Przy zadłużeniu mieszkania dobrze płacić przynajmniej 50 zł miesięcznie. Inaczej rusza eksmisja. Beata Domaszewicz, jedna z pierwszych w Radomiu osób zajmujących się pedagogiką ulicy, mija wejście, z którego zostały tylko odrzwia. Korytarz na parterze jest nieoświetlony, ale przez okna klatki schodowej przechodzi światła w sam raz, żeby wyminąć drobne śmieci, a nawet kałużę, pozostawioną najpewniej przez psa ujadającego zza drzwi jednego z mieszkań.
– Wpłata co najmniej takiej sumy pokazuje, że dłużnikowi zależy na mieszkaniu i na spłacie należności – wyjaśnia Beata. – Nie udaje, że „zapomniał”. Nie ukrywa, że ma problemy. Stara się i wtedy nikt go stąd nie wyrzuci.
Stoi na tle lamperii o nieustalonym kolorze, która wygląda jak gazetka ścienna bloku. Mniej więcej wiadomo, co kto komu robi albo by zrobił. Obsceniczne rysunki i intymne zwierzenia. Żarty i groźby. W niedalekim sąsiedztwie czarne litery na białej kartce zapowiadają, kiedy rozpocznie się remont klatki schodowej, więc administracja prosi o usunięcie rzeczy. Termin minął co prawda parę dni temu, jednak w ciemnych korytarzach wciąż zalega cisza.
Wracając do pięciu dych: jeżeli dłużnik nie znajdzie nawet tak skromnej sumy, musi opuścić mieszkanie socjalne. Czyli: wejście bez drzwi, zarośnięte obejście i klatkę schodową z osiedlową pornografią, dwie łazienki na jednym korytarzu, z jakich korzystają wszyscy mieszkańcy piętra, tzn. ci nieliczni, którzy jeszcze w bloku pozostali. Trzeba zostawić nieocieplone ściany i wypaczone okna, z powodu czego zimą ucieka z mieszkań ciepło, dlatego mieszkańcy dogrzewają się farelkami. Idące błyskawicznie w górę rachunki za prąd każdy stara się jednak opłacać w miarę regularnie, bo boi się odcięcia od sieci. Administracja bloku socjalnego musi zatem na swoją należność poczekać, aż ludzie zaoszczędzą trochę grosza poza sezonem grzewczym.
Beata próbuje w ciemnościach wypatrzyć numer poszukiwanego mieszkania, w którym po raz pierwszy pojawiła się dwie dekady temu. Ponieważ na pukanie nikt nie odpowiada, co jej nie dziwi, bo ludzie z bloku socjalnego nie lubią niespodziewanych gości (a nuż ktoś z administracji?), kontynuuje wątek zadłużenia. Nie kończy się ono z momentem opuszczenia przez dłużnika mieszkania socjalnego ani nawet z chwilą jego śmierci. Niezapłacone należności przechodzą z rodziców na dzieci. W teczce „Sprawy ludzi”, którą pedagożka trzyma u siebie w domu niedaleko Szydłowca, są liczne tego przykłady. Jako osoba zaufania publicznego pojawiała się w sądzie, by wyjaśnić, że dziecko mieszkało z rodzicami, lecz nie decydowało o tym, że pieniądze zamiast na rachunki szły na życie. Tak, czasami też na alkohol. Bo to są w sumie porządni ludzie, ale lubią się napić. No i mają słabą wolę. Jeżeli więc dziecko, mimo takich warunków, skończyło szkołę, poszło do pracy, dlaczego je obciążać obowiązkiem zapłacenia np. kilku tysięcy złotych długu po rodzicach?

