Często jesteście z Wilhelmem w drodze.
Pierwszą podróżą, która miała znaczny wpływ na nasze życie, była wyprawa do Ameryki George’a W. Busha. Po trzech miesiącach rezydencji artystycznej przejechaliśmy autem z Teksasu do Kalifornii, z małym, wtedy 5-letnim Kacprem, a stamtąd do Nowego Jorku. To było doświadczenie prawdziwie beztroskiego podróżowania. Samochód stawał się czymś w rodzaju kapsuły, a świat za oknem jakby filmem. Człowiek zaczyna wtedy czuć się przyjemnie obcy. I nie musi za bardzo przejmować się rzeczywistością poza kapsułą. Takie podróżowanie niesie ze sobą poczucie bezpieczeństwa, uwalniając zarazem od konieczności zaangażowania. A to może być dobre, gdy jest się w drodze.
Takich podróży przez Stany odbyliśmy zresztą jeszcze kilka, a potem postanowiliśmy tam zamieszkać. Zrobiliśmy to. Wysiedliśmy z tej kapsuły, ale okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe.
Życie w Ameryce nie wygląda jak na amerykańskich filmach. Chyba że z gatunku horroru społeczno-politycznego.
Ostatecznie zdecydowaliście się wrócić.
Nasz ostatni pobyt w Stanach, w Los Angeles, gdzie kupiliśmy dom, uzmysłowił nam, że musimy to swoje życie inaczej zorganizować. I że taki rodzaj emigracji jest dla nas niemożliwy. Chcieliśmy się w jakimś sensie odciąć od tego, co tutaj. Od polityki, od wojennych nastrojów. Okazało się jednak, że w wieku 50 lat nie możesz udawać, iż jesteś znikąd. Tęskniliśmy. Szczególnie ja, ale też nasza nastoletnia córka. Nam się wydawało, że właśnie dla niej to będzie wspaniałe doświadczenie innego świata. Tęskniliśmy – lecz nie wiem, czy konkretnie za Polską.
Używam liczby mnogiej, bo podróżowanie było i jest dla nas wspólnym doświadczeniem. Zawsze podróżujemy razem. Jesteśmy ze sobą 34 lata. Rok po tym, jak się poznaliśmy, wyjechaliśmy z rodzinnego miasta – a może nawet lepiej byłoby powiedzieć: uciekliśmy do Krakowa. W jakimś symbolicznym wymiarze to wtedy rozpoczęła się nasza wspólna podróż. Wyruszyliśmy z domu i zaczęliśmy odkrywać rzeczywistość na nowo. Postrzegam to zarówno jako ważne osobiste doświadczenie, jak też generacyjne: prawie wszyscy nasi znajomi wyjechali i już nie wrócili. To rodzaj podróży-ucieczki opisany przez Didiera Eribona i Édouarda Louisa. Wyjazd z rodzinnego miasta jako bilet w jedną stronę. Dlatego ich książki stały się w Polsce bardzo ważne.
Wspomniałaś o stawaniu się kimś „przyjemnie obcym”. Jak to rozumiesz?
To dosyć uprzywilejowana pozycja, jestem tego świadoma. W podróży to przede wszystkim poczucie braku zobowiązań wobec otaczającej cię rzeczywistości. Jest to możliwe, kiedy nie trzeba się angażować, a świat miga ci za oknami, albo kiedy swoją wiedzę o nowym miejscu czerpiesz z krótkich rozmów z ludźmi. Jesteś wtedy osobą, która lubi swoją obcość. I którą ludzie traktują życzliwie.

