fot. Karolina Pękala/ archiwum REFA
z o. Stanisławem Jaromim rozmawia Ignacy Dudkiewicz kwiecień 2019

Opcja Franciszka

Papież Franciszek – mówiąc o ocaleniu ludzkości przed zniszczeniem – stwierdził, że musimy dzisiaj wejść razem do arki, która mogłaby popłynąć po wzburzonym morzu świata. Nie może być to arka dla wybranych – ona musi pomieścić nas wszystkich.

Artykuł z numeru

Samo dobro

Samo dobro

Ignacy Dudkiewicz: Jak żyć po chrześcijańsku w społeczeństwach niechrześcijańskich?

o. Stanisław Jaromi: Pyta mnie Pan o to jako kapłana i zakonnika, ale wolę przywołać to, co powiedzieliby wierni, wśród których pracuję. A większość z nich powiedziałaby, że po prostu trzeba żyć uczciwie, w zgodzie ze sobą nawzajem, nie zapominać o Bogu i o codziennej modlitwie, święcić niedzielę. Niektórzy dodaliby coś o porządnym przeżywaniu Wielkiego Postu czy codziennym świadectwie wierności Jezusowi.

 

Zwykłe, proste rzeczy.

Na ogół nie trzeba więcej. Św. Franciszek z Asyżu zwykł mówić: „Bracia, póki mamy czas, czyńmy dobrze!”. A papież Benedykt XVI w Caritas in veritate przypominał, że każdy chrześcijanin jest wezwany do miłości „zgodnie ze swoim powołaniem i swoimi możliwościami oddziaływania w pólis”. To ta miłość tworzy dobro wspólne i przyczynia się do budowania powszechnego miasta Bożego, do którego zmierzają dzieje rodziny ludzkiej. Te słowa swego poprzednika cytuje papież Franciszek w tegorocznym orędziu na Światowy Dzień Pokoju, gdy pisze o dobrej polityce w służbie pokojowi i o społecznym oraz politycznym zaangażowaniu chrześcijan.

 

Benedykt XVI podzielił się również swego czasu inną refleksją, którą zaczerpnął od kard. Meisnera: oto Kościół – łódź Piotrowa – nabiera obecnie już tak wiele wody, że prawie tonie. Rzeczywiście są powody, by bić na alarm?

Nawet jeśli, to używając owej metafory, warto za Ewangelią dodać, że w chwili zagrożenia z pomocą przychodzi Jezus. To On jest naszą nadzieją podczas różnych burz. Chrystus jest i pozostaje nieustannie naszym Panem, jest polem nadziei dla Kościoła, On przeprowadzi nas także przez trudności. Nie oznacza to, że nic od nas nie zależy – musimy otwierać się na działanie Ducha Świętego i powoli równać do standardów wyznaczanych przez Ewangelię.

 

To powinność niezależna od tego, czy wiatr i deszcz przychodzą z zewnątrz czy też z wnętrza naszej wspólnoty? Bo być może, jeśli nasza łódź nabiera dziś wody, to również w wyniku przewin i słabości samego Kościoła?

Tak, jesteśmy słabi i grzeszni, a jako Kościół katolicki popełniamy również ciężkie błędy i dopuszczamy się poważnych zaniedbań. Cieszy jednak to, że w coraz większym stopniu jesteśmy również na tyle dojrzali, aby się do tego przyznać, publicznie o tym powiedzieć, przeprosić i szukać właściwych rozwiązań. Rozmawiamy wszak po watykańskim szczycie z udziałem papieża, przewodniczących konferencji biskupów i przełożonych zgromadzeń zakonnych z całego świata na temat ochrony małoletnich przed pedofilią.

Widzimy dziś, jak świadomość kryzysu zmienia myślenie o Kościele, jak formuły klerykalne (w których wychowywano całe pokolenia, także mnie!) ustępują przed eklezjologią wspólnoty, według której każdy jest ważny, a najważniejszy – najsłabszy, nie zaś ten z najwyższym tytułem.

 

Niektórzy jednak – jak Rod Dreher, z którym rozmowę można przeczytać także w tym numerze – twierdzą, że chrześcijaństwo na Zachodzie znajduje się w sytuacji kryzysu nie tyle z powodu własnych przewin, ile przede wszystkim na skutek potopu w otaczającym nas świecie. Dreher pisze o „wygnaniu babilońskim”, „rzeczywistości opanowanej przez barbarzyńców”, „przegranej wojnie kulturowej”, „okupacji”. Do czego nas prowadzi taka metaforyka? Przecież to także nasz – chrześcijan – świat. Również my go takim stworzyliśmy.

Metafora wielkiego potopu stanowi punkt wyjścia refleksji Drehera. I choć zaczyna się ona od odwołania do konkretu – katastrofy w południowej Luizjanie w 2016 r. – szybko zamienia się w rozważania o chrześcijaństwie poprzez dostrzeżenie potopu w „duchu czasów”.

Nawiązanie do katastrofy w Luizjanie wydaje mi się tutaj zresztą znamienne…

 

Dlaczego?

Ponieważ rzeczywiście można spodziewać się wielkiej wody, ale w innym sensie niż ten zaproponowany przez Drehera. W czasie niedawnego szczytu klimatycznego, który odbył się w grudniu 2018 r. w Katowicach, usłyszeliśmy wiele głosów o zupełnie dosłownym potopie. Kilka najbliższych lat może być najważniejszymi w historii ludzkiej bytności na Ziemi, ponieważ nadchodzi ogromna katastrofa klimatyczna. Warto przy tym wyjaśnić, że zmiany klimatu nie są zjawiskiem linearnym. Średnio na całej Ziemi robi się cieplej, ale nie oznacza to, że cieplej jest wszędzie i zawsze. Jednym z efektów zmian jest jednak intensyfikacja ekstremalnych zjawisk pogodowych: obserwujemy fale upałów, ulewne opady – jak choćby właśnie te w Luizjanie w 2016 r. – ataki mrozu (jak w tym roku w Chicago)… Trzeba też odróżnić zmiany naturalne, które wpływają na to, jaka temperatura panuje na Ziemi, od tych, za które jesteśmy odpowiedzialni. Nikt nie neguje tych pierwszych, ale problemem są te drugie, których autorem jest człowiek, a które naruszają delikatną równowagę, jaka panuje na naszej planecie. Mamy dość naukowych dowodów na to, że działanie człowieka prowadzi do podwyższania się temperatury. Rośnie też świadomość, że kolaps klimatyczny nie będzie długotrwałym procesem. Gdy przekroczymy punkt krytyczny, nasz świat po prostu runie.

 

Po równo świat chrześcijan i niechrześcijan…

I faktycznie również my, chrześcijanie, taki świat stworzyliśmy. Także dlatego grupa osób duchownych i świeckich, akademików i aktywistów ekologicznych, razem – jako chrześcijanie, którzy działają dla „ekologicznego nawrócenia” współczesnej ekonomii, polityki i nauki – napisaliśmy do uczestników spotkania, obiecując swoje wsparcie duchowe i modlitwę. Prosiliśmy również, aby podczas negocjacji ONZ w Katowicach zatriumfowało dobro wspólne i zostały podjęte właściwe decyzje dotyczące przyszłości życia na Ziemi. Niestety, największy sprzeciw wobec wspólnego działania płynął ze strony USA i delegacji innych krajów, w których rządzą politycy uznawani za konserwatywnych. Przerażał egocentryczny argument, że najważniejsze jest „dobro i interes Ameryki”.

Może się zatem okazać, że rzeczywiście nadchodzą „mroczne czasy”, ale mrok ten ma zupełnie inny charakter, niż widzą to Dreher i jego zwolennicy…

 

Nadchodząca katastrofa klimatyczna to bardzo dobry przykład sprawy, w której proponowany przez Drehera swoisty eskapizm i budowanie – jak sugeruje – „arek”, dzięki którym ma przetrwać chrześcijaństwo, nie wystarczy, bo „arki” potoną w tej samej wodzie. Może więc bardziej chrześcijańską wizją jest przemienianie i uświęcanie rzeczywistości, zamiast dystansowania się od niej? Wręcz – trzymając się tej metafory – wskoczenie do wody, zamiast budowania elitarnych łodzi ratunkowych?

Ucieczki od świata i ze świata zawsze były obecne w duchowości chrześcijańskiej. Różne były zresztą ich motywy. Dreher proponuje „opcję Benedykta”, odwołując się do dziedzictwa świętego opata z Nursji, ale również św. Franciszek nie negował wartości życia pustelniczego dla braci, którzy – po misji czy pracy wśród trędowatych – tęsknili za ciszą i kontemplacją. Napisał nawet tekst, nazywany Regułą dla pustelni, w którym przypomniał, że celem takiego odosobnienia jest służba Bogu i odrodzenie duchowe. Do dziś istnieją franciszkańskie pustelnie, jak Carceri koło Asyżu na zboczu góry Subasio, w Greccio czy w Celle koło Cortony…

 

Kluczowe w tym kontekście wydaje się jednak to, co Ojciec powiedział mimochodem: „po misji i pracy”.

Również po okresie odpoczyn ku bracia wracali do pracy i misji. W tym sensie pustelnie są potrzebne, ale nie są celem samym w sobie – są rodzajem ośrodków dla duchowej i fizycznej regeneracji. Pamiętajmy w tym kontekście, że biblijna arka Noego nie służyła do ratowania ludzkiej elity, ale całego Bożego stworzenia. Ten motyw towarzyszył także styczniowej podróży papieża do Emiratów Arabskich. Logo pielgrzymki przedstawiało gołębia z gałązką oliwną, nawiązując do potopu, obecnego zresztą w różnych tradycjach religijnych. Franciszek – mówiąc o ocaleniu ludzkości przed zniszczeniem – stwierdził, że aby zachować pokój, musimy dzisiaj, w imię Boga, wejść razem, jako jedna rodzina, do arki, która mogłaby popłynąć po wzburzonym morzu świata: arki braterstwa. Nie może być to arka dla wybranych – ona musi pomieścić nas wszystkich.

 

Czyli potrzebujemy dziś nie zamknięcia i dystansu, lecz radykalnej bliskości i otwarcia się Kościoła – na marginalizowanych, uciskanych, inaczej myślących i wierzących, wręcz na całe stworzenie i całą ziemię? W większym stopniu „opcji Franciszka z Asyżu”, niż „opcji Benedykta z Nursji”?

Legenda mówi, że brat Franciszek z Asyżu miał powiedzieć do kardynała przybyłego do braci: „Nie chcę słyszeć na temat reguły św. Augustyna, św. Bernarda czy św. Benedykta, ale chcę słyszeć słowo Pana”. Muszę jednak podkreślić, że franciszkanizm nie jest obrazoburczym odrzuceniem tradycyjnego chrześcijaństwa, jego historii, teologii, kultury czy zwyczajów. Nie jest też łatwą religijnością dla pięknoduchów, hipisów, ekologów, animalistów, jakimś fast foodem z budki na rogu ulicy ani gotową receptą na wszelkie bolączki…

 

Czym więc jest?

Wyborem stylu życia, w którym Bóg jest na pierwszym miejscu i jest Ojcem nas i całego stworzenia. W którym inni są braćmi i siostrami. W którym przyroda i cały kosmos jest napełnioną Bożą obecnością świątynią, w jakiej nie jesteśmy władcami, ale pielgrzymami, pokornymi użytkownikami Bożego świata. Nie tworzymy kolejnej grupy doskonałych, ale wspólnotę, którą przemienia spotkanie z Bogiem, z bliźnim jako bratem i ze światem w jego niedoskonałości. Nie tworzymy też bezpiecznych, izolowanych od innych opactw, ale wspólnoty pielgrzymów idących przez świat z zaufaniem Bożej Opatrzności i głoszących życiem Boże orędzie. A podążając za Jezusem, spotykamy Jego krzyż, Jego ogołocenie i uniżenie, doświadczamy kenozy Boga i cierpienia świata.

 

Czy tworzenie elitarnych enklaw chrześcijaństwa może doprowadzić również do rozbicia samego Kościoła? Oddalenie się od świata można uznać za oddalenie się także od tego Kościoła, który jest blisko świata, ze światem i ludźmi – takimi, jacy są.

Ciekawe, że Dreher wśród swych argumentów przywołuje przypadek Kościoła czeskiego w czasach komunizmu. Prezentuje jednak w tej części teoretyczne rozważania, a nie zrealizowaną praktykę. Tak się składa, że pracowałem w Czechach pięć lat od 1991 r., czyli na początku epoki wolności. Spotkałem tam m.in. ludzi związanych z projektem bpa Davidka – radykalną próbą budowy „Kościoła na czasy ostateczne”. Felix Maria Davidek z Brna spędził 15 lat w komunistycznych więzieniach, wyświęcony w konspiracji w 1967 r. tworzył podziemny Kościół wobec tragicznej sytuacji oficjalnego Kościoła w Czechosłowacji. Szacuje się, że w ramach tajnej diecezji wyświęcono do 16 biskupów i prawie 300 kapłanów. W warunkach konspiracji zorganizowano regularną formację i kształcenie teologiczne. Były duszpasterskie sukcesy, ale też wiele cierpienia dla Chrystusa i Kościoła zarówno za czasów komunistycznych, jak i po roku 1989. Po aksamitnej rewolucji ci, którzy ofiarowali swe życie Bogu w tej enklawie kościelnej, nie tylko nie zyskali uznania, ale badano również ważność ich święceń, niektórym proponowano ich powtórzenie, a tajnie konsekrowanych przez Davidka biskupów nie uznawano (on sam umarł w roku 1988). Kościelnym kłopotem stali się żonaci biskupi i kapłani. Wcale nie widziano w tym „opcji na czasy ostateczne”, tylko problem kanoniczny grożący schizmą.

 

Co nam ta historia mówi dzisiaj? Tamte wybory chyba łatwiej usprawiedliwić niż wewnątrzkościelny elitaryzm w 2019 r.?

Kontekst rzeczywiście jest zupełnie różny. Tam: prześladowanie, aresztowania duchownych, siłowa likwidacja klasztorów, szkół i wielu instytucji kościelnych, chęć całkowitego podporządkowania sobie ludzi Kościoła przez komunistów oraz wielka izolacja od świata. A tu…? Wydaje się, że dominuje poczucie zagubienia wobec nowoczesności, utraty wpływów i swoiście rozumianej konserwatywnej tożsamości. W efekcie otrzymujemy propozycję elitarną, zamiast próby wyciągnięcia konkretnych wniosków z niepowodzeń oraz projektu pracy z wykorzystaniem wielu wszak dostępnych środków – włącznie z pomocą dla ubogich, dynamicznie rozwijających się Kościołów w Afryce czy Azji po to, by z ich pomocą próbować odzyskać nadzieję.

 

Mówił Ojciec o zmianach klimatycznych, trosce o ludzi najsłabszych i wykluczonych. Bardzo często ulegamy jednak w Kościele – zarówno polskim, jak i w krajach zachodnich – pokusie widzenia zła jedynie, czy głównie, w sprawach kulturowych i bioetycznych. Czy nie nazbyt często jako wspólnota abstrahujemy od takich przejawów niesprawiedliwości jak nierówności czy ubóstwo?

Czytając wywody Drehera, dowiadujemy się głównie o problemach społeczności konserwatystów chrześcijańskich w USA, czyli amerykańskich chrześcijan różnych denominacji, wspierających Partię Republikańską i z nostalgią wspominających stare dobre czasy…

 

Przerwę Ojcu. Czy to nie jest przejaw zachodniocentryzmu? Są wszak regiony świata, w których chrześcijaństwo się rozwija, jest żywe, bije świeżością. Tylko często to my nie jesteśmy zainteresowani np. tamtejszą teologią.

Zgoda. Znamy już teologię z perspektywy Nazaretu o. Victora Codiny, rozróżniamy teologię ludu od teologii wyzwolenia, rozumiemy coraz częściej, na czym polega opcja na rzecz ubogich czy transformacja ortodoksji, ale rzeczywiście jeszcze wiele pozostało nam do odkrycia i przemyślenia.

 

Wróćmy do amerykańskich konserwatystów.

Towarzyszą im tym silniejsze emocje, im bardziej tracą wpływy i notują kolejne porażki w życiu społecznym, naukowym i politycznym. Niestety, Dreherowi brakuje refleksji nad tym, skąd ta porażka się wzięła.

 

Ma Ojciec swoje intuicje?

Być może chodząc do swych kościołów, żyjąc w swoich tradycyjnych rodzinach i społecznościach, głosując na konserwatywnych polityków i walcząc z aborcją, zapomnieli o innych zadaniach chrześcijan? Dziś są zdziwieni, że wspierali politykę pozbawioną norm moralnych, eksploatującą bezlitośnie świat i słabszych dla zysku nielicznych, generującą konflikty i wojny dla zaspokojenia potrzeb przemysłu zbrojeniowego. Na dodatek swe porażki czy brak wrażliwości i moralności społecznej próbującą zakamuflować hasłami religijnymi. Warto zatem zapytać, gdzie byli, gdy na początku wieku ujawniono liczne przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci w USA i dlaczego nie podejmują żadnej refleksji na ten temat. Już pierwszego dnia watykańskiego spotkania wystąpił Amerykanin, molestowany w młodości przez duchownego, który mówił o manipulacjach, jakim zostali przez kapłana poddani on oraz jego rodzina.

Zadano mi kiedyś pytanie, jak to się dzieje, że wśród wielkich skandalistów i pedofili w sutannach jest wiele osób bardzo konserwatywnych moralnie i doktrynalnie? Jak ks. Marcial Degollado, założyciel Legionistów Chrystusa, austriacki kard. Hans Hermann Groër, o. Marie-Dominique Philippe OP, założyciel wspólnot sióstr i braci św. Jana, wpływowy ks. Fernando Karadima z Chile czy u nas ks. Henryk Jankowski. Odpowiedź na takie pytania jest trudna i kłopotliwa, ale warto się nad nimi zastanawiać. Niestety, zdecydowana większość odejść z Kościoła, o których wiem, jest skutkiem tych przestępstw wywołujących niedowierzanie i zgorszenie.

 

Papież Franciszek chce innego Kościoła – takiego, który próbuje sobie radzić ze swoimi grzechami i przestępstwami swoich przedstawicieli, a także staje po stronie wyzyskiwanych, piętnuje nierówności i nadmierną eksploatację globu. Takiego, który jest gotowy do współuczestniczenia w cierpieniach świata i ludzi.

Na początku swojego pontyfikatu papież podzielił się swoją największą tęsknotą: „Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!”. Wypowiedział te słowa, tłumacząc, dlaczego to św. Franciszek z Asyżu – a nie np. św. Franciszek Ksawery – zainspirował go do wyboru imienia. Wolno mi chyba powiedzieć, że franciszkanin ma ową tęsknotę wpisaną niejako w swój „duchowy genotyp” i całe życie zmaga się z wyzwaniem, jak ją wyrazić w swoim fenotypie. Czasem odnosi sukces…

Zatem i papież, i każdy franciszkanin czy jezuita, a nawet każdy ambitny katolik musi się z tym zmierzyć, żyjąc w świecie, który hołduje zupełnie innym zasadom, który raczej chce być greed and speed (chciwy i szybki). Jednak także ten świat ma swoje tęsknoty i potrzebuje przykładu, dowodu na to, że można inaczej. Czyż nie byłoby wspaniale, gdyby ów dobry przykład promieniował z Kościoła katolickiego? Pięć lat temu w jednym z tekstów podzieliłem się wrażeniem, któremu nie mogłem się oprzeć, że zadanie to więcej niż karkołomne, że próba wprowadzenia św. Franciszka z Asyżu w mury Watykanu może być skazana na klęskę…

 

Dlaczego?

Symbolicznie Franciszek i kuria watykańska reprezentują zupełnie inne opcje duchowe i religijne. Warto przypomnieć kilka scen filmowych przedstawiających brata Franciszka i jego braci z Asyżu, którzy w 1209 r. pojawili się w Rzymie, prosząc o zatwierdzenie swej nowej, rewolucyjnej, ewangelicznej reguły życia. Wszystkie te obrazy eksponują olbrzymi kontrast między skrajnie ubogimi braćmi a bogactwem dworu papieskiego. Czymś niezwykłym było, że potężny Innocenty III, ostro walczący z ruchami reformacyjnymi, zechciał spotkać się z nimi i zatwierdzić ich prośbę. Miał w tym pomóc słynny sen papieża, przedstawiony plastycznie przez Giotta w bazylice św. Franciszka w Asyżu – sen o małym człowieku, który podeprze swym silnym duchowo ramieniem walącą się fasadę Kościoła.

Stajemy dziś przed podobnymi pytaniami. Jak wesprzeć Kościół w jego obecnych trudnościach? Jak przełamać napięcia w Kurii Rzymskiej i zatrzymać kościelne skandale? Jak odnowić wiarę Starego Świata? Czy jest możliwe połączenie charyzmatu św. Franciszka – który chciał być bratem dla biednego i bogatego, dla dzikiego wilka i życiodajnego słońca, dla Saracenów i niewiernych – z mocno ogłaszaną potrzebą troski o tożsamość katolicką? Jak zarazić rzesze katolików „duchem Asyżu”? Jak nauczyć współczesny świat, który chciwość nazywa przedsiębiorczością, a agresję skutecznością, opcji preferującej inne wybory i troskę o najsłabszych? Niezwykle trudne zadania postawił przed sobą Franciszek z Buenos Aires…

 

Gdy jego imiennik z Asyżu usłyszał Boże wezwanie do „odbudowy Kościoła”, odbudował wpierw konkretną świątynię…

Droga duchowa to droga nawrócenia, odważnego rezygnowania ze spraw i rzeczy drugorzędnych dla tych kluczowych. Gdy w 2004 r. przyjechałem do Asyżu, na bazylice św. Franciszka widniał baner pokazujący trzy aspekty dojrzewania jego powołania: spotkanie z Bogiem jako Ojcem, z bliźnim jako bratem i z przyrodą jako siostrą i bratem. Te aspekty dojrzewały w nim przez lata. Na pielgrzymkach franciszkańskich pokazywane są nawet miejsca, gdzie młody Francesco wybierał Boga jako jedynego Ojca (tak kończąc konflikt ze swym tatą), gdzie spotkał trędowatego i zobaczył w nim cierpiącego brata i gdzie dojrzewał do wspólnego uwielbienia Stwórcy z całym stworzeniem.

Jeszcze raz podkreślę, że spotkania te nie odbywały się poza Kościołem. Również z nim Franciszek się bez wątpienia spotkał – uczęszczał do szkoły przykatedralnej, w konflikcie z ojcem odwołał się do autorytetu biskupa, z pierwszymi braćmi wędrował na Lateran do papieża po akceptację nowej reguły życia religijnego. Ważną rolę w rozeznawaniu jego drogi odegrała modlitwa w kaplicy San Damiano, w której miał słynne objawienie i otrzymał nakaz odbudowy Kościoła.

 

Może więc samo przetrwanie chrześcijaństwa – niezależnie od jego formy, zasięgu, sposobu przeżywania – nie powinno być naszym głównym celem jako wspólnoty chrześcijan? 

By odpowiedzieć, przypomnę pouczającą historię o spotkaniu brata Franciszka z sułtanem

Al-Kamilem pod Damiettą 800 lat temu. Kontekst tej rozmowy jest następujący: trwa kolejna próba budowy „Królestwa Bożego” na ziemi – V wyprawa krzyżowa zwołana w roku 1213, której działania wojenne przebiegały w latach 1217–1221. Pod koniec maja 1218 r. krzyżowcy przybyli pod miasto Damietta, które było silną twierdzą i drugim pod względem ważności portem Egiptu, i rozbili obóz na zachodnim brzegu Nilu. Długie oblężenie zakończyło się zdobyciem miasta 5 listopada 1219 r. W tym czasie brat Franciszek pielgrzymuje do Ziemi Świętej i pojawia się pod Damiettą. Mamy zatem krucjatę w imię chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu oraz Franciszka, będącego świadkiem jednego z nieudanych szturmów, po którym – wraz z bratem Illuminatem – idzie do sułtana. To, że do tego spotkania doszło, potwierdzają kroniki muzułmańskie, krzyżowców oraz jeden z listów bp. Jakuba de Vitry. Piszą o nim także franciszkańskie źródła, św. Bonawentura i Fioretti, czyli Kwiatki św. Franciszka. Ma ono bogatą ikonografię i jakkolwiek przebiegało w szczegółach, doprowadziło do przełomu w kontaktach wyznawców obu religii. Brat Franciszek – choć nie osiągnął palmy męczeńskiej ani nikogo nie nawrócił – zyskał szacunek muzułmanów oraz prawo do obecności braci w Ziemi Świętej. Można też powiedzieć, że przyczynił się do ewolucji idei krucjaty, którą zaczęto rozumieć jako wyprawę pokojową, misyjną – nie z mieczem, ale z krzyżem w ręce. Brat Franciszek udał się na Bliski Wschód nie przeciwko muzułmanom, ale z orędziem Bożego pokoju. Również jego bracia szli w różne strony świata ze słowami błogosławieństwa: „Pan niech cię obdarzy swoim pokojem”. Podobno Franciszek, pozdrawiając sułtana słowami: „Pokój, As salam alejkum”, i mówiąc o Chrystusie, sprowokował dyskusję teologiczną między nim i nauczycielami prawa muzułmańskiego. Wszystko to stworzyło też możliwość życia braci św. Franciszka w Ziemi Świętej – „Braci od Sznura” (ol ehla rohbar abu hable), jak do dzisiaj nazywają ich Arabowie.

 

Co z tej opowieści dla nas wynika?

Prosty wniosek, o jakim wspominałem już w kontekście przekonań wiernych, z którymi się spotykam. Mamy zrobić swoje – dać świadectwo wierności Chrystusowi, a On na naszej służbie zbuduje to, co trzeba.

 

Co dziś jest zatem najważniejsze dla przetrwania chrześcijaństwa w świecie?

Kilka miesięcy temu wydałem książkę, w której stawiam tezę, że żyjemy w czasach wielkiego renesansu myśli franciszkańskiej. To ona pomaga dziś Kościołowi odpowiedzieć na najtrudniejsze wyzwania współczesności. Udowadniam, że Kościół – próbując znaleźć receptę na trudne wyzwania XXI w. – ukazuje orędzie Ewangelii w perspektywie franciszkańskiej. Potwierdza to również wspomniana już pielgrzymka papieża do świata islamu, podczas której powrócił temat braterstwa ludzkiej rodziny, w myśl którego Bóg jest Stwórcą wszystkiego i wszystkich.

Potrzebujemy więc Kościoła, w którym żyjemy jak bracia i siostry, zamieszkując we wspólnym domu stworzenia danym nam przez Boga. Uznajemy, że każdy jest równie cenny w oczach Boga, bo – jak mówi Franciszek – nie patrzy On na rodzinę ludzką spojrzeniem preferencji, które wyklucza, ale spojrzeniem życzliwości, które integruje. Dlatego uznanie tych samych praw przysługujących każdej ludzkiej istocie jest uwielbianiem imienia Boga na ziemi.

Braterstwo uniwersalne to znak rozpoznawczy duchowości franciszkańskiej. Wielu zaskakuje, jak niezwykle jest różnorodna, że nie mamy problemu z wielością charyzmatów i koncepcji na życie franciszkańskie, z nadmiarem wspólnot czy zakonów, z tym, że nie wiemy, ile już jest zgromadzeń franciszkańskich męskich i żeńskich, że nawet w pierwszym zakonie mamy trzech ministrów generalnych i każdy z nich jest następcą naszego świętego założyciela. Bo różnorodność nie jest franciszkańskim kłopotem, ale zaletą. Podobna jest do łąki kwietnej czy naturalnej puszczy, a nie do rolniczej czy leśnej monokultury. „Bóg mój i wszystko moje” – głosi motto Franciszkowe, a my chcemy wszędzie widzieć znaki Bożej Miłości, jego sakramentalnej obecności. W tym znaczeniu nie ma sacrumprofanum, cała rzeczywistość jest przez Boga stworzona i pobłogosławiona.

Dokąd i od czego mielibyśmy zatem uciekać?

_

o. Stanisław Jaromi OFM Conv. – Dr filozofii, absolwent teologii i ochrony środowiska, od 30 lat zaangażowany w chrześcijańską aktywność ekologiczną, wieloletni delegat franciszkanów ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu – REFA i szef portalu www.swietostworzenia.pl. Inicjator kampanii REFA „Czyńcie sobie Ziemię kochaną”. Ostatnio angażuje się w rozwój „Szkoły liderów ekologii integralnej”. Wydał książkę: Idea franciszkańska. Wielkie problemy współczesności i nasze małe odpowiedzi (2018).

Kup numer