70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wolontariusza portret własny

Zamiast pisać o wolontariuszach, woleliśmy ich poznać. Dlatego poszukaliśmy w naszym otoczeniu osób zaangażowanych w bezinteresowną pracę na rzecz innych i zadaliśmy im kilka pytań: Skąd wziął się w ich życiu pomysł, żeby działać w ramach wolontariatu? Jakie spotkali w swojej pracy wyzwania? Czy było coś, co ich zaskoczyło? Co zyskali, a co stracili? Czy ich wyobrażenia o wolontariacie zmieniły się, kiedy brali udział w projektach? Czy żałują decyzji o zostaniu wolontariuszem?

KATARZYNA POLAK, socjolog

W ramach wolontariatu zajmuję się nauczaniem języka polskiego obcokrajowców w Centrum Pomocy Uchodźcom PAH. Pracuję z grupą ludzi pochodzących z Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji. Dlaczego wybrałam taki projekt? Bo wiem, że znajomość języka kraju, w którym się mieszka, jest niezwykle ważna, jest warunkiem integracji i sprawnego funkcjonowania w nowej społeczności. Poza tym bardzo lubię bezpośredni kontakt z obcokrajowcami.

Mam 4-letnie doświadczenie w pracy z uchodźcami z czasów studenckich w Lublinie. Byłam wtedy wolontariuszką w programie Pomoc Uchodźcom, kierowanym do mieszkańców Ośrodka dla Cudzoziemców, zamieszkiwanym głównie przez Czeczenów, potem też Kurdów i Gruzinów. Było to dla mnie bardzo ważne, dlatego po przeprowadzce do Warszawy postanowiłam kontynuować taką formę działalności. Szerzej – wolontariat jest dla mnie „sposobem na życie”. Na pewno duże znaczenie miał przykład mojego środowiska rodzinnego, od zawsze byłam w domu uwrażliwiana na potrzeby innych i wartość niesienia bezinteresownej pomocy.

Najtrudniejsze są dla mnie wyzwania związane z samą specyfiką pracy nauczyciela języka obcego, czyli przezwyciężenie w uczniach lęku przed mówieniem po polsku, obawy przed ośmieszeniem się, pewnego strachu i przekonania uczestników zajęć, że język polski jest tak trudny, że nie będą w stanie się go nauczyć.

Nie przypominam sobie momentów jakiegoś szczególnego zaskoczenia. Może dlatego, że pracuję z cudzoziemcami od 4 lat, a elementy zaskoczenia najpowszechniejsze są chyba na początku takiej „przygody”. Ale pamiętam, że bardzo obawiałam się tego pierwszego kontaktu z uczestnikami zajęć, miałam tremę, zaskoczyło mnie, jak dobrze mnie przyjęli, jak są na mnie otwarci. To, że jestem akceptowana przez uczniów, bardzo ułatwia mi prowadzenie zajęć.

Praca zarazem jest i nie jest łatwa, na pewno wymaga zaangażowania i systematyczności, ale z tym akurat nie mam problemu. Na pewno nauczanie w ogóle, jeśli chce się to robić odpowiedzialnie, wymaga pewnego nakładu pracy i wysiłku, ale jest to wysiłek bardzo satysfakcjonujący.

Niczego nie straciłam, będąc wolontariuszem, a zyskałam bardzo wiele: poczucie robienia czegoś ważnego i potrzebnego, poczucie akceptacji, misji. Wolontariat daje mi bardzo dużo satysfakcji, na pewno też poszerza horyzonty, uwrażliwia i kształtuje poczucie odpowiedzialności i społecznego zaangażowania.

Dzięki kilkuletniemu doświadczeniu mam raczej trzeźwe spojrzenie na wolontariat. Myślę, że wolontariusze to ludzie tacy sami jak inni, a nie żadna grupa „świętych wybrańców”, pod każdym względem idealnych jednostek. Ale to dobrze, to znaczy, że wolontariuszem tak naprawdę może być każdy, niezależnie od wieku, wykształcenia, zainteresowań.

Na pytanie o to, czy żałuję zostania wolontariuszem, mogę odpowiedzieć tylko jedno – nie żałuję.


ALEKSANDRA AHMED, ekonomistka, przedsiębiorca.

Wspólnie z grupą studentów stanowiliśmy swojego rodzaju grupę wsparcia dla rodzin z dziećmi upośledzonymi umysłowo. Nie była to ściśle określona forma działania. Czasami była to wizyta na niedzielnym obiedzie, czasem zabranie podopiecznego („mumina”, „muminka”) na spacer.

Zdarza się niestety za często, że rodziny muminów są odseparowane od sąsiadów, rodziny, znajomych. Bywa, że izolują się same, ale najczęściej nie mają czasu ani energii na pielęgnowanie znajomości z ludźmi, których świat wygląda zupełnie inaczej. Mamy potrzebują pogadać, wypłakać się i wyżalić komuś, kto popatrzy na nie ze zrozumieniem. I nie będzie oceniał. Albo podzielić się opowieściami i dumą z dokonań (swoich albo dziecka), które przeciętna mama uzna za nieistotne. Nie twierdzę, że jako wolontariusze posiedliśmy głęboką empatię czy niezwykłe umiejętności. Po prostu mamy za zadanie być i podzielić się swoim czasem. Wysłuchać. Symbolicznie odciążyć, psychicznie albo fizycznie. Potowarzyszyć.

Drugą częścią naszej działalności były coroczne wyjazdy wakacyjne. Wtedy w grupie około 10–15 opiekunów zabieraliśmy podopiecznych na dwutygodniowe wyjazdy w góry, nad morze albo gdziekolwiek indziej. Często korzystaliśmy ze wsparcia lokalnych parafii, które zapewniały nam tańsze albo darmowe zakwaterowanie, rodzice opłacali koszty wyżywienia i transportu, a my dawaliśmy swój czas.

Jak zostałam wolontariuszem? Samo się stało. Moja przyjaciółka z czasów szkolnych była sąsiadką chłopca z autyzmem. Byłyśmy w ostatniej klasie podstawówki, kiedy zaproponowano nam udział w niedzielnym spotkaniu wspólnoty: herbata, kawa, domowe ciasto, rozmowy, zabawy, śpiewanie. Muminki przyjmują ludzi z otwartymi ramionami, zadają tysiące niesamowitych pytań, opowiadają o sobie, jakby znały rozmówcę od zawsze. Wszyscy żegnali się tak ciepło jak na zjeździe dawno niewidzianej rodziny. I pytali: Czy będziesz za tydzień? A może wpadniesz w środę na warsztaty terapii zajęciowej, bo robimy przedstawienie. Koniecznie. Będą czekać! Jak mogłam nie pójść?

Przy tym rodzaju kontaktów trudne są początki. Jak się zachowywać, jak rozmawiać. Nie jestem oligofrenopedagogiem, albo choćby pedagogiem, więc nie byłam pewna, jaki jest „odpowiedni” sposób traktowania ludzi z niepełnosprawnością. Te zahamowania szybko ustąpiły, bo od profesjonalnej terapii są inni. Ja stałam się koleżanką, towarzyszką, potem przyjaciółką.

Był też problem przełamywania własnych barier. Szczególnie pierwszy letni obóz okazał się „przełomowy”: opieka nad minimum trzema osobami 24 godziny na dobę. Nasze muminki potrzebują pomocy w wielu codziennych sprawach. Od ubierania się (i jak tu przekonać prawie trzydziestolatka, że pod spodniami przydałyby się majtki, o których zapomniał), przez jedzenie (albo nie chce jeść w ogóle, albo masło musi być równiusieńko rozsmarowane na kromce, albo je bez końca, do wymiotów), po najzwyczajniejsze chodzenie (osoby po porażeniu mózgowym lub „żywe srebro”, które nie potrafi iść dłużej niż dwa kroki, a potem zaczyna biec za motylem, albo autysta, który akurat jest w swoim świecie i nie dociera do niego, że cała grupa musi przejść na peron i wsiąść do pociągu).

Po wielu latach z rozczuleniem wspominam, jak radziliśmy sobie z tym torem przeszkód, jak muminy uczyły nas nowego spojrzenia na stare problemy, wymuszały twórcze podejście. Cała grupa wspólnie wymyślała nowe prześmieszne wyliczanki, tak by wszyscy – i maruderzy, i latające holendry – trzymali tempo marszu. Nazywaliśmy części garderoby kolorami, bo łatwiej im było zapamiętać kolejność żółty, zielony, niebieski, fioletowy niż majtki, skarpetki, spodnie, buty.

Zaskoczeniem było dla mnie to, co przydarza się chyba większości wolontariuszy. Zaczynasz z myślą o tym, że zrobisz coś dla innych, a potem odkrywasz, że to jednak nie jest strumień płynący w jedną stronę. Dostaje się coś w zamian. Nie trzeba prosić, starać się. Ot tak, po prostu, ktoś dał mi poczucie, że jestem potrzebna, że za mną tęskni, że troszczy się o mnie. Wszyscy znaleźliśmy we wspólnocie przyjaźń, wsparcie, radość, śmiech do łez.

W takiej pracy zdarzają się trudności fizyczne, jak wspomniana opieka podczas obozów. Chyba nigdy w życiu nie spałam tak mało jak wtedy, na własne życzenie i bez marudzenia. Opieka nad muminami podczas wyjazdów wymaga też czasami tężyzny, bo to często dorośli mężczyźni i kobiety, którzy wspierają się na opiekunie podczas spaceru, ubierania się, niektórych zabaw fizycznych.

Innego typu trudnością była reakcja ludzi. Gdy pozna się muminy bliżej, trudno jest zachować obojętność, gdy ludzie w autobusie odsuwają się albo pani w parku nie odpowiada na grzeczne pytanie jednego z muminów o płeć bobasa w wózku. To naturalne, że nieznane wzbudza w nas lęk. Tylko szkoda, że nadal jest tylu ludzi, dla których świat autyzmu, Downa, Turnera, porażenia mózgowego jest taki okropnie odległy, nieznany, a przez to przerażający (albo odrażający).

Bycie wolontariuszem dało mi cudowne doświadczenia, jedne z najwspanialszych wspomnień. Dużą otwartość na inność wszelkiego typu. Umiejętność spojrzenia z innej perspektywy. Pamiętam wiele zaskakujących historii związanych w tą pracą. Jeden z podopiecznych, Tomek, podczas kąpieli morskiej przybiegł do nas i z przerażeniem oświadczył, że „ktoś ukradł piasek tam dalej”. Dla nas to po prostu głębokość morza, dla niego skradziony piasek. Innym razem jedna z opiekunek przeżywała problemy osobiste i podzieliła się nimi z autystą, który zazwyczaj nie mówi, niezwykle rzadko wykazuje jakikolwiek kontakt z otoczeniem. Padło pytanie – bardziej w przestrzeń niż do muminka – „I co ja mam teraz robić?”. A mumin, bez jakiejkolwiek innej reakcji, zapatrzony gdzieś w przestrzeń, odpowiada: „Żyć, po prostu żyć”. Przy jeszcze innej okazji, podczas spaceru nasza muminka zaczepia nagle tak zwanego dresa z pytaniem, czy ma szanse zostać Miss Polonią. My już wyobrażamy sobie jego reakcję, od okrutnego wyśmiania po wulgaryzmy wyrażające jego niechęć do rozmowy. Ku naszemu zdziwieniu dres przygląda się i mówi z pełną powagą: „Jasne, ale musisz, k…, zmienić fryzurę, obecna twarzowa raczej nie jest”.

Co straciłam? Nie wiem. Pewnie coś mi umknęło. Na zasadzie: skoro jestem tu, to nie ma mnie tam. Ale nie odczuwam tego jako straty, nie mam takiej świadomości. Wydaje mi się, że ludzie, którzy decydują się na wolontariat jako dorośli z zobowiązaniami (praca, partner, rodzina, dzieci) muszą swoje zaangażowanie umiejętnie dozować. Ja miałam naście lat i dużo wolnego czasu. Obawiam się, że dziś tak daleko posunięte zaangażowanie byłoby znacznie trudniejsze.

Zdecydowanie moje rozumienie wolontariatu było inne przed niż w trakcie. Szybko przekonałam się, że to nie poświęcenie, tylko sposób na siebie, na to, jakim chce być człowiekiem, pomysł na moją rolę w otaczającym mnie świecie.

W żadnym wypadku nie żałuję swojej decyzji! Marzę o tym, by w mojej dzisiejszej codzienności znaleźć na to znowu czas. Polecałabym to każdemu. Nie trzeba od razu jeździć na obozy albo zabierać się do budowy studni w Afryce. Można znaleźć kilka godzin w tygodniu i zrobić coś pożytecznego. Myślę, że miałam wielkie szczęście, że taka możliwość trafiła mi się, gdy miałam kilkanaście lat. Subtelnie, po cichu i delikatnie wpływała na mnie i moje podejście do świata w okresie, kiedy podejście to istotnie się kształtowało.


MICHAŁ SZAŁATA, operator filmowy, współtwórca studia filmowego RV studio.

Jako wolontariusz pracuję od 1997 roku. W tym roku została założona Fundacja Polska Raoula Follereau i z nią związany jest cały mój wolontariat. Z klęską wielkiej powodzi zetknąłem się w tym roku po raz trzeci w swoim życiu. W 1997 i w 2001 roku wraz z naszą organizacją prowadziliśmy akcje pomocy powodzianom. W tamtych latach były to głównie zbiórki darów rzeczowych i pieniężnych w sklepach Warszawy, Zielonki i okolic. W czasie powodzi w 2001 roku pracowałem wraz z wolontariuszami z Lubelskiego także w zalanych wioskach. Pomagaliśmy ludziom doprowadzić domy i gospodarstwa do względnego porządku. [ilustracja Temat Miesiąca 2]

W czasie tegorocznej powodzi zostałem wydelegowany do zapoznania się z sytuacja na miejscu. Po wizycie w Rogowie (wioska nieposzkodowana, na jej terenie znajdował się punkt pomocy powodzianom z okolic) okazało się, że będziemy jednak potrzebni. Trzeba było ludzi, którzy na miejscu organizują pomoc. Zaczęliśmy od rozpoznania, co jest potrzebne, czego już jest za dużo (sic!). Transportowałem dary miedzy Warszawą a Rogowem (później Wilkowem), zajmowałem się ich dystrybucją. Przez pewien czas pływałem po zalanych wsiach motorowym pontonem, zapewniając transport między innymi księżom z Wilkowa. Kiedy woda opadła, ludzie zaczęli wracać do zamokniętych domów. Wtedy zajmowałem się rozdzielaniem i obsługą pomp motorowych do osuszania i agregatów prądotwórczych, które zakupiliśmy dzięki darczyńcom. W czasie pobytu na terenach powodziowych współpracowałem z miejscowym proboszczem, strażakami, wolontariuszami z lubelskiego Centrum Wolontariatu.

Wolontariuszem zostałem w chyba dość nietypowy sposób, bo pod wpływem mojego Taty, który od 1997 roku jest szefem Fundacji Polskiej Raoula Follereau. Wtedy zacząłem pracę w tej organizacji.

Wyzwania w tej pracy są duże, zwłaszcza w czasie tak poważnej akcji jak pomoc powodzianom: mnóstwo czasu spędzonego za kierownicą, praca w nietypowych warunkach, często w nocy, na całkowicie mokrym terenie, wśród wszechobecnego odoru i lepkiego gęstego powodziowego błota. Dość wyczerpująca praca fizyczna. Z drugiej jednak strony wyzwanie: dać z siebie wszystko, udowodnić sobie, że potrafię działać i wykonać zadanie. Zwłaszcza takie, którego nigdy sobie nie wyobrażałem. Dobrym przykładem jest praca przy pompach, dzięki którym pewnego razu tylko w ciągu 16 godzin udało się wypompować z jednego podwórka (obliczyłem to sobie) ponad 500 tys. litrów brudnej wody. Rozmawiając z ludźmi, wyczuwało się często przygnębienie i smutek, ale także budującą wdzięczność za to, że ktoś przychodzi właśnie do nich i chce pomoc, choćby była to kropla w morzu ich potrzeb. Taka praca daje mnóstwo satysfakcji, a zmęczenie często wręcz dodaje chęci do dalszego działania.

Na każdym kroku słuchałem opowieści ludzi, którym powódź zrujnowała cały majątek. Niestety część ludzi, którzy powódź widzieli tylko w telewizji, ma błędne pojecie o sytuacji poszkodowanych. Niektórzy z moich znajomych dziwili się, co ja tam właściwie robię, „w telewizji nic nie było o powodzi, czyli powodzi nie ma”. Niestety pozostały zrujnowane domy, które zwykle nie nadają się do zamieszkania. Słyszałem też inne głosy – „to nie moja sprawa, w końcu powodzianie są sami sobie winni, mogli nie budować domów na terenach zalewowych”. Szkoda mi tych, którzy tak myślą, oby w chwili kiedy będą potrzebowali pomocy, nie spotkali na swojej drodze podobnych sobie.

Moja praca nie zawsze była łatwa, lecz dostarczyła mnóstwo satysfakcji, o której nie ma pojęcia ktoś zamknięty w świecie „swoich własnych, codziennych spraw”. Można powiedzieć, że straciłem prawie trzy miesiące urlopu lub wakacji, ale mam wrażenie, że jednak zyskałem coś więcej: kolejny raz dostrzegłem, ile radości daje trud pomagania innym.

Ciężko mi powiedzieć, czy moje podejście do wolontariatu się zmieniło, ponieważ od początku mojej pracy minęło wiele czasu. Z tegorocznej akcji pomocy dla powodzian dowiedziałem się jednego: to nieprawda, że „walka z powodzią” w pojedynkę nie ma sensu. Trzeba się przełamać i otworzyć się na potrzeby innych, a rezultat przejdzie nasze oczekiwania.

Nie żałuję swojej decyzji z wyżej wymienionych powodów.


TOMASZ BIEGAŃSKI, dziennikarz, student psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim

Moja praca dla Polskiej Akcji Humanitarnej przybierała bardzo różne formy, ale w większości były to tak zwane działania eventowe – mające na celu szerzenie idei, które PAH wspiera i promuje. Tak było w przypadku obchodów „Światowego Dnia Fair Trade”, które miałem przyjemność koordynować. Podobny charakter miały także przedsięwzięcia związane z Tygodniem Edukacji Globalnej, w ramach którego mieliśmy za zadanie przybliżyć mieszkańcom Krakowa takie idee jak Sprawiedliwy Handel, zrównoważony rozwój i edukować w zakresie zmian klimatycznych.

Pochodzę z rodziny, w której pomaganie innym w zamian za dobre słowo nie jest traktowane jako coś dziwnego. Od kiedy pamiętam, mój tata zajmował się organizacją imprez charytatywnych. Zarówno on, jak i mama wpajali mi, jak ważna jest pomoc udzielana ludziom, z którymi życie nie obeszło się tak łaskawie jak z nami. Z pewnością to im zawdzięczam wrażliwość na problemy drugiego człowieka i chęć dawania czegoś od siebie. Sam pomysł udzielania się w ramach wolontariatu zrodził się w mojej głowie już dawno temu, ale minęło kilka lat, nim wcieliłem go w życie. Tak się złożyło, że po przeprowadzce do Krakowa w moim najbliższym otoczeniu brakowało wolontariuszy czy też osób, które byłyby gotowe podjąć działania na rzecz innych bez oglądania się na pieniądze. Przez długi czas brakowało mi odwagi, by podjąć wyzwanie. Być może nie byłoby zmiany w mojej mentalności, gdyby nie problemy w życiu prywatnym. Postanowiłem z nimi walczyć między innymi poprzez wykazywanie większej determinacji w realizowaniu własnych planów i w ten oto sposób zapukałem do drzwi PAH. Sam.

Trudno wymienić wszystkie wyzwania związane z moją pracą, dlatego skupię się może na tych, które osobiście uważam za najbardziej dokuczliwe. Czasem doskwiera mi brak ludzkiej życzliwości i zrozumienia w sytuacjach, gdy zwracamy się o wsparcie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że organizacji pozarządowych jest wiele i nie każdej można pomóc. Nie mam w związku z tym pretensji do nikogo, kto tej pomocy nie udzieli. Myślę jednak, że odmawiać można w taki sposób, który nie wywołuje poczucia winy u drugiej strony, poczucia, iż jest się zwykłym „naciągaczem”, kimś, kto stara się wyłudzić pieniądze od uczciwie pracujących obywateli. To bardzo przykre uczucie i nie chciałbym, aby spotykało osoby, które, nie czerpiąc z tego żadnych materialnych korzyści, starają się działać na rzecz wspólnego dobra albo na rzecz ludzi z jakiegoś powodu pokrzywdzonych. Kolejna taka trudność to brak zrozumienia dla tego, co robię wśród osób z mojego otoczenia. Z racji wychowania postrzegam działalność na zasadzie wolontariatu jako coś naturalnego i godnego pochwały. Może dlatego tak ciężko mi zrozumieć reakcje znacznej części osób, z którymi się zadaję, a dla których „wolontariusz” to niemalże synonim słowa „frajer” – oczywiście z racji tego, że pracuje za darmo.

Różnych projektów było w moim życiu już sporo i chyba nie mogę mówić o zaskoczeniach – może dlatego, że na ogół nie formułuję wstępnych oczekiwań. Jeśli chodzi o wymagania wolontariatu, to wiele zależało od rodzaju projektu. Największe wyzwanie czekało na mnie wkrótce po dołączeniu do PAH, bo moja przygoda z tą organizacją zaczęła się od koordynowania obchodów Dnia Fair Trade. Nie miałem wcześniej doświadczeń związanych z koordynacją projektów, dlatego tamto przedsięwzięcie kosztowało mnie dużo wysiłku. Ale była to też impreza, która zmotywowała wielu wolontariuszy i czerpałem mnóstwo radości ze współpracy z nimi. Samej pracy w PAH nie postrzegam jako szczególnie trudnej. Nieprzyjemna jest jedynie konieczność znoszenia niepowodzeń, które w moim odczuciu są nieodzowne, zważywszy na bardzo ograniczony budżet organizacji.

Uważam, że dzięki wolontariatowi głównie zyskałem. Zyskałem nowych znajomych, którzy patrzą na świat w podobny sposób i dzięki którym nie czuję się tak wyobcowany, jak to się zdarzało w przeszłości. Zyskałem nowe umiejętności, zwłaszcza interpersonalne – bo praca w charakterze wolontariusza wymogła na mnie znacznie częstsze kontakty z ludźmi. Przede wszystkim zyskałem zajęcie, które daje mi poczucie, że robię coś ważnego – że moja praca nie wspiera bezosobowych tworów, ale konkretnych ludzi, dając im szansę na lepsze życie. Może dzięki mojemu poświęceniu jakieś dziecko zje ciepły obiad, a powodzianie odbudują fragment swojego domu. Nigdy nie miałem okazji tych ludzi poznać, ale PAH to organizacja, którą darzę pełnym zaufaniem i wiem, że efekty mojej pracy nie zaginą gdzieś po drodze, że trafią do ludzi, którzy potrzebują pomocy. Bardzo ważna jest dla mnie świadomość, że nie siedzę z założonymi rękami, gdy ktoś cierpi, choćby nawet był zbyt daleko, bym mógł na własne oczy przekonać się o jego problemach.

Jakieś różnice w moim spojrzeniu na wolontariat przed projektami i teraz na pewno mogę wskazać, ale nie ma ich wiele. Przede wszystkim nie spodziewałem się chyba, że wolontariusz w swojej pracy napotyka tyle trudności. W swojej naiwności sądziłem, że takiej osobie ułatwia się pracę na wszelkie możliwe sposoby i podchodzi z życzliwością do inicjatyw przedsiębranych w zbożnych celach. Tymczasem praca ta sprawiła, że moje spojrzenie na ten kawałek rzeczywistości jest już nieco mniej idealistyczne.

Wydaje mi się też, że odkryłem przewagę wolontariatu nad pracą w organizacji pozarządowej – będąc wolontariuszem, nie mam problemów z diagnozowaniem źródeł własnej motywacji. Obawiam się, że otrzymując wynagrodzenie, mógłbym źródło motywacji umiejscowić gdzie indziej, ze szkodą dla mojego młodzieńczego idealizmu, który popycha mnie do pomagania.

Nie żałuję decyzji o zostaniu wolontariuszem i nie przypominam sobie chwil, gdy żałowałem. Jak już wspomniałem, zdarzają się w tej działalności ciężkie doświadczenia, ale nie doskwierają one tak bardzo, gdy uzna się je za nieodłączny element pracy. A pozytywne doświadczenia w moim wypadku zdecydowanie przeważają.


AGATA MILOCH, rusycystka, edukatorka i animatorka społeczno-kulturalna.

W moim przypadku wolontariat nie był jednorazową przygodą. Pracowałam przy organizacji wydarzeń kulturalnych, przy projektach edukacyjnych dla dzieci i młodzieży, również współpracowałam z osobami z niepełnosprawnością, przy projektach artystycznych, ekologicznych, społecznych, byłam także wolontariuszem w Baku w Azerbejdżanie w ramach programu Młodzież w Działaniu – Wolontariat Europejski (European Voluntary Service). Organizowałam tam zajęcia ogólnorozwojowe, językowe, artystyczne dla dzieci i młodzieży w lokalnej komunie dla uchodźców przez okres dziewięciu miesięcy.

Na decyzję o zostaniu wolontariuszem wpłynęły różne czynniki. Najważniejsze to ciekawość, chęć poznania nowych ludzi, innych kultur, wrodzona skłonność do aktywizmu, mnogość zainteresowań i chęć sprawdzenia się w różnych sytuacjach. A przy tym bezinteresowność. Chciałam dzielić się moimi umiejętnościami i wiedzą, ale również uczyć od innych. W przypadku wyjazdu do Azerbejdżanu istotna była chęć pracy i życia w tym kraju. Wcześniej podróżowałam do państw byłego Związku Radzieckiego i czułam, że chcę zacząć działać na tym obszarze.

Dłuższym projektem, w którym uczestniczylam i w trakcie którego stawały przede mną poważne wyzwania, był wspomniany projekt w Azerbejdżanie. Azerbejdżan to kraj kształtujący swoją tożsamość od czasów rozpadu Związku Radzieckiego, czyli stosunkowo niedługo. Jego sytuacja polityczno-gospodarcza jest wciąż niestabilna. Pracowałam tam z grupą dzieci i młodzieży, osobami, które doświadczyły tego w swoim życiu w szczególny sposób – są uchodźcami wewnętrznymi zmuszonymi przenieść się do Baku po konflikcie zbrojnym w Górnym Karabachu. Wyzwań było naprawdę sporo. Główną trudnością była dla mnie jednak pasywna postawa biorcy, jaką przejawiało wielu z uczestników moich zajęć, wynikająca z ich sytuacji i warunków życia. Czasem odczuwałam bezradność wobec problemów, z jakimi się stykałam na co dzień – miałam świadomość, że moja praca jest kroplą w morzu potrzeb, i poczucie, że moje działania są często niezrozumiałe dla otoczenia. Zdarzało mi się myśleć, że to, co robię, jest pozbawione sensu. Wynikało to głównie z poczucia tymczasowości moich działań – po projekcie musiałam wrócić do Polski i wiedziałam, że w ówczesnych warunkach żaden z nauczycieli ani wolontariuszy nie będzie kontynuował prowadzonych przeze mnie zajęć, a pozytywne rezultaty mojej pracy zostaną zaprzepaszczone. Praca wolontarystyczna jest tam nadal ewenementem.

Największym zaskoczeniem był dla mnie sam projekt, ponieważ okazało się, że istniał tylko na papierze. W rzeczywistości organizacji przyjmującej nie interesowało to, co robię, i jakie działania podejmuję w swojej pracy z dziećmi i młodzieżą w Baku. Musiałam radzić sobie sama w kwestiach merytorycznych, właściwie tworzyłam, realizowałam, koordynowałam projekt na miejscu samodzielnie. Na szczęście miałam jeszcze wsparcie przyjaciół, którzy okazywali mi pomoc w trudnych momentach, zwłaszcza gdy odczuwałam zmęczenie sytuacją lub spadek motywacji.

Praca wymagała ode mnie silnej motywacji i samozaparcia. Na pewno nie była łatwa. Wiązało się to również z tym, że nie miałam wcześniej doświadczenia w pracy z uchodźcami – na samym początku uczyłam się metodą prób i błędów. Przez długi czas rozpoznawałam sytuację i dostosowywałam się do panujących warunków. Wypracowałam samodzielnie własny system pracy, opierając się na wiedzy fachowców (przyjaciół z Polski i nie tylko) i wcześniejszych doświadczeń z różnych dziedzin. Wyzwanie i odpowiedzialność – te dwa czynniki sprawiły, że nie było to łatwe.

Gdybym miała pokusić się o bilans mojej pracy, nie widzę strat, tylko pozytywne rezultaty. Naprawdę dużo zyskałam – nie tylko doświadczenie, wiedzę i umiejętności w pracy z uchodźcami, zyskałam również przyjaciół. Stałam się bardziej odporna na stres, bardziej kreatywna, jeszcze łatwiej odnajduję się w trudnych sytuacjach. Nabrałam większego zaufania do moich umiejętności i wiedzy, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne działania. Mogłam się naprawdę sprawdzić podczas tego projektu.

Moje podejście do wolontariatu zmieniło się. Prawdopodobnie dlatego, że obecnie szukam pracy i nie do końca mogę sobie pozwolić na ten typ aktywności. Zauważyłam podczas poszukiwania zatrudnienia, że termin „wolontariat” jest nadużywany przez niektórych pracodawców. Widzę go teraz z różnych perspektyw i w różnych kontekstach. Co nie oznacza, że przestałam działać wolontarystycznie, nadal to robię, jednak tylko gdy mam pewność, że nie jest to wykorzystywanie mojej osoby.

W żadnym wypadku nie żałuję decyzji o zostaniu wolontariuszem. Traktuje to jako bardzo cenne doświadczenie.


CONSTANZE ROST, studentka medycyny, mieszka w Getyndze.

Pracowałam jako wolontariusz przy projekcie, o którym dowiedziałam się od sióstr franciszkanek jeszcze w Niemczech. Na miejscu, w Indiach, zajmują się nim karmelici Maryi Niepokalanej. W ramach projektu mieszkałam w wiosce dziecięcej dla sierot i dzieci z trudną sytuacją rodzinną. Było tam pięć domów, w których dzieci mieszkały z przydzieloną im „mamą”. Nieopodal znajdowało się hospicjum, gdzie zajmowałam się chorymi każdego dnia rano, a przez jeden tydzień w miesiącu miałam nocne dyżury. Większość pacjentów cierpiała na choroby nowotworowe. Wybrałam ten projekt, ponieważ planowałam zacząć studia medyczne i chciałam wcześniej sprawdzić, czy to odpowiedni dla mnie wybór.

Wcześniej, kiedy miałam szesnaście lat, wzięłam udział w wymianie młodzieży szkolnej i przez rok mieszkałam w Brazylii, gdzie zobaczyłam obszary dotknięte głęboką biedą. Sama mieszkałam z bogatą rodziną i często uderzały mnie kontrasty, jakie tam są powszechnie spotykane. Bardzo ciekawili mnie ludzie z biedniejszych dzielnic, interesował mnie ich sposób myślenia, bo mimo że nie mieli pieniędzy, wcale nie wydawali się mniej radośni niż ludzie bogaci. Fascynowało mnie to i postanowiłam, że kiedyś spróbuję takiego życia pozbawionego wszystkich luksusów, które dla ludzi z Zachodu są standardem. Byłam gotowa poznać inny punkt widzenia i spróbować przyjąć zasady życia, jakie panują w biednych społecznościach.

W Indiach najtrudniejszy był pierwszy miesiąc. Nie rozumiałam tego, co działo się dookoła. Barierą był język, który brzmiał dla mnie, jakby cały czas wszyscy się kłócili albo coś krytykowali. Zasady i wartości, według których żyli otaczający mnie ludzie, nie zawsze były dla mnie jasne. Musiałam się nauczyć, że bardzo ważne jest noszenie biżuterii i skrupulatne zakrywanie ciała. Nie mogłyśmy rozmawiać z mężczyznami i zdarzało się, że nawet moje kręcone włosy – coś niespotykanego w stanie Kerala, gdzie przebywałam – mogły stanowić problem. Brakowało mi niezależności, jaką mają kobiety w Europie. Mój jasny kolor skóry zdradzał, że jestem kimś obcym, dla wielu osób znaczył też, że muszę być bogata. Także w pracy różnice kulturowe rzucały się w oczy – mieliśmy zupełnie inne priorytety, w ogóle nie widziałam, żeby innym pracownikom zależało na efektywności.

Największe zaskoczenia zaczęły się jednak pojawiać dopiero wtedy, kiedy znałam język na tyle, żeby rozmawiać z hinduskimi kobietami. Miały zupełnie inne spojrzenie na małżeństwo, plany na przyszłość, strukturę społeczną. Zaczęłam rozumieć, że związki aranżowane przez rodziców mogą być dużą wartością, kiedy pozycja rodziny w danej kulturze jest tak silna, choć w Niemczech byłoby to niewyobrażalne. Zaskoczyło mnie też to, jak głęboko wierzącymi ludźmi są mieszkańcy Indii i jak dobrze udaje im się współistnieć w społeczeństwie, w którym 30 procent to chrześcijanie, 30 procent to hindusi, 30 procent to muzułmanie. Ale najbardziej ze wszystkiego dziwiło mnie, jak ludzie mogą żyć w tak głębokiej biedzie, nigdy nie kwestionując tego stanu rzeczy, po prostu akceptując życie takim, jakie jest.

Moja praca nie była dużym wyzwaniem, ale trudno było do niej podchodzić w sposób twórczy, proponować nowe rozwiązania. Mam wrażenie, że powodem były tu różnice w sposobie komunikowania się. Ludzie w Indiach nigdy nie mówią o problemach. Dlatego nie zawsze wiedziałam, czy robię to, czego ode mnie oczekują.

Będąc wolontariuszem, zyskałam bardzo dużo. Nauczyłam się akceptować różnice i żyć razem z ludźmi zupełnie innymi ode mnie. Nauczyłam się dostrzegać małe rzeczy, które dają radość i sprawiają, że czujesz wdzięczność. Zrozumiałam, czym jest satysfakcja z pracy. Zyskałam pewność siebie i motywację, żeby czasem iść pod prąd, jeśli ma to poprawić warunki czyjegoś życia. Nauczyłam się żyć chwilą, być tu i teraz.

W pewnym sensie jednak coś straciłam. Czasem trudniej mi teraz rozmawiać z ludźmi, którzy nie znają problemów takich społeczeństw jak to, w którym spędziłam prawie rok. Wartości, które wyznajemy, są często ukształtowane przez nasze doświadczenia. Niekiedy odczuwam wyraźnie, że moje kształtowały się w innych okolicznościach.

Moje rozumienie wolontariatu zmieniło się podczas trwania projektu. Przed wyjazdem myślałam, że jadę nieść pomoc, ale przekonałam się, że tamtejsza społeczność nie musi potrzebować tej pomocy od niewykwalifikowanych niemieckich nastolatków. Zostałam przez ludzi w Indiach bardzo serdecznie przyjęta i być może nawet byli w jakiś sposób dumni, że ktoś przyjeżdża pracować z nimi z tak daleka, ale myślę, że w wymiarze praktycznym mój pobyt nie był im potrzebny. Ten rok przyniósł korzyści i doświadczenia ważne głównie dla mnie i dla moich życiowych decyzji.

Czy żałuję? Ani trochę. To był najwspanialszy czas w moim życiu. Ale następnym razem chciałabym im zaoferować coś konkretnego – moje wykształcenie i zawód. Po powrocie do Niemiec rozpoczęłam studia medyczne.

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter