fot. Cezary Aszkiełowicz/Agencja Gazeta
Lidia Pańków kwiecień 2019

Skrzynie i sześciany pełne słońca

Duszonego smogiem, zgiełkliwego i bezlitosnego dla mas XIX-wiecznego miasta Ebenezer Howard nienawidził. Cierpliwie dobijał się o uwagę decydentów. I miasta ogrody – zawsze w wersji zmodyfikowanej, a jednak do idei Howarda nawiązujące – zaczęły powstawać w różnych europejskich krajach. Na przykład w Polsce – w podwarszawskim Śródborowie.

Artykuł z numeru

Samo dobro

Samo dobro

To jeden z tych ponurych dni, kiedy zachwyt nad urokami mazowieckich miast i miasteczek wymaga pewnej pracy wyobraźni. Wycieczka otwocko-śródborowska zorganizowana przez „Praską Ferajnę”, grupę warszawskich przewodników „prawobrzeżnych”, wypada wczesną wiosną 2017 r. Chmurne niebo i chłodne podmuchy wiatru nie zachęcają do wychodzenia z autokaru. Potrzeba wyraźnego hasła od przewodnika.

Z gąszcza lasów, zagajników i chaotycznej zabudowy na rozległych posesjach dawnego miasta uzdrowiska wyłaniają się zabytkowe świdermajery: misternie zdobione, romantyczne drewniane wille i pensjonaty ze spiczasto zwieńczonymi dachami, ażurowymi werandami i dekoracyjnymi motywami na szalunkach. To część trasy, której mogli się spodziewać obeznani z lokalną historią wycieczkowicze. Unikatowy styl letniskowych willi zainicjowany przez malarza i ilustratora Michała Elwiro Andriollego, od 1880 r. właściciela majątku Brzegi nad Świdrem, zyskał już pewien rozgłos. Puentą dla walk toczonych przez świdermajerowych zapaleńców o ich ocalenie od kompletnego zniszczenia było wpisanie części tych obiektów na listę ewidencji zabytków – w sumie trafiło tam 176 budynków z terenu Otwocka.

Przewodnik wyprawy Paweł Ajdacki, krajoznawca, autor opasłego Spacerownika otwockiego, członek i działacz PTTK, zapalony piechur, który rejon miasta uzdrowiska i przyległe wsie „schadzał przez trzy lata”, każe jednak zwrócić uwagę na zabudowę innego typu: murowane wille o mocno zgeometryzowanych bryłach z płaskimi dachami. Ich proste, zwarte formy widoczne pośród nagich drzew, krzewów i zbutwiałych zeszłorocznych liści stanowią miły kontrapunkt dla oka.

Dziś skupiają się w jednej z dzielnic Otwocka, a do 1932 r. autonomicznej osadzie, założonej na zasadach miasta ogrodu: w Śródborowie.

*

Zwiedzanie solo wymaga pewnej determinacji. Z trudem dociera się do zagłębia rozłożystych willi w stylu międzynarodowym, budowanych w latach 30. przy ul. Cieszyńskiej (a właściwie fragmentu Cieszyńskiej nr 2, bo pierwszy kawałek ulicy, biegnący od torów kolejowych, nagle się kończy, rozmywając swój bieg w leśnych posesjach i plątaninie ogrodzeń z różnych epok). Lepiej zrezygnować z podążania za wskazaniami mapy. Wille znajdują się na terenie ogrodzonego państwowego kompleksu, nie prowadzą do nich żadne znaki. Z ruchliwej, przelotowej Narutowicza skręca się na teren Mazowieckiego Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruźlicy. Trzeba minąć szereg zabudowań i zagłębić się w las. Ale nazwiska architektów motywują do poszukiwań. To m.in. dwa duety: Lucjan Korngold i Henryk Blum oraz Jerzy Gelbard i Roman Sigalin.

Lucjan Korngold zasłynął z mistrzowskiej syntezy modernizmu i klasycyzmu w projektach luksusowych warszawskich willi i kamienic dla zamożnej klienteli lat 30. (np. kamienicy Robinsona przy Koszykowej). W duecie z Henrykiem Blumem zrealizował m.in. „corbusierowski”, uniesiony na słupach awangardowy dom inżyniera Margelusa na warszawskim Mokotowie oraz siedzibę Towarzystwa Ubezpieczeń Polonia przy pl. Dąbrowskiego – również w stolicy.

Jerzy Gelbard, nagrodzony na Wystawie Paryskiej w 1925 r. medalem za projekt Dworca Głównego w Warszawie, autor gmachu Adrii i mokotowskich willi przy Kieleckiej, malarz i plakacista, wielokrotnie współpracował z Romanem Sigalinem. Razem prowadzili otwarte w II poł. lat 20. biuro projektowe. Duet pozostawił po sobie m.in. wille na tyłach Frascati, funkcjonalistyczny Dom Zjednoczenia Kolejowców przy Alejach Jerozolimskich i kamienice przy śródmiejskich Lwowskiej i Kredytowej.

Gelbard, Sigalin i Korngold mieli okazję lepiej poznać się w roku 1927. Wzięli udział w konkursie Stowarzyszenia Architektów Polskich na projekt siedziby Ministerstwa Robót Publicznych i Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK). Wprawdzie nie wygrali, ale ich projekt został zakupiony. Nagrodę zdobył ich charyzmatyczny mentor z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej prof. Rudolf Świerczyński. Również to nazwisko będzie dla rozwoju śródborowskiego miasta parku leśnego bardzo istotne.

Z czterech wymienionych architektów pochodzenia żydowskiego wojnę przeżyje tylko Lucjan Korngold – dzięki rodzinnym koneksjom w 1939 r. uda się przez Rzym na emigrację do Paryża. Pozostali zginą jednak nie jako Żydzi, ale obywatele Polski – Blum rozstrzelany w Warszawie, Sigalin – zamordowany przez NKWD w toku zbrodni katyńskiej, Gelbard – na Majdanku.

Brat Romana Józef Sigalin zostanie w 1951 r. naczelnym architektem Warszawy i jedną z kluczowych postaci jej odbudowy.

*

Wille przy Cieszyńskiej układają się w rodzaj czworobocznej kolonii. Wydmowy teren lekko wznosi się i opada w kierunku północno-wschodnim, do ulic Złotej i Zgody. Na rogu posesji nr 6 widać fundamenty porośnięte świeżym mchem. Adres musiał odnosić się więc do całego kompleksu. A może to tylko pozostałości zabudowań gospodarczych, służbówki albo garażu?

To malowniczy zakątek porośnięty pięknym lasem o gęstym poszyciu. „Wzniesione obiekty to wolnostojące domy piętrowe wykonane w konstrukcji murowano-stalowej z elementami żelbetowymi. Wkomponowane w otoczenie, mają dość proste plany, bryły złożone z prostopadłościanów o różnej wielkości i wysokości, przykryte niemal płaskimi dachami. Zgodnie z programowymi założeniami ówczesnego »stylu nowoczesnego« elewacje budynków zdobią nie ornamenty, lecz rzędy okien, balkony i tarasy. (…) Domy usytuowane na zalesionych działkach o dużej powierzchni (przeciętnie ok. 2000 m kw.) są optycznie powiązane z terenem” – czytamy w jednym z niewielu opracowań budynków śródborowskiego modernizmu, które w 2011 r. powstaje dla „Kwartalnika Architektury i Urbanistyki”. Tworzą je Barbara Chmielarska-Łoś, magister konserwatorstwa i zabytkoznawstwa, oraz Ewa Popławska-Bukało, związana z Narodowym Instytutem Dziedzictwa. Tytuł pracy – Nieznane obiekty architektury nowoczesnej lat dwudziestych i trzydziestych w Śródborowie – mimo upływu już niemal dekady pozostaje aktualny.

O nowym budowlanym trendzie donosił współczesny architektom publicysta, dziennikarz i krytyk literacki, przebywający w Otwocku na leczeniu gruźlicy, wówczas już 70-letni Cezary Jellenta: „domy podobne raczej do skrzyń i sześcianów niż do struktur żywych i ożywionych ornamentyką”. Jednocześnie autor wydanej w 1935 r. książki Sosny otwockie: obraz miasta-uzdrowiska przyznaje, że owe „skrzynie o płaskich wiekach o jak najmniejszej ilości ozdób rodzaju barokowego są pełne słońca i powietrza dzięki oknom więcej szerokim i wysokim, obiegającym narożniki gankom zamiast balkonów”.

Zleceniodawcom zamawiającym nowoczesne projekty – przedstawicielom zasymilowanych żydowskich elit Warszawy – język architektury modernistycznej wydawał się pociągający. Realizacja willi w stylu „nagim, praktycznym, realnym, odpowiadającym wymogom życia, pracy i higieny” (Jellenta) podkreślała ich status, demonstrowała europejską orientację. Otwarcie bryły na powietrze i słońce oraz duże powierzchnie tarasów pozwalały jeszcze bardziej wykorzystać zalety nizinnego sanatorium: balsamicznego powietrza nasyconego żywicznym zapachem sosen.

Zleceniobiorcy – polscy reprezentanci tego nurtu, w większości wychowankowie pierwszych roczników wydziału architektury – doskonale opanowali awangardowe kody.

*

Uruchomiony w 1915 r. Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej kształtował studentów otwartych na najnowsze prądy, ale na tyle czujnych, żeby ich bezmyślnie nie powielać. Na zajęciach z Rudolfem Świerczyńskim, kierującym Katedrą Projektowania Wiejskiego, czy z Tadeuszem Tołwińskim, autorem planów regulacyjnych Warszawy i gmachu Muzeum Narodowego, dyskutowano gorąco o radykalnych pomysłach ascetycznej architektury, pozbawionej wszelkich ozdobników. Ale sprowadzano też studentów na ziemię: wymagano rozumienia tradycji, polskiego stylu narodowego, regionalnej specyfiki, uwarunkowań politycznych i społecznych.

Nad Wisłą młodzi, chętnie podróżujący po Europie projektanci czerpali nie tylko z radykalnych idei Le Corbusiera, popartego psychologią funkcjonalizmu Bauhausu, holenderskiego neoplastycyzmu, rozwiniętego przez grupę De Stijl Theo van Doesburga, ale i dokonań radzieckiego konstruktywizmu. Wszystkie te opcje mają wspólny punkt startowy: poczucie załamania się dotychczasowych modeli współżycia ludzi, organizacji miast, niechęć do mieszczańskich norm estetycznych, wreszcie – pragnienie stworzenia wizji, które poprawią komfort życia mas.

Technicystyczne programy Le Corbusiera były wymierzone w tradycyjne miasto, którego tkanka narasta przez wieki, i w tradycyjny dom, w którym o kształcie pomieszczeń i przedmiotów decyduje wkład kolejnych pokoleń. Wsparta na słupach, oświetlona pasem okien „maszyna do mieszkania” z wolnym planem i płaskim dachem nie ma historii albo ma historię „zerową”. Wyczyszczona z wszelkich ozdobników, jest ze swej natury przezroczysta. Z wnętrza znika wszystko, co ciężkie, solidne i blokujące światło. Idee Le Corbusiera trafiają do przekonania Szymonowi Syrkusowi, architektowi, teoretykowi, absolwentowi co najmniej trzech renomowanych uczelni europejskich, który po nauki mistrza jeździ do Paryża.

Syrkus, lider założonej w 1926 r. grupy awangardystów Praesens postulującej architekturę społeczną, uprzemysłowioną i dynamicznie odpowiadającą na techniczny postęp, również jest autorem projektu jednej z zachowanych do dziś śródborowskich „rezydencji”.

Tyle że te prywatne, przyciągające oko wille, o których mowa, nie były pierwotnie clue założenia podwarszawskiego miasta parku leśnego, lecz jedynie czymś w rodzaju „projektu towarzyszącego”.

*

Śródborów miał od początku dobry PR. Najpierw fundatorzy i urbaniści, a potem powołani do realizacji projektu architekci ogłaszali, że wzorują się na „najlepszych przykładach zachodnioeuropejskich Hampstead i Hellerau” – wzorcowych miastach ogrodach w Wielkiej Brytanii i Niemczech, które powstały w pierwszej dekadzie XX w.

Ojcem rewolucyjnej idei miast ogrodów był brytyjski urzędnik Ebenezer Howard, który większość zawodowego życia spędził jako stenograf obrad parlamentu w Westminster (choć z niepowodzeniem próbował też zostać rolnikiem w amerykańskim stanie Nebraska). Regularna praca niewymagająca dużych nakładów energii dała mu możliwość snucia refleksji na temat dynamiki współczesnego życia społecznego. Galopująca urbanizacja, której zgubne dla milionów ludzi skutki obserwował w Wielkiej Brytanii i USA – dwóch krajach przechodzących gwałtowne uprzemysłowienie – napawała go grozą.

W 1898 r. Howard stworzył model osadniczy – kontrpropozycję dla XIX-wiecznych miast i ich niewydolnej organizacji. Jego koncepcja miała zawrócić bieg cywilizacji i doprowadzić do powstania i scalenia zdrowych komórek społecznych, opartych na współpracy. Być uniwersalną odpowiedzią na wyzwania nowoczesności, łączącą w sobie zalety miasta i wsi.

„Miasto ogród”, otoczona pasami zieleni jednostka „o rozmiarach nie większych niż te, które czynią możliwym życie społeczne we wszystkich jego rozmiarach”, było reakcją na osobiste bolączki Ebenezera Howarda i wychylonym w przyszłość pozytywnym i totalnym projektem osadniczym.

Howard znosił własność prywatną: grunty miały mieć status publiczny. Nie zamierzał zmieść miast z powierzchni ziemi – zespół town-countries połączonych koleją miał otaczać większe miasto centralne, znajdujące się o zaledwie pięć minut dojazdu dla wszystkich mieszkańców. Szybki i przyjazny transport Howard uważał za kolejny czynnik, który kształtuje dobre relacje społeczne. Jednak to w najbliższej okolicy, bez konieczności transferu, wszyscy obywatele mieli zyskać dostęp do pracy, rekreacji, rozrywki.

Duszonego smogiem, zgiełkliwego i bezlitosnego dla mas XIX-wiecznego miasta Brytyjczyk nienawidził z równą mocą co Le Corbusier, który zresztą elementy utopii Howarda adaptował w wydanym w 1924 r. traktacie Urbanisme. Howard – jak powiedzą późniejsi interpretatorzy – postawił sobie za cel złagodzenie skutków kapitalizmu. Tym, co porywało współczesnych, a jednocześnie przesądziło o ostatecznym niepowodzeniu projektu, był jego rys utopijny: bazowe przekonanie o dobrej woli ludzi, ich gotowości do brania odpowiedzialności za współwłasność. Uparty reformator, humanista, wróg kapitalizmu i industrializacji starał się jednak dotrzeć do jak największego grona odbiorców. Pomagała mu w tym cierpliwość. Zyskał uwagę decydentów, urbanistów, reformatorów społecznych. Miasta ogrody – zawsze w wersji zmodyfikowanej, a jednak do idei Howarda jakoś nawiązujące – zaczęły powstawać w europejskich krajach.

Gdy w 1912 r. Brytyjczyk odwiedził Kraków i wziął udział w Kongresie Esperanto, Polacy, choć jeszcze bez własnego państwa, uważnie śledzili zainicjowany przez niego ruch zataczający coraz szersze kręgi. Przyglądali się dwóm sztandarowym realizacjom idei miast ogrodów: Letchworth i Welwyn Garden City. Wśród słuchaczy Ebenezera Howarda, który zachwycał się położeniem Krakowa, jego „wielką ilością zieloności, Błoniami, plantacjami”, był Rudolf Świerczyński. To jemu 10 lat później fundatorzy Śródborowa powierzyli zadanie zaprojektowania wzorcowego osiedla.

*

Z inicjatywą założenia miasta ogrodu w bezpośrednim sąsiedztwie uzdrowiska Otwock wyszła rodzina Lindenfeldów. Widnieją oni w dokumentach jako właściciele działek, na których stają domy innych zleceniodawców. W 1922 r. powołano towarzystwo o takiej samej nazwie jak miejscowość – Śródborów. Na liście udziałowców (przytaczanej m.in. w Spacerowniku… Pawła Ajdackiego) osób noszących nazwisko Lindelfeld jest dziesięć: dr Berta, Henryk, Hanna Wirszwinkiel (z domu Lindenfeld); z Łodzi: Władysław, Henryk Władysław, Paulina, Adam, Gustaw; z Krakowa: Leopold. Wreszcie: przedstawiciele Lindenfeldów z Berlina. Czy oni również mieli zamieszkiwać wzorcowe miasto? Trudno dziś zweryfikować te informacje. Wiadomo, że lokalna społeczność właścicieli z początku stawiała inwestycji opór. Nie wiadomo, na ile miało znaczenie, że większość członków towarzystwa stanowili Żydzi. Opór zmiękczyło wciągnięcie miejscowych na listę udziałowców. Budowa toczyła się dynamicznie: w 1923 r. Śródborów miał już przystanek kolejowy, linię telefoniczną, a nawet własną elektrownię.

Wszystko miało być tu racjonalne. Począwszy od doboru właściwych, idealnie położonych gruntów po rozplanowanie listy funkcji (szkoły, plac zabaw, boiska, straż pożarna, hala targowa). Plan „parcelacyjno-regulacyjny” z 1923 r., koordynowany przez architekta Zdzisława Kalinowskiego, obejmował ochroną zastany drzewostan, określał szerokość dróg (10–14 m), przewidywał 15 mórg pod budowę placów i zieleńców (morga to 5600 m kw.). Podobnej regulacji sąsiedni Otwock nie doczekał się ani wtedy, ani potem.

Dziesięć parterowych domów rozszerzonych o poddasze stanęło na rozległych, autonomicznych działkach. Kolejne inwestycje – sprzedaż zakupionych gruntów pod prywatne wille – miały gwarantować rozwój demokratycznego osiedla. Ale na tym właściwie projekt jednorodności się kończy. Jak większość interpretacji koncepcji Howarda Śródborów opiera się na mocno zmodyfikowanej wersji garden-city.

Rozbudowę osiedla wstrzymano. Teren przejęły prywatne wille. W większości reprezentujące nurt „stylu międzynarodowego modernizmu”, ale zróżnicowane w detalach i wykończeniu – będące manifestacją gustów swoich właścicieli. Niewielu z nich da się dziś zidentyfikować. To w większości przedstawiciele zamożnego żydowskiego mieszczaństwa: Maria Arenstein, inż. Kanelbaum, inż. Zygmunt Lewin, Adam i Ewelina Szpilfogel, adwokat Julian Karwiński, lekarze Zofia i Aleksander Ajzesland, bracia S. i S. Ginzburg. Oraz rodzina Minkowskich, której potomek Marc będzie narratorem filmu o odkrywaniu kraju przodków zatytułowanego Saga i prywatną willę odwiedzi.

Ich domy miały charakter całoroczny, ale mieszkańcy i użytkownicy byli w większości zameldowani w Warszawie. Do Śródborowa przyjeżdżali odetchnąć od codzienności.

*

Dziś kolonią przy Cieszyńskiej zarządza Mazowiecki Urząd Marszałkowski. Z tymczasowego śródborowskiego osiedla „baraków” przesiedlono tu pielęgniarki zatrudnione w Europejskim Centrum Zdrowia. Znakomita większość ludzi, którzy się tu kręcą, to mieszkańcy. Inni nie mają powodu, żeby leśną kolonię odwiedzać, nie ma tu żadnych usług.

Grzegorz Rytel, doktor inżynier z Zakładu Architektury Współczesnej, Wnętrz i Form Przemysłowych Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, autor monografii Lucjana Korngolda, też nie ma ochoty zwiedzać willi swojego bohatera. Co więcej, wycieczki do Śródborowa uważa za pozbawione sensu, rozmawiamy więc przy kawie w Warszawie. Oryginalnej, eleganckiej formy projektowanych niemal 100 lat temu domów po prostu tam nie zobaczymy.

„Proszę pomyśleć choćby o jakości wykończeń. Jeśli spojrzeć na przedwojenne tynki podziurawionych przez wojnę warszawskich kamienic: mogą brać wodę, ale mają nieprawdopodobną trwałość. I cała reszta: klamki, okucia, kantrygle, baskwile. Te przedwojenne są niezastępowalne. Tak samo jak twarde parkiety – jesionowe, dębowe, łączone. Bez tych składowych zabytkowe wille są po prostu nieciekawe. A przecież je otynkowano nie raz, ale kilka razy”.

Dr Rytel dzieli się opinią jeszcze bardziej radykalną: polska recepcja międzynarodowych tendencji była powierzchowna. Architekci lansowali modne trendy i mogli liczyć na popyt: „Wystarczyło wstawić okrągłe okienko, łatwo było uwieść klientelę. Na Zachodzie było więcej koneserów, a ci, dla których projektował Le Corbusier, dokładnie wiedzieli, za co płacą”. Które konkretnie domy ma na myśli – dyplomatycznie zataja.

Mówi, że śródborowskie perełki niekoniecznie mają taką wartość, jaką wielbiciele polskiego modernizmu są im skłonni przypisywać.

Rytel zachwyca się za to jakością papieru, na jakim sporządzono plany Cieszyńskiej 5: to jedwab, niezwykle trwały. I kolorami, jakimi posłużyli się Korngold i Blum: „Proszę spojrzeć, jakie żywe”.

Na planie i archiwalnych fotografiach Rytel demonstruje pierwotny projekt Cieszyńskiej 5. Na wykroju widać dwukondygnacyjny salon, schody na antresolę, piękną loggię z luksferowymi przeszkleniami wychodzącą na ogród, płytki portyk. I jeszcze duże okna i wejścia, ponad wysokość piętra, których skali nie sposób oszacować. To jedna z Korngoldowskich „gier iluzorycznych”.

„Proporcje, w których Korngold był mistrzem, w toku historycznych przemian zostały bezpowrotnie zatracone” – mówi.

Wracam do Śródborowa. Z omawianego „korngolda” wychodzi zażywny 50-latek. Zainteresowanie wyraźnie go nie płoszy. Chce tylko potwierdzić, że jego dom został sfotografowany w celach naukowych.

Powolnym krokiem spaceruje w kierunku domu nr 8: to dzieło duetu Gelbard–Sigalin. Kiedyś każde mieszkanie willi miało dodatkowe wejście do ogrodu. Owalna klatka schodowa – pionowe przeszklenie, w hallu znajdował się kominek. Ciepłe dni spędzano na tarasie i werandach, po których dziś nie ma śladu. Posesję organizowały betonowe murki, schodki i wykrojona przez nie przestrzeń dla dzieci.

„Jak tu się mieszka? Sąsiedzi żyją w zgodzie, bo wcześniej też mieszkali ze sobą. Trochę daleko od wszystkiego. Za to spotykamy sarny, dziki, łosie”.

*

Z zamierzonego układu, który miał wprowadzić plan regulacyjny, niewiele zostało. A może nic? Domy stawiano na rozległych posesjach. Dostęp do nich jest dziś dziełem przypadku: jedne szczelnie ogrodzono, do innych prowadzi szereg dróg i ścieżynek.

Polana na planie nieregularnego trójkąta u zbiegu ulic Kubusia Puchatka, Cieszyńskiej i Władysława Syrokomli zachęca, by zwolnić. W koronach drzew buszują dzięcioły (słychać stukanie dziobów o pnie), sroki drepczą po piaszczystych ścieżkach. Miasto-leśny park czy już po prostu las?

W zasnuty dzień przedwiośnia od leśnego poszycia ciągnie wilgocią, pachnie igliwiem i korą. Trzeba wziąć za dobrą monetę informację o tutejszych gruntach: że są suche, nieprzepuszczalne, i stąd uzdrowiskowy charakter osad.

W środku dnia Śródborów jest wyludniony. Przechodnie to najczęściej ludzie z psami różnej maści. Przyjemną ciszę przerywa łoskot samochodu dostawczego: niewielki tir tłucze się po piaszczystej, wyboistej drodze w stronę asfaltowej Reymonta, wiezie butle gazowe.

Przy zbiegu Puchatka i Cieszyńskiej nr 1 wzrok przyciąga frontowe wejście z eleganckim, rozstrzelonym napisem na obmurowaniu żeliwnej furtki: willa Felicjanka. Jest i historyczna skrzynka na listy: obramowana ornamentem, który przywodzi na myśl zwoje wstążki. Felicjankę projektował Stanisław Russek, absolwent Państwowej Szkoły Budowlanej w Warszawie, w Otwocku zapalony aktor miejscowego teatru. Ta willa, częściowo obłożona korkiem, powstała dla Elżbiety i Matijasa Kobryngielów.

Kobieta w okularach i ciemnym płaszczu wchodzi do willi z boku, tam zaparkowała. Jest miła, ale stanowcza: na dłuższą rozmowę nie ma co liczyć.

Komunalne użytkowanie radykalnie zmieniło nie tylko układ domów, ale i strukturę działek. Wokół willi rozbudowano komórki, dostawiono kolejne garaże, poustawiano altany i huśtawki. Do wejść dobudowano prowizoryczne zadaszenia. Ale przede wszystkim: dzieląc luksusowe wille na mieszkania, zakłócono kluczową dla modernizmu jednolitość elewacji. Widać firanki, rolety, żaluzje, wzorzyste zasłony. Każde okno sobie. A przecież w stylu międzynarodowym to podstawowy element „ekspresji” bryły. Na parapetach kwiaty, kolorowe pluszaki.

„Tu podział na mieszkania kwaterunkowe dokonał większych szkód niż w świdermajerach, gdzie w wielu przypadkach upychało się gości na zasadzie »jeden pokój na jedną rodzinę«” – mówi Grzegorz Rytel.

Parterowy dom Syrkusa postawiony między 1928 i 1930 r. spotkał podobny los. Willa miała pudełkową bryłę i wolny plan. Była oszczędna i funkcjonalna, bo tak postrzegał rolę architektury wielki rzecznik Le Corbusiera w Polsce – Szymon Syrkus.

Długo się tam dociera – ul. Władysława Syrokomli aż do końca. Chwilami droga zdaje się ginąć w lesie, ale w prześwitach pojawiają się sylwetki domów – z bliska widać, że wiele z nich jest zrujnowanych. Kikuty balkonów, kruszejące tynki, linie elewacji zatracające dawne zdecydowanie. Okrągłe otwory okienne wyglądają już nie elegancko, ale zbytecznie.

Na domu przy Krasińskiego 10 powiewa polska flaga. Gmach kościoła i nowe osiedle zagarniają kiedyś hojną dla domostw przestrzeń miasta-leśnego parku.

*

Wiktor Lach, lokalny działacz, były dziennikarz, konserwator-konsultant, patriota otwocko-śródborowski, współzałożyciel fundacji Dobra Przestrzeń, przyznaje, że wśród mieszkańców historycznych willi brak wiedzy o charakterze domostw jest powszechny. Ale na wycieczkę „Szlakiem otwockiego modernizmu” stawiło się ok. 60 osób. I będą następne.

Kup numer