Il.: Arkadiusz Hapka, fot. Bartosz Siedlik/Forum
Andrzej Muszyński czerwiec 2022

Pilna potrzeba masy

Nie wiem ostatecznie, na ile religia jest ważna w moim życiu, wiem natomiast, że pytania, które stawia, obchodzą mnie bardziej niż cokolwiek innego. Zawsze widziałem w religiach wielką i jednocześnie zmarnowaną witalność.

Artykuł z numeru

Moje duchowe miejsce

Czytaj także

Andrzej Muszyński

Noc pod Wielkim Psem

Od paru lat czuję, że potrzeba mi krzepy i zdrowia. W ostatnim czasie teksty i myśli autorytetów duchowych, które dźwigały mnie z największych opresji, niestety przestały działać. Nie doceniałem ciała, które przez całe życie – wysportowane i energiczne – było mi cichym sprzymierzeńcem. Zrozumiałem to dopiero, kiedy pierwsze elementy zaczęły szwankować. Myśl czy modlitwa rodzą się również z czynności fizjologicznych. Często nie wystarczą, by wstać z łóżka, uporać się z wyzwaniami codzienności i móc odnaleźć w sobie przestrzeń do czegoś więcej.

Dlatego od dawna nie pragnę niczego tak bardzo jak powietrza. Słońca na twarzy.

Robię wszystko, by komputer i biurko nie pozbawiły mnie witalności, jaką daje mi ruch. Z pięć lat temu wróciłem na wieś i do przyrody, wybudowałem swój dom i zacząłem uprawiać ziemię. To pozwala mi ciągle marzyć. Bez teraźniejszych marzeń, które w swojej istocie nie różnią się niczym od tych z dzieciństwa, usycham. Siew, troska o sad czy winnicę pozwalają mi na codzienne plany, podobnie jak częste wyprawy po okolicy. Jura daje mi tę możliwość. To rodzaj labiryntu, który chroni i przeobraża rzeczy. Wabi ciągłą nowością i tajemnicą. Nie pozwala umrzeć wyobraźni. Żyję od marzenia do marzenia. Od paru lat mam takie: kiedy spadnie w końcu naprawdę dużo śniegu, to zrobimy wyprawę. Założymy na nogi narty przełajowe, wsadzimy małą na sanki i pójdziemy na cały dzień, przez dolinę Racławki, a potem wąwozem Stradlina po miód do pasieki we wsi Żary. Tam pszczelarz robi dobry i czysty miód. W tym roku znów się nie udało. Czekałem na lepsze warunki i śnieg znikł. Ale to nic. Jest na co czekać.

Pewne rzeczy domagają się powtórzeń. W ubiegłym roku w pierwsze ciepłe dni wsiadłem na rower, żeby zrealizować inne marzenie: dojechać od siebie spod domu, w okolicach Racławic pod Olkuszem, nad zalew Sosina. Dzielą mnie od Sosiny wielkie lasy, których strukturę czytałem wielokrotnie na mapach. To był ten dzień, który się zapamiętuje. 30 km przez las. Przepiękny. Najpierw iglasty z czarnozielonymi świerkami. Potem wjeżdża się w tak imponującą buczynę, że parę razy zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia drzewom. W miarę po równym, lekkie zjazdy i podjazdy, pęd, ziemia, żwir, i nagle ta niebieskość. Jak nad morzem. Zapach sosen. Jakby w dzieciństwie, kiedy człowiek pierwszy raz widzi morze. Ten sam zachwyt, telefon do Ani, bo radość. Sosina jest odnowiona, są nowe pomosty i plaże. Zamówiłem piwo i kiełbasę z grilla, bo nic innego jeszcze nie mieli, i byłem szczęśliwy. Słońce grzało twarz, a we mnie zrodziła się nowa myśl, która, jak dziesiątki podobnych, trzyma mnie przy życiu: jak mała podrośnie, to pojedziemy tam razem. Nad takie pierwsze morze. Będzie fajnie.

No więc ruch. Powietrze. Nie muszę się do tego zmuszać wychowany na wsi i boisku piłkarskim. To raczej ciągłe zmaganie z rzeczywistością, która niekoniecznie podziela moje poglądy na życie, i próbuje wciągnąć w maszynkę do produkcji rzeczy i pieniędzy. Dlatego ostatnio staram się jak najczęściej wyjeżdżać dalej. Codzienna krzątanina wokół domu i ziemi chroni przed duchami przeszłości – człowiek zamiast wspomnieniami żyje raczej teraźniejszością – jednak nie pozwala patrzeć na świat wyłącznie z pozycji obserwatora. Kiedy ląduję w obcym kraju, jak ostatnio w Maroku, czuję, jakby schodziła ze mnie stara skóra. Jak z węża. Równy, inny oddech. Mogę wreszcie robić to, co kocham najbardziej: patrzeć na życie i notować. Chodzić bez sprecyzowanego celu. Potrzebuję skrajnych doświadczeń. Porządnie się zakorzenić, ale co jakiś czas ruszyć w daleką podróż. Planować kolejną, czytać literaturę i przewodniki, studiować Google Earth, planować wędrówkę przez pustynię Daszt-e Lut w Iranie. Posmakować różnych spraw. Spróbować zrobić wino, ser, nawet jeśli nie miałbym się tym zająć na stałe. Nie dać się zepchnąć w cudze wyobrażenia.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Tyle że taktyka małych sensów nie zawsze pomaga w perspektywie spraw ostatecznych, a ostatnio wiele wydarzeń na świecie tę perspektywę przybliża. W moim życiu była w zasadzie stale podskórnie obecna. Nie wiem ostatecznie, na ile religia jest dla mnie ważna, wiem natomiast, że pytania, które stawia, obchodzą mnie bardziej niż cokolwiek innego. Zawsze widziałem w religiach wielką i jednocześnie zmarnowaną witalność. Teksty ważnych myślicieli duchowych z różnych kręgów kulturowych stały zawsze przy moim łóżku. Autorzy ryzykowali odpowiedzi na pytania, bo nic za to ryzyko nie płacili. Ale to przynajmniej pozwalało mi nieraz uporządkować sprawy, które wymknęły się spod kontroli, kiedy literatura współczesna, w swojej krytycznej postawie wobec rzeczywistości, zwyczajnie zawodziła. Doceniałem, że ktoś – jak ojcowie pustyni – poświęcił całe życie, żeby obserwować człowieka odartego z masek przez pustynię, jego instynkty i postawy moralne. Kilkaset lat takiej konsekwentnej obserwacji – przy mojej ograniczonej czasem możliwości oceny tych zjawisk – to jest coś, wobec czego nie potrafię przejść obojętnie. W obliczu ostatnich wydarzeń i do nich straciłem jednak serce, pewnie na jakiś czas. Robię za to wszystko, żeby móc pisać. Zwyczajnie lubię to robić bardziej niż cokolwiek innego. Relaksuje mnie to i odpręża. Jestem wtedy sobą.

Od dawna nie próbuję jednak w żaden sposób prowokować chwil, kiedy świat wydaje mi się piękny i sensowny. To niewiele daje. To przychodzi albo nie. Długo zastanawiałem się, czy do powtórzenia jest taka oto historia. Kiedy miałem z 11 lat, pod koniec sierpnia wracałem ze swoją babcią z Hali Gąsienicowej przez Małą Królową Kopę. Pamiętam, że nie umiałem stamtąd odejść. Nie mogłem przestać patrzeć na ten widok. Jeśli doświadczyłem kiedykolwiek prawdziwego piękna, to właśnie wtedy, i to z taką mocą już nigdy się nie powtórzyło. Przestałem próbować. Być może był to raj.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer