Koyaanisqatsi otwiera się serią obrazów sytuujących nas w porządku pozaludzkim, a nawet przedludzkim: bezkresnej pustyni, oceanu, nieba, chmur, wielopiętrowych skał, przestrzeni „geologicznie czystej”, która nie poddaje się jeszcze logice nowoczesnej instrumentalizacji. Następnie płynnie przechodzimy do porządku ekstrakcji, przemysłu, fabryk i autostrad, by ostatecznie wejść w domenę konsumpcyjnej metropolii. Film wieńczy definicja charakterystycznie brzmiącego, tajemniczego tytułu pochodzącego z języka plemienia Hopi i oznaczającego „życie w stanie braku równowagi”, a powracający motyw rakiety nadaje całości wymiar katastroficzny. Kluczową, strukturalną wręcz funkcję pełni od pierwszych ujęć muzyka Philipa Glassa, bez której trudno sobie dziś wyobrazić światowy sukces Koyaanisqatsi.
Debiut Godfreya Reggia można sytuować na przecięciu kina dokumentalnego, poematu symfonicznego i eseju wizualnego. Koyaanisqatsi z pewnością odnosi się do bogatej tradycji „symfonii miejskich”, przy czym zarazem ją radykalnie przepisuje.
O ile klasyczne symfonie miasta z lat 20. XX w. autorstwa Waltera Ruttmanna, Dzigi Wiertowa czy Alberta Cavalcantiego fascynowały się energią metropolii i ruchem nowoczesności, o tyle u Reggia ten zachwyt zamienia się w niepokój. Miasto nie jest tu już obietnicą, lecz układem nerwowym cywilizacji, która pędzi szybciej niż kiedykolwiek.
Film nie posiada protagonistów, dialogów ani tradycyjnie rozumianej akcji. Nie oznacza to jednak formalnej dowolności. Przeciwnie, jego dramaturgia jest wyjątkowo precyzyjna i opiera się nie na rozwoju zdarzeń, ale na organizacji rytmu, powtórzeń, kontrastu i skali. Time-lapse i slow motion nie są tutaj efektownym ornamentem, tylko metodą myślenia obrazem. W przyspieszeniu tłum płynie jak rzeka, samochody przypominają krwiobieg maszyny, ludzkie gesty tracą indywidualny ciężar. W zwolnieniu pojedyncze twarze i ciała na chwilę go odzyskują, jednak trochę jakby za późno, bo zostały już porwane przez większy, bezosobowy nurt.
I może właśnie tu kryje się największa siła filmu Reggia. Reżyser nie proponuje nam łatwego ekologizmu ani nostalgicznego marzenia o „powrocie do natury”, odzyskaniu „utraconego raju”. Koyaanisqatsi rozsadza model antropocentryczny: człowiek przestaje być oczywistym centrum kadru i staje się jednym z elementów większego układu zespoleń, systemów, maszyn, materii i energii.
Czytaj także
Czy filozofia da lek na raka?
Seans dzieła Reggia, będącego pierwszym ogniwem całej trylogii Qatsi, do której należą także Powaqqatsi (1988) i Naqoyqatsi (2002), instynktownie prowadzi mnie w stronę duchowego powinowactwa z włoskim pisarzem, filozofem i filmowcem Pierem Paolem Pasolinim.
Z jego perspektywy pojęcie „mutacji antropologicznej” nie oznacza po prostu zmiany obyczajów czy wejścia człowieka w epokę nowych technologii, tylko głębszą, strukturalną transformację, w której władza konsumpcyjna i media zaczynają modelować pragnienia i samą wyobraźnię społeczną, przepisywać ludzi „od środka”.


