fot. Maciej Stanik / Reporter
Andrzej Muszyński październik 2019

Noc pod Wielkim Psem

Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Nie da się tego zrobić w trybie fast. Mniej więcej wtedy umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyk.

Artykuł z numeru

Czego szukamy w Kosmosie?

Czego szukamy w Kosmosie?

U stóp wzniesienia żył samotnie zapomniany starzec. Nawet gwiazdy, wiele tysięcy gwiazd znał do znudzenia, na pamięć.

Andrzej Płatonow, Dżan

 

Oczywiście nie wiem, od czego zacząć, ale cóż się dziwić, gdy coś, co mam opisywać, wydaje się nie mieć początku ani końca. Nie wiem, od czego zacząć, ale szybko przypomina mi się tamta noc. Ktoś podjechał na nasze podwórko w Zubrzycy Górnej i powiedział, że pójdziemy na Babią Górę na wschód słońca. Byłem tam na wakacjach. Pamiętam, że oznajmiono mi to w ten sam spokojny, ale stanowczy sposób, jak gdyby należało się zbierać do szkoły. Auto odjechało, ale powietrze nie było już takie samo. Tych parę słów składających się w zarys planu, jakby ścięło je, a ścisła informacja w samej rzeczywistości, która w drugiej połowie sierpnia przelewała się leniwie przez ulicę, wprowadziła nowy ład. Nie pamiętam drogi na przełęcz Krowiarki, więc nie będę zmyślał. Ale widzę już dobrze, jak stoimy tam wszyscy – kilka osób – na parkingu. Jest granatowo, choć zapadła już noc i płaty kamieni w żlebach świecą słabym, jakby fałszywym blaskiem. „Młody, potrzymaj te świeczki” – powiedział Heniu. Chwyciłem w dłonie dwa zimne przedmioty, na których nie mogłem zamknąć dłoni, choć nie znałem nikogo równego wiekiem z dłuższymi palcami. Świeczki były dziwnie ciężkie. Dopiero po chwili, gdy reszta krzątała się i przepakowywała, pomyślałem: ale po co im to? Przecież mamy latarki. Ktoś skierował jedną z nich na mnie. Trzymałem w ręku dwie butelki i jako dziecko nie do końca pojmowałem, po co im na całonocną wędrówkę po górach półtora litra wódki. Ruszyliśmy. Na Babią z Krowiarek idzie się cały czas – ze trzy godziny – długą, kilkukrotnie załamaną granią tak, że gdy wydawało się, że już za chwilę będziemy na szczycie, okazywało się, że grań ciągnie się bezmyślnie w głąb mroku. Nasza ekipa rozproszyła się. Masyw Babiej przypominał potężny lemiesz. Idąc trochę z tyłu, widziałem na przedzie wyżej ostre sylwetki jak zadziory w tym pługu Babiej doszczętnie prujące tkaninkę nieba. I sypało się z niego, sypało na bogato. Naturalnie była to noc Perseidów. Spałem potem na Babiej wielokrotnie, ale już nigdy nie widziałem czegoś takiego. Łaska spada wyłącznie na nieplanujących. Niebo przypominało raczej roztwór. Meteory przecinały je cicho i bezustannie, zostawiając za sobą pióropusze jak gorące kamienie w czarnej wodzie.

Towarzystwo popijało. Nic nie wiedziało. Nie da się po pijaku patrzeć w niebo, tak jak nie da się pisać.

Dotarliśmy na wierzchołek około północy. Dorośli powiedzieli, żebyśmy zdrzemnęli się do wschodu. Ale ja tamtego lata nie potrzebowałem spać. Jeszcze wtedy nie zajmowała mnie kwestia nieskończoności. Po prostu wypatrywałem UFO. Każdy podejrzany błysk, każdy męt na niebie mógł być przecież drgnięciem żywego nerwu. Ze sporą pogardą oceniałem w sobie tych, którzy wyśmiewali hipotezę życia pozaziemskiego. Myśl o tym, że gdzieś tam na podobnej planecie istnieje miasto, osiedle, zwyczajny przystanek, dwóch kumpli żegnających się na nim mroźną zasnutą smogiem jesienią, wydawała mi się przez ten chory dystans uwłaczająca idei życia.

Światło, jeszcze nim wzeszło słońce, zaczęło przeciekać zza błękitniejącego mroku. Podniosłem się i przeszedłem na drugą stronę kamiennego murku, który zbudowały na szczycie pokolenia wędrowców. Z drugiej strony siedziało moje towarzystwo. Heniu spotkał na szczycie swoich koleżków, którzy z wielką przyjemnością dołączyli do kręgu. Wszyscy kucali wokół pomarańczowej plamy światła jak przy dogasającym żarze. Zaczęliśmy schodzić. Promienie natychmiast nagrzały powietrze uwięzione pod pachami pod niby oddychającą warstwą jaskrawej gumy z Tuszyna. Szybko rozpiąłem się i wydawało mi się, że wypuszczam spod kurtki resztki tej niepowtarzalnej nocy, które próbowały się u mnie skryć przed pościgiem słońca. Zsunąłem to z siebie i poczułem się ciężko, jakbym to ja pił całą noc. Szedłem sam, przodem. Daleko przede mną ścieżkę przekroczył mokry ryś. Nie daję jednak gwarancji, że nie była to pierwsza w życiu halucynacja.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Niewiele z tego rozumiałem, ale wiedziałem, że muszę do tego wracać. Czułem, że nie bez powodu rozmodleni ludzie zadzierają głowy, bo tam, u góry, fikcja w przedziwny sposób miesza się z rzeczywistością, ale za żadne skarby nie potrafiłem tego nazwać. No to może spróbujmy teraz.

*

Jeszcze chwilę, bo minione zdarzenia jak zwykle wymuszają pierwszeństwo. Kilkanaście lat później, w 2008 r., szedłem samotnie dwa tygodnie przez pustynię Atakama od oazy San Pedro do Pacyfiku. Przebywałem na połaci Ziemi, z której najwyraźniej widać Kosmos. Jest tam sucho i bardzo wysoko. Tam buduje się największe i najnowocześniejsze teleskopy, na które w programach popularnonaukowych mówi się czasem „oczy Ziemi”. Była to ostatnia rzecz, o jakiej myślałem w przededniu wyjścia w tę pustosz. Zajmowałem się raczej wszystkimi drobiazgowymi czynnościami, które mogły pomóc jakoś przetrwać. Atakama jest żółto-biała. Żółć to żwir, biel to solniska. Jest tego tyle, że nie ma już wiele miejsca dla błękitu nieba, który w ciągu dnia tleje, żółcieje, jakby trwale skażony obojętnym środowiskiem pustyni absolutnej. Pamięć, ufundowana w tajemniczy sposób na regułach matematyki, potrzebuje choć parę punktów odniesienia, wokół których może budować opowieści, a więc pochodną czasu. Tymczasem to wszystko, co widziałem, zlewa się. Sypkie było, a zlewa się. Pamiętam w zasadzie tylko noce. Te migrujące z wiatrem żółcienie za dnia i biały męt na wieczornym niebie. To zaczęło się już pierwszej nocy. Spałem wtedy na środku Wielkiego Salaru. To solnisko, czyli coś w rodzaju gigantycznej ciągnącej się na dziesiątki kilometrów skorupy soli. Odpowiednio przygotowany człowiek dosyć szybko przywyka do rzeczywistości, która komuś wydaje się ekstremalna. A przecież to była dla naszych przodków codzienność. Z tamtej perspektywy wszystko jest cudownie proste i przewidywalne do momentu, gdy nie masz kłopotu ze znalezieniem miejsca na nocleg, bo nie zdawałeś sobie sprawy, że duża część salaru jeży się ostrymi jak szkło kryształami. Być może dlatego, przez to napięcie w sobie, gdy wreszcie znalazłem spłacheć w miarę równej ziemi, spojrzałem w niebo z taką wdzięcznością. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że na półkuli południowej widać o wiele więcej gwiazd niż na północnej. Tam centralną część Drogi Mlecznej, za którą pracuje monstrualna czarna dziura, widać w zenicie. Planeta Ziemia leży na peryferiach Galaktyki w jednym z jej spiralnych ramion. Nie wiedziałem też, że to, co widzimy gołym okiem na nocnym niebie, należy wyłącznie do Drogi Mlecznej. W zasadzie jedyny obiekt spoza niej, który można dojrzeć bez lunety, to najbliższa galaktyka – Andromedy, jednak potrafią ją wypatrzyć tylko ludzie z boskim wzrokiem. Gdyby nasze narządy wzroku były silniejsze, widzielibyśmy ją w faktycznych rozmiarach, ponieważ w rzeczywistości zajmuje na naszym niebie powierzchnię równą średnicy sześciu księżyców. Proszę sobie tylko wyobrazić, jakby to wyglądało. Pamiętam więc tylko tę skrzącą materię podbitą matową czernią, której było mniej. Zdaję sobie sprawę, że pewnie to obiektywnie niemożliwe, ale euforia tak kazała to zapamiętać. Nie miałem większego pojęcia, jak nazywają się obiekty, które widzę. Nie rozpoznawałem żadnej konstelacji. Była to ostatnia rzecz, na którą patrzyłem nieskrępowany rygorami semantyki. Po prostu leżałem na środku pustyni i badałem świat jak dziecko, które go dopiero poznaje.

Wtedy wydało mi się dziwne, że poświęcamy większość czasu temu, co na ziemi, gdy niebo zajmuje dokładnie mniej więcej tyle samo widoku. Ale przecież to zmieniło się niedawno! Niebo było nam jak woda, jak opał, jak ogień. Noc znaczyło widzieć i wiedzieć. Nigdy nie spotkałem się w opowieściach o ewolucji naszego gatunku z analizą roli, jaką odgrywała wiedza astronomiczna. Zmiany klimatu, ogień, mięso, uprawa roli. A niebo?

Przecież bez jego widoku nocą wędrówka homo sapiens z Afryki byłaby komedią przypadków i być może w tej chwili nadal tkwilibyśmy gdzieś na pograniczu dzisiejszego Sudanu i Egiptu.

Po prostu kręcilibyśmy się w kółko, co wie każdy doświadczony wędrownik – nie zapomnę dnia, gdy obudziłem się zimą w Murowańcu w Tatrach po paru dniach mgły, która przeistaczała się już powoli w ciało stałe, i całe towarzystwo wyszło w góry, w kierunku Czarnego Stawu. Wszyscy stali z aparatami w dłoniach i fotografowali na jego śnieżnej tafli tworzące esy-floresy ślady uczestników kursów wysokogórskich pod opieką asów gór. Astrolabium, ten magiczny przyrząd, było podstawowym wyposażeniem arabskich karawan na Saharze czy na wielkich pustyniach Arabii jeszcze na początku XX w.

*

Od pierwszego pobytu na pustyni starałem się patrzeć w górę, kiedy tylko miałem czas, niebo było nieprzysłonięte, a księżyc w nowiu. To koincydencja równie rzadka jak zaćmienie Słońca. Najczęściej wczesną zimą wychodziłem z namiotem na Babią Górę. Jak już wspomniałem, rozpościera się stamtąd nocą potężny widok. Wierzchołek wznosi się na tyle wysoko ponad wsie utopione w kotlinie Orawy, że nic nie zakłóca sesji. To jest, proszę państwa, bardzo proste: chodzi o pewną ulgę. Po prostu rozbijasz namiot, o osiemnastej zasypiasz, bo jest ciemno i zimno, a potem budzisz się o północy jak w średniowieczu mnisi na modlitwę, wychylasz na zewnątrz głowę, układając ją pod odpowiednim kątem na karimacie, nie opuszczając kokonu śpiwora i mówisz w duchu: Jezu Chryste, nareszcie. Wszyscy, w szczególności ci, którzy zbyt dużo mówią, śpią. A przynajmniej ich nie słychać. W gruncie rzeczy ich obecność jest tak samo fikcyjna jak gwiazd. Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Tutaj nie da się tego zrobić w trybie fast. Jest jeszcze jeden warunek: nie analizować, nie interpretować. Mniej więcej po godzinie umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyki. Patrząc horyzontalnie, nie można tego doznać. Ta reakcja zachodzi spokojnie i długo, lecz na jakiś czas, nim nie skołuje nas codzienność, zmienia strukturę świadomości, otwierając ją na nieopisywalny a dominujący fragment rzeczywistości. Człowiek czuje się, jakby żył tam, na dole, w płytkim, ale ponurym kłamstwie, które wszystko to, co zbyt trudne do przyswojenia, błyskawicznie przypisuje do kategorii fikcji.

Ale nawet tu, na dole, w świetle monitora, można się przed tym bronić, można grać w tę kapitalną grę. W skrócie: istnieje dziedzina sztuki, w Polsce szerzej nieznana, która na Zachodzie doczekała się już swoich definicji, książek, środowisk, a nawet kultowych twórców, a zajmuje się misją wizualizacji Kosmosu, również jego sfer niedostępnych ani dla oka, ani dla teleskopów, np. egzoplanet, w tym „drugich Ziem” albo jak kto woli: Ziem 2.0. Space art wywodzi się z gatunku fantasy. Za ojców tej sztuki uważa się Chesleya Bonestella, Luciena Rudaux i Ludka Peška. Chesley Bonestell urodził się w 1888 r., 15 lat przed lotem braci Wright. Tworzył malarskie wizualizacje podboju Kosmosu, które poprzedziły wielką epokę kosmicznych odkryć. Na tym to polegało: cucić wyobraźnię, by wyzwolić działanie. Sztuka przez wieki była bliska nauce, bo pozwalała ludziom oswoić niedostępne. Bonestell 9 maja 1944 r. w magazynie „Life” ilustruje artykuł pt. Solar System: It is Modeled in Miniature by Saturn, Its Rings, and Nine Moons. Jeden z obrazów wizualizujący Saturna widzianego z powierzchni Tytana stał się z miejsca kultowy i powielany w nieskończoność. Następnie Ameryka, a potem cały świat zwariowali na punkcie podboju Kosmosu. Ilustratorzy Kosmosu byli gwiazdami. Dziś space art dzięki rozwojowi technik obserwacyjnych i odkryciom egzoplanet, które pewnie jeszcze w tym wieku ujrzymy przez teleskopy, przeżywa renesans. Ron Miller jako ilustrator NASA i „National Geographic” jest uważany za guru, ale są też inni: Michael Carroll, Don Dixon, William K. Hartmann, Andreas Nottebohm. Space art to dziś sztuka kolażu. Większość obrazów to prace grafików komputerowych.

W sieci można natknąć się na dzieła anonimowych twórców, od których cierpnie skóra. To prawdziwy artystyczny underground, świat jeszcze nieskorumpowany regułami rynku wydawniczego i tępą konkurencją. Sztuka wraca tu do źródeł.

Nie jest wyrażaniem opinii, przekazywaniem idei, rekonstrukcją, lecz czystym pragnieniem ekspresji, odciśnięcia na wizualizacji czegoś odległego i przytłaczającego sygnatury jedynej istoty w Kosmosie. Jednocześnie wchodzi w symbiozę z nauką do tego stopnia, że klasyki uznanych twórców powstają pod okiem ekspertów – fotografów NASA, geologów, astronomów, astrofizyków, hydrologów. Autorzy manifestu członków International Association of Astronomical Artists wymieniają aktualną wiedzę naukową wręcz jako kryterium współczesnej space art. Wszak chodzi o to, by oswoić ludzkość, że istnieją inne światy.

To nic innego jak kontynuacja starożytnej sztuki w wersji modern, a czasem pop. Najlepiej zacząć od obrazów przedstawiających obcą planetę z lotu ptaka, z wysoka. Żeby się nie przestraszyć, nie spłoszyć własnego skonfigurowanego ziemsko umysłu. Może być to wspomniana wizualizacja planety Kepler 22b. Wydrukowałem ją w dużym formacie i wisi w moim pokoju na ścianie. Na Kepler 22b świta. Jest zielono jak w akwarium ze starą wodą. Być może tak wygląda tam jesień. Chmury są pierzaste i kremowe. Ciecz w jeziorach czarna. Dzień po dniu, rok po roku, przez geologiczną wieczność, obmywa kamień nietknięty blaskiem żadnego spojrzenia. Turnie wyniosłe, ale zachęcają do wędrówki. Jest czysto jak na pustyni. Niemal czuć, jak rozum włącza inny tryb, który jednak jest rzadko uruchamianym modułem tego samego mechanizmu: zaczyna wierzyć, że wizja artysty może być prawdą. Że niedostrzegalne jest. Jeszcze chwilę broni się, bo to przecież zmysłowy kontakt z fakturą przeraźliwie obcej ziemi, po której hula fioletowy wiatr. Jeszcze chwilę zajmie mu, by porzucić nieufność i bez skrępowania wyruszyć na wędrówkę, z dystansu której tropi przyczynę niedawnej przypadłości: jak to jest, że widziałem najwierniejszą z możliwych wizualizacji przestrzeni, dysponowałem empirycznymi danymi potwierdzającymi jej kształt, a wątpiłem? Dlaczego wciąż potrzebuję dotknąć, by uwierzyć? A przynajmniej zobaczyć w realu.

*

No więc zobaczmy. Kiedy pierwszy raz ujrzałem przez teleskop Marsa, prawie przewróciłem się na ziemię. Dostałem to urządzenie w prezencie i posługiwałem się nim nieporadnie. Nie potrafiłem dobrze zgrać szukacza z lunetą i długo nie mogłem namierzyć Czerwonej Planety. To był jeden z tych letnich wieczorów na Podskalu, kiedy pejzaż zgęszcza się, w zasadzie staje. Bywają tu dni płaskie, szybkie, gdy wszystkie elementy tej naturalnej scenografii – księżyc, droga, ptaki, sosnowy zagajnik podszyty nasyconym łąkową zielenią runem zupełnie niewłaściwym iglakom – składają się pod ciemnością jak rysunki na wachlarzu. Ale w tamten wieczór, gdy nawet na głównych stronach portali głosili czerwoną noc i flirt Marsa z Ziemią, wszystko wydawało się nabrzmiałe, złaknione cielesności, nieskore do ustąpienia mrokowi. Po raz ostatni byliśmy tak blisko siebie 15 lat wcześniej. Czerwień rzeczywiście skądś sączyła się i było trochę tak, jakby Fellini kręcił wspólnie film z Hitchcockiem: dzieci biegały w alejkach pomarańczowego światła z okien, dorośli siedzieli okrakiem w niekoszonej trawie, butelka gruzińskiego Saperavi czekała na stole. Ja w tej dziwnej pozycji, w jakiej zastaje się często obserwatorów nieba, mocowałem się z wizjerem. Po raz pierwszy w życiu, po trzydziestce, widziałem na żywo Marsa. Przypadkiem użyłem takiego okularu, w którym wypełnił mi cały kadr. Czerwona wyraźna kula jak dojrzała nektaryna. Dostrzegłem na niej w znakomitej ostrości wyraźne plamy. Poczułem się, jakbym zajrzał komuś do sypialni, takie to było nagłe i intymne. Patrzałem, jak byczy obiekt sunie przez przestrzeń, którą dzielimy. Wydawał się w tym zbliżeniu samoświadomy i pewny swego.

W końcu stało się. Zapragnąłem nauczyć się poruszać po mapie nocy i wiedzieć, co i jak się nazywa. Wydawałoby się to oczywiste – piszę, a jednak chodziło o coś innego. Chciałem upewnić się, czy umiejętność nawigacji jest tu konieczna do opisu. Pojechałem na festiwal astronomiczny Izerskie Długie Ekspozycje w Sudetach.W Izerach jest jak w Kanadzie. Borówki sięgają pasa. Torfowiska parują na błękitno. Na paprociach ciągną się pajęcze metropolie. Woda jest czerwona, a niebo nocą jak Bóg przykazał. Znajduje się tam park ciemnego nieba, jeden z dwóch w Polsce, ten drugi jest w Bieszczadach. Zostały utworzone, by chronić ostatnie tereny przed agresją sztucznego światła. Póki co nie stanowią żadnej prawnej formy ochrony. Wśród facetów wyposażonych w sprzęt wart dziesiątki tysięcy złotych wyglądałem jak grzybiarz. W gruncie rzeczy – z tymi tubami, aparatami, w bojówkach – przypominali myśliwych. Zajmują się jednak szlachetnym hobby – polują z aparatem na najdalsze, a więc najstarsze obiekty, jak to się fachowo mówi, głębokiego nieba. Wszystko zaczyna się wieczorem. Zabawa trwa do czwartej, do piątej rano i nie ma mowy o alkoholu. Zresztą prowadzący oznajmili to na początku: na tej imprezie staramy się zajmować tym, po co tu przyjechaliśmy.

Drugiego wieczoru niebo odsłoniło się, choć po ciepłym deszczu mgły snuły się jak pijane. Panowie wynieśli z magazynu największy teleskop, jakiego dotykałem. Ktoś oznajmił, że widać przez niego gromadę kulistą. Przystawiłem oko do okularu. I znów – aż mnie odrzuciło, ponieważ miałem wrażenie, że nadziałem się na jakąś gwiezdną pajęczynę. Po raz pierwszy widziałem obcą galaktykę. Wyglądała jak wata, a umysł znów wpadł w popłoch, bo otarł się o coś materialnego i nieznajomego jak dłonią w głębi starej szafy.

Starałem się zapamiętać udzielone lekcje. Owszem, dobrze jest znać tę mapę, ponieważ to pozwala namierzyć poszukiwany obiekt. Dzięki temu wiem już, jak zlokalizować gromadę kulistą M13, mgławice Serce i Dusza, Andromedę albo Saturna. Wiedziałem jednak, że nie wejdę w astrofotografię. Interesuje mnie wyłącznie patrzenie. Jeśli rejestrować, to językiem. Uważam, że opis nieba powinien być zadaniem na warsztatach literackich. Nie ma dla autora większej próby. Warunkiem obserwacji, o której opowiadam, jest ponadto, jak w pisaniu, samotność.

Można się w tłumie modlić, ale nie patrzeć w niebo. Obecność innych rozprasza widok tak samo jak sztuczne światło.

W pojedynkę otrzymuję szansę na chwile krótkie jak błysk meteoru i po stokroć rzadsze, które może nie wstrząsają człowiekiem jak bohaterem w opowiadaniu Ultima Thule Nabokova, ale odsłaniają fragment tej samej nadrzeczywistości. Zapewne przydarza się to w życiu, najczęściej w najbardziej nieoczekiwanych chwilach, prawie każdemu, ale tym sposobem można to czasem do siebie zaprosić.

*

Chcę na koniec wskazać jeszcze na pewne doznanie, które pojawia się po długim czasie niezakłóconej obserwacji. Zaadoptowana świadomość w końcu przestaje bronić się przed pozorem absurdu i asymiluje ruch, jaki wykonuje razem z Ziemią. Pierwszy raz „zobaczyłem” to w Pirenejach. Górska rzeźba w lodowatym kosmicznym blasku nocą uwydatnia trójwymiarowość i widząc ją, łatwiej uznać, że bryła, jaką jest Ziemia, ociera się o Kosmos.

W którymś momencie po prostu czuć tę kulistość, ten cud uwieszenia. Gdy obserwacja trwa wystarczająco długo, pojawiają się nudności, jakbyś nagle odkrył, że znajdujesz się na gargantuicznej karuzeli krążącej wokół Słońca, a jest to znak, że warto było czekać.

Gdy badałem miejsce, w którym stoi dziś mój dom, rzuciłem okiem na mapę zanieczyszczenia sztucznym światłem w Internecie i ucieszyłem się, że jest to jedna z ostatnich czarnych plam na południowej Jurze. Dlatego często wieczorami siadam, jak teraz, na balkonie. Mój wzrok ślizga się przez Plejady, Kasjopeę i zsuwa się jak po czarnym szkle ku krągłej ziemi. Blask księżyca spływa z Powroźnikowej Skały na miedzę i przez chwilę znów czuję, jakbym widział świat w negliżu. Jakbym kogoś podglądał.

A być może jest coś na rzeczy? W niebo można patrzeć przecież też w ciągu dnia. Bieda, jeśli jest bezchmurne, bo wtedy nie ma już nawet punktu zaczepienia, które oferuje noc. Czyste szaleństwo. Ale nasze oczy, ciała się przed tym nie bronią – dzień w dzień przyjmujemy do siebie cząstki światła, dla których czas nie istnieje. I być może jest to rodzaj szczepionki, by nie zwariować i zająć się codziennością. A Ziemia przyobleka się na ten czas w błękitną koszulkę, byśmy w wiecznej nocy nie umarli z zachwytu albo z przerażenia. Nie na każdej planecie, z których wiele zwróconych jest do gwiazdy jedną stroną, jest tak miło.

Kup numer