Co innego na Instagramie. Gdy w 2014 r. dałam się namówić, żeby założyć tam konto, regularnie zaczęłam prowadzić pamiętnik w obrazkach. Tłumaczyłam sobie, że publikuję jedynie migawki z momentów, o których chciałabym pamiętać. Moje konto co prawda zawsze było prywatne, lecz wśród obserwatorów szybko znalazły się osoby, które znałam zaledwie z widzenia. Wrzucałam zdjęcia z odwiedzanych miejsc i z ważnych życiowych momentów. Po co? Chyba nigdy tak naprawdę nie zadałam sobie tego pytania. Aż w końcu niecałe dwa lata temu przyszedł taki czas, gdy poczułam się tym bardzo zmęczona. Odkryłam, że mam dość przeglądania, gdzie bywają moi znajomi. Że już nie traktuję tego w kategoriach inspirującego kontentu. Że wolę się z nimi po prostu spotkać i usłyszeć, co u nich, jak się mają, co przeżywają. Dotarło do mnie, że pozornie niewinny „pamiętnik w obrazkach” to forma nieustannej autoprezentacji, dzielenia się swoją prywatnością z osobami (a jednocześnie z wielkimi firmami technologicznymi), którym wcale nie chcę pokazywać fragmentów mojego życia. I że przecież mogę sobie pozwolić na niebycie w sieci. Od tamtej pory prawie nie publikuję na portalach społecznościowych, natomiast intensywniej zaczęłam wywoływać zdjęcia, a wklejanie ich do albumu, by potem pokazać je naprawdę bliskim osobom, daje mi dużą frajdę.
Przez wieki prywatność niemalże nie istniała. Jej zalążków możemy dopatrywać się w epoce oświecenia, gdzie istotną rolę zaczynają odgrywać zamykane pokoje, osobiste zapiski, intymne korespondencje.
Powszechnym prawem stała się jednak dopiero w XX w., by we współczesnych czasach szybko przemienić się w towar. Korzystając na co dzień z internetu, zostawiamy przecież mnóstwo cyfrowych śladów: nie tylko w social mediach, ale też historii wyszukiwania, udostępnianiu lokalizacji, w apkach monitorujących nasze zdrowie. To dla firm technologicznych staje się kopalnią danych, z której czerpią ogromne zyski. Algorytmy potrafią na tej podstawie przewidzieć nasze preferencje zakupowe, poglądy polityczne, a nawet stan emocjonalny. I oczywiście można na to wzruszyć ramionami, mówiąc: „No i co z tego”. O tym, dlaczego takie myślenie jest szkodliwe pisze dla nas Krzysztof Kornas.
Prywatność nie dotyczy jednak tylko świata online. Równie ważna jest w codziennych relacjach z bliskimi. To w tej przestrzeni kształtują się nasze granice: oddzielamy to, co chcemy powiedzieć lub pokazać innym, od tego, co zostawiamy tylko dla siebie. Tutaj buduje się zaufanie oraz kształtują więzi. Zbigniew Mikołejko mówił kiedyś w jednym z wywiadów dla „Gazety Wyborczej”: „Prywatność to jeden z największych wynalazków cywilizacji. Mamy prawo do swoich tajemnic. Do swoich klęsk i bólów, nie tylko sukcesów. Mamy prawo do swej bylejakości. Mamy prawo coś zawalić, mamy prawo do niezgody obywatelskiej. Mamy prawo czytać »niemoralne« książki”. W prywatności kluczowa jest też sprawczość. To właśnie my, osoby posiadające prawo wyboru, decydujemy, co robimy ze swoim czasem w czterech ścianach i czym dzielimy się ze światem. Początek roku to dobry moment, by zastanowić się nad tym, co stanowi naszą prywatną strefę: czy istnieją takie przestrzenie i relacje, gdzie możemy być naprawdę sobą? Gdy je odkryjemy, warto o nie zadbać ze szczególną troską. W świecie nieustannego odsłaniania okażą się zapewne niezwykle cenne. Zupełnie tak jak mój album ze zdjęciami.

