Aga Zano fot. Rafał Klimkiewicz/Edytor.net
Wojciech Bonowicz sierpień 2025

Moi mistrzowie: Aga Zano

Pomyliłby się bardzo ten, kto na podstawie tytułu książki Agi Zano – „czwarte wymieranie” (Wrocław 2025) – wyobraziłby sobie, że jest ona poświęcona sprawom szeroko dziś dyskutowanym: przyspieszającym zmianom klimatu i ich dramatycznym konsekwencjom.

Artykuł z numeru

Glukozowe pułapki

Glukozowe pułapki

Owszem, trudno opędzić się od takich skojarzeń, bo choć czwarte masowe wymieranie Ziemia ma już wiele milionów lat za sobą, to samo słowo „wymieranie” często powraca we wspomnianych dyskusjach. Debiutancki tom wierszy cenionej tłumaczki jest trochę o tym – ale tylko trochę.

Książka jest wielotematyczna, motyw zmiany i związanych z nią napięć został tu potraktowany bardzo szeroko. To zarówno zmiana w wymiarze osobistym (przykładem intrygujący wiersz do św. Dominika: „niech pęknie łupina skóry / mlaśnie zachrzęści i wyjdzie / golem gołębica Gomora / krzew gorejący ja”), jak i zmiany historyczne – jak choćby masowe przesiedlenia ludności po II wojnie światowej (cykl Pomerania). To zmiana stosunku do natury, próba utożsamienia się z innymi istnieniami, lecz też pytanie o człowieka jako nosiciela zmian, budującego świat wokół siebie z elementów przetworzonych i martwych. To wreszcie refleksja nad ludzką pamięcią i ludzkim postrzeganiem; mam wrażenie, że zwłaszcza pamięć jest tu uważnie badana, prześwietlana i kwestionowana.

Niemniej wybrałem wiersz, który nawiązuje wprost do tytułu całego tomu. Mamy tu skrócony opis tego, co się zdarzyło: pod koniec okresu kredy w Ziemię uderzyła potężna asteroida, „większa od Mount Everest, lecąca z prędkością 20 razy większą niż pocisk”, w rezultacie czego wyginęły nie tylko dinozaury, ale też „niemal wszystko, co żyło” (cytuję książkę Petera Brannena Końce świata).

Wiersz opowiada o tych wydarzeniach ze specyficznej perspektywy ryb żyjących w głębi wód, dokąd docierają jedynie nikłe echa dalekiej katastrofy.

Od razu dodajmy, że jest to wizja poetycka, metaforyczna, wspomniana zagłada bowiem nie tylko objęła zwierzęta lądowe czy żyjące tuż pod powierzchnią wody, ale sięgnęła również dna oceanów.

Co ma nam powiedzieć ta metafora? Charakterystyczny jest już pierwszy wers utworu, który eksponuje słowa: „nie zauważyły”. Rzeczywistość rozpada się tu jakby na dwie połowy: jedną dosięga zniszczenie, druga pozostaje bezpieczna. Zamieszkujące ją stworzenia niczego nie dostrzegają i niczym nie muszą się przejmować. Wszelkie odgłosy, które mogłyby naruszyć tę idyllę – „pisk skrzek jazgot / mokre trzaski kości syk limfy łomot ciał” – nie przebijają się „przez zwały czarnej wody”. Ryby głębinowe poruszają się w ciemności, która oznacza błogą nieświadomość, święty – jak zwykliśmy mówić – spokój. Poetka w tytule wiersza sięga po formułę z listów św. Pawła; podobny gest zapożyczenia z języka religii znajdziemy zresztą w kilku innych utworach z tego tomu. Apostolskie pozdrowienie staje się czym właściwie? Zrazu może się wydawać, że zostaje ono skompromitowane, przesycone ironią. Ale czy rzeczywiście?

Wiersz nie byłby tak ciekawy, gdyby nie jego zakończenie: „to dlatego że nie wznosimy pomników / dobry Bóg chroni nas od złego mówiły”. Tu także trudno zdecydować, czy ma ono charakter ironiczny czy nie. Zanim do tego przejdę, zwracam uwagę, że pojawienie się motywu „pomników” podkreśla metaforyczny charakter całego obrazu.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się