Godziny w trzęsącym się samochodzie, którego koła wbijają się w żwir i kurz. Klify nad moją głową układają się jeden nad drugim, jak grzbiety śpiących gigantów. Gdzieś poniżej płynie rzeka Pandż: czarna i szybka, wezbrana przez topniejący śnieg. Na drugim brzegu: Afganistan. W słabym świetle można dostrzec ruchy mężczyzn w turbanach, z karabinami przewieszonymi przez ramię.
– Kraj talibów – mruknął kierowca i znów zamilkł.
Pozwoliłam, by jego słowa zawisły w grzechoczącym samochodzie i w bólu mojego kręgosłupa, gdy pokonywaliśmy kolejne zakręty autostrady pamirskiej.
Tej nocy spaliśmy w domu, który wisiał nad samą wodą. Ryk rzeki wypełniał ściany, będąc i kołysanką, i ostrzeżeniem. Leżałam bezsennie, myśląc o tym, jak absurdalnie krucha może być granica: linia kamieni i wody, która decyduje o tym, kto należy do danego świata, kto jest ścigany, a kto może swobodnie oddychać. Po naszej stronie: punkty kontrolne, mundury, nowe kamery migające na czerwono na ulicach Chorogu. Po drugiej: kolejna wojna i strach. Jednak szum rzeki zagłuszał każdy język władzy.
Kilka tygodni później droga znów mnie poniosła: tym razem gładka, płaska, taka, jaka zachęca do zapomnienia o odległościach i nie wbija się w kręgosłup. Podlasie jesienią. Polski las był blisko, jego pnie były proste i mokre, a między nimi wisiała niska mgła. Tutaj również jest granica: tuż za nią leży Białoruś. W ciszy, podczas nocnej interwencji, spotkałam tam mężczyznę z Pamiru z czujnymi oczami i ramionami zgarbionymi przed chłodem. Spędził w lesie tygodnie, unikał świateł i, jak wszyscy uchodźcy na tym szlaku, miał tylko to, co zmieściło się w kieszeniach.
Słuchałam go i nie mogłam pogodzić w głowie tych dwóch obrazów: ryku rzeki Pandż z cichą wilgocią polskich brzóz. To samo wygnanie, ten sam strach, ale oddzielone kontynentami. Trudno było mi to pojąć – że ta sama droga, która wyrwała mnie ze snu w regionie GBAO (Górskobadachszańskiego Okręgu Autonomicznego), teraz rozciągała się, niewidoczna, w gąszczu Europy. Że Pamir i Podlasie należały, w jakiś okrutny sposób, do tej samej historii.
Kim są Pamirczycy?
Pamir jest często nazywany „dachem świata”: jego szczyty sięgają ponad 7 tys. m n.p.m., są w nim doliny poprzecinane rzekami i wioski przylegające do tarasów. Tutaj, na tym wysokim płaskowyżu we wschodnim Tadżykistanie, mieszka ok. ćwierć miliona ludzi, którzy nazywają siebie Pamirczykami. Mówią językami, których nazwy niewiele mówią: szughni, roszani, wachani, jazgulami. Są muzułmanami tradycji ismailickiej, ich przywódcą jest Aga Khan, a przez wieki ich doliny były skrzyżowaniem szlaków karawan z Persji, Chin i Afganistanu.
Pamirczycy są mniejszością pod każdym względem: etnicznym, językowym i religijnym. Ci rdzenni mieszkańcy Górskiego Badachszanu posługują się językami niezrozumiałymi dla Tadżyków, a większość z nich wyznaje ismailicką gałąź szyickiego islamu, podczas gdy w kraju przeważają sunnici.