pracy. Teraz jest inaczej: urlop macierzyński może trwać nawet rok, a młode lekarki nie zawsze mają etat. Mnie zależało, żeby jak najszybciej wrócić do pacjentów” – przyznaje, przemierzając szybkim krokiem przeszklone korytarze Kliniki Kardiologicznej, którą kierowała do końca grudnia 2019 r. Klinika jest jedną z 22 tworzących szpital. Kardiolożka bezbłędnie porusza się po wnętrznościach wielkiego lewiatana, który laika przytłacza ogromem: plątaniną sal, oddziałów i pracowni. Ona zna go na wylot, pracuje tam od 1990 r.

„Zwłaszcza że ambicje zawodowe miałam duże” – kontynuuje wspomnienia. Zagląda na oddział intensywnego nadzoru kardiologicznego (kilka kameralnych salek na trzy łóżeczka, do których prowadzi dyżurka pielęgniarek wyposażona niczym centrum zarządzania portem lotniczym). Słyszy: „Mamy pełne obłożenie”. Nie pierwszy raz. Do „Matki Polki” trafiają najtrudniejsi pacjenci, których inne szpitale nie mogą operować: nie mają odpowiedniego sprzętu ani przeszkolonego personelu.

Codziennie rodzi się w Polsce dziesięcioro dzieci z wadą serca. Ponad 30% z nich trzeba operować w pierwszych dniach życia.

Większość trafia na stół operacyjny w jednym z trzech najważniejszych ośrodków kardiochirurgii dziecięcej w Polsce: do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie albo właśnie do „Matki Polki” w Łodzi. Tam pracują lekarze z największym doświadczeniem operowania wad serca u dzieci.

„Nasz szpital ma układ optymalny” – zapewnia prof. Mollowa. Taka była jego idea wymyślona na początku lat 80. Pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego gen. Wojciech Jaruzelski zaproponował wybudowanie pomnika Matki Polki. Edmund Osmańczyk, politolog i publicysta, zapytał wówczas listownie pomysłodawcę, jaki sens ma stawianie pomnika matkom, skoro tyle z nich jest wciąż internowanych. I po co kolejny pomnik? Czy nie bardziej przydałaby się nowa klinika ginekologiczno-położnicza? Sceptyków było więcej i ostatecznie, mimo katastrofalnej sytuacji gospodarczej, zdecydowano się na wybudowanie szpitala, który w jednym miejscu miał zbierać wszystkie specjalizacje ratujące życie i zdrowie dziecka oraz jego matki. W realizacji pomysłu pomógł nieprzewidywany w momencie rozpoczęcia budowy rozwój diagnostyki prenatalnej, który nastąpił kilkanaście lat później. Za jego sprawą pojawili się wybitni fachowcy, m.in. prof. Joanna Szymkiewicz-Dangel i prof. Maria Respondek-Liberska, które potrafiły precyzyjnie rozpoznać rodzaj wady serca już na etapie życia płodowego. Szpital, oddany do użytku w 1988 r., w kolejnych latach stawał się miejscem, dokąd mogły przyjechać kobiety, które mimo złych rokowań chciały kontynuować ciążę i urodzić dziecko. W szpitalu Matki Polki noworodka od razu po przyjściu na świat przenoszono bowiem do odpowiedniej kliniki, gdzie możliwa była operacja lub inne leczenie.

*

Prof. Moll przerywa opowieść o tym, jak to było z pozyskiwaniem sprzętu do Kliniki Kardiologicznej, bo wchodzi do sali, gdzie leży trzech chłopców, nastolatków. Rozmawia chwilę z jednym z nich, uśmiecha się. Wszystko wygląda jak niezobowiązująca wymiana informacji, kiedy jednak lekarka wychodzi z sali, momentalnie zmienia wyraz twarzy. Szesnastolatek zobaczył dzień wcześniej u kolegi z innej sali, który przyszedł go odwiedzić, zatrzymanie akcji serca. Chłopca uratowano i od razu położono na intensywnej terapii. Chciała sprawdzić, co się dzieje u pacjenta, który był tego świadkiem. Urodził się z połową serca, a mówiąc precyzyjniej – z jedną komorą, zamiast dwóch.

Po przyjściu na świat dziecka z tego rodzaju wadą w pierwszych tygodniach jego życia chirurg musi zmienić krążenie tak, by istniejąca komora zaczęła pełnić funkcję komory systemowej – tej, z której wychodzi aorta. A to dopiero początek, bo leczenie jest wieloetapowe. Najpierw żyłę główną górną łączy się z tętnicą płucną. Po dwóch–trzech latach wykonuje się operację metodą Fontana, która polega na zespoleniu żyły głównej dolnej z tętnicą płucną. Celem trzech kolejnych operacji jest całkowite oddzielenie krążenia płucnego od systemowego, doprowadzenie do właściwego poziomu nasycenia krwi tlenem i odciążenie jedynej komory serca.

„Opowiadam o tym bardzo schematycznie – ot tyle, żeby zrozumieć, ile można mieć za sobą, mimo że ma się dopiero 16 lat – wyjaśnia prof. Moll. – I dlatego nie chcę takiego pacjenta zostawiać na pastwę rozmyślań i niesprawdzalnych przeczuć”.

Operacje jednokomorowych serc rozpoczęły się w szpitalu Matki Polki w poł. lat 90., kiedy pojawiła się szansa na ratowanie pacjentów z taką wadą. Pozwalała na to, poza odwagą i kompetencjami chirurgów, coraz lepsza opieka anestezjologiczna i efektywna aparatura do krążenia pozaustrojowego. W pierwszym roku ich wykonywania zmarła jednak większość operowanych dzieci. Przyczyną były powikłania albo inne wady narządów wewnętrznych, poza jednokomorowym sercem, które mieli pacjenci. Nawet dzisiaj śmiertelność w tego rodzaju sytuacjach sięga 30%, podczas gdy przy innych wadach nie przekracza 10% operowanych.

„W wielu zachodnioeuropejskich klinikach operuje się dzieci z mniej zamożnych krajów, ale nie miejscowe, bo tych zwyczajnie nie ma. Większość ciąż z wadą serca jest przerywana” – opowiada prof. Moll. Polscy kardiochirurdzy mają w operowaniu jednokomorowych serc duże doświadczenie m.in. dlatego, że wielu rodziców nie korzysta z możliwości wcześniejszego zakończenia ciąży, gdy dowiadują się, że urodzą dziecko obciążone tak poważną wadą. „A dlaczego wtedy się nie poddaliśmy, gdy umierali nam pacjenci? Bo to nie jest wyjście. Na świat przychodziły kolejne dzieci, którym tylko operacja mogła uratować życie, więc co innego mogliśmy zrobić? Sytuacja i pacjent zmuszają do działania”.

Napędem do działania może być np. zastawka mitralna. Złożona z dwóch płatków, zapobiega cofaniu się krwi z lewej komory serca do lewego przedsionka. To właściwie nie problem, jeśli pacjent jest dorosły, ale Miłosz, który jej potrzebował, miał 18 miesięcy. Leczenie farmakologiczne, które z reguły się stosuje w takich przypadkach, nie przynosiło rezultatów. Prof. Jacek Moll ze współpracownikami uszyli w trakcie operacji zastawkę na miarę z materiału biologicznego pozyskanego z jelita cienkiego świni. Wszczepiono ją dziecku w lipcu 2018 r. Mają na niej narastać komórki pacjenta, więc jest szansa, że zastawka będzie rosła razem z sercem Miłosza. W Polsce wykonano taką operację po raz pierwszy, w literaturze światowej opisano wcześniej zaledwie jeden taki przypadek.

*

„Z wyposażeniem kliniki ruszyliśmy dopiero dzięki Jurkowi Owsiakowi” – kontynuuje prof. Jadwiga Moll w drodze do kolejnej sali. W 1990 r., kiedy rozpoczynała z mężem pracę w szpitalu Matki Polki, została zastępcą szefa Kliniki Kardiologicznej. Jacek Moll, który miał wówczas 41 lat, objął stanowisko kierownika Kliniki Kardiochirurgicznej i był najmłodszym szefem tego rodzaju szpitala w Polsce. Po czterech latach intensywnej pracy u doc. Religi potrafił operować dzieci, co było kluczowe dla funkcjonowania nowej placówki. Pierwsze operacje wykonał dzięki sprzętowi kupionemu za fundusze z narodowych zbiórek Orkiestry. Było to m.in. wyposażenie kardiochirurgiczne dla sali pooperacyjnej i maszyna do krążenia pozaustrojowego dostosowana parametrami do najmniejszych pacjentów. Jadwiga Moll tamten czas podsumowuje jednak trzema słowami: „Początki były trudne”.

„Jak konkretnie?” – profesorka obraca w dłoniach plastikowy model serca. Za chwilę objaśni na nim, jak wygląda operacja przełożenia dużych naczyń krwionośnych. Jeżeli stan operowanego nagle się pogarszał, pakowała się z mężem do samochodu i jechali do szpitala. On, bo to dziecko operował. Ona, bo prowadziła jego leczenie przed operacją i po niej. „Nie miało znaczenia, czyj to jest dyżur. Jaka pora dnia czy nocy. Urlop czy Wigilia. Czy ktoś zapłaci czy niekoniecznie. Po prostu – przyjeżdżało się. Nie mogło być inaczej, bo najważniejsze było jedno: jest ktoś, kto operuje, czyli Jacek, więc można przyjmować chorych. A skoro tak – reszty trzeba dopilnować, żeby nie stracić pacjenta. Choćby nie wiem co…”

Dzisiaj operuje w Polsce blisko 250 kardiochirurgów, niewielka część z nich także dzieci. Na przełomie lat 80. i 90. było ich nieporównanie mniej. Nie lepiej było z wyposażeniem. Obecnie przynajmniej w trzech najważniejszych ośrodkach kardiochirurgii dziecięcej w Polsce nie ustępuje ono temu, z którego korzystają lekarze w klinikach Europy Zachodniej czy USA. Problemem może się stać – ponownie, choć z innych powodów – wykwalifikowany personel: operatorzy, ale też lekarze prowadzący i pielęgniarki.

Operacje kardiochirurgiczne niezmiennie wiążą się z największą odpowiedzialnością za operowanego. Także z prestiżem. Tyle że nie widać tego w wynagrodzeniach, a prywatna praktyka kardiochirurgiczna z oczywistych powodów jest niemożliwa. Wielu młodych lekarzy wybiera więc specjalizacje mniej obciążające psychicznie, za to dające obietnicę w miarę komfortowego funkcjonowania w zawodzie.

Podobne problemy stają się udziałem kardiologów pediatrycznych, których jest w Polsce niewiele ponad 200. Zapotrzebowanie – dużo większe. Tymczasem studenci medycyny często nie wiedzą nawet, że istnieje specjalizacja z kardiologii dziecięcej (oficjalnie została zarejestrowana w 2003 r.). W Klinice Kardiologicznej szpitala Matki Polki rzadko pojawiają się więc stażyści. Ci nieliczni, którzy decydują się zaliczyć obowiązkowy staż właśnie tam, słyszą od lekarzy: „Możesz przyjść, kiedy będziesz chciał”. Zapraszają do osłuchania pacjenta albo obserwacji co ciekawszych operacji na kardiochirurgii. Młodzi ludzie z reguły wiedzą już jednak, co będą robić dalej, i większego zainteresowania kardiologią dziecięcą nie ma.

*

Niemal jedna czwarta operacji u noworodków z wadami serca, wykonywana w szpitalu Matki Polki, to transpozycja dużych naczyń krwionośnych. Przeprowadza się ją, gdy u nowo narodzonego dziecka aorta zamiast z lewej komory serca wychodzi z prawej, a pień płucny łączy się z lewą komorą. Kilkuetapową operację wykonuje się na sercu wielkości orzecha włoskiego i naczyniach wieńcowych, których średnica wynosi od dwóch do trzech milimetrów.

W pierwszym roku przeprowadzania tych operacji w szpitalu Matki Polki śmiertelność pacjentów potrafiła przekraczać 20%. Teraz sięga maksymalnie 4%, bo kardiolodzy i kardiochirurdzy szpitala dość szybko wyspecjalizowali się w ich przeprowadzaniu. Ci pierwsi często bywają niezauważani, ponieważ pracę, która najbardziej porusza wyobraźnię, wykonują jednak chirurdzy. Kardiolog zabezpiecza resztę: zleca badania, ustawia leki, rozmawia z rodziną, pilnuje, by między trudnymi operacjami trafiały się prostsze, które trwają krócej.

„Czasami to bycie w cieniu mi przeszkadzało” – mówi prof. Moll, patrząc na zdjęcie, które umieściła na tapecie monitora w swoim komputerze. Fotografia, zrobiona w domu Mollów pod Łodzią, zbiera 11 ich wnuków: najstarszy przygotowuje się do matury, najmłodsza wnuczka ma kilkanaście miesięcy. „Ale popatrzmy na konkretną sytuację: jeżeli prof. Moll (czyli Jacek), który stał kilkanaście godzin przy stole operacyjnym, prosi mnie o wykonanie jakiegoś badania, to jak mogłabym tego nie zrobić? Bo sama byłam cały dzień na oddziale i też jestem zmęczona? Sama zabieram chirurgom różne prace, które mogę wykonać, żeby im uprościć życie… To zresztą nie ma żadnego znaczenia, bo najważniejszy jest pacjent. Reszta ma działać bezszmerowo”.

Jak zdrowe czterodzielne serce.

*

Po śmierci pacjenta nie płacze. Nie jest jej to obojętne, ale musi się obyć bez łez. Niezależnie od tego, co się dzieje, trzeba wstać, jak co dzień, czyli o 5.30, zrobić mężowi śniadanie, potem pojechać do kliniki. Leczenie to nie jest algorytm, więc rzadko podąża się przewidywalną ścieżką reagowania. Pomaga doświadczenie, które jest jak bufor bezpieczeństwa, bo daje dystans. I spokój, który pozwala podejmować decyzje bez lęku: po latach praktyki wie, którego pacjenta musi mieć w szpitalu, a kiedy bez ryzyka może on przyjeżdżać do kliniki z domu. Pomaga modlitwa. I jeszcze intuicja…

„Dr Edelman miał dwóch pacjentów z tym samym sercowym schorzeniem. Jednego wysyłał do domu, drugiego do prof. Jana Molla – wyjaśnia synowa znakomitego kardiochirurga. – Skąd wiedział, którego należy wybrać? No, po prostu wiedział. Kiedy leczy się wielu ludzi, to samo jakoś przychodzi… Jestem więc pewna, że trzeba pacjenta skierować na pewne badania czy podać określone leki, mimo że nie ma po temu żadnych przesłanek. Później jednak okazuje się, że miałam rację”.

Prof. Jana Molla poznała jeszcze na studiach, bo zdawała u niego egzamin. Kim jest, wiedziała dużo wcześniej. Wszyscy wiedzieli, bo 4 stycznia 1969 r., 13 miesięcy po pierwszej udanej transplantacji serca wykonanej w Kapsztadzie przez Christiaana Barnarda, prof. Jan Moll odważył się przeprowadzić tę samą operację w Łodzi. Niewielu natomiast zdawało sobie sprawę, że prof. Moll jako pierwszy lekarz w Polsce operował pacjentów w stanie rozległego zawału serca. Wykorzystał metodę leczenia choroby wieńcowej polegającą na połączeniu krążenia żylnego z tętniczym, którą opracował Marek Edelman (od połowy lat 50. był kardiologiem pracującym w łódzkich szpitalach) z dwiema młodymi lekarkami. Nieliczni lekarze myśleli zresztą wówczas tak jak Edelman: jeśli leczenie farmakologiczne jest nieskuteczne, a stan pacjenta na to pozwala, powinien się nim zająć kardiochirurg. Górę brał strach, że operacja na otwartym sercu to niemal pewna śmierć na stole.

Prof. Moll szukał więc pacjentów. Między innymi w prewentorium dla dzieci chorych na serce w Murckach, dzielnicy Katowic. Pacjenci mieli między 10 a 15 lat, z reguły było ich kilkanaścioro, i nie byli precyzyjnie zdiagnozowani. Prof. Moll, który przyjeżdżał tam co kilka tygodni z młodymi lekarzami, badał ich serca, osłuchując pracę narządów stetoskopem, wykonując zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej i badanie elektrokardiograficzne. Innych metod diagnostyki nie było. Na podstawie wyników kwalifikował do operacji te dzieci, którym mógł pomóc, i zabierał je do II Kliniki Chirurgicznej w Łodzi, gdzie stworzył nieformalny, niewielki oddział dla dzieci z wrodzonymi wadami serca. Przeprowadzane przez niego operacje dzisiaj wydają się banalne, ale cztery dekady temu były dowodem odwagi i determinacji chirurga. Zwłaszcza że śmiertelność była duża, a pacjenci przed czwartym–piątym rokiem życia nie byli operowani wcale.

Synowa prof. Molla zaczęła przyjeżdżać do murckowskiego prewentorium w pierwszej poł. lat 70. namówiona przez teścia. Nie zamierzała zmieniać zawodowych planów – wciąż chciała zostać pediatrą, ale zgodziła się na wyjazdy, bo uznała, że może to być ciekawe doświadczenie. Zwłaszcza że dzieci z problemami sercowymi znała z Instytutu Pediatrii Akademii Medycznej przy ul. Spornej. Jej szefowa prof. Barbara Dębiec stworzyła nawet dla nich osobny pododdział.

„Weszłam w to, nie zastanawiając się, gdzie mnie propozycja teścia zaprowadzi” – deklaruje prof. Jadwiga Moll. Tak przekonała się, że może zająć się kardiologią i jako pediatra leczyć serca. Tematem pracy doktorskiej stały się operacje kardiochirurgiczne dzieci, przeprowadzane przez jej teścia i jego współpracowników. A potem samo poszło. Uczyła się nowych metod diagnostycznych, które zaczęły docierać do Polski. Jaka przepaść dzieli ją od tego, co się działo w kardiochirurgii dziecięcej, np. w USA, dowiedziała się w poł. lat 80., kiedy znalazła się na stażu w Cedars-Sinai Medical Center – szpitalu uniwersyteckim w Los Angeles. Zobaczyła, że kardiochirurdzy operują niemal wszystko. Może dlatego, kiedy wróciła do Łodzi, do szpitala przy Spornej, gdzie pracowała od 15 lat, miała poczucie, że zatrzymała się w miejscu. Zamiast wyzwań czy poważniejszych zmian gładkie poruszanie się między od dawna znanymi trudnościami. Stagnacja. Wszystko się zmieniło, kiedy niedługo później oddano do użytku szpital Matki Polki.

„Tu nie było niczego poza założeniem, że idziemy dalej” – prof. Moll opiera się o żółtą ścianę nowo wyremontowanej Kliniki Kardiochirurgicznej. Nad nią wisi tableau ze słowami: „Dziękuję za 18 lat życia”, zrobione przez młodego pacjenta z fotografii dokumentujących jego życie. Od pierwszych dni do uzyskania pełnoletniości – z operacji i wizyt w szpitalu, dzięki którym żyje.

Kardiolożka, która ma za sobą 47 lat pracy w zawodzie, opowiada, że medycyna to sztuka, której nie można oddzielić od życia. Pacjentów nie potrafi zostawić za drzwiami oddziału. W jej domu rozmawiało się o nich właściwie na okrągło – także przy stole. Od zawsze miała problem z zaległym urlopem. Nie uważa, że to chwalebne, bo lekarz musi być wypoczęty – po prostu mówi, jak było. Zresztą w jej przypadku urlop mógł trwać najdłużej tydzień. Na tyle godził się wyjeżdżać mąż – potem koniecznie chciał wracać, „choćby nie wiem co…”. Prowadzenie domu było zawsze na jej głowie. Teraz jest inaczej – po małżeństwach swoich dzieci widzi, że mąż i żona dzielą się obowiązkami. Ale u niej było tak, że sprzątanie i gotowanie to jej praca, a mąż zajmował się budową domu i naprawą usterek. Od dzieci, które widzą, jak tata bawi się z wnukami, słyszy: „Mamo, myśmy takiego taty nie znały”… Bo dla prof. Jacka Molla praca była priorytetem. Dla prof. Jadwigi Moll podobnie, ale jej specjalizacja dawała czasami pewien luz, więc mogła np. odwieźć córkę na trening, a czekając, aż skończy, czytać zaległy artykuł naukowy.

Czy można jeszcze mówić, że zawód lekarza to powołanie? Bo ona wie, jak to banalnie brzmi. Protesty rezydentów, kolejki do lekarzy, brak specjalistów, a ona mówi o powołaniu… Ale bez tego z zawodu, który wykonuje od półwiecza, nic się nie zrozumie.

Kup numer